zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2006 styczeń przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Dach się uginał już wcześniej?
Gazeta Wyborcza, J. Krzyk, P. Jedlecki 30-01-2006
Właściciele hali targowej mieli już wcześniej problemy z dachem, który uginał się pod ciężarem śniegu - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie.
Hala wystawiennicza nr 1, po której dziś pozostała tylko kupa pogiętych blach, była największym budynkiem w kompleksie Międzynarodowych Targów Katowickich znajdującym się na terenie Chorzowa, niedaleko regionalnego ośrodka telewizji.
Wybudowano ją sześć lat temu. Sprawiała imponujące wrażenie - miała prawie dziesięć tysięcy metrów kwadratowych powierzchni (dłuższy bok budynku miał 102 metry, krótszy - 97) i od dziewięciu do jedenastu metrów wysokości. Lekka konstrukcja - głównie wykonana ze stali, na dachu - blacha. Wewnątrz ogromna przestrzeń w zależności od imprezy dzielona na boksy, w których urządzano stoiska.
Kilkadziesiąt razy w roku organizowano tutaj wielkie wystawy targowe: turystyczne, zdrowia, budownictwa, a nawet motoryzacyjne. W przypadku tych ostatnich do hali wjeżdżały samochody. Bywały tu tysiące ludzi. - To był wielki biznes. W Katowicach organizowano więcej imprez niż w Warszawie. Ustępowaliśmy tylko Poznaniowi - mówi katowicki przedsiębiorca.
Projekt architektoniczny hali wykonała nieistniejąca już firma S.C. Decorum z Mysłowic. Jej kontynuatorką jest Decorum3. Firma zaprojektowała także Warszawskie Centrum Expo XXI oraz jest autorem projektu modernizacji i przebudowy pałacu Ossolińskich w Sterdyniu w województwie mazowieckim.
Jan Dybała, właściciel Decorum3, mówi, że nie wie, co spowodowało katastrofę. Zapewniał, że hala była nowoczesna i wzniesiona zgodnie z normami.
- Czy pogoda mogła mieć wpływ na to, co się stało? - naciskamy.
- Tak. Na dworze było bardzo zimno, w środku zaś ciepło. Wiele rzeczy mogło wpłynąć na taką reakcję konstrukcji - tłumaczy. Zaprzeczył, że znaczenie mogło mieć to, że budynek podtrzymywały słupy stalowe, a nie żelbetowe.
Generalnym wykonawcą hali była inna mysłowicka firma - Przemysłobud - postawiona już w stan upadłości. Jej telefony nie odpowiadają. Specjalizowała się we wznoszeniu budynków przemysłowych i magazynów.
Zapytaliśmy Dubałę, jaką normę przyjęto na obciążenie dachu. Szczegółów nie pamiętał, ale powiedział, że mogło to być 70-80 kilogramów na metr kwadratowy. - MTK o tym wiedziały i odśnieżały dach - utrzymuje Dybała.
To samo powtarza Grzegorz Słyszyk, pełnomocnik targów. W nocy po katastrofie mówił nam, że doszły do niego doniesienia o zalegającym śniegu, ale zapewniał, że był usuwany pod nadzorem uprawnionego rzeczoznawcy. Przyznał jednak, że na dachu znajdowała się cienka warstwa, której nie udałoby się usunąć bez uszkadzania izolacji.
Co innego mówili ratownicy. - W środku brnęliśmy przez lodowe zwały, na dachu hali było go pewnie pół metra - mówili. Na zdjęciu Marcina Łazarza, który kilka minut przed katastrofą sfotografował zachód słońca nad budynkiem targów, dach pokrywa gruba warstwa śniegu.
Kompleks należy do Międzynarodowych Targów Katowickich, które na początku lat 90 założyły: Regionalna Izba Gospodarcza, miasto Katowice, należące do miasta przedsiębiorstwo Spodek i skarb państwa.
Większościowym właścicielem jest brytyjska firma Expo Centers Europe. Kilka procent udziałów w Targach ma samorząd Katowic - na pograniczu których znajdują się tereny targowe. Już jakiś czas temu władze miasta ogłosiły, że chcą się pozbyć swoich udziałów. - I tak nie mamy wpływu na politykę firmy - mówią urzędnicy (anonimowo).
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jakiś czas temu zalegający śnieg wygiął dach. - Nie chcę tego komentować. Z tego, co słyszałem, to dach uginał się w tym roku - mówi Jan Hoppe, przedsiębiorca, dziś wiceprezes Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, który miał udziały w spółce, gdy hala powstawała. Na pytania dotyczące szczegółów budowy hali odpowiada: - Nie pamiętam.


Apel o oddawanie krwi
Gazeta Wyborcza, jk, IAR, pi 29.01.2006
Na Śląsku krew można oddawać w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa w Katowicach przy ulicy Raciborskiej.
- Będzie przyjmowana tak długo, jak długo zgłaszać się będą chętni do jej oddania. Najbardziej potrzebne są grupy minusowe. Krew oddać mogą wszystkie zdrowe osoby między 18 a 65 rokiem życia. Wystarczy przyjść z dowodem tożsamości. Cały zabieg trwa kilka minut - poinformowali szefowie Centrum.
W Częstochowie krew przyjmujmuje szpital na Parkitce, w Bielsku-Białej - regionalny oddział Centrum Krwiodawstwa. Krew jest też przyjmowana w ambulansach przed kopalnią Bielszowice w Rudzie Śląskiej, oraz przed kościołem franciszkanów w Zabrzu u zbiegu ulic Grunwaldzkiej i Franciszkańskiej.
Stanisław Dyląg, dyrektor Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Katowicach powiedział w rozmowie z Radiem Katowice, że choć są odpowiednie zapasy krwi, to jednak będą one zwiększane. Krew będzie potrzebna do operacji niektórych ofiar katastrofy, mających obrażenia wewnętrzne.
Dyląg zapewnił, że mimo zwiększonego zapotrzebowania na krew, nie powinno jej zabraknąć.
Akcja zbiórka krwi potrwa na Śląsku do godziny 14.


Śląsk w żałobie!
Gazeta Wyborcza, mag 29.01.2006
Tragedia na Śląsku. Dach hali wystawowej na Międzynarodowych Targach Katowickich w Bytkowie przywalił hodowców gołębi i ich rodziny. Po północy policzono: zginęło 20 osób, a kilkadziesiąt jest rannych. Nie wiadomo, ile osób zostało w rumowisku.
Sobota, na targach odbywa się międzynarodowa wystawa gołębi pocztowych. Powierzchnia hali 100m/150m. Tłok taki, że trzeba się przeciskać. Hodowcy z całej Polski, ale są też Czesi, Niemcy, Francuzi. Aukcja ptaków kończy się przed godz. 17. Gra muzyka, są tańce, ale sporo ludzi opuszcza halę. Ilu zostało? Nadzieja, że najwyżej stu, szybko okazuje się złudna. Samych rannych będzie o wiele więcej.
Godz. 17. 15 straż pożarna otrzymuje informację, że dach hali runął. Prawdopodobna przyczyna: nie wytrzymał ciężaru zalegającego śniegu.
Wozy strażackie sprowadzane są z całego województwa. 70 zastępów. Trzy dźwigi stoją bezczynnie. Ludzi trzeba wyciągać gołymi rękami. Wczołgać się tam, skąd dochodzi jęk, albo dzwonek komórki. Odkopać śnieg, przeciąć blachę piłą. Pomagają ratownicy górniczy, wojsko, policja, straż miejska, psy tropiące.
W okolicy targów nie milknie sygnał erki. Bez przerwy jeżdżą do okolicznych szpitali w Katowicach, Chorzowie, Bytomiu, Siemianowicach, Piekarach. Przy hali rozstawiono namioty, tam trafiają mniej ranni. Mogą się ogrzać, napić herbaty, zjeść gorącą zupę. Do sztabu kryzysowego na portierni targów ludzie znoszą koce, karimaty, ciepłe ubrania.
O godz. 22 temperatura spada do 15 stopni. Uwięzieni pod dachem umierają również z wychłodzenia. Po północy doliczono się 20 ofiar. Akcja ratownicza wciąż trwa.


Jak Rosjanie wchodzili na Śląsk
Gazeta Wyborcza, Henryk Waniek 26.01.2006
Moja babcia pamiętała dokładnie dzień wyzwolenia. Wyszła wyrzucić śmieci, a gdy wróciła, nad otwartą szufladą w kuchni zobaczyła krasnoarmiejca. Ja zdies iskaju giermanca. A miał już trzy zegarki na ręce. No, cóż. Chłopakom z Wehrmachtu też się pewnie zdarzało. Wiadomo, wojna, festiwal malwersacji i śmierci.
Przez pięć i pół roku, a dokładniej 1991 dni, Katowice znajdowały się pod władzą hitlerowską. Nie piszę - niemiecką, jak to zazwyczaj się czyni, bo, po pierwsze, nie wszyscy Niemcy na Śląsku utożsamiali się z hitleryzmem, a też niejeden Polak dał się uwieść narodowemu socjalizmowi. Były to oczywiście wyjątki w 1991 czarnych nocach absolutnego terroru. Ale trzeba było je przetrwać i jakoś przeczekać te dni z kruchą nadzieją. Nie wszystkim się to udało.
Wyzwalanie
W bardzo mroźnej i śnieżnej końcówce stycznia, dokładnie tego samego dnia, żołnierze radzieccy zdobyli zarówno Katowice jak i Oświęcim. Bytom, Gliwice i Zabrze już kilka dni wcześniej. Mówi się, że zdobyli, ale raczej zajęli. W Katowicach nie napotkali na żaden opór Wehrmachtu, bo go po prostu nie było. Ewakuował się sprawnie poprzedniej nocy, tak że w dniach 26-27 stycznia Katowice były właściwie wolne. Jeździły tramwaje. Pracowała poczta i telefony. Sklepy - mniejsza o to, że puste - otwarte. Dozorcy sprzątali sprzed domów śnieg. Zniknęły jedynie hitlerowskie flagi i nagle się okazało, że wszyscy mówią po polsku. Nie było się już czego bać. Podobno tu i tam chodzili jacyś staruszkowie z Volkssturmu, z pancerfaustami bez zapalników. Cichaczem je zresztą rzucali do Rawy, bo ta nigdy nie zamarza, a takie żelastwo nieźle musi ważyć. Na Katowice spadły dwie bomby. Rosyjskie. Ale to kilka dni wcześniej. Jedna w okolicy cmentarza na Francuskiej, druga w pobliżu Urzędu Wojewódzkiego. Nie uczyniły większej szkody. Więc nie bardzo wiadomo, po co? Chyba tylko, żeby przypomnieć, że mimo wszystko jest wojna.
Katowice były wolne, bo mundurowi i cywilni dygnitarze spod znaku swastyki ulotnili się jeszcze przed wojskiem. Okupant uciekł. Prasa hitlerowska zwykle donosiła o planowanym zajęciu nowych pozycji, ale o utracie ważnych miast na Górnym Śląsku nie pisnęła słowem. Natomiast słynny (również dzięki Piwnicy pod Baranami) marszałek Koniew, w swoich wspomnieniach pod datą 18 stycznia 1945 zapisał: ...za nic w świecie Niemcy nie chcą sobie uświadomić nieuchronnej klęski. Kiepskie położenie tylko ich zachęca do zaciekłości. Organizacja piechoty na najwyższym poziomie, znakomite uzbrojenie i przygotowanie....
Tymczasem tutaj okupant zwinął manatki i już go nie było. Koniec wojny? Lecz tamtej nocy nikt chyba nie spał spokojnie. Sława wyzwolicieli znacznie wyprzedzała ich przybycie. Mówiło się, że to tylko propaganda walącej się w gruzy Trzeciej Rzeszy. Ale kto wie? Może oni nie tylko kłamali? Na przykład z tym Katyniem. Ludzie czekali w napięciu. To miało być trzecie w ciągu trzydziestu lat kolejne wyzwolenie Katowic. Może to trochę za wiele, jak na jedno pokolenie? Ale już przed południem 27 stycznia 1945 roku wszystko się wyjaśniło. Skończyła się niepełna doba bezpańskiej wolności i do miasta wjechała całkiem nowa epoka.
Szukam Niemca
W Katowicach znalazłem się dopiero dwa dni później, lecz oczywiście niczego nie pamiętam, bo miałem dopiero trzy lata, a dokładniej 759 dni spędzonych w Oświęcimiu. Tam też nie było żadnej walki. Już od połowy stycznia załoga SS ewakuowała się wraz z całym obozem i nikt chyba nie zamierzał go bronić. Wstrzymały nawet produkcję zakłady Buna-Werke, jakby już pogodzone z tym, że niebawem przyjdzie pojechać im gdzieś za Ural. Moja babcia pamiętała dokładnie ten dzień wyzwolenia. Wyszła wyrzucić śmieci, a gdy wróciła, nad otwartą szufladą w kuchni zobaczyła krasnoarmiejca. Ja zdies iskaju giermanca. A miał już trzy zegarki na ręce. No, cóż. Chłopakom z Wehrmachtu też się pewnie zdarzało. Wiadomo, wojna, festiwal malwersacji i śmierci.
Znalazłem się więc w Katowicach jak w całkiem nowym świecie, znów polskojęzycznych, biało-czerwonych, choć ze zdecydowaną przewagą czerwieni. Tutaj panowały już wolność i pokój. Widmo wojny odsunęło się w kierunku Rybnika i Raciborza. Ludzie, po jakże czarnych 1991 dniach, myśleli - nareszcie! Myśleli też pewnie, że najgorsze, co mogło ich spotkać na ziemi, mają już za sobą. Wtedy jeszcze nie, ale dzisiaj dobrze ich rozumiem. Kilka dni, a może tygodni, po moim przybyciu do Katowic w samym środku miasta spłonął ratusz, a także w jego sąsiedztwie dwie pierzeje ulicy Pocztowej, między Rynkiem a Młyńską. Podobno jacyś tam palacze machorki szukali germańca. A może szabrownicy mieli już dosyć tych mrozów? W tym samym czasie (albo wcześniej lub później) spaliły się z podobnego powodu dwa domy przy 3 Maja, która znów się tak nazywała. Strażacy byli już oczywiście w drodze na Sybir. Wojewodą śląsko-dąbrowskim został generał. Nie mogę nadziwić się szczęściu, jakie Katowice mają do przywódców z oficerskimi stopniami. Włącznie z ostatnim na tej liście generałem Paszkowskim. Poprzednikiem generała Aleksandra Zawadzkiego był generał SA, niejaki Fritz Bracht. Pochodził z Westfalii i o Śląsku nie miał zielonego pojęcia. Był przekonany, że w Katowicach są wyłącznie Niemcy. Zupełnie odwrotnie, jak z kolei jego poprzednik, pułkownik Grażyński. Też był spoza Śląska i sądził, że w Katowicach są sami Polacy. Obu im życie nie przyznało racji. Podobno gdzieś w Kudowie Zdroju znajduje się grób gauleitera Brachta, który 9 maja 1945 odebrał sobie tam życie.
Nowy namiestnik Śląska
Ale teraz na scenę wkraczał, pomazany przez Moskwę, zupełnie nowy generał, pardon - wojewoda na pełnej zagrodzie. Nowy namiestnik Śląska, właściwie nietkniętego przez śmiercionośne rażenie wojną. Dopiero dni pokoju poruszyły tą ziemią. Było co stąd wywozić - fabryki, elektrownie, maszyny. I oczywiście ludzi. Kraj Rad potrzebował rąk do pracy. Ale to już osobny temat. Ja chciałem tylko o jednym, o tej dobie niepełnej między 26 a 27 stycznia, dniu wyczekiwania na wóz albo przewóz. Oczywiście, sam niewiele mogę pamiętać. Prawie nic. Wszystko co napisałem pochodzi od starszych. Z braku własnej, ich pamięć przechowuję w swojej, skoro sami nie zdążyli napisać.
Autor jest pisarzem i malarzem, finalistą nagrody Nike (za powieść Finis Silesiae)


Nie było złotego mostu Koniewa na Śląsku
Gazeta Wyborcza, rozmawiał Józef Krzyk 26.01.2006
Józef Krzyk: Do 1989 roku wszystko było proste: źli Niemcy i dobry Związek Radziecki, który nas wyzwolił. Potem niektórzy mówili tylko o popełnianych przez sowieckich żołnierzy mordach, a nadejście Armii Czerwonej nazywają zdobyciem. Gdzie racja?
Zygmunt Woźniczka *: To wcale nie jest takie proste. W odniesieniu do zdarzeń ze stycznia 1945 roku w Zagłębiu Dąbrowskim i w Katowicach zdecydowanie bardziej uprawniony jest termin wyzwolenie, bo te tereny były przed II wojną światową częścią państwa polskiego. Zdecydowana większość mieszkańców traktowała kilkuletnie rządy niemieckie jak okupację i z nadzieją czekała na ich koniec. Ale sprawa już wcale nie była tak jednoznaczna w Gliwicach, Bytomiu czy Zabrzu, które przed 1939 rokiem należały do Niemiec i gdzie większość mieszkańców identyfikowała się z państwem niemieckim. Opowiadanie, że się wyzwalało Niemców, jest śmieszne. Owszem, zdarzali się tam antyfaszyści, były osoby zmęczone przedłużającą się wojną, ale w Gliwicach ludność cywilna stawiła zbrojny opór wkraczającej Armii Czerwonej. Ludzie popełniali samobójstwo, żeby nie wpaść w ręce czerwonoarmistów.
Nawet nieliczni mieszkający tam Polacy nie mogli nadejścia Armii Czerwonej traktować jak wyzwolenia. Rosjanie traktowali wszystkich jednakowo - mordowali, gwałcili i okradali. Nie ma się co zresztą dziwić ich nienawiści i wściekłości. Niemcy mordowali ich bliskich, więc teraz brali odwet. Szeregowi żołnierze, a nawet oficerowie, nie orientowali się w takich zawiłościach, które dla nas są ważne - że tu przebiegała polsko-niemiecka granica, że była polska i niemiecka część Śląska i że większa część ludności była dwujęzyczna. Ba! Nawet ich to nie obchodziło. Paradoksalnie najwięcej wiedzy na ten temat mieli enkawudziści, ale ci nie mieli żadnego interesu w tym, aby powstrzymywać swoich żołnierzy przed gwałtami. To wszystko zresztą działo się jeszcze przed konferencją w Poczdamie, która przyznała Polsce tereny na wschód od Odry. Zanim to się stało, Śląsk był traktowany jak inne części Rzeszy.
Są tacy, którzy twierdzą, że takie stawianie sprawy to zrównywanie odpowiedzialności sprawców wojny - Niemców i ofiar - Związku Radzieckiego...
- Na Śląsku jeden system totalitarny - hitlerowski został zastąpiony drugim - sowieckim. Nawet urządzone przez ten pierwszy system obozy koncentracyjne i obozy pracy zostały wykorzystane przez ten drugi. Tak było w przypadku Zgody w Świętochłowicach. Było też tak, że niektórzy funkcjonariusze partii nazistowskiej przechodzili na służbę partii komunistycznej. Gwałty i rabunki popełniane na ludności cywilnej były po II wojnie światowej tematem bardzo długo przemilczanym. Z drugiej strony, opisując cierpienia cywilnej ludności na Śląsku w 1945 roku, łatwo można zatracić proporcje ówczesnych zdarzeń. Żeby uniknąć pułapki, warto pamiętać, że Rosjanie, których dziś się oskarża o zbrodnie, sami byli ofiarami systemu totalitarnego. Ich nienawiść do wroga była perfidnie wykorzystywana przez Stalina.
Czy to prawda, że Śląsk dostał się w ręce Armii Czerwonej prawie bez walki?
- W Katowicach były tzw. boje opóźniające. Niemcy bronili węzłów komunikacyjnych i wycofywali się, gdy już nie było innego wyjścia. Gdy 27 stycznia od strony Siemianowic wkroczyła do Katowic Armia Czerwona, już nie napotkała oporu. Przez kilkadziesiąt powojennych lat stale obecny w historiografii był zwrot o złotym moście Iwana Koniewa. Ten złoty most, albo inaczej złote wrota, miał polegać na genialnym posunięciu radzieckiego marszałka, który, oskrzydlając Śląsk z kilku stron, zmusił wojska niemieckie do pospiesznego wycofania się. W ten sposób bez większych walk, a więc także bez zniszczeń, udało się przejąć śląskie huty i kopalnie. Prawdy w tym micie jest niewiele. W rzeczywistości Niemcy nie pozwolili się ani zniszczyć, ani okrążyć. Dobrze się bronili mimo olbrzymiej przewagi przeciwnika. Stalin, który liczył na to, że w ręce Koniewa wpadną dziesiątki tysięcy jeńców, których można będzie odesłać do pracy na Syberii, wpadł we wściekłość. Koniew, który nie popisał się już na przyczółku sandomierskim, 5 lutego musiał tłumaczyć się przed NKWD. I pewnie w tamtej chwili sam wymyślił, albo ktoś mu podpowiedział, historyjkę o złotych wrotach.
Tymczasem Niemcy po wycofaniu się odtworzyli front, który zamknął Armii Czerwonej dalszy marsz w stronę południową. Część Górnego Śląska dostała się w ich ręce dopiero wiosną, Cieszyn - w ostatnich dniach wojny.
Czy wypędzenie Niemców z Górnego Śląska nie przyniosło Stalinowi żadnych korzyści?
- Zdobycie Górnego Śląska umożliwiło Związkowi Radzieckiemu przyspieszenie ofensywy na Berlin i zakończenie II wojny światowej. To stwierdzenie powtarza się od wielu lat i wiele osób traktuje już je z powątpiewaniem, bo mogłoby się wydawać, że ze strategicznego punktu widzenia niewielki obszar Górnego Śląska miał niewielkie znaczenie. Jednak na tym niewielkim obszarze skoncentrowany był przemysł, który dostarczał w tamtym czasie Niemcom ponad połowę potrzebnego węgla i stali. Nieprzypadkowo w kilka dni po utracie Katowic Albert Speer, minister odpowiedzialny w niemieckim rządzie za gospodarkę, skierował do Hitlera raport, który rozpoczął od słów: Wojna jest przegrana. Wyjaśnił, że bez Górnego Śląska nie da się zapewnić zakładom produkującym uzbrojenie stali, a całemu przemysłowi - węgla. Z drugiej strony w górnośląskich fabrykach i warsztatach natychmiast po wkroczeniu Rosjan ruszyła praca dla Armii Czerwonej - naprawa i uzupełnienie sprzętu. Dzięki temu można było skrócić trwający zazwyczaj pół roku okres przerwy między wielkimi operacjami wojskowymi. Ofensywa na Berlin ruszyła już w połowie marca 1945 roku.
Czy w ostatnich latach udało się nam dowiedzieć czegoś nowego na temat 1945 roku?
- Tak, m.in. na podstawie wcześniej niedostępnych archiwów niemieckich. Dziś nie ma żadnych obostrzeń cenzuralnych. Historycy już sporo wiedzą i o tym piszą. Wielu ludzi wojna nie obchodzi, ale w końcu przebije się to też do świadomości większej liczby ludzi. Pokutuje jednak postrzeganie historii z perspektywy warszawskiej. Nie ma się co dziwić, bo to w Warszawie powstaje większość podręczników. Ale i tak udało się, już wiele osób wie o deportacji Ślązaków do sowieckich łagrów i o zbrodniach Salomona Morela.
A co zostało jeszcze do zrobienia?
- Nie wiemy jeszcze wszystkiego o tym, jaka była skala powojennych represji. Ważne jest, żeby polscy historycy pracujący nad dziejami najnowszymi poznali racje historyków niemieckich. Tak samo ważne jest, żeby historycy niemieccy poznali nasze racje. Nie tylko historyków, ale zwykłych ludzi, Polaków ze Śląska i Polaków z Kresów, którzy na Śląsk zostali przerzuceni na podstawie stalinowskich decyzji o przesunięciu granic. Wciąż nie znamy skali rabunków sowieckich. Nie wiemy, ile wywieźli urządzeń przemysłowych ani dzieł sztuki.
* Zygmunt Woźniczka jest historykiem z Uniwersytetu Śląskiego, w tym roku ukaże się jego książka poświęcona zakończeniu II wojny światowej na Śląsku.


Obrazy nie lubią mrozów
Gazeta Wyborcza, las 24.01.2006
- Nie będziemy przenosić płócien do cieplejszych pomieszczeń. Jest zimno, ale nagły skok temperatury znacznie bardziej by im zaszkodził niż pozostawienie w salach ekspozycyjnych - mówi Beata Wewiórka, konserwator dzieł sztuki z Muzeum Śląska Opolskiego.
W pomieszczeniach administracyjnych muzeum było we wtorek 12 stopni. W przestrzennych salach wystawowych jeszcze zimniej, choć najniższa temperatura była w pracowni konserwacji zabytków.
- Mam 9 stopni. Klawiatura komputera przestała działać, zamarzła woda, więc pracuję w domu. Sporządzam dokumentację - wyjaśnia Wewiórka, która każdego dnia rozpoczyna pracę od sprawdzenia temperatury i wilgotności w salach, gdzie wiszą obrazy, a potem ustawia nawilżacze powietrza, tak by wahania wilgotności były jak najmniejsze.
Choć w Muzeum Narodowym w Warszawie zdjęto część płócien Józefa Pankiewicza - m.in. wypożyczonych z naszego muzeum - to jednak pani Beata nie uważa, aby taki zabieg był konieczny w Opolu.
- Mury ochładzają się stopniowo, również stopniowo nabierają ciepła. Najlepiej nie dopuszczać do szoków termicznych, a więc gwałtownego przenoszenia obrazu z pomieszczenia, gdzie jest zimno, do ciepłego - wyjaśnia konserwatorka. Dodaje, że wysokość temperatury jest skorelowana z wilgotnością, której wahania mogą być dla obrazu zabójcze. Spadek temperatury bowiem łączy się ze spadkiem wilgotności. Wtedy też klej, którym pokryte jest płótno obrazu, kurczy się. Wzrost wilgotności powoduje natomiast pęcznienie kleju, co pociąga za sobą pękanie kolejnych warstw obrazu, czyli gruntu i farby. - Dlatego staramy się utrzymywać stałą wilgotność i nawilżać pomieszczenia w miarę potrzeby i możliwości - dopowiada Wewiórka.
Jej koledzy z pracy nie mają aż tyle szczęścia, by pracować w domu nad dokumentacją konserwatorską. Siedzą w płaszczach, co godzina zmieniają się na dyżurach w salach ekspozycyjnych i w kasach, dogrzewając pomieszczenia administracji grzejnikami.
- I wtedy padają nam komputery i wywalają korki. Za zgodą behapowca skróciłam tylko niektórym pracownikom czas pracy. W poniedziałek wyszli o dwunastej, ale wczoraj było już tak zimno, że część posłałam do domu już po godz. 10 - mówi Krystyna Lenart-Juszczewska, dyrektorka muzeum. - Niestety, nie mogę wszystkim pozwolić pójść do domów, bo są ferie. Muzeum musi być otwarte - kończy.


Śląsk podczas mrozów
Gazeta Wyborcza, K. Piotrowiak, mac, fe, aim 23.01.2006
Nawet minus 30 stopni wskazywały w poniedziałek termometry w naszym regionie! Dzieci nie poszły do szkoły, a narciarze nie wyjechali na stoki. Stały tramwaje, autobusy, pociągi miały nawet kilkugodzinne opóźnienia.
Wielu kierowców czekała wczoraj rano przykra niespodzianka - auta nie chciały odpalić. Trzeba było dzwonić po pomoc drogową i długo czekać na przyjazd, bo telefonów były setki, albo zdecydować się na podróż taksówką. Jednak rano w dyspozytorniach też nie nadążali z przyjmowaniem zgłoszeń. - Od godziny 6 do 10 mieliśmy ich ponad 200 - mówili w Halo Taxi w Katowicach.
Jeszcze inne wyjście znalazła zdesperowana mieszkanka Ornontowic Aleksandra Markiewicz. Ponad pięć kilometrów do Orzesza pokonała... rowerem. Nie chciała się spóźnić na autobus do Katowic. - Strasznie zimno - mówiła skulona, kiedy po południu spotkaliśmy ją na dworcu PKP. Czekała tam na koleżankę, która jechała z Wisły. Niestety, spóźnienia pociągów dochodziły nawet do dwóch godzin.
Siarczysty mróz unieruchomił tramwaje. Na przystankach najdłużej marzli mieszkańcy Chorzowa, Świętochłowic i Katowic. W niektórych miejscach popękały szyny i nie kursowały Karliki. - Nowoczesne tramwaje nie chcą jechać. Tylko stary tabor radzi sobie przy takich mrozach - wyjaśniała dyspozytorka.
Spośród 75 dzieci, które chodzą do szkoły w sołectwie Soblówka, wczoraj zjawiło się tylko czworo. Nie jechały gimbusy, psuło się centralne ogrzewanie. Lekcje odwołano w 52 placówkach, a w 36 zostały skrócone do pół godziny.
Nawet narciarze woleli pozostać w domu. - To żadna przyjemność jeździć przy takiej temperaturze. Można się nabawić odmrożeń - mówił nam Jerzy Siodłak, naczelnik Beskidzkiej Grupy GOPR.
Dzisiaj nieznaczna poprawa. Synoptycy zapowiadają 16-18 stopni poniżej zera. Rosjanie, u których czasami są jeszcze większe mrozy, radzą pić herbatę z malinami i miodem.
Katowice, godz. 11, dworzec kolejowy. Opóźnienia pociągów na wszystkich trasach sięgają 110 minut. Pasażerowie marzną, bo temperatura na dworcu nie odbiega od tej na dworze. Dlatego niektórzy woleli zostać na zewnątrz i ogrzać się przy koksiokach.
Katowice, godz. 14.15, Dolina Trzech Stawów. Rysiek i Iwona mieszkają w baraku, bo nie dostali lokalu socjalnego, o który starali się przez kilka miesięcy. Mężczyzna nazbierał drewna i mogą się teraz ogrzać przy kozie. Cieszą się, że mają choć taki dach nad głową.
Chorzów, godz. 11.40, plac Hutników. Na trasę Chorzów - Siemianowice nie wyjeżdża linia 12. Sieć trakcyjna nie wytrzymała mrozu, na torach zalegają lodowe bryły, które blokują zwrotnice. Tramwaje Śląskie SA ściągają sprzęt z Zakładów Wodociągowych, żeby skuć lód. Z powodu złamanego pantografu w Świętochłowicach na Skałce stoją 7 i 17.
Katowice, godz. 9.30. Uczniowie Gimnazjum nr 5 siedzą na lekcjach w kurtkach. Kucharki gotują herbatę, którą częstują zmarzniętych gimnazjalistów w szkolnej stołówce. - Mieliśmy awarię centralnego ogrzewania. Pogotowie cieplne naprawiło nad ranem usterkę, ale budynek się wyziębił - tłumaczy Krystyna Wajdzik, dyrektorka szkoły.
Ochaby, godz. 13.30. Konie w ośrodku jeździeckim grzeją się pod ciepłymi derkami założonymi na grzbiety. - Konie co prawda gorzej znoszą przegrzanie niż niskie temperatury, ale takie mrozy nawet dla nich są zbyt wysokie. Dlatego zostały w stajniach - mówi Mirosław Duda, prezes stadniny.


Silny mróz ogarnął Śląsk!
Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 22.01.2006
Wielki mróz przyszedł do nas w nocy z soboty na niedzielę. Nad ranem w Katowicach zanotowano minus 25 stopni Celsjusza. Synoptycy przewidują, że zimniej już nie powinno być, ale mróz nie opuści nas przez najbliższe trzy dni.
Dwie osoby nie żyją. Mieszkaniec Dąbrowy Górniczej zamarzł na terenie własnej posesji. Mężczyzna miał 42 lata, mieszkał sam, utrzymywał się z renty i zasiłków. Policja wyjaśnia, dlaczego nie zdołał się schronić w mieszkaniu. W takim samym wieku była też ofiara mrozu w Zwardoniu. Zwłoki mężczyzny znaleziono tuż obok wyciągu narciarskiego. Nie wiadomo jak doszło do tragedii. - Niewykluczone, że ofiary były pod wpływem alkoholu, czekamy na wyniki sekcji - mówi Janusz Jończyk z zespołu prasowego śląskiej policji.
Janusz Bochenek, katowicki polarnik, alkohol wymienia na pierwszym miejscu listy rzeczy, które przy niskich temperaturach należy bezwzględnie wyeliminować. - Na taki mróz należy przede wszystkim odpowiednio się ubrać. Najlepiej warstwowo, na cebulkę. Bardzo ważna jest ochrona głowy. Jeśli jest 25 stopni mrozu i wiatr wieje z prędkością 10 metrów na sekundę, to człowiek odczuwa temperaturę tak, jakby było minus 40 stopni. Łatwo może dojść do odmrożenia twarzy. Najlepiej wkładać kominiarki albo zasłaniać się dodatkowym szalikiem - radzi polarnik.
O dodatkowej odzieży muszą teraz myśleć ci, którzy bez względu na warunki atmosferyczne pracują w terenie. - Każdy policjant ma zimowy mundur, a w czasie takiego mrozu patrole częściej mają przerwy w ciepłych pomieszczeniach - mówi Jończyk.
Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na przerwę w pracy. - Zimą musimy bez przerwy uważać na zwierzęta - mówi Piotr Liszka, dyrektor chorzowskiego ogrodu zoologicznego. - Wzmożona czujność pojawia się zwłaszcza w czasie takiego uderzenia mrozu jak wczoraj. Na szczęście obyło się bez kłopotów. Muszę przyznać, że niektóre zwierzęta mają dużą tolerancję na niskie temperatury. Mróz dobrze znoszą strusie afrykańskie, gepardy czy papugi australijskie. Nawet gdy jest 5 stopni poniżej zera, nie ma wiatru, a na ziemi nie ma lodu, wypuszczamy zwierzęta na wybieg. Największy kłopot mamy z żyrafami, które z trudem brodzą w śniegu. Wszystkie zwierzęta są w zamkniętych pomieszczeniach, a kotłownie pracują pełną parą - mówi Liszka.
Bez chwili wytchnienia pracowały też wczoraj służby Tramwajów Śląskich. Od wczesnych godzin rannych w aglomeracji dochodziło do licznych awarii. Problemy były w Sosnowcu, Chorzowie, Katowicach i Bytomiu. Dopiero w poniedziałek rano przywrócony będzie ruch tramwajów na linii nr 12 z Chorzowa do Siemianowic Śląskich. - Pęka sieć elektryczna i szyny - mówi Janusz Kos z Centralnej Dyspozytorni Ruchu. - To jeszcze nie paraliż, ale już duże kłopoty.


Kuszą mieszkańców Śląska na ciepło
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 19.01.2006
Żarówka, krem Nivea, mikser czy zniżka na basen to prezenty, jakimi firmy energetyczne od niedawna kuszą wiernych klientów na Śląsku. Starają się ich zatrzymać, bo po otwarciu rynku energii każdy z nas będzie mógł kupować prąd tam, gdzie mu się podoba.
Wierny i wypłacalny klient to marzenie każdej firmy, dlatego hipermarkety i stacje benzynowe jako jedne z pierwszych zaczęły wprowadzać programy lojalnościowe. Wydają np. specjalne karty, na które zbiera się punkty i później można je wymienić na nagrodę.
Niedawno bój o wiernego klienta zaczęły też firmy energetyczne z naszego regionu. W 2007 r. zostanie uwolniony rynek energii elektrycznej i każdy z nas będzie mógł wybrać sobie firmę, która dostarczy mu prąd. W sytuacji, gdy różnice w cenach sięgają nawet 150 zł rocznie, można się spodziewać, że część klientów zmieni dostawcę. Firmy energetyczne muszą więc zatrzymać przy sobie najwierniejszych klientów.
Vattenfall (dawny GZE SA) - choć jest najtańszym dostawcą w kraju - rozesłał do swoich odbiorców 800 tys. specjalnych kart, które będą uprawniać do specjalnych zniżek. Firma przygotowała sześć tzw. Pogodnych Tygodni Vatennfalla, podczas których posiadacze kart będą mogli liczyć na prezenty. Podczas pierwszego tygodnia sportu i rekreacji (od 6 do 12 lutego) wystarczy pokazać kartę, by dostać m.in. darmowy karnet na wyciągi w Dolomitach - Sportowej Dolinie w Bytomiu czy 50-proc. zniżkę na trzy całoroczne korty tenisowe w Chorzowie. - Chcemy przywiązać do siebie stałych klientów i zdobyć nowych - nie ukrywa Łukasz Zimnoch, rzecznik prasowy Vatennfalla. Podkreśla, że druk kart i wprowadzenie programu lojalnościowego nie wpłynie na wzrost cen prądu.
Na wiernych klientów stawia też Będziński Zakład Elektroenergetyczny, należący do koncernu Enion. Od 1 lutego klienci, którzy zapłacą za prąd z góry za cały rok, będą mogli wybrać jeden z 70 prezentów. Na liście są m.in. żarówki, kremy Nivea, miksery i lokosuszarki. - Prezenty nie dość, że wiążą naszych klientów z firmą, to jeszcze ułatwiają nam pracę, bo zmniejszają kolejki przed kasami - mówi Piotr Żydek, kierownik marketingu BZE.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Enion przygotowuje już dla swoich klientów kolejne niespodzianki.


Rury pękają przez szkody górnicze
Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 18.01.2006
Lokatorzy 15 tys. mieszkań spędzili wczorajszy dzień przy zimnych kaloryferach i bez ciepłej wody. To 20. awaria tego typu na Śląsku od początku grudnia: - Rury na Śląsku łatwo pękają z powodu szkód górniczych - tłumaczą urzędnicy.
O tym, że w mieszkaniach będzie zimno, lokatorzy z Dąbrowy Górniczej dowiedzieli się dwa dni temu z ogłoszeń wywieszonych w blokach. 75-letnia Halina Achtelik kupiła grzejnik elektryczny za 150 zł. - Jestem emerytką i pieniędzy nie mam za dużo - wzdycha. - Mój mąż jest ciężko chory. Po wylewie nie może chodzić. Nie wyobrażam sobie, żeby mógł leżeć w zimnym mieszkaniu. Dobrze, że nie ma silnego mrozu, bo może i ten grzejnik by nie wystarczył. Ale trudno, trzeba jakoś zagryźć zęby i przetrzymać - dodaje.
W zimnych mieszkaniach spędzili dzień lokatorzy 15 tys. mieszkań przy ulicach Kasprzaka, Tysiąclecia, Sadowej, Spisaka, Storczyków, Wybickiego, Piłsudskiego oraz osiedli Łęknice i Reden. - Wczoraj lekcje odbywały się zgodnie z planem - mówi Dorota Bulińska, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 11. - Dogrzewaliśmy dzieci ciepłą herbatą. Dziś natomiast wszystkie zajęcia zostały odwołane. Budynek szkoły w ciągu nocy został wyziębiony. Lekcje odpracujemy w sobotę.
- Nieszczelność rur wykryliśmy już w miniony piątek, ale było za zimno, żeby to naprawić. Musieliśmy odciąć dopływ ciepłej wody. Zdecydowaliśmy się to zrobić wczoraj, gdy temperatura podniosła się do około zera - tłumaczy Ryszard Śmiałek z Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Dąbrowie Górniczej. Awarię usunięto wczoraj późnym wieczorem.
Bez ciepła pozostawali też wczoraj mieszkańcy Zabrza. Tam na szczęście awarię usunięto szybko. Ciepłe kaloryfery były już po południu w blisko 30 mieszkaniach i na posterunku policji.
Od początku grudnia w województwie śląskim rury pękały już 20 razy. Dlaczego tak często?
Andrzej Fiema, kierownik Centrum Zarządzania Kryzysowego Wojewody Śląskiego, tłumaczy to specyfiką regionu: - Instalacje są uszkadzane m.in. szkodami górniczymi i tąpnięciami. Stare rury korodują, a kiedy tylko pojawia się duży mróz, rozszczelniają się. Dodaje jednak, że obowiązkiem przedsiębiorstw energetyki cieplnej jest stałe kontrolowanie rur, by zapobiegać awariom.
Śmiałek: - Teraz ciągle kontrolujemy sieć. Mamy nawet samochód wyposażony w echosondę, która wykrywa nieszczelności. Niestety, sprzęt nie jest jeszcze tak doskonały, by wychwycić sam proces korozji, który doprowadza do pęknięć rur.


Humanitarny Uniwersytet Śląski
Gazeta Wyborcza, kapi 17.01.2006
Na Uniwersytecie Śląskim nikt już nie pamięta, kiedy po raz ostatni studenci mieli okazję pokroić żabę. Ponieważ sekcje na zwierzętach są zakazane prawem, władze uczelni kupiły specjalne programy komputerowe, które zastąpią skalpele.
Od kilkudziesięciu lat studenci uczą się anatomii na bezkręgowcach. - Kiedyś na jednych zajęciach student zabijał nawet po kilka żab. Teraz studenci muszą się zadowolić dżdżownicą i karaluchem - mówi dr Bogdan Doleżych z Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska UŚ. Kilka dni temu studenci czwartego roku Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska pokroili świerszcza. - Badania owadów są bardzo ciekawe, jednak żaba jednak anatomicznie bliższa człowiekowi - mówią studenci Agnieszka i Łukasz, ubrani w białe kitle.
Niewiele jeszcze słyszeli o wirtualnym krojeniu żaby, ale są bardzo zainteresowani nowym programem komputerowym. - Jestem ciekawa, za jego pomocą można się nauczyć precyzji. Na razie nie potrafię sobie wyobrazić wirtualnego skalpela - dodaje Agnieszka.
Program Digital Frog, autorstwa dwóch Kanadyjczyków, jest prosty w obsłudze. Skalpelem porusza myszka. Złe cięcia program zaznacza na czerwono i zmusza do rozpoczęcia sekcji od nowa, a przy właściwie przeprowadzonym ćwiczeniu ślad po skalpelu jest biały. Żabę można kroić godzinami z każdej strony, a na końcu obejrzeć w powiększeniu, jak to robią specjaliści. Program tak długo męczy studenta, aż przejdzie on przez wszystkie etapy, m.in. sekcję serca, jelit, płuc. - Wirtualna żaba ma swoje zalety: nie śmierdzi, nie klei się do rąk - dodaje Doleżych.
Program Digital Frog oraz dwa pozostałe, które będą pomocne na zajęciach z ekotoksykologii i do oznaczania roślin, zostaną udostępnione studentom prawdopodobnie jeszcze w tym miesiącu w salach komputerowych uczelni.


Nowy śląski wicewojewoda
Gazeta Wyborcza, mg 15.01.2006
Artur Warzocha od dziś zaczyna pracę na stanowisku pierwszego wicewojewody. Premier Kazimierz Marcinkiewicz powołał go w sobotę na wniosek wojewody śląskiego Tomasza Pietrzykowskiego.
Artur Warzocha ma 36 lat, mieszka w Częstochowie. Skończył pedagogikę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie oraz studia podyplomowe w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
Pracował jako dziennikarz w mediach katolickich i prasie regionalnej. Był też rzecznikiem prasowym wojewody częstochowskiego. Wykłada w Wyższej Szkole Zarządzania w Częstochowie. Przez dwie kadencje był radnym Częstochowy. Wyrzucono go z PiS-u w maju zeszłego roku ponieważ podczas jednej z sesji Rady Miejskiej zagłosował tak samo, jak przedstawiciele SLD.
Warzocha jest żonaty i ma pięcioletnią córkę Marysię. Wolny czas najchętniej spędza na wycieczkach pieszych i rowerowych. Sporo czyta i chętnie słucha muzyki Bacha i Chopina.
Na razie nie wiadomo, czym będzie się zajmował pierwszy wicewojewoda. Decyzja w tej sprawie zapadnie po powołaniu drugiego wicewojewody.


Śląsk przed wielkimi roztopami i powodziami
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 15.01.2006
Śląskie gminy przygotowują się już do wielkich roztopów i powodzi! W Zabrzu kupują worki na piasek, w Gliwicach z niepokojem patrzą na Kłodnicę, a w Rybniku dokupują łopaty, które mogą przydać się do usypywania wałów.
Choć zima trzyma jeszcze mocno, meteorolodzy są zgodni. W najbliższych tygodniach możemy spodziewać się odwilży i deszczu. Tymczasem w śląskich miastach śniegu jest tak dużo, że władze samorządowe zaczynają już przygotowywać się do ewentualnej... powodzi. W Zabrzu powołano sztab kryzysowy, który do niedawna walczył ze śniegiem. Teraz ma przygotować plan awaryjny na wypadek wielkiej wody.
Do tej pory z centrum Zabrza wywieziono już tysiąc ciężarówek śniegu. Część wsypano do pustego basenu przy ul. Roosevelta, ale resztę umieszczono w pobliżu miejscowych potoków: Kłodnicy i Bytomki. - Gdyby teraz gwałtownie się ociepliło, te niewielkie rzeczki przemienią się w rwące potoki i mogą spowodować powódź - przekonuje Katarzyna Kuczyńska, rzeczniczka zabrzańskiego magistratu.
Dlatego miasto kupuje właśnie worki na piasek (jest ich już tysiąc) i bacznie obserwuje, czy wały przeciwpowodziowe nie nasiąkają wodą. - W tym roku sytuacja jest dużo poważniejsza, bo dawno nie było przecież takich opadów śniegu - mówi Kuczyńska.
W Rybniku też nie próżnują. Właśnie zarządzono dokładny przegląd tam i zapór, które bobry budują na Rudzie, Nacynie i Młynówce. W normalnych warunkach tamy są niegroźne. Przy takiej skali spodziewanych roztopów mogą jednak spowodować powódź. - Dokładnie przeglądamy też magazyny, czy mamy w nich dość worków z piaskiem, łopat i rękawów do tamowania wody - mówi Krzysztof Jaroch, rzecznik rybnickiego magistratu.
Władze Rybnika poleciły też instytucjom, które opiekują się dużymi zbiornikami - Zalewem Rybnickim i zbiornikiem na Paruszowcu, by utrzymywali w nich maksymalnie najniższy poziom wody. Wszystko, by topniejący śnieg miał się gdzie pomieścić.
W Gliwicach nerwowo spoglądają na Kłodnicę, gdzie przez cały czas robione są pomiary. Rzeka przepływająca przez centrum miasta występowała już z brzegów i zalewała m.in. Urząd Miejski. - Trzymamy rękę na pulsie - uspokaja Marek Jarzębowski, rzecznik gliwickiego magistratu.


Towarzystwo Obrony Zabytków Industrialnych
Gazeta Wyborcza, Małgorzata Goślińska 13.01.2006
Relacja z fabryki, trochę wspomnień z czasów prosperity i ruiny na zdjęciach. Z boku dopisane dużymi czerwonymi literami: Tego już nie ma!. Towarzystwo Obrony Zabytków Industrialnych nie będzie tylko dokumentować zgliszcz. Zamierza krzyczeć wcześniej.
Marcin Doś założył TOZI rok temu. Działania: oprowadzanie turystów po hutach, kopalniach, elektrowniach, hałdach, osiedlach robotniczych, po krainie, którą nazywa indutature, szlakiem robotów, a wycieczki - last minute. Urodziłem się właśnie tu, nie mogę udawać, że nie nasiąkłem tym bez reszty. Za jakiś czas trudno będzie uwierzyć, że Śląsk i Zagłębie były kiedyś potężną maszyną, pracującą nieustannie przez dziesięciolecia, napędzaną głównie ludzką pracą - pisze na stronie www.bedzinbeat.com. Tam znajduję relację z fabryki, której już nie ma. - Nie ma huty w Szopienicach, cynkowni na Wełnowcu, niszczeje wieża ciśnień w Zabrzu - wymienia Doś. - W Bytomiu rozebrano browar, w Zabrzu spalono młyn - dorzuca Małgorzata Tkacz-Janik, która w zeszłym roku w Bytomiu urządziła Pogrzeb domu, happening przed zabytkową kamienicą, która obraca się w ruinę.
Wczoraj w Galerii Szyb Wilson w Katowicach spisali statut i postanowili zalegalizować nieformalne dotąd stowarzyszenie. Doś: - Żeby nie wyrzucano nas z urzędów, żeby starać się o fundusze unijne. Jest ekipa urzędników, my będziemy ekipą, która krzyczy.
Co zamierzają? Tkacz-Janik: - Dokumentować zagładę na zdjęciach, wystawach, w albumach. Pokazywać, co ginie. Organizować szkolne wycieczki po architekturze przemysłowej i konkursy fotograficzne, tworzyć mapki i podręczniki. Edukować dzieci z historii regionu, że to, co dorosłym kojarzy się ze znojem, jest piękne. Interweniować. Występować do wojewody o wpisywanie obiektów do rejestru zabytków. Rewitalizować. Ale nie tak jak kopalnię Kleofas, z której w Silesia City Center ocalała tylko kapliczka.
Doś chciałby założyć industrialną dzielnicę ze sklepami, mieszkaniami, pracą. Jako przykład, że nie trzeba burzyć, tylko adaptować. - Zagraniczne wycieczki, które oprowadzałem, nie chciały mi wierzyć, że to wszystko niszczeje.


Swoje chwalicie, cudzego nie znacie!
Gazeta Wyborcza, Łukasz Kałębasiak 04.01.2006
Małe podwórka kamienic, zapomniane klatki schodowe, stare bramy - miejsca w Sosnowcu, do których nie zapuszczają się przechodnie, przyciągają fotografików.
Przynajmniej tych, którzy spróbowali swoich sił w konkursie Ginąca architektura Sosnowca. Ogłosiły go Wydział Kultury i Sosnowieckie Centrum Sztuki - Zamek Sielecki. To właśnie w tym ostatnim pokazywane są najlepsze, czyli wyróżnione i nagrodzone prace. Jury miało w czym wybierać: wyzwanie sfotografowania odchodzącego w przeszłość Sosnowca podjęło 76 amatorów robienia zdjęć. Z ponad 600 odbitek na wystawę trafiła zaledwie co dziesiąta. Nagrody zdobyło dziewięciu fotografików, zarówno profesjonalistów, jak i pasjonatów.
Fotografująca hobbystka Barbara Słonina okazała się najbardziej wnikliwą obserwatorką starego Sosnowca. - Spodobał nam się cykl jej zdjęć wnętrz kamienic, pełne ciepła kadry oddające klimat miejsca - mówi Paweł Dusza, miejski konserwator zabytków w Sosnowcu i jeden z oceniających. Na zdjęcia Słoniny głosował także Zbigniew Podsiadło, artysta fotografik. - Były bardzo jednorodne stylistycznie, co od razu wyróżniło je na tle innych prac. Ich autorka po prostu potrafi patrzeć - chwali Podsiadło. Przy okazji Słonina przełamała też mit o nieprzekraczalnej granicy między Śląskiem a Zagłębiem. Mieszka bowiem w Katowicach, ale pracuje w Sosnowcu i udowodniła, że potrafi docenić jego urok. Zresztą fotografików spoza Zagłębia było w konkursie więcej. Na wystawie w Zamku Sieleckim są jeszcze zdjęcia artystów z Warszawy i Łodzi.
- Wybraliśmy taki temat konkursu, który mógłby być potraktowany szeroko, bo przecież ginąca architektura to także stare uliczki, chodniki czy detale - mówi Dusza. Stąd II nagroda dla Bartosza Gacka, który wypatrzył w jednej z kamienic schody z wyrytą na nich pieczęcią Sosnowice. Jeden z fotografików poświęcił natomiast cały cykl... starym drzwiom.
- Namawiam miasto, żeby kontynuowało pomysł konkursów. Sosnowiec jest znany ze sztuki Grupy Zagłębie, ale środowisko fotograficzne jest rozproszone - mówi Podsiadło. Urzędnicy nie mówią nie, ale wszystko uzależniają od pieniędzy.
W konkursie wyróżnienia zdobyli jeszcze: Daniel Koniusz, Krzysztof Źrałek, Marcin Kocot, Katarzyna Niczewska, Marcin Piwnicki oraz Waldemar Józwa. Wystawa potrwa do 15 stycznia.


Śląskie miasta chcą związku
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 09.01.2006
Duży może więcej - do takiego wniosku doszli prezydenci 14 miast wokół Katowic i podpisali w poniedziałek deklarację o przystąpieniu do Górnośląskiego Związku Metropolitalnego. Spotkanie zlekceważyli jednak prezydenci Katowic, Gliwic i Bytomia, a bez tych miast inicjatywa nie ma większego sensu.
Na pomysł zorganizowania związku wpadły przed rokiem Świętochłowice, ale już od lat 90. mówili o nim samorządowcy z miast wokół Katowic. Związek miałby wykonywać te zadania, z którymi nie radzą sobie pojedyncze miasta - koordynować gospodarkę kanalizacyjną i wodociągową, zaplanować sprawny układ komunikacyjny, pozyskiwać duże dotacje z funduszy Unii Europejskiej i reprezentować mieszkańców wobec władz centralnych w Warszawie, ale także w Brukseli. Z dwoma milionami mieszkańców trudno się nie liczyć. - To symboliczne wydarzenie. Zasypujemy dawne podziały pomiędzy Górnym Śląskiem i Zagłębiem - mówił Eugeniusz Moś, prezydent Świętochłowic, o wczorajszym wydarzeniu. Sceptycyzmu nie ukrywały jednak np. Dąbrowa Górnicza i Sosnowiec. Przypominały, że nie są częścią Śląska i proponowały zmianę nazwy. W końcu jednak ich reprezentanci podpisali się pod deklaracją.
Na spotkaniu zabrakło reprezentanta Katowic. - Gdyby były jakieś konkrety, to przyjechałbym, ale miałem już wcześniej zaplanowane spotkania - mówi Piotr Uszok, prezydent Katowic. Zapewnia, że jego nieobecność nie powinna dowodzić bojkotowania pomysłu, ale z naszych informacji wynika, że Katowicom i Gliwicom nie podoba się oddolne budowanie instytucji, która w świetle obowiązującego obecnie prawa może nie mieć żadnych kompetencji. - Najpierw Sejm musi przyjąć ustawę aglomeracyjną - argumentują. - Nie ma na co czekać, trzeba zawiązać związek, aby za taką ustawą lobbować - odpowiadają pozostali.
Głównym zadaniem związku ma być promocja składających się na niego miast, pozyskiwanie pieniędzy, głównie unijnych, na realizację wspólnych zadań inwestycyjnych, a także np. zarządzanie Drogową Trasą Średnicową. Budżet związku mają stanowić wpłaty poszczególnych miast założycieli w wysokości 1 zł od każdego mieszkańca. Obecny na wczorajszym spotkaniu wojewoda Tomasz Pietrzykowski obiecał współpracę i zapewnił, że będzie bacznie przyglądał się temu, czy wszystko odbywa się zgodnie z prawem.
Porozumienie o przystąpieniu do Górnośląskiego Związku Metropolitalnego podpisały wczoraj: Będzin, Czeladź, Chorzów, Dąbrowa Górnicza, Jaworzno, Knurów, Mysłowice, Piekary Śląskie, Ruda Śląska, Siemianowice Śląskie, Sosnowiec, Świętochłowice, Tychy i Zabrze.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry