zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2006 kwiecień przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Zapomniane łajdactwo
Gazeta Wyborcza, Michał Smolorz 28.04.2006
Nie godzę się na potępianie w czambuł wszystkiego, co działo się w Polsce przez 45 lat PRL-u. Była to rzeczywistość raczej szara niż czarno-biała, z niejednym jaśniejszym punktem. Problem w tym, że coraz częściej tęsknimy do komunistycznych dobrodziejstw, zupełnie pomijając łajdactwa, które się za nimi kryły. Weźmy np. powracającą nostalgię do ancien régime`u, bo za komuny były tanie wczasy. Z jednoczesną amnezją, że owe mityczne tanie wczasy zostały okupione bezprawną grabieżą tysięcy prywatnych pensjonatów i gruntów letniskowych. Zwrócono je właścicielom po 1989 roku w stanie krańcowej ruiny.
Takiej krytycznej refleksji zabrakło też w ubiegłotygodniowej publikacji Wojciecha Todura pt. Człowiek, który wymyślił Zagłębie (Roztomajty 21.04.2006), poświęconej osobie Franciszka Wszołka, twórcy klubu sportowego GKS Zagłębie Sosnowiec. Czyta się to z zainteresowaniem, autor i jego rozmówca niby odkrywają kulisy ówczesnej polityki, ale na wszelki wypadek przemilczają tematy niewygodne i niepasujące do sielanki. A największe łajdactwo - nad którym obaj panowie dyskretnie przefrunęli - nazywa się Stadion Ludowy.
Kiedy w 1957 roku Edward Gierek został partyjnym wielkorządcą województwa, głosił m.in. hasło integracji regionu i puszczenia w niepamięć zadawnionych śląsko-zagłębiowskich animozji. Takim wielkim czynem integracyjnym miała być budowa wspólnego stadionu na granicy Szopienic i Sosnowca, dwóch sąsiednich miast skłóconych ze sobą od pradziejów. O dziwo, obie społeczności podchwyciły tę ideę. Wybrano teren po szopienickiej stronie, w zakolu granicznej rzeki Brynicy, nieopodal historycznego mostu, na którym w 1922 roku gen. Stanisław Szeptycki dokonał aktu przyłączenia części Górnego Śląska do Polski. Niestety, już na starcie pod budowę stadionu zagrabiono grunty trzech szopienickich rolników, nawet nie dbając o pozory praworządnego wywłaszczenia. Ale kto wtedy przejmował się racjami kułaków?
Szopieniczanie i sosnowiczanie chwycili za łopaty i w krótkim czasie Stadion Ludowy zbudowano. Odbyło się na nim kilka politycznych konwentykli, kilka pokazowych meczów i na tym skończyła się gierkowska integracja. Bo oto właśnie powstał GKS Zagłębie Sosnowiec, którego pierwszoligowych aspiracji nie zaspokajał dawny stadion Stali przy ul. Mireckiego. Działacze zażądali Stadionu Ludowego i... go dostali. Pojednanie śląsko-zagłębiowskie chwilowo stało się mniej ważne, więc odłożono je ad acta.
Pojawił się jednak problem: stadion leżał w granicach miasta Szopienice, na zachodnim brzegu Brynicy. A cóż to za kłopot? Granicę też przesunięto, odrywając ją od rzeki i prowadząc wokół stadionu. Od tej chwili aż po dzień dzisiejszy jest to skrawek Górnego Śląska zaanektowany przez miasto Sosnowiec. Kłopot był tym większy, że wraz ze stadionem włączono do Sosnowca skrawek szopienickiej dzielnicy Borki, zamieszkanej przez starych ortodoksyjnych Ślązaków. Do dziś mam przed oczami postać szlochającego emeryta, który odwiedził mojego dziadka, by pokazać nowy wpis w dowodzie osobistym: adres zamieszkania - Sosnowiec.
Od 17 lat upominam się o zadośćuczynienie za tamto łajdactwo, jak na razie daremnie. Ani miasto Katowice (jako sukcesor włączonych doń Szopienic) nie odzyskało tego zagarniętego skrawka własnego terytorium, ani spadkobiercy szopienickich rolników nie odzyskali bezprawnie zawłaszczonych gruntów. Za to widzę w gazecie zadowolonego z siebie eksponenta dawnej nomenklatury, obwieszonego dwoma tuzinami najwyższych orderów państwowych i resortowych, z sentymentem opowiadającego dziennikarzowi, jak to pięknie było w PRL-u. Mogę więc tylko dodać: i ja tam byłem, chleb i wino piłem, a co widziałem i słyszałem, w bajkę zamieniłem.


Panorama Powstań Śląskich na Górze św. Anny
Gazeta Wyborcza, Dorota Wodecka-Lasota 27.04.2006
Panorama, którą od piątku będzie można zwiedzać na Górze św. Anny jest unikalna. Bo nie przedstawia wielkich wodzów i scen batalistycznych. Ale zwykłych ludzi. Bo nie jest o wielkich wydarzeniach historycznych, ale o ludzkich dramatach.
- Ma grać na emocjach, które poparte refleksją posłużą pojednaniu między Polakami i Niemcami - mają nadzieję autorzy Marek i Maciej Mikulscy.
Miejsce powstania panoramy jest nieprzypadkowe. W rejonie Góry św. Anny toczyły się zacięte walki III Powstania Śląskiego, które wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Poprzedzone zrywami z 1919 i 1920 r. miało wpływ na podział Górnego Śląska między Polskę a Niemcy. Dyktatorem III powstania był Wojciech Korfanty, ale w panoramie nie ma jego zdjęć, ani też innych dowódców. Poświęcona jest bezimiennym mężczyznom, którzy zginęli po obu stronach, ich matkom, żonom i dzieciom.
- Polacy i Niemcy żyli na tych ziemiach w spokoju. Wprawdzie w odrębności kulturowej i historycznej, ale jednak w sąsiedzkim spokoju. Wielka polityka międzynarodowa wymusiła na nich działania nie zawsze zgodne z ich przekonaniami. I panorama ma pokazać nie Polaków, czy Niemców, ale tragizm ludzi, którzy dotąd zgodni, muszą stanąć przeciwko sobie - mówi Marek Mikulski.
Na ścianach rotundy w Muzeum Czynu Powstańczego zawisły prawie czterometrowej wysokości autentyczne fotografie Ślązaków, i polskich, i niemieckich. Tłem dla nich jest monumentalna, biegnąca po całym obwodzie fotografia z lazaretu, na której widzimy personel medyczny i rannych. Ostatnie rzędy postaci są zamazane, jakby oświetlone poświatą gasnącego słońca. To ci bezimienni już, którzy zginęli po obu stronach.
Ekspozycja jest kilkuwymiarowa ponieważ za fotografiami zaaranżowano przestrzeń okopów, w których plastycy umieścili autentyczne eksponaty tj. manierki, radiostacje, konne uprzęże i rowery. Za sprawą gry światłem eksponaty te przenikają się z fotograficznymi kolażami, co sprawia, nie wiadomo co jest zdjęciem, a co realnym przedmiotem.
Światło wydobywa twarze w ten sposób, że odnosi się wrażenie, jakby z płaskich jeszcze przed chwila zdjęć patrzyli na nas żywi ludzie. Usadzeni w rzędach, szykując się do wymarszu, albo do odpoczynku i skupieni. To skupienie uzmysławia, że to nie jest koleżeńska fotografia, tylko ten moment, w którym oni zdają sobie sprawę, że mogą już nie wrócić. Że zdjęcie to może już być ostatnim materialnym śladem ich obecności.
Odbiór dopełnia muzyka napisana przez Bogdana Mizerskiego, w którą wkomponowane są cytaty z powstańczych wierszy.
Spektakl trwający niespełna 20 minut rozpoczyna bicie na trwogę z kościelnych wież. Kończą smutne dzwony cmentarnych kapliczek i stukot serca, a światło koncentruje się wtedy na fotografiach osamotnionych matek i żon oraz osieroconych dzieciach. - To na kobiety spada odium wojny. One muszą na nowo składać życie. Bez względu na narodowość są dotknięte taką samą tragedią, takim samym naznaczone cierpieniem - komentuje Urszula Zajączkowska z Muzeum Śląska Opolskiego, współautorka scenariusza wystawy.


Śląscy politycy walczą o Stadion Śląski
Gazeta Wyborcza, mab 25.04.2006
Nie milkną echa poniedziałkowej decyzji Zespół ds. Wyboru Miast Gospodarzy Euro 2012 w Polsce, która w zasadzie odebrała szanse na goszczenie tej imprezy na Stadionie Śląskim. Chorzów został oceniony najniżej spośród sześciu miast, które ubiegają się o organizację spotkań w ramach Euro.
- To jest draństwo i skandal. Ktoś musi tupnąć nogą. Ja tej decyzji nie uznaję! Zagrano świętością dla Śląska! Będziemy chcieli pokazać całemu społeczeństwu, że zostaliśmy oszukani. To była manipulacja - irytuje się Jan Grela, wicemarszałek województwa śląskiego.
Na rozmowy do Warszawy z przedstawicielami sztabu przygotowującego projekt Euro 2012 wybierają się dziś prezydent Chorzowa Marek Kopel i dyrektor wydziału promocji regionu, turystyki i sportu w Urzędzie Marszałkowskim Tomasz Stemplewski. - Na razie wiem tyle, co wszyscy. Zamierzam jednak poznać wszystkie szczegóły krzywdzącej nas decyzji. Mamy zamiar się od niej odwołać i wytknąć jej wady - mówi Kopel. Prezydent Chorzowa upatruje szansy w tym, że postanowienie zespołu będzie miało tylko rangę opinii, a ostateczną decyzję i tak podejmie rząd. Kopel zapowiada, że oprócz działań formalnych postara się o nasilenie lobbingu na rzecz Chorzowa. - Marszu na Warszawę nie zorganizujemy, ale prowadzę już rozmowy z lokalnymi politykami w sprawie wsparcia naszej kandydatury - zdradza Kopel.


Policzek dla Śląska
Gazeta Wyborcza, Paweł Czado 24.04.2006
Decyzja Zespołu ds. Wyboru Miast Gospodarzy tylko teoretycznie nie przekreśla szans Chorzowa. To taktyczny wybieg, mający na celu zrzucenie z siebie odpowiedzialności za decyzje. Jakby zapomniano, że przecież UEFA żądała zgłoszenia jedynie czterech kandydatur, choć Polska chciała, by piłkarskie mistrzostwa Europy w 2012 roku odbywały się w pięciu miastach.
Fakt, że kandydatura Chorzowa zdobyła tak mało punktów, to policzek dla całego regionu. Nie trzeba dodawać, że w gronie decydentów nie było ani jednego Ślązaka. Okazuje się, że liczą się słowa, obietnice i wirtualna rzeczywistość, a nie fakty. W myśl rankingu w Poznaniu mogłoby nie być żadnej drogi, hotelu i lotniska, a i tak zostałby oceniony wyżej niż Chorzów!
Co nam, kibicom, pozostaje? 30 maja w Chorzowie odbędzie się mecz z Kolumbią. Pokażmy, że Śląski to nadal Kocioł Czarownic, z którym nic nie może się równać...


Ślązacy nie zapłacą za szkody górnicze
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 21.04.2006
Dobra informacja dla tysięcy mieszkańców Śląska, walczących o odszkodowania za szkody górnicze. Jeśli pozwą do sądu kopalnię, nie zapłacą, jak dotąd, za ekspertyzy i koszty procesu.
Drobna zmiana w prawie górniczym i geologicznym, którą prawie niezauważenie przegłosowali posłowie poprzedniego Sejmu, spowodowała, że tysiące mieszkańców Śląska, których dotknęły szkody górnicze, z dnia na dzień znalazło się w tragicznym położeniu. Do tej pory każdy, kto chciał pozwać kopalnię do sądu, nie musiał za to płacić. Jednak nowa ustawa, która zaczęła obowiązywać 2 marca, zakłada, że najpierw trzeba wyłożyć pieniądze na pokrycie tzw. kosztów sądowych rozprawy (5 proc. od sumy roszczenia) oraz za sporządzenie ekspertyz geologicznych. - To dramat, bo tam, gdzie fedrują kopalnie, zawsze są szkody - mówi Tadeusz Chrószcz, wójt Marklowic i szef Stowarzyszenia Gmin Górniczych w Polsce.
Wylicza, że remonty zniszczonych przez kopalnie domów wahają się zazwyczaj od 100 do 200 tys. zł. - 5 proc. od tej kwoty to od 5 do 10 tys. zł. - Kogo na to stać? Bo chyba nie tych biednych emerytów mieszkających przy kopalniach - dodaje.
Stowarzyszenie postanowiło bić na alarm. Śląscy posłowie ze wszystkich ugrupowań rozpętali w Warszawie burzę. Były dramatyczne przemówienia, interpelacje. Ale nie udało się zablokować ustawy. Gdy wydawało się, że sprawa jest przegrana, nastąpił przełom. Najpierw Platforma Obywatelska przygotowała projekt nowelizacji zakładający zwolnienia z opłat sądowych, który spodobał się innym posłom, a parę dni temu nieoczekiwanie podobny projekt przedstawił też rząd. Lada dzień Rada Ministrów zaproponuje go Sejmowi. Głosowanie to tylko formalność.
- Platforma poprze projekt rządowy - deklaruje Henryk Siedlaczek, poseł PO. - Nie będziemy się spierać, kto był pierwszy, bo sprawa musi być szybko załatwiona. Dla Ślązaków obecne przepisy to prawdziwy dramat. Są potrójnie poszkodowani. Nie dość, że mają zniszczone domy, muszą płacić za koszty sądowe, to jeszcze płacą też za wycenę szkód spowodowanych przez kopalnie! Obecna feralna ustawa mówi o równości podmiotów. Ale w tym przypadku nie ma o tym mowy. Bo jaki wpływ ma szary obywatel na to, gdzie fedruje kopalnia? - pyta poseł Siedlaczek.
Rządowa nowelizacja zakłada, że każdy, kto postanowi walczyć z kopalnią, nie będzie musiał na początku rozprawy wpłacać wadium. Dopiero jeżeli sąd wyda niekorzystny dla skarżącego wyrok i uzna, że zarzuty wobec kopalni były bezpodstawne, trzeba będzie zapłacić za postępowanie sądowe. - To dobre rozwiązanie, bo przecież nikt, kto wymyśli sobie, że kopalnia zniszczyła mu dom, nie pójdzie z tym do sądu. Decydują się na to tylko ci naprawdę zdesperowani i poszkodowani - przekonuje wójt Chrószcz.
Jest też druga dobra informacja. Ludzie, którzy po 2 marca wpłacili już wadium, mają dostać zwrot wpłaconych pieniędzy.
Dla Ireny i Adama Mielimąków z Rydułtów to wspaniałe wieści. Od lat walczą z kopalnią Anna-Rydułtowy. Trzęsienia ziemi spowodowane wydobyciem i potężne ciężarówki dojeżdżające do kopalni zniszczyły ich dom. - Chyba pierwszy raz od lat prawo będzie po naszej stronie - cieszy się pani Irena. - Ten, kto nigdy nie walczył z kopalnią, nie wie, jakie to wyzwanie. Jesteśmy sami naprzeciwko wielkiej machiny. Oni mają pieniądze, prawników i sojuszników w lokalnym samorządzie. A my tylko siebie i tak samo poszkodowanych sąsiadów. Ostatnio dyrektor powiedział nam, że skoro mieszkamy koło kopalni, to nie powinniśmy się dziwić, że trzęsie - dodaje.
Mielimąkowie początkowo chcieli walczyć z kopalnią w sądzie, ale gdy usłyszeli o wysokich opłatach za proces i ekspertyzy geologiczne - zrezygnowali. Teraz ponownie się zastanawiają. - Jeżeli opłat rzeczywiście nie będzie, to pójdziemy do sądu - deklarują.


Nagrody im. Wojciecha Korfantego
Gazeta Wyborcza, jk 19.04.2006
Nagrody dla osób i instytucji wybitnie zasłużonych dla Śląska i kształtujących jego wizerunek od 13 lat przyznaje Związek Górnośląski. 93-letni Zbyszko Bednorz, eseista, poeta i prozaik, został nagrodzony za zasługi dla kultury śląskiej. Dla kilku pokoleń był przykładem patriotyzmu - walczył w Powstaniu Warszawskim, w czasach stalinowskich został uwięziony, od pół wieku związany z Opolem - m.in. kierował Pracownią Historii Kultury Polskiej na Śląsku. Nagrodę za propagowanie muzyki sakralnej kompozytorów śląskich dostał ks. Jerzy Kowolik, proboszcz parafii w Naczęsławicach na Opolszczyźnie.
Prof Eugeniusz Knapik, rektor Akademii Muzycznej w Katowicach, jest kompozytorem i cenionym za interpretacje XX-wiecznej muzyki pianistą, a doktor Zygfryd Wawrzynek jednym z najbardziej cenionych śląskich lekarzy radiologów.


Nowe pociągi na śląskich torach
Dziennik Zachodni, para 19.04.2006
Zamiast wysłużonymi składami ETZ, mamy szansę podróżować po województwie pociągami kanadyjskiej firmy Bombardier. To ona pokonała w przetargu szwajcarskiego Stadlera, mimo że przedstawiła... droższą ofertę. Nasze województwo otrzyma 4 z 14 zakupionych za 267 mln zł (bez VAT-u) składów. Zapłacą za nie Urzędy Marszałkowskie.
Oferta Stadlera była o 6 mln zł tańsza. O wyborze Bombardiera zadecydowało zużycie energii. Jeden kanadyjski skład potrzebuje rocznie ok. 1,8 mln KWh, szwajcarski - ponad 2,4 mln KWh. - Wyższa cena pociągów zostanie zniwelowana po czterech latach eksploatacji. Planowany okres eksploatacji pociągów wynosi 30 lat - podał zarząd województwa mazowieckiego, który organizował przetarg.
Pierwsze elektryczne zestawy trakcyjne powinny pojawić się na naszych dworcach półtora roku od podpisania kontraktu. Urząd Marszałkowski przekaże je w użytkowanie PKP i to on zdecyduje, na jakie trasy trafią te pociągi. Można się spodziewać, że pociągi trafią na trasy do Częstochowy, Żywca i Gliwic.


Chorzowska Elka zardzewiała
Gazeta Wyborcza, Małgorzata Goślińska 14.04.2006
Najdłuższa w Europie nizinna kolejka linowa ruszy w tym roku z opóźnieniem, a potem pojeździ jeszcze kilka lat. Ekspert z Krakowa ma wizję dla parku: całoroczną Elkę gondolową. Koszt astronomiczny.
- Elka nie daje pełnej gwarancji bezpieczeństwa - mówi Marian Wójcik, specjalista transportu linowego z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. - Niektóre podpory nadwyrężył ząb czasu.
Elka zaczęła jeździć po Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w 1967 roku. 600 krzesełek przesuwa się po linach rozciągniętych na 60 słupach. Trzy kwadranse nad ziemią, trzy odcinki i trzy stacje: wesołe miasteczko - Stadion Śląski - planetarium. Najatrakcyjniejsza jest trasa między lunaparkiem a stadionem.
Miała Elka w swojej historii epizod tragiczny. Pasażerka, starsza kobieta, postanowiła zrezygnować z jazdy i wysiadła tuż za peronem. Zginęła na miejscu. To się zdarzyło zaraz po otwarciu atrakcji. Następnego dnia przywieziono znad morza siatkę rybacką i zabezpieczono uskok przy peronie.
Wydawałoby się, że dziś Elka jest bezpieczna. Liny się nie zrywają, zsunięcia z krzesełka nie trzeba się bać. Ale 22 słupy nadgryzła u podstawy rdza. Krakowska uczelnia pod egidą Wójcika opracowuje właśnie koncepcję, jak wyjść z tej trudnej sytuacji. Wcześniej na badania nie pozwalał śnieg, który opóźnił w parku przygotowania do sezonu.
Ekspertyza powinna być gotowa po świętach, prace naprawcze potrwają około miesiąca. - Trzeba wzmocnić podpory dodatkowym połączeniem z fundamentem - tłumaczy Wójcik.
Czy to wystarczy? Po remoncie kolejkę musi dopuścić do użytku dozór transportu technicznego, który zlecił ekspertyzę. Surowszą, bo wedle wymogów unijnych. Elka w tym roku prawdopodobnie ruszy. Długo jednak nie pojeździ. Wójcik nie chce jej liczyć lat, ale na pewno nie będzie to kolejnych 40. Cała konstrukcja jego zdaniem jest mocno przestarzała. Zbudowano ją ze zwykłej stali i pokryto farbą. Zgodnie z nowszymi technologiami stal powinna być ocynkowana.
Elka zawsze zarabiała na swoje utrzymanie, ale nigdy nie przynosiła parkowi zysku. Działa tylko w sezonie letnim. Co by było, gdyby jeździła okrągły rok? - Park na pewno jest piękny z góry również zimą - przekonuje ekspert z Krakowa. Kto jednak wsiądzie na krzesełko w mróz? Wójcik uważa, że trzeba zastąpić krzesełka gondolami.
To oznacza, że kolejkę trzeba zbudować na nowo. Kabiny oraz urządzenia do napędu i sterowania trzeba by sprowadzić z Zachodu, bo w Polsce się ich nie produkuje. Cały koszt zamyka się w 30 mln zł. Dla WPKiW to kwota astronomiczna.
Wójcik nie ustępuje. W sąsiedztwie parku upatrzył inwestora strategicznego - Silesię City Center. - Tam się dużo ludzi kręci. Gdyby Silesia zrobiła u siebie stację przesiadkową kolejki, miałaby nie tylko dodatkową atrakcję, ale i transport.
Gdy zapytaliśmy, co o tym pomyśle sądzą szefowie centrum handlowego, usłyszeliśmy, że nie są zainteresowani ze względów finansowych.
Andrzej Włoszek, prezes WPKiW, widzi dla kolejki tańsze rozwiązanie. - Po wyremontowaniu będzie działała jeszcze jakieś dwa do czterech lat. W tym czasie może uda się wymienić podpory, liny, krzesełka. To powinno kosztować do 10 mln zł - szacuje Włoszek.
Sezon w parku rozpocznie się na przełomie kwietnia i maja. Kalendarzowo. Starsi panowie z pieskami, mamy z wózkami i zakochane pary spacerowali po alejkach już wczoraj, mimo deszczowej pogody. Wielkanocny weekend zapowiada się słonecznie, w parku pewnie będą tłumy. Można sobie wyobrazić kolejkę do kasy Elki.


Wielkanocne procesje konne na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Grzegorz Wawoczny 14.04.2006
W Wielki Poniedziałek na Raciborszczyznę zjeżdżają turyści. Każdy chce zobaczyć słynne wielkanocne procesje konne.
Skąd się wzięła procesja w podraciborskich Bieńkowicach? Ks. Franciszek Pawlar, regionalista i historyk, twierdził, że ze świeckiego zwyczaju przekazywania sobie ziem. Pierwsza procesja miała według niego odbyć się w 1313 r., kiedy to Żegota, syn Jana z Bieńkowic, sprzedawał część ziem niejakiemu Swoyshonowi. Do pełni realizacji kontraktu potrzebny był jeszcze symboliczny konny objazd dóbr, czyli ujazd. Odbywszy dojrzałą naradę w odniesieniu do opinii swoich przyjaciół, świadomie zrzekł się tych własności, z wszelką mocą i prawem ojcowskim, jakie sam posiadał - pisze ks. Pawlar.
W jaki sposób świecki zwyczaj stał się obrzędem religijnym? Ks. Pawlar znalazł wyjaśnienie. Procesje wielkanocne bowiem, tak jak średniowieczne ujazdy, wiodły po granicach wsi i brali w nich udział tylko mężczyźni. Ujazd zaś, by mieć odpowiednią rangę, musiał się odbyć w znaczne święto kościelne. Często właśnie w Wielkanoc.
Geneza obrzędu pielęgnowanego sięga więc przynajmniej początków XIV w.
Ze wschodu na zachód
Współcześnie procesje konne w Raciborskiem nazywane są z niemieckiego Osterreiten, co oznacza jazdę konną wielkanocną. Podobne można spotkać w Szwajcarii, Szwabii, górnej Austrii czy u Łużyczan, ale podraciborskie są wyjątkowe. Istotą obrzędu jest poszukiwanie zmartwychwstałego Chrystusa, a niemałe znacznie ma również moment ich odbywania. Wszak święta Wielkanocy obchodzimy wiosną, kiedy wraz ze Zbawicielem budzi się nowe życie, kiedy należy prosić o urodzaje i wszelką pomyślność.
Część badaczy dopatruje się genezy procesji już w czasach przedchrześcijańskich, kiedy to wierzono w boga słońca odbywającego swoją wędrówkę po niebie w rydwanie ciągniętym przez konia. Zresztą, co ciekawe, trasa współczesnych Osterreiten wiedzie właśnie ze wschodu na zachód. W literaturze można również natrafić na hipotezę, jakoby to system słowiańskich wierzeń pogańskich ugruntował wiosenną praktykę objeżdżania pól z nadzieją, iż przyczyni się to do płodności obsiewu. Kościół następnie przyswoił dawny kult na potrzeby nowej religii, łącząc triumf Chrystusa z początkiem pozimowej wegetacji.
Badacze niemieccy nie mieli wątpliwości, że procesje to etnograficzny import z terenów Niemiec. Na Śląsku miał się pojawić wraz z kolonistami, którzy zasiedlali ziemie nad górną Odrą już w XIII w. Jerzy Hyckel, znakomity przedwojenny badacz raciborskich wątków legendarnych i podaniowych, uznał nawet, że germańscy osadnicy nie byli pionierami objazdów, bo te mają rodowód frankoński i to z czasów Karola Wielkiego. Choć nie ma wątpliwości co do tego, że procesja ma przede wszystkim religijny wymiar, to w 1937 r. hitlerowcy posłużyli się nią dla celów politycznych, urządzając w podgliwickiej Wójtowej Wsi objazd pól z udziałem niemieckich osadników z Bojkowa (Schönwaldu) oraz bojówek SA. Stało się tak tylko po to, by przeciwstawić idee narodowego socjalizmu dotychczasowej procesji, podczas której śpiewano polskie pieśni kościelne.
Pech chałupnika Kretka
W 1653 r. władze kościelne i świeckie, pod groźbą grzywny, zakazały gospodarzom urządzać objazdy, bo swady, jakie rodziły między miejscowościami, brały górę nad pobożnością. Znaleziono jednak sposób obejścia ówczesnych paragrafów i organizowanie procesji powierzono pachołkom. Ci, niestety, często chwytali za lejce w stanie nietrzeźwości, co prowadziło z kolei do wypadków. Pijaństwo jeźdźców było w 1786 r. bezpośrednią przyczyną wydania przez Prusaków zakazów urządzania objazdu w powiatach nyskim i grodkowskim.
Narwani młodzi jeźdźcy mieli też poważny kłopot z okiełznaniem swojego temperamentu: Nie mogło ujść niezauważone, że słudzy, koniarze podkradali paszę dla koni, aby uczynić ich rześkimi i żywymi. Zniszczenia, które niosła ze sobą opętańcza jazda przez pola i łąki musiały zwrócić uwagę władzom porządku publicznego. W dodatku jeszcze liczne wypadki, o które było łatwo. W aktach sądowych Wrocławia z 1813 r. spotykamy się z przypadkiem utonięcia się jednego ze sług przy tego rodzaju konnym objeździe - pisał ks. Pawlar.
W podraciborskich Pietrowicach Wielkich kilka razy zdarzyły się tragedie. W 1890 r., podczas objazdu, spotkały się w polu procesje z Langowa (dziś wschodnie rubieże Kietrza) i Pietrowic. Jedni nie chcieli ustąpić drugim. Miało dojść do szarpaniny, podczas której jakiś młody rolnik zabrał kietrzanom figurę Chrystusa Zmartwychwstałego, po czym pędził z nią galopem do zagrody Wollników. Niestety, oglądając się za goniącymi go kietrzanami, wjeżdżając w obręb posesji, nie zauważył belki nad bramą, uderzył w nią głową i zginął na miejscu. Figurka wówczas cudem ocalała.
W 1895 r., relacjonujące doroczną procesję w Pietrowicach, polskie Nowiny Raciborskie zamieściły taką oto wzmiankę: Wedle starego zwyczaju objeżdżano w Poniedziałek pola jak po inne lata. Przytem chałupnik Kretek spadł z konia, i to tak nieszczęśliwie, że przywołany lekarz nie zdołał go już w żaden sposób docucić. Nie pozostało nic innego, jak bezprzytomnego namaścić olejem św., zdając się zresztą na wolę Pana Boga.
Oporządzony koń i dżokejka
Współcześni pobożni jeźdźcy przygotowują się do procesji już kilka dni wcześniej. Koń musi dobrze wyglądać, mieć ozdobną uździenicę i siodło. Dosiadający zakłada białe bryczesy, wysokie czarne oficerki, białą koszulę i czarną skórzaną kurtkę. Na czele procesji znajduje się zawsze jeździec z krzyżem, najbardziej tego godny gospodarz, wokół którego skupia się starszyzna. Dwóch równie pobożnych i doświadczonych życiowo wiezie figurę Chrystusa (w Sudole wieziona jest w bryczce) i świecę paschalną. Obok krzyża jedzie też śpiewok, intonujący nabożne pieśni i litanijne wezwania (najbardziej znany to Paweł Konieczny z Sudoła, który w 2003 r. pełnił tę godność 40. raz) no i, rzecz jasna, księża. Do bryczek sadzani są zaś zacni goście - biskup, okoliczni proboszczowie, posłowie, prezydent Raciborza, starosta oraz wójtowie.
Kawalkada jeźdźców w religijnej powadze rusza na objazd pól, śpiewają po drodze litanię do Wszystkich Świętych, zatrzymując się przy krzyżach, gdzie odmawiane są modlitwy. Obrzęd kończą efektowne wyścigi konne oraz nabożeństwo, podczas którego jeźdźcy otrzymują błogosławieństwo.
A co potem? W otoczeniu gości i krewnych, jak wokół uświęconych, podążają na piechotę do domów, by się szybko przebrać i resztę miłego dnia, w którym objawili wszystkim, że Chrystus wiszący na krzyży zmartwychwstał, spędzić razem z narzeczoną, a starszyzna z żonami na zabawie w gospodzie - pisał ks. Pawlar.
PORCESJE ANNO DOMINI 2006
Pietrowice Wielkie - parafia Świętych Wita, Modesta i Krescencji
Procesja rozpocznie się o godz. 13 pod kościołem parafialnym. Uczestnicy przejadą na koniach do drewnianego kościółka pątniczego pw. Świętego Krzyża. W godzinach od 14.30 do 15 planowany jest tradycyjny objazd pól. O godz. 15.30 w Pietrowicach rozpocznie się uroczysta parada koni i festyn konny na boisku sportowym. Będą zawody skoków przez przeszkody oraz pokazy w ujeżdżaniu koni w wykonaniu klubu jeździeckiego Lewada z Zakrzowa, prezentacja koni arabskich oraz jazdy w stylu western. Ciekawostką będzie godzinny pokaz walk rycerskich w pełnym uzbrojeniu.
Bieńkowice - parafia Wszystkich Świętych oraz Racibórz Sudół - parafia Matki Boskiej Różańcowej
Procesja bieńkowicka rozpocznie się o godz. 13 pod kościołem. Trasę wyznaczono ulicami Raciborską i Bojanowską, a następnie drogami polnymi okalającymi sołectwo. Jeźdźcy zatrzymają się na modlitwy przy przydrożnych kapliczkach. Procesja sudolska jest od lat najliczniejsza. Bierze w niej udział ponad stu jeźdźców. Początek o godz. 13 przy plebanii. Przy tzw. Urbanku, na granicy Bieńkowic i Sudoła, obie procesje się spotkają. Jeźdźcy wezmą potem udział w wyścigach konnych.
Zawada Książęca - parafia św. Józefa Robotnika
Procesja jeźdźców i bryczek wyruszy o godz. 13 spod kościoła parafialnego. Przejedzie przez sołectwa Łęg i Ciechowice. Zakończy się około godz.


Loft po Śląsku, czyli jak zbudować dom na kopalni
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 14.04.2006
Opuszczone hale, magazyny, obiekty kopalniane, samotnie sterczące wieże wodne to dziedzictwo przemysłowe Śląska. Niestety, niepotrzebne nikomu budynki powoli popadają w ruinę. Wystarczy jednak trochę wyobraźni, by dostrzec w tych murach olbrzymi potencjał. Czyż nie mogą być ciekawym miejscem do zamieszkania? Co myślicie o domu na terenie kopalni?
Nie trzeba szukać daleko. W Bytomiu pewien architekt zamieszkał wraz z rodziną na terenie nieczynnych już Zakładów Górniczo-Hutniczych Orzeł Biały. Wszyscy wiedzą, gdzie mieszka i chętnie wskazują drogę do dziwnego domu. Stoi tuż na skraju starego osiedla, za murem zakładów. Właściciel nadał mu nazwę Bolko Loft, na cześć szybu Bolko, który góruje nad okolicą.
Zbliżam się do loftu. Biały, prostopadłościenny budynek na wysokich żelbetowych słupach jeszcze do niedawna funkcjonował jako lampiarnia. Wokół typowy księżycowy krajobraz poprzemysłowy, porozrzucane budynki zakładów, różne nieczynne instalacje. Zadzieram głowę do góry, przede mną wspinaczka stalową klatką schodową. Wchodząc, odkrywam coraz to nowe widoki, a z najwyższego podestu, tuż przed drzwiami wejściowymi, widzę już całą okolicę jak na dłoni. Stukam do stalowych drzwi i myślę sobie, że właściciel wziął sobie do serca angielskie przysłowie: My house is my castle (mój dom jest moją twierdzą).
Przechodzę przez ścianę i zapiera mi dech
Przemysław Łukasik, gospodarz loftu, jest współtwórcą gliwickiej pracowni architektonicznej medusa group. Z przedsionka przechodzimy przez przezroczystą ścianę wykonaną z pasów z tworzywa - podobne stosuje się w chłodniach. Otwiera się przede mną rozległa przestrzeń dzienna. W pierwszej chwili zapiera mi dech.
- Nasze poprzednie mieszkanie to było maleńkie M-2. Tutaj mamy aż 200 m kw. Duża przestrzeń to główny plus loftu. Sam blat kuchenny jest tu większy od naszej kuchni w bloku - mówi architekt.
Istotnie, wielki drewniany blat, spoczywający na konstrukcji z kątowników, zajmuje centralne miejsce loftu. Łukasik opowiada, że w czasie przyjęć wykorzystywany bywa jako barek, tutaj toczą się rozmowy. Obok stoi szklany stół, który po przedłużeniu może pomieścić nawet dwadzieścia osób.
Przy adaptacji lampiarni na mieszkanie architekt ograniczył się do wykorzystania tego, co zastał. - Przypominało to bardziej pracę konserwatora zabytków. Sufit oczyszczono do gołego betonu, stalową konstrukcję postanowiłem wypiaskować i pomalować na szaro. Wszystkie instalacje biegną na ścianach bądź pod sufitem. Nic nie jest sztucznie zakrywane papendeklem. Wykorzystano też istniejące ścianki działowe. Podłogi w całym budynku to po prostu surowa posadzka betonowa, jedynie sypialnie wyłożono drewnianą posadzką przemysłową - mówi Łukasik.
Choć wnętrze utrzymane jest w surowej stylistyce przemysłowej, jest jednak całkiem przytulne. Architekt zachował sporą liczbę artefaktów w postaci stalowych szafek na ubrania, pochodzących z szatni czy tabliczek z informacjami dotyczącymi przepisów BHP.
Urzekający jest zwłaszcza widok z wnętrza budynku, bo niewielkie okna kadrują poprzemysłowy krajobraz. Największe wrażenie robi łazienka, okno której wychodzi wprost na szyb Bolko. - Wiele osób gdy jest po raz pierwszy w łazience, myśli, że to obraz w ramie. Dla takich widoków warto tu żyć - mówi gospodarz.
Bolko Loft nie jest jeszcze skończony. Z zewnętrznych ścian budynku sterczą wysunięte belki, pozostałe po pracach modernizacyjnych. Wkrótce zostaną wykorzystane do konstrukcji balkonu, który będzie okalał budynek. - To będzie taki spacerniak - żartuje architekt. - Na dachu powstanie duży taras. To nie jakaś fanaberia. Po prostu gdy będę chciał wypić kawę na powietrzu, bliżej mi na dach niż do ogrodu.
Dom jest jak czuły barbarzyńca
Z jednej strony żelbetowa konstrukcja budynku brutalnie wyróżnia się z otoczenia, z drugiej odpowiada na wszystkie potrzeby swoich mieszkańców i tworzy przyjazną przestrzeń. Dwaj synowie Łukasika mają tu mnóstwo miejsca do zabawy. - Młodszy syn, Bartek, już tu się urodził. Mieszkanie w lofcie z pewnością wywiera wpływ na dzieci. Starszy syn, Kuba, przyniósł kiedyś z przedszkola rysunek naszego domu. Jest płaski i na nogach. Różni się od typowych domków, jakie zwykle rysują dzieci i jakie ja sam rysowałem - mówi ze śmiechem architekt.
Łukasik ubolewa tylko, że musiał ostatnio otoczyć dom siatką. - Pewnego razu wróciliśmy po dłuższej nieobecności i zauważyliśmy brak kawałka klatki schodowej. Niestety, musimy się bronić przed złomiarzami.
Jeszcze niedawno pod loftem w czasie deszczu bawiły się dzieci. Architekt planuje urządzić tutaj boisko. - Moi synowie mogliby tu wraz z kolegami bawić się nawet w niepogodę. Zresztą największym plusem domu na słupach jest to, że zajmuje niewiele miejsca.
Tysiącmetrową działkę Łukasik chce zagospodarować w prosty sposób, który korespondowałby z przemysłowym charakterem okolicy. Na razie w ciepłe dni ustawia nadmuchiwany basen, w którym pluskają się dzieci.
Loft na okładkach czasopism
Dom własny architekta odczytywany jest zazwyczaj jako manifest twórcy, jednak Łukasik się od tego odżegnuje. - Ten dom to dzieło wtórne. Jestem architektem, ale moi bliscy nimi nie są, nie chciałem ich skazywać na życie w budynku na pokaz. Loft to raczej sposób na życie, filozofia, jednak całkiem prosta, pragmatyczna. Jednym z głównych motywów powstania tego domu jest ekonomia. Budowa była naprawdę niedroga, zamknęła się w kwocie 130 tys. zł. Stąd tyle rozwiązań przemysłowych, które zazwyczaj są najtańsze.
Budynek od początku zyskał sławę. Był opisywany w prasie branżowej, zagrał w wielu teledyskach i reklamówkach. Lech Majewski kręcił tu sceny do swego najnowszego filmu. Budynek znalazł się w gronie 20 najważniejszych polskich budynków i wraz z wystawą Polska. Ikony architektury będzie promował rodzimą architekturę za granicą.
Tylko w trakcie mojej wizyty w lofcie grupa kilkunastu studentów z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadzała badania dotyczące relacji między śląską tożsamością a sposobem zamieszkiwania. Zachowywali się jak japońscy turyści, filmując i fotografując każdy kąt. - To są aspekty architektury, których nie sposób przewidzieć - mówi ze śmiechem Łukasik.
Architekt podkreśla, że decyzja przerobienia kopalnianej lampiarni na dom była przypadkowa. Nie robił żadnych specjalnych badań czy analiz. - Na taki krok każdy może się poważyć. Jedynym problemem były sprawy prawne i formalne. Natrafiłem na opór ze strony urzędników, musiałem walczyć z ich schematycznym myśleniem. Przepychanki w różnych urzędach trwały prawie dwa lata, zaś sama adaptacja tylko osiem miesięcy. Nie rozumiem, dlaczego są takie dysproporcje - mówi Łukasik. - W Nowym Jorku, już w latach 60. i 70. artyści zaczęli wykorzystywać stare budynki fabryczne na pracownie. To tam narodziła się moda na lofty, dzięki której uratowano wiele zabytków przemysłowych. Dziś SoHo jest jedną z najdroższych i najbardziej ekskluzywnych dzielnic Manhattanu. Wierzę, że i u nas może być podobnie, że od takich małych działań, jak mój loft, może zacząć się rewitalizacja całej okolicy.


Ślónsko godka we polskim Syjmje
Gazeta Wyborcza, pj 13.04.2006
Chopy we antryju durch sie wadzom, po tym we izbie sie dajom po szlagu, a na koniec w siyni dajom sie pokój i bydzie po haji - oświadczył podczas ostatniego posiedzenia Sejmu poseł Krzysztof Szyga. Nie spodobało się to jego kolegom ze Śląska.
Szyga, poseł niezrzeszony w żadnym klubie, zabrał głos podczas dyskusji nad wnioskiem Prawa i Sprawiedliwości o samorozwiązaniu Sejmu. Zaczął od stwierdzenia, że Ślązacy to naród rozumujący. - Miałem ostatnio trochę czasu, (...) rozmawiałem właśnie na Śląsku ze Ślązakami, a że wielu Ślązaków nie potrafi mówić, to godają. Stary Sobota z Michałkowic godoł Chopy we antryju durch sie wadzom, po tym we izbie sie dajom po szlagu, a na koniec w siyni dajom sie pokój i bydzie po haji - obwieścił posłom Szyga.
I choć od jego wystąpienia minęło już kilka dni, śląscy posłowie wciąż nie mogą go zapomnieć. Tomasz Tomczykiewicz, szef Platformy Obywatelskiej w regionie, mówi, że gdy tylko usłyszał pierwsze słowa Szygi, wyszedł z sali obrad. - Ze wstydu. Nie mogłem tego słuchać. Dyskutowaliśmy o bardzo ważnej rzeczy i to nie był czas na strojenie sobie żartów. I to jeszcze w gwarze, podpierając się autorytetem Ślązaków. Szyga dawał do zrozumienia, że występuje w imieniu Ślązaków, a to nieuprawnione. Zresztą prawdziwy Ślązak nie zachowałby się tak jak on - mówi Tomczykiewicz.
Podobnie uważa piewca Śląska i jednocześnie poseł z Bojszów Alojzy Lysko (PiS). - Też jestem zdegustowany. Bezkrytyczne używanie szlagów i antryjów bulwersuje posłów nieznających gwary. Może Szyga liczył na skoncentrowanie na sobie uwagi posłów? Ja uważam, że to wystąpienie było nietrafione i niepotrzebne - mówi Lysko.
Szyga tłumaczy, że mówił w gwarze, bo na Śląsku jest to język codzienny. - Przecież wiele osób u nas nie mówi, tylko godo. Dostałem kilka maili z podziękowaniem za to - wyjaśnia.


Śląskie budynki wśród ikon polskiej architektury
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 11.04.2006

Wśród dwudziestu najbardziej znaczących budynków polskiej architektury aż trzy są ze Śląska. Niedługo wszystkie będą promować nasz kraj w muzeach w Paryżu, Berlinie i Frankfurcie oraz w polskich instytutach i placówkach dyplomatycznych.
20 maja odbędzie się Noc Muzeów. Tego dnia 1500 europejskich galerii i muzeów za darmo udostępni zwiedzającym swoje ekspozycje. W Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie zostanie otwarta wystawa pt. Polska. Ikony Architektury. We współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych organizuje ją miesięcznik Architektura-murator.
Przed wystawą profesjonalne jury spośród 220 budynków wybrało 20 wzniesionych po 1989 roku. Są one przełomowe dla polskiej architektury, wyróżniają się na tle czasów i wydarzeń. Po prezentacji w stolicy wystawa zostanie włączona do oferty promocyjnej Polski i pokazana w polskich instytutach i placówkach dyplomatycznych za granicą oraz w światowych muzeach, m.in. w Paryżu, Berlinie i Frankfurcie.
Uznanie jury zdobyły aż trzy budowle ze Śląska: kościół pw. Jezusa Chrystusa Odkupiciela w Czechowicach-Dziedzicach, pokopalniana lampiarnia Bolko Loft w Bytomiu i katowicki dom jednorodzinny.
Zaprojektowany przez Stanisława Niemczyka (nieprzypadkowo nazywany jest śląskim Gaudim) kościół wyróżniono w konkursie Architektura Roku 1999 Województwa Śląskiego: od wojewody śląskiego otrzymał Grand Prix za najlepszy obiekt, od marszałka województwa śląskiego pierwszą nagrodę za najlepszą przestrzeń publiczną.
Druga ikona to jeden z najbardziej kontrowersyjnych budynków w Polsce. Architekt Przemo Łukasik przerobił starą pokopalnianą lampiarnię na swój własny dom. Tak powstał Bolko Loft - niewielki prostopadłościan umieszczony na żelbetowych słupach, który stoi na terenach dawnych Zakładów Górniczo-Hutniczych Orzeł Biały w Bytomiu.
Budynek otrzymał nominację do Europejskiej Nagrody Architektonicznej Fundacji Miesa van der Rohe w 2004 roku.
- Traktuję wybór mojego domu bardziej jako wyróżnienie dla pewnego zjawiska - mówi Łukasik. - Na polskiej scenie architektonicznej jest ewenementem, gdyż lofty są u nas traktowane marginalnie. Cieszę się, że wyróżniono budynek, który nie jest reminiscencją dworku i nie opływa w luksusowe materiały wykończeniowe. Dla wielu osób mój dom jest brzydki. Mogę to zrozumieć. Polska ma swoją specyfikę, zwłaszcza tu, na Śląsku, jest to widoczne. Nawet przy ograniczonym budżecie można stworzyć wartościową architekturę.
Trzecią ikoną ze Śląska jest dom jednorodzinny zaprojektowany przez Roberta Koniecznego i Marlenę Wolnik-Konieczny z pracowni KWK Promes Architekci dom z ziemi śląskiej. Zbudowany w Katowicach jest próbą zmierzenia się z trudnymi warunkami geologicznymi regionu. Działka, na której powstał budynek, poprzecinana była uskokami tektonicznymi. Dom przybrał więc formę wypiętrzonych wałów ziemi. Ogród niepostrzeżenie przechodzi we wznoszącą się, zieloną płaszczyznę dachu. Wewnątrz budynku przestrzeń płynnie przepływa przez wszystkie kondygnacje, a zamiast schodów architekci zaproponowali rampę. Nowatorski projekt był już nominowany do Europejskiej Nagrody Architektonicznej Fundacji Miesa van der Rohe w 2002 roku, otrzymał też nagrodę prezydenta Katowic za najlepszą realizację Katowic w konkursie Architektura Roku Województwa Śląskiego w 2003 roku.


Obóz był nazistowski i stalinowski?
Gazeta Wyborcza, jk 11.04.2006
Andrzej Roczniok, działacz Ruchu Autonomii Śląska, wbrew historycznej prawdzie powtarza, że w Oświęcimiu istniał polski obóz koncentracyjny. Krytykuje go nawet Jerzy Gorzelik, lider organizacji. - Chciał bronić więzionych tam Ślązaków, ale wybrał zły moment. Większość odbierze to jako sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i polskim interesem - mówi.
Roczniok, wspólnie z dwójką działaczy RAŚ, napisał list do UNESCO. Poprosił, by nie uwzględniono wniosku polskich władz w sprawie nazwy obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.
Polskie Ministerstwo Kultury stale protestuje przeciwko pojawianiu się w zachodniej prasie określenia polski obóz koncentracyjny. Kilka dni temu zaproponowało, by dla uniknięcia nieporozumień znajdujący się w Oświęcimiu obiekt oficjalnie nazywać Byłym Nazistowskim Niemieckim Obozem Koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. - Obóz założyli Niemcy, a pierwszymi jego ofiarami byli Polacy. W żaden sposób nie byli współsprawcami - podkreśla od dawna Władysław Bartoszewski, były minister spraw zagranicznych. O tym, że w Oświęcimiu istniał polski obóz koncentracyjny przekonuje tymczasem Andrzej Roczniok z RAŚ. Kilka miesięcy temu w wywiadzie prasowym wyjaśniał, że chodzi mu o okres od lutego 1945 roku. W Oświęcimiu, już po wyzwoleniu obozu nazistowskiego, przetrzymywano co najmniej kilkanaście tysięcy nowych więźniów, m.in. śląskich górników. Stąd wysyłano ich do pracy przymusowej w ZSRR. Śledztwo w sprawie wypowiedzi Rocznioka prowadzi prokuratura, bo otrzymała doniesienie w tej sprawie od oburzonego mieszkańca Bielska-Białej.
Roczniok zapewnia, że nie ma zamiaru kwestionować, że obóz oświęcimski był podczas wojny miejscem cierpień i śmierci setek tysięcy Żydów, Romów i Polaków. - Nie mogę się jednak zgodzić na całkowite milczenie o tym, co w tym samym miejscu działo się już po wojnie - mówi.
Gorzelik: - Owszem, trzeba o tym przypominać, ale z taktem - podkreśla.


Na Śląsku chcą produkować wodór z węgla
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 11-04-2006
Polska włączy się do badań nad przerabianiem śląskiego węgla na paliwo wodorowe. W ten sposób będzie można wykorzystać ogromne pokłady węgla dziś dla górnictwa stracone. Znajdują się pod autostradami A1 i A4, przebiegającymi przez Śląsk.
Unia Europejska chce do 2013 roku przeznaczyć na badania związane z energetyką wodorową aż 3 mld euro. Polscy naukowcy, których włączono do programu nazwanego HyWays, zbadają możliwości wykorzystania zasobów węgla na Śląsku. - Gdy uda się doprowadzić do zgazowania węgla położonego w bardzo głębokich pokładach, skąd nie da się go wydobyć tradycyjnymi metodami, można będzie pozyskać metan i wodór. Wtedy śląskie zagłębie wodorowe stanie się realną perspektywą - powiedział Polskiej Agencji Prasowej dr Jan Rogut, kierujący zespołem polskich naukowców zaangażowanych w projekt HyWays.
Przedstawiciele branży górniczej już zacierają ręce. Ich zdaniem byłaby to ogromna szansa na wykorzystanie ogromnych zasobów węgla dziś dla górnictwa straconych. Chodzi przede wszystkim o pokłady znajdujące się pod śląskim odcinkiem autostrady A4 Kraków - Wrocław i planowaną autostradą A1, która połączy nasz region z Czechami. Z najnowszych badań Kompanii Węglowej SA wynika, że pod 60 kilometrami śląskich autostrad znajduje się obecnie ok. 450 mln ton węgla. To aż 12 proc. wszystkich zapasów na Śląsku (2 mld ton) i mniej więcej tyle, ile mają razem dwie najbardziej zasobne kopalnie KW SA - Ziemowit i Szczygłowice. - Obecnie nie prowadzimy pod autostradami wydobycia, bo byłoby ono zbyt kosztowne. Trzeba by montować drogie podsadzki hydrauliczne, a i to nie gwarantowałoby sukcesu - mówi Jan Mertes, kierownik zespołu mierniczo-geologicznego Kompanii Węglowej SA.
Tymczasem sytuacja byłaby zupełnie inna, gdyby tak jak proponują naukowcy związani z projektem HyWays, bezpośrednio pod ziemią przerobić węgiel na wodór i odessać na powierzchnię. - Kiedyś to były tylko mrzonki, dziś już można to robić - cieszy się Jerzy Markowski, b. senator i minister gospodarki. - Do tej pory sądziliśmy, że jak węgiel jest pod ziemią, to można go wydobywać tylko metodami górniczymi. Tymczasem Unia już od dawna spoglądała w kierunku podziemnego gazowania węgla. My niestety byliśmy o krok do tyłu - ocenia Markowski.
Naukowcy dodają zaś, że śląskie kopalnie nie musiałyby nawet budować nowych instalacji do transportu wodoru. Węgiel można by zgazować do postaci metanu i przesyłać na powierzchnię już istniejącymi rurociągami. Potem dopiero metan zmieniano by w wodór, który może napędzać m.in. silniki elektryczne i spalinowe.


Odkrywczyni śląskiej architektury
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 10.04.2006
Jadwiga Kocur, filmowiec z zamiłowania, stworzyła jedyny w kraju cykl dokumentalny poświęcony architekturze. Jej idée fixe to pokazanie Śląska jako miejsca o wspaniałej kulturze i olbrzymich możliwościach.
Kocur zaczynała od organizowania wycieczek dla architektów po Europie. Pokazywała im najlepsze dzieła architektoniczne. W pewnym momencie doszła do wniosku, że warto byłoby skierować uwagę innych na własne podwórko, na Katowice.
- W czasie studiów zachwyciłam się architekturą okresu międzywojennego. Pod szarą patyną sadzy odkryłam wspaniałe kubistyczne bryły, prostotę i racjonalność. Ciągle pokutuje myślenie, że na Śląsku oprócz hałd nic nie ma. Chciałam to zmienić - mówi.
Sporządzony przez nią cykl Odkrywanie przestrzeni składa się z 15-minutowych odcinków, które są właśnie emitowane na antenie Telewizji Katowice. W każdym odcinku reżyserka pokazuje jakieś perełki architektoniczne Śląska: zabytki, ale też budowle współczesne.
- Katowice miały wiele pięknych okresów w swojej historii. Miasto najprężniej rozwijało się w latach międzywojennych, wtedy architektura grała na narodowych strunach. Nowe budowle miały wyobrażać potęgę odradzającej się Polski, stąd tak imponujące projekty jak Urząd Wojewódzki czy tzw. drapacz chmur przy ul. Żwirki i Wigury.
Kocur kończy już pracę nad kolejnym filmem dokumentalnym, który w całości będzie poświęcony zabytkom z okresu międzywojennego.
- Udało mi się dotrzeć do wielu rzadkich materiałów archiwalnych. Niespodzianką dla widzów będzie wirtualna wycieczka po Muzeum Śląskim, nowoczesnym funkcjonalistycznym gmachu zaprojektowanym przez wybitnego architekta Karola Schayera, niestety, wyburzonym przez hitlerowców. Premiera filmu odbędzie się w kinoteatrze Rialto już w maju tego roku - zapowiada.
Najbliższy odcinek Odkrywania przestrzeni ukaże się w sobotę o godz. 17.05 na antenie TVP3.


Śląsk dalej węglem stoi
Gazeta Wyborcza, T. Głogowski, wsp. purz 09.04.2006
Węgla w śląskich kopalniach starczy jeszcze na 40 lat! Potem trzeba będzie szukać nowych pokładów, które oszacowano aż na 8 mld ton. Jest tylko jeden problem: jak się do tego węgla dobrać.
Kompania Węglowa, największa górnicza firma w Europie, zrzeszająca 17 kopalń, policzyła, ile węgla mamy na Śląsku. Raport przygotowano dla Ministerstwa Gospodarki, które pracuje nad strategią dla górnictwa. Z dokumentu, do którego dotarła Gazeta, wynika, że w śląskich kopalniach jest jeszcze 2 mld ton węgla. Zakładając, że Kompania wydobywa rocznie 52 mln ton tego surowca rocznie, zasoby starczą średnio na 40 lat.
Najwięcej węgla ma kopalnia Szczygłowice, gdzie na wydobycie czeka ok. 207 mln ton. Zachowując dzisiejsze tempo - 2,8 mln ton rocznie - kopalnia może fedrować jeszcze 69 lat. W niewiele gorszej sytuacji są kopalnie Piast i Ziemowit, które mają przed sobą jeszcze 34 i 38 lat spokojnej pracy (obie kopalnie mają 170 mln ton węgla).
Węgiel kończy się natomiast w kopalniach Bolesław Śmiały (ok. 15 lat fedrunku) i Piekary, gdzie pozostało 26 mln ton, które starczą na siedem lat. Natomiast KWK Polska-Wirek będzie działać najwyżej do 2009 roku, czyli aż do wyczerpania złoża. - Potem górnicy zostaną przeniesieni do innych kopalń. Nie przewidujemy żadnych zwolnień - zapewnia Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii Węglowej.
Z raportu wynika, że na Śląsku jest jeszcze 8 mld ton węgla, który można wydobyć! To pokłady na głębokości nie przekraczającej 1000 metrów o nachyleniu 35 stopni. Ich wydobycie zajęłoby śląskim kopalniom... 153 lata.
Na razie to jednak tylko teoria. Po pierwsze, fedrunek tych pokładów może okazać się zbyt kosztowny. Po drugie, nikt nie jest w stanie przewidzieć koniunktury na węgiel. Choć górnictwo od trzech lata przynosi zyski - tylko Kompania Węglowa SA zarobi w tym roku na czysto ok. 102 mln zł - nie ma pewności, że tak będzie zawsze. - Wahania cen węgla są normalne. Raz są wyższe, raz niższe, ale najważniejsze, że Kompania jest na plusie. Ogromne złoża dowodzą natomiast, że o bezpieczeństwie energetycznym kraju stanowi nie gaz czy ropa, ale właśnie węgiel - przekonuje Madej.
Aby kopalnie mogły eksploatować nowe pokłady, muszą inwestować. Co roku KW SA przeznacza na ten cel ponad 600 mln zł. To jednak tylko tzw. inwestycje odtworzeniowe, pozwalające na utrzymanie wydobycia. Budowa tylko jednej nowej kopalni pochłonęłaby natomiast gigantyczną kwotę ok. 2 mld zł. - Potencjał węgla mamy rzeczywiście ogromny i to cieszy. Jeżeli dziś możemy czymś przegrać na rynkach światowych, to kosztami jego produkcji, które wciąż są za wysokie. Kopalnia to niestety taka fabryka, która sama się pożera. Cały czas trzeba w nią ładować pieniądze. Nakłady inwestycyjne pozwalające na eksploatację nowych złóż muszą być dużo większe niż obecnie - ocenia Jerzy Markowski, b. wiceminister gospodarki odpowiedzialny za górnictwo.
- Nie można oceniać zasobów węgla w oderwaniu od warunków ekonomicznych - przypomina natomiast Janusz Steinhoff, b. wicepremier z AWS-u. - Dziś już mało kto pamięta, że w 1998 roku tona węgla na świecie kosztowała 28-30 dolarów, a więc o połowę mniej niż obecnie. Dlatego trzeba wykorzystać dobrą koniunkturę na węgiel oraz jego zapasy i doprowadzić do szybkiej prywatyzacji górnictwa. Wstrzymywanie tego procesu przez obecny rząd i powoływanie się przy tym na bezpieczeństwo energetyczne kraju to absurd - dodaje Steinhoff.


Śląska premiera filmu Czeka na nas świat
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 07.04.2006
Wczoraj w katowickim kinie Światowid widzowie po raz pierwszy obejrzeli nakręcony na Śląsku film Czeka na nas świat Roberta Krzempka. - Staram się przekazać wszystko to, co ludzie czują na tej naszej prowincji, to totalne oburzenie, gdy w TV widzą bałwana, który im rzuca slogany jakby z epoki stalinowskiej, a oni tymczasem są zwalniani z pracy - mówi reżyser.
Czeka na nas świat to tragikomedia. Opowiada historię 30-letniego Piotrusia, którego utrzymuje matka rencistka. Gdy któregoś miesiąca pieniądze nie przychodzą, a matka wyjeżdża do sanatorium, Piotruś musi zacząć radzić sobie sam. Zdjęcia do filmu powstawały w zeszłym roku w naszym regionie, m.in. w Katowicach, Siemianowicach i Czeladzi. W rolach głównych występują: Sebastian Pawlak, Jadwiga Lesiak i Bartosz Żukowski. W jedną z postaci wcieliła się znana śląska aktorka Elżbieta Okupska. - Żałuję, że zdjęcia z moim udziałem trwały tylko dwa dni, bo znakomicie rozumiem się z młodymi filmowcami - mówi nam aktorka. W filmie kreuje postać Barbary, sąsiadki Piotrusia, której ten ma świadczyć usługi seksualne. - Długo myślałam o tej roli. Uświadomiłam sobie, że wchodząc na plan, pozostawia się z boku całe prywatne życie i wykonuje się po prostu swój zawód - dodała. W filmie pojawiają się dość śmiałe sceny erotyczne. - Byłam trochę podenerwowana. Pewnie gdybym była piękną, długonogą blondynką, długo bym się nie zastanawiała - śmieje się Okupska.


Co zmienić na Nikiszu?
Gazeta Wyborcza, Michał Smolorz 07.04.2006
Nikiszowiec - legendarne i unikatowe osiedle robotnicze z początku XX wieku - wreszcie ma zostać solidnie wyremontowane i stać się atrakcją turystyczną regionu. To bardzo szlachetny zamysł i wart dobrej prasy. Szkoda, że ujawnione dotąd zamiary ojców miasta wskazują raczej na kosmetykę niż na solidną restaurację, na którą Nikisz zasługuje. Mówi się bowiem o uporządkowaniu podwórek, odświeżeniu elewacji domów, remontach klatek schodowych, wymianie okien etc. Mówi się także o ułożeniu granitowej kostki brukowej, choć ledwie kilka lat temu leżąca tam od stu lat solidna, wielkoformatowa kostka została zerwana, wywieziona w nieznanym kierunku i zastąpiona zalegającą w całym mieście tandetą betonowego behatonu (warto przy okazji przyjrzeć się, kto i jak na tym zarobił).
Te plany napawają raczej pesymizmem niż optymizmem w myśleniu o przyszłości Nikiszowca. Cała operacja pochłonie kilkanaście (kilkadziesiąt?) milionów złotych i tak naprawdę niczego nie zmieni. Prawdziwym problemem tej bajkowej osady nie są bowiem zmurszałe mury i nieszczelne okna. Realny i daleko trudniejszy do usunięcia kłopot to społeczny skład mieszkańców. Szlachetni, wykrochmaleni Ślązacy, żyjący tu od pokoleń, to coraz mniejsza mniejszość. Powiedzmy sobie wreszcie prawdę i przestańmy udawać, że o tym nie wiemy: od lat na Nikiszu wodzi prym i sieje terror bandycki lumpenproletariat, osiedlany tu z powodu niskich standardów socjalnych mieszkań. Spośród normalnych ludzi, każdy kto miał dość siły i determinacji, uciekał stąd, gdzie pieprz rośnie, trudno bowiem żyć i pracować pośród wszechobecnego chamstwa, dresiarstwa, złodziejstwa, pijaństwa i wszelkich innych wynaturzeń. Kogo nie było stać na ucieczkę, przemyka dziś chyłkiem przez podwórko w strachu o własny portfel lub wręcz o własne życie. Miejscowi kupcy śpią w sklepach z kijami w dłoniach, otoczeni pancernymi blachami i piętrowymi kratami. Bramy butwieją nie od deszczowej wilgoci, lecz od cuchnącej uryny. To jest ta baśniowa rzeczywistość miejsca, które stało się kiedyś symbolem robotniczego Śląska i Pana Kutzowym Hollywood.Jeśli naprawdę zależy nam na uratowaniu tego magicznego zakątka, jeśli chcemy go ożywić i pokazywać turystom, to trzeba go najpierw przebudować do cna, łącznie z przebudową struktury mieszkańców. Domy muszą być atrakcyjne socjalnie, a do tego niezbędne jest wyprucie wszystkich ich wnętrzności i stworzenie nowych, wygodnych mieszkań, odpowiadających najlepszym standardom. Tylko wówczas zechcą się tu osiedlać ludzie aktywni zawodowo, którzy nie spędzają życia na chlaniu jabcoków, podkradaniu sąsiadom węgla z piwnicy, szczaniu w bramie i rozbijaniu witryn sklepowych, gdy nocą nagle chwyci pragnienie.
Żadna z ekip samorządowych nie miała dotąd odwagi, by wypowiedzieć wojnę lumpiarstwu i dresiarstwu. To są zwykle decyzje trudne i kosztowne. Trzeba gdzieś na obrzeżach miasta wybudować domy socjalne (albo zaadaptować np. stare hotele robotnicze) i do nich przesiedlać ludzi, którzy żyją z dnia na dzień i terroryzują otoczenie. Ale bez tego ani rusz. Bez tych podstawowych zabiegów, trudnych, lecz koniecznych, całe przedsięwzięcie z remontowaniem Nikiszowca nie ma sensu. Już po kilku latach zauważymy, że były to miliony wyrzucone w błoto.
Nie pierwszy raz zabieram głos w tej sprawie, bo to jest też kawałek mojej własnej Heimat i serce mi się kraje, gdy widzę jej upadek. Jestem za remontem, ale nie tylko tym murarskim, ale także tym społecznym, który uwolni Nikisz od dzisiejszej grozy. Przywożenie turystów do skansenu górnośląskich patologii to dość wyrafinowana, ale jednak ryzykowna gra.


Zaproszenie na warsztaty o historii Śląska
Gazeta Wyborcza, red 03.04.2006
Opowiemy ci o Śląsku to bezpłatne warsztaty przygotowane dla uczniów i nauczycieli.
21 kwietnia zapraszamy nauczycieli, gimnazjalistów i licealistów na warsztaty poświęcone śląskiemu regionalizmowi - kulturze i tożsamości. O godz. 11 dr Jerzy Gorzelik, adiunkt z Uniwersytetu Śląskiego, opowie o tym, jak kształtowała się sztuka Górnego Śląska w kontekście rozwoju kultury europejskiej, a o 12.15 dr Barbara Kluczewska - o śląskiej obyczajowości wieku XIX i XX, życiu codziennym i Kościele. O 13.30 dziennikarz sportowy Gazety Wyborczej wygłosi wykład na temat historii sportu na Górnym Śląsku. Każdy z tematów stanowi odrębny wykład.
Wszyscy wykładowcy są ekspertami, autorami zeszytów z cyklu Niezbędnik Śląski.
Niezbędnik to swoista encyklopedia wiedzy o regionie, pomocna gimnazjalistom, nauczycielom i czytelnikom zainteresowanym wiedzą o regionie.
Wykłady są uzupełnieniem Niezbędnika Śląskiego, który od 24 lutego jest dołączany do katowicko-bielskiego wydania Gazety Wyborczej.
Zapraszamy serdecznie do udziału w warsztatach, które odbędą się 21 kwietnia w Regionalnym Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli WOM w Katowicach przy ul. ks. kard. Stefana Wyszyńskiego 7.
Mamy nadzieję, że nie zabraknie tam przedstawicieli Państwa szkoły.
Prosimy o telefoniczne zgłaszanie udziału w warsztatach do 14 kwietnia w godz. 10-17 pod nr. 032 325 27 73. Z przyjemnością odpowiemy na wszelkie pytania.
Wszyscy uczestnicy warsztatów otrzymają certyfikaty.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry