Poznaj Śląsk!
Poznaj Śląsk!
 Poznaj Śląsk! > MIASTO TAJEMNICZEGO MIKOŁAJA
Śląskie "kwiatki" w prasie

PRZEGLĄD "GAZ. WYBORCZEJ"
  • Stolica Państwa Śląskiego
  • Jak gliwiczanka uwolniła...
  • Po Istebnej od Stecówki
  • Miasto tajemniczego Mikołaja
  • Mysłowice na trójkącie
  • Znam różnych raciborzan
  • Dlaczego Sośnicowice?
  • Protezy mrocznej hrabiny
  • Kościół na Śląsku w PRL


  • PRZEGLĄD "JASKÓŁKI ŚLĄSKIEJ"
  • Migracje w historii Śląska
  • Góra Św. Anny - Święta Góra
  • Konkwistador John Baildon
  • Królestwo Hochbergów
  • O śląskim nazewnictwie
  • Projekt Poznaj Śląsk!
    I Ty (Twój serwis) pomóż w tworzeniu śląskiego serwisu tekstowego... więcej

    Miasto tajemniczego Mikołaja

    Tylko raz jeden w życiu podszedł mnie kieszonkowiec. Siedziałem w pociągu, zaczytany po uszy w treściwej historii Mikołowa.

    Gdy się wyjedzie z Katowic w kierunku południowym, tą wygodną trasą szybkiego ruchu na Wisłę lub Cieszyn, niebawem po lewej zobaczymy zgrabne i zalesione wzgórze. To Kamionka. A zza niego wyłaniają się bliźniacze wieże kościoła św.Wojciecha, nowego, bo jest też stary. Znacznie niższy. Widok jak na jakiejś pocztówce szwajcarskiej. Ale to nie jest Fryburg. W dokumentach z XIII wieku nazwę tego miasta zapisywano jeszcze jako Mikulow. Obecnie Mikołów. Na szczęście trasa omija je łukiem i nie zakłóca jego szlachetnej osobności. Żeby się tam znaleźć, trzeba zjechać, zaplątać się w skromne ulice i uliczki, zostawić za sobą szum wielkiej motoryzacji.

    Że coś takiego w ogóle istnieje, to wiedziałem już jako dziecko. Choćby od ojca, który mówił, że przed wojną kupowało się buty tylko w Mikołowie. Widocznie tanich i dobrych szewców tam mieli. W mojej klasie w liceum towarzystwo było mieszane. Większość dojeżdżała - Tarnowskie Góry, Kalety, Bytom, Zabrze. Kilku także z Mikołowa. Ale gdzie to jest? Na pewno nieraz mignęła mi za oknem pociągu tablica z napisem MIKOŁÓW. Albo z samochodu. Może nawet już tam bezwiednie byłem, ale kiedy i po co, skoro nic nie zostało w pamięci? Później zdążyłem objechać prawie całą Europę i nie tylko, a ten Mikołów jakoś mi ciągle umykał. Niewiele zmieniło się w połowie lat 70., gdy podjąłem pracę w Cieszynie. Raz w tygodniu autobusem przejeżdżałem tamtędy. Autobus wjeżdżał ulicą 1 Maja (zgadnijcie, jaką obecnie ma nazwę?) tak wąską, że dziś w to trudno uwierzyć. Zatrzymywał się w rynku, ale tylko na tyle, żebym zdążył zobaczyć skuloną szarzyznę domków oraz błoto tu i ówdzie. Nawet nie kojarzyłem z tym miejscem Rafała Wojaczka, który przed laty zatrzymywał się w Katowicach, by nabrać rozpędu przed jazdą do Wrocławia. Sam o tym nie mówił, a mnie nie przyszło do głowy, by zapytać, gdzie jest początek jego podróży.

    Oglądałem więc przez autobusową szybę Mikołów na tle jesieni, zimy lub wiosny - bo taka jest pora roku akademickiego. W Cieszynie czekali na mnie studenci, więc nie powiem, bym chciał tam wysiąść choć na chwilę. Któregoś dnia może postawiłbym nogę w Mikołowie, ale prawda jest taka, że dopiero dwadzieścia lat później znalazłem się tam na dłużej. Zostałem zwabiony przez kolegę ze szkoły, który w międzyczasie stał się urzędnikiem. W jego przypadku słowo urzędnik nie jest zbyt ścisłe. Powiedziałbym raczej, że Gerard został odźwiernym Mikołowa, to znaczy, jak najszerzej otwierającym to miasto przed gośćmi z daleka i bliska. On i jemu podobni mikołowianie, w jakiejś słusznej zmowie, postanowili uczynić swoje miasto duchowym azylem na przemysłowym Górnym Śląsku. Uparli się, by ocalić to dobre imię, na które Mikołów pracuje od 800 lat. Są więc pracownikami legendy swego miasta, z której i dla której żyją. Niekoniecznie tej starej legendy, pełnie opisanej przez Konstantego Prusa. Gerard podarował mi tę książkę (Z dziejów Mikołowa i jego okolic) wtedy właśnie wznowioną jako reprint wydania z roku 1932. Znakomita! Tylko raz jeden w życiu podszedł mnie kieszonkowiec. Siedziałem w pociągu, zaczytany po uszy w tej treściwej historii Mikołowa.

    Po roku dałem się tam ponownie zaprosić. I tak już zostało. Rzecz jasna, nie było to już poszarzałe miasteczko, widziane z autobusu. Rynek przestał być przystankiem PKS-u. Domy pojaśniały. Ratusz, którego dawniej nie dostrzegłem w ogóle, teraz dumniej wysunął się do przodu. Zacząłem więc poznawać Mikołów, a przy okazji nowy, dotąd mi nieznany wymiar Śląska. Wśród miast górnośląskich Mikołów jest istnym dzieckiem szczęścia. Jest trochę na uboczu, a równocześnie nie za daleko od centrum. Rewolucja przemysłowa nie weszła tu zbyt głęboko. Dzięki temu omijały Mikołów te fale przesiedleńców, uchodźców, zwerbowanej siły roboczej, które gdzie indziej czuło się tak silnie. Mikołów niezmiennie trwał w swojej śląskości. Choć bez wielkich pomników, bez murów obronnych i olśniewających budowli, dorobił się chwalebnej przeszłości. Na polach Mokrego jeszcze czuje się obecność żołnierzy Sułkowskiego, którym sprawił tu baty porucznik Witowski na wiosnę 1807 roku. Jeszcze da się zobaczyć w okolicach rynku cień Norwida, wyciągającego swą rękę ku przeznaczeniu w mikołowskiej gospodzie. Pominę już Karola Miarkę, o którym wszystkim wiadomo, i już wspomnianego Wojaczka, którego Mikołów chyba trochę uwierał. Historia darowała temu miastu ekscesy Kulturkampfu oraz nadgorliwej polonizacji. Nikomu tu nie przeszkadzała gmina żydowska. Nie tutaj zbudowano Hutę Katowice ani fabrykę polskiego fiata. Od zawsze było to - i ciągle jest - miejsce jak u pana Boga za piecem, istna stolica Świętego Mikołaja. Gdyby to tylko ode mnie zależało, wskazałbym Mikołów jako najlepsze miejsce na uniwersytecki kampus.

    Lecz miasto to są przede wszystkim ludzie, którzy je tworzą. Mieszkańcy, przechodnie, zwykły tłum. Ale najbardziej przyjaciele tam mieszkający. Z upływem lat stali się tak liczni, że nie zdołam ich tutaj choć po imieniu wspomnieć. Trudno. Sami się domyślą, że ich mam na myśli. To oni mnie przekonali, że Mikołów jest miejscem idyllicznym. Nie wiadomo tylko, czy naprawdę istniała kiedyś owa mikołowska "Arkadia", czy tylko z końcem XVIII wieku planował jej założenie na mikołowskiej Wymyślance ekscentryczny rotmistrz Wierzbicki. Tak czy inaczej, rzeczywiście istnieje Arkadia, doroczne pismo Instytutu Mikołowskiego, noszące żartobliwy podtytuł "pismo katastroficzne". Ładna mi katastrofa! W jej rezultacie Mikołów nawet w stołecznych salonach literackich stał się miastem bez mała mitycznym. Ani trochę nie przesadzę, jeśli powiem, że dziś jest to jedno z poważniejszych centrów kulturalnych w Polsce. Kto nie wierzy, niech sam pojedzie i sprawdzi. Ale niech się nie wydaje nikomu, że mieszkają tam wyłącznie poeci. I że tylko kultura - muzyka, plastyka, teatr, film i co tam jeszcze - są specjalnościami Mikołowa. To także się liczy, choć nie tak bardzo, jak widoczna gołym okiem obecność dobrych gospodarzy. A już nic nie wystawia mu lepszego świadectwa jak fakt, że Mikołów nie posiada więzienia. Rzecz niby mała, a jakże wymowna.

    Henryk Waniek, Gazeta Wyborcza 22.12.2005
    Polecamy
       Rzóndzymy po ślónsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Współpraca  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry