Poznaj Śląsk!
Poznaj Śląsk!
 Poznaj Śląsk! > JAK GLIWICZANKA UWOLNIŁA GRZESZNIKA Z CZYŚĆCA
Śląskie "kwiatki" w prasie

PRZEGLĄD "GAZ. WYBORCZEJ"
  • Stolica Państwa Śląskiego
  • Jak gliwiczanka uwolniła...
  • Po Istebnej od Stecówki
  • Miasto tajemniczego Mikołaja
  • Mysłowice na trójkącie
  • Znam różnych raciborzan
  • Dlaczego Sośnicowice?
  • Protezy mrocznej hrabiny
  • Kościół na Śląsku w PRL


  • PRZEGLĄD "JASKÓŁKI ŚLĄSKIEJ"
  • Migracje w historii Śląska
  • Góra Św. Anny - Święta Góra
  • Konkwistador John Baildon
  • Królestwo Hochbergów
  • O śląskim nazewnictwie
  • Projekt Poznaj Śląsk!
    I Ty (Twój serwis) pomóż w tworzeniu śląskiego serwisu tekstowego... więcej

    Jak gliwiczanka uwolniła grzesznika
    z czyśćca


    Nie należy Gliwic odkładać na koniec. A szczególnie głupstw, których się wokół nich namnożyło.

    W cudzych ubraniach

    Ale zacznę od rzeczy osobistych, bo w mojej pamięci Gliwice mają miejsce znaczące. Jeszcze w latach 50., a nawet później, w centrum miasta czuło się, że w pustych przestrzeniach niegdyś stały domy. W tym, co ocalało, mieszkańcy żyli tak, jakby ich wciśnięto w cudze ubrania - albo za szerokie, albo za ciasne. Po roku 1945 Gliwice obok Bytomia stały się jednym z największych skupisk przesiedleńców z kresów wschodnich. Moi przyjaciele gliwiccy na ogół mieli zaśpiew z okolic Lwowa. Rodziny niektórych przybywały tam już przed 9 maja. A po ostatecznym końcu wojny na tutejszych bocznicach stawały pociągi towarowe, pełne ludzi, mebli i sprzętów. Jeden biedaczek przywiózł nawet ze sobą ule z pszczołami. Podobno jeszcze w latach 60. hodował je gdzieś w pobliżu ulicy Góry Chełmskiej. Znakomici to byli ludzie. Podziwiałem w dzieciństwie jednego z nich, który został mężem mojej przyszywanej ciotki. Jośku, radosny bratjaga, wypędzony (a może zbiegły?) z miasta swojej młodości, nie dawał po sobie poznać ciężaru wojennej traumy. A przeżyli tam wojnę (i okupację) podwójnie - najpierw sowiecką, później niemiecką i znowu radziecką. Musieli już mieć dosyć tych wstrząsów i jechali na zachód, aby odetchnąć. Niektórym wystarczało dojechać do Gliwic. Jeszcze trafiali tutaj na rdzennych mieszkańców. Wraz z wysiedlaniem ubywało Niemców albo takich, których powojenna władza za Niemców uznała. Bardzo to było złożone i bolesne, ale nie o tym chciałem.

    Niemal Europa

    W latach 60., gdy już niemało czasu spędzałem w Gliwicach, miasto traciło swój śląski charakter. Tylko ocalałe budynki wspominały przeszłość, ale nowe oraz ich użytkownicy należeli do gatunku tutaj całkiem nowego. Nie tylko z powodu przesiedleń. Gliwice stały się ośrodkiem akademickim, przyciągającym młodzież z różnych stron. Poza tym, magnetyzm miejsca kazał się tam kierować na przykład Tadeuszowi Różewiczowi z Radomska czy Jerzemu Lewczyńskiemu z Zamościa. Trafiali tam interesujący ludzie i w ogóle duch Gliwic był dla Górnego Śląska ożywczym wytchnieniem: atrakcyjny klub studencki Spirala, cieszące się dobrą sławą środowisko jazzowe, znakomity Studencki Teatr Gliwice, gdzie miała miejsce polska prapremiera Ślubu Gombrowicza, w reżyserii Jareckiego i scenografii Krystyny Zachwatowicz. Czy to był rok 1958, nie dam głowy. Wobec Katowic, nawet w tamtych czasach, Gliwice to była niemal Europa. Nic dziwnego. Rewolucja przemysłowa, która się tu zaczęła już z początkiem XIX wieku, korzystne położenie na skrzyżowaniu szlaków lądowych i wodnych (Kłodnica i Kanały Kłodnickie!) i wreszcie gospodarna społeczność, awansowały tę niegdyś półrolniczą i leśną mieścinę do ważnego ośrodka. Szczególnie po plebiscycie uznano, że miasto to będzie stolicą niemieckiej części Górnego Śląska. Budowa nowej metropolii zaczęła się więc na dobrym podłożu.

    Za półbajkę trzeba jednak uznać istnienie w wieku XIV księstwa gliwickiego, wówczas zastawu księcia raciborskiego Lestka. W każdym razie, w cesarskim rejestrze ziem książęcych Gliwice nie figurują, co wcale im nie ujmuje wielkości. Jakimś tajemniczym zrządzeniem właśnie tutaj w latach 1430-31 zainstalowała się stolica czesko-śląskich husytów, z pomocą których ks. Zygmunt Korybutowicz zamierzał się wspiąć na tron czeski. Ale też i tutaj husytyzm został ostatecznie rozgromiony. Wojska księstw śląskich zdobyły Gliwice pod dowództwem Konrada Białego z Oleśnicy. Walki, a więc też pożary, zarazy i głód, ciągnęły się jeszcze długo, zanim miasto ponownie stanęło na nogi. Głównym bogactwem okolicy były lasy na południe od miasta i wapienne gleby na zachód. Ich zaletom zawdzięczamy, że na pierwszej mapie Śląska Martina Hellwiga tereny między Gliwicami a Pyskowicami oznaczono jako plantacje chmielu. To dowodzi wymownie, że była to najlepsza specjalność tej ziemi.

    Maria Panna na niebie

    Natomiast kobiety gliwickie to osobny temat. Do ich legendarności przyczyniła się wojna trzydziestoletnia, a głównie ta chwila, gdy szwedzkie wojska generała Mansfelda - zdobywcy większości miast śląskich - stanęły pod murami miasta. Późną wiosną 1627 roku poseł Mansfelda wpuszczony do miasta nie zorientował się, że tutejsze kobiety stworzyły pozór, iż są przygotowane na najcięższą obronę. Uznał przeto, że obleganie nie zda się na nic i po złupieniu okolicy Szwedzi udali się w swoją stronę. Podobno najbardziej zniechęcił ich widok Marii Panny na niebie, jak płaszczem swej łaski okrywa całe miasto. Malowidło przedstawiające tę chwilę było emblematem ochrony Gliwic i wisiało w kościele parafialnym Wszystkich Świętych. Dwa lata później cesarz Ferdynand II, by upamiętnić to zdarzenie, zezwolił, by do herbu Gliwic dodać wizerunek Panny z Dzieciątkiem. Stąd dość niefortunnie ukuło się nazwanie Gliwic śląską Jasną Górą. Zdziwiła mnie wieść, iż po zajęciu Śląska król Fryderyk II zakazał ludności pielgrzymować do Częstochowy, co stało się początkiem gliwickiego kultu maryjnego i pielgrzymowania na Górę św.Anny. To chyba z palca wyssane i nie ma na to nawet śladu dowodu, zaś Fryderyk Wielki, znany z religijnej obojętności (podobno zwykł mawiać, że do kościoła wchodzi po to, żeby się wysmarkać), sam byłby gotów - oczywiście z wojskiem - udać się do Częstochowy.

    Na ratunek grzesznikowi

    Na ten temat oraz wiele innych mógłbym jeszcze tu wiele napisać, ale nie starczy miejsca. Więc tylko przytoczę legendę zapisaną przez W.-E. Peuckerta w jego zbiorze śląskich legend, dziś we większości nieznanych.

    Opowiadano, że pod Gliwicami straszy na rozwidleniu dróg. Pewna kobieta usiadła w tym miejscu, żeby to zobaczyć. Przechodził tamtędy mężczyzna i dał jej znak. Poszła, a on szedł przed nią aż do drzwi jej domu i zniknął. W następny piątek, wieczorem o podobnym czasie, otwarły się drzwi i mężczyzna wszedł do środka, dysząc, jak gdyby niósł coś ciężkiego. Dał znak kobiecie, żeby wpuściła go do izby - mężczyzna był tym niewidzialnym upiorem - gdzie wstąpił w czarny krąg i odprawił przed nią jakiś dziwny taniec. Następnie opowiedział kobiecie, że niegdyś dopuścił się świętokradztwa, przybijając gwoździami do drzewa siedem hostii. Przy siódmej upadł martwy i odtąd pokutuje w czyśćcowym ogniu. Ale kobieta może go uwolnić od kary, jeśli przez siedem miesięcy w każdy piątek zaniesie siedem chlebów na rynek gliwicki i ofiaruje je ubogim. Tak uczyniła i w każdy piątek upiór tańczył w tym kręgu, który z czarnego coraz bardziej przemieniał się w biały. A przed ostatnim razem zażądał jeszcze mszy. Gdy ona została odczytana, upiór, który igrał z hostiami, zatańczył w kościele, upadł u jej stóp i tak został wyzwolony.

    Niepotrzebnie się obawiałem, że nie będzie o czym. O Gliwicach można bez końca.

    Henryk Waniek, Gazeta Wyborcza 09.06.2006
    Polecamy
       Rzóndzymy po ślónsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry