zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2006 maj przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Kibice nie zrobili wiochy
Gazeta Wyborcza, Rozmawiał Piotr Zawadzki 31.05.2006
Nie mam żadnych pretensji do kibiców na Stadionie Śląskim. Nie powinno się być kibicem bezwarunkowo. To rodzi fanatyzm - mówi prof. Jan Miodek, wybitny językoznawca i wielki kibic piłki nożnej.
Słaba gra naszej reprezentacji we wtorkowym meczu z Kolumbią i głupio stracone bramki zdenerwowały kibiców na Stadionie Śląskim. Gwizdali na polskich piłkarzy i głośno wypominali trenerowi Pawłowi Janasowi, że nie powołal do kadry Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. - Z takimi kibicami to nawet nie jest żal się żegnać. W ogóle nie wiem, czy powinniśmy się żegnać. Odstawili lekką wieś - mówił po meczu bramkarz Artur Boruc.
Piotr Zawadzki: Dlaczego kibice wygwizdali reprezentację w meczu z Kolumbią?
Jan Miodek: Bo grała źle, nieładnie. Ja mam uczucia obojętne wobec takiej piłki. To brzydki futbol, w ogóle nie mam do niego serca.
Niektórzy piłkarze mieli po meczu pretensje o gwizdy. Czy kibic powinien być ze swoją drużyną, a już szczególnie z reprezentacją, bezwarunkowo na dobre i na złe?
- Nie mam żadnych pretensji do kibiców. Nie powinno się być kibicem bezwarunkowo. To rodzi fanatyzm, a fanatyzm jest groźny. Ja się boję każdego fanatyzmu: politycznego, religijnego, sportowego również.
Bramkarz Artur Boruc powiedział, że kibice odstawili lekką wieś.
- Nie ma racji. Piłkarze za to, co pokazali, zasłużyli na wygwizdanie.
Publiczność wygwizdała Grzegorza Rasiaka, domagała się gry Tomasza Frankowskiego.
- Kibice zawsze mają swoich ulubieńców i wrogów. Pamięta pan, jak kiedyś gwizdali na Kazimierza Deynę? To było irracjonalne, bo przecież Deyna był wspaniałym piłkarzem i wiele zrobił dla reprezentacji. Ja w takich sytuacjach zawsze trzymam stronę ofiary, ale ten Rasiak?... W Anglii też go przecież specjalnie nie lubią. Cenię Frankowskiego i wiem, że Janasowi kibice nie wybaczą pominięcia tego napastnika. Ale może ten Rasiak jednak na mundialu coś strzeli?
Czy Pan też gwizdał na meczach?
- Nie potrafiłem, niestety, gwizdać na palcach. Zabierałem jednak na stadion syna i on gwizdał. Marcin jako dziecko miał takie ładne, długie loczki na głowie. Siedzący obok nas kibice dziwili się, że taka miła dziewczynka, a umie gwizdać.
Co Pan sądzi o wpadce bramkarza Tomasza Kuszczaka?
- W latach 50. byłem na meczu Kolejarza Tarnowskie Góry z LZS-em Nakło. Wtedy też bramkarz puścił podobnego gola. Nie przypuszczałem, że jeszcze kiedyś coś takiego zobaczę. A tu proszę, zobaczyłem, i to podczas meczu reprezentacji. To na pewno najdziwniejszy gol. Oczywiście poza bramką, którą strzelił sobie Janusz Jojko w meczu mojego ukochanego Ruchu z Lechią Gdańsk.
Prof. Jan Miodek jest wybitnym językoznawcą, wielkim kibicem piłki nożnej i Ruchu Chorzów.


Ekskluzywny atlas z mapami Śląska
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 30.05.2006
W środę w Bibliotece Śląskiej w Katowicach odbędzie się promocja ekskluzywnego atlasu Cartographia Silesiae Superioris, zawierającego reprodukcje 54 map Górnego Ślaska od 1561 do 1946 roku.
Wolumin o ogromnych rozmiarach robi wrażenie: oprawiony w skórę, waży kilka kilogramów. Cartographia Silesiae Superioris wyszło nakładem katowickiego wydawnictwa Arsilesia. - Chcieliśmy w jednej książce pokazać mapy, z których wynika, że ten nasz piękny Górny Śląsk był raz polski, raz czeski, a raz niemiecki. Pokazujemy ten region takim, jakim był - mówi Bogusław Wierzbicki, szef wydawnictwa.
Swoim pomysłem szybko zainteresował Archiwum Państwowe w Katowicach. Wszystkie bezcenne starodruki wydobyto z archiwów w Katowicach, Gliwicach i Opolu. Praca nad poszukiwaniem najciekawszych egzemplarzy nie była wcale prosta, bo gdyby ktoś zrobił dokładny przegląd archiwów, to okazałoby się, że map Śląska jest kilka tysięcy. - Publikujemy jednak tylko te, które mamy w naszych śląskich archiwach. Może gdzieś w Warszawie znajduje się jakaś piękniejsza, lecz chcemy odsłaniać wszystko to, co zgromadzono u nas - mówi Wierzbicki.
Choć najstarsze mapy mają niemal 500 lat, wyglądają jak nowe. - Staraliśmy się pokazać je w takim stanie, w jakim schodziły z ówczesnych drukarni. Stąd też niektóre czyściliśmy w obróbce komputerowej - zdradza Marzena Zielonka z Arsilesii. W albumie znajdziemy 54 dzieła sztuki kartograficznej z lat 1561-1946, wszystkie w imponującym formacie 48x68 cm.
Niemal każda z nich ma swoją historię. Perłą albumu jest mapa Martina Helwiga z roku 1561, uznawana za pierwszą mapę Śląska. Jej oryginał nigdzie się jednak nie zachował. Na szczęście po dekadzie od jej nakreślenia przez Helwiga ukazała się przeróbka i właśnie ta kopia znalazła się w wydawnictwie Arsilesii. - To mapa o tyle szczególna, że powstała z autopsji. Jej autor, pochodzący z Nysy naukowiec Helwig, jeździł po Śląsku i zapisywał to, co zobaczył. Oczywiście już wcześniej pojawiały się wizerunki Śląska na mapach, były to jednak opracowania powstałe ze słuchu: ich autorzy nigdy tu nie byli, nanosili jedynie informacje, które ktoś im przekazywał - mówi Roland Banduch z Archiwum Państwowego w Katowicach, który o każdej z map mógłby długo opowiadać. Szansa na wysłuchanie tych często pasjonujących opowieści już dziś - o godz. 10 w Bibliotece Śląskiej rozpocznie się promocja atlasu Cartographia Silesiae Superioris.
Wydawnictwo ukazuje się w limitowanym nakładzie 200 egzemplarzy. Kosztuje 1980 zł. Album ukaże się też w mniej ekskluzywnej postaci i w cenie ok. 600 zł.


Stadion Śląski zaczerwienił się od kartek
Gazeta Wyborcza, W. Todur, K. Piotrowiak, M. Wasik 30.05.2006
Polacy przegrali 1:2. Czerwone kartki powędrowały w górę. Kibice, którzy we wtorek przybyli na mecz Polski z Kolumbią, dedykowali ją ministrowi sportu, Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej i piłkarzom.
Kartki, które można było dostać razem z wczorajszą Gazetą, były dedykowane Tomaszowi Lipcowi, ministrowi sportu, oraz zespołowi ds. wyboru miast gospodarzy spotkań Euro 2012. To oni uznali, że nasz region nie nadaje się do organizowania meczów w ramach mistrzostw. Pomysł, który poparliśmy, pojawił się na forach internetowych. Jego inicjatorem był dr Jerzy Gorzelik.
Ostatni mecz reprezentacji przed wyjazdem do Niemiec zgromadził na trybunach około 40 tys. kibiców. Spóźnialscy wchodzili na stadion już dawno po hymnach i pierwszym gwizdku sędziego.
Czerwone kartki pierwszy raz poszły w górę już na początku meczu. Kibice podnieśli je wysoko w górę i krzyczeli: Złodzieje! Złodzieje!. - To ważna akcja i ważny sprzeciw. Mam nadzieję, że minister nauczy się grzeczności wobec Śląska - podkreślał Jan Grela, wicemarszałek województwa. Niestety, minister Lipiec ani żadna z osób, które tak nisko oceniły szanse Chorzowa, na Śląskim się nie pojawiły. Kibicom to jednak nie przeszkadzało.
- Czerwona kartka jest dla wszystkich osób, które mają związek z piłką nożną w naszym kraju. Także dla trenera Pawła Janasa, który nie powołał do kadry Tomka Frankowskiego - denerwował się Mirosław Górawski, kibic z Bytomia.
- Pokazuję kartkę, by powiedzieć: Koniec. Nigdy więcej. Czas odejść. Kieruję te słowa do Michała Listkiewicza, prezesa PZPN-u.
- On też przyczynił się do tego, że Chorzów oceniono tak kiepsko - mówił Łukasz Warchoł z Jaworzna.
- Jeżeli przegramy rywalizację o Euro 2012, przegramy też szansę na promocję regionu - mówiła Gabriela Borgula z Katowic, która od 20 lat ogląda mecze na Śląskim.
Decyzje w sprawie Euro zapadły na długo przed wczorajszym meczem. W czasie wyjazdowego posiedzenia zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej działacze ustalili, że w przypadku przyznania Polsce i Ukrainie prawa do organizacji mistrzostw spotkania powinny się odbywać na sześciu stadionach. - Listę ustaliliśmy alfabetycznie. Tak więc Chorzów znalazł się teraz na pierwszym miejscu - mówił Rudolf Bugdoł, prezes Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Podczas obrad wielu działaczy nie kryło oburzenia faktem, że środowisko piłkarskie miało tak mały wpływ na opracowanie rankingu miast ubiegających się o organizację spotkań w ramach Euro.
Mecz poprzedziła modlitwa za tragicznie zmarłych podczas styczniowej katastrofy budowlanej na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich. Marcin Bochynek, były trener Górnika Zabrze i Odry Wodzisław, który pod gruzami dachu spędził kilka godzin, dziękował za zaproszenie na stadion. - Tamten wypadek na pewno nie wyleczył mnie z miłości do gołębi. Zresztą nie znam nikogo, kto po tej tragedii zrezygnował z hodowania. Staram się nie wracać do tej styczniowej soboty. Po prostu było - minęło. W psychice na pewno ślad został - podkreślał. Minutą ciszy uczczono także pamięć Kazimierza Górskiego, wybitnego trenera.
Doping kibiców był momentami porywający, ale, niestety, słabł razem z padającym deszczem i fatalną postawą naszej drużyny.
- Nędza. Dramat. Wstyd. Wolałem stamtąd wyjść, bo o mało szlag mnie nie trafił, jak widziałem grę naszych piłkarzy - denerwował się Piotr Włodok z Rudy Śląskiej, który jeszcze przed zakończeniem pierwszej połowy opuścił stadion i pojechał do... chińskiej restauracji.
Rozżaleni kibice krzyczeli: Gdzie jest Franek - łowca bramek, skandowali też nazwisko Jerzego Dudka - wyrażając w ten sposób dezaprobatę dla decyzji trenera Janasa, który pominął Tomasza Frankowskiego i Dudka przy ustalaniu kadry na mundial.
Po tym, jak nasz zespół stracił drugiego gola, kibice zaczęli nagradzać każde zagranie Kolumbijczyków gromkim Ole!, a gdy przy piłce znajdowali się Polacy, głośno gwizdali i buczeli. Po meczu piłkarze mieli żal do śląskich kibiców. - To była lekka wiocha - zrugał fanów bramkarz Artur Boruc. - To nie sprawka Ślązaków, na trybunach byli przecież kibice z całej Polski - przytomnie zauważył Mirosław Szymkowiak, pomocnik naszej drużyny.
- Przyjechałem na mecz ze Szczecina. Wziąłem urlop, pokłóciłem się z żoną. Tacy jak ja krzyczeli najgłośniej. Miejscowi wsiądą w tramwaj i za 10 minut są w domu. Im złość szybko przejdzie, ale ja jutro będę chory - pieklił się Michał Warzecha.
Chcemy być dumni ze Stadionu Śląskiego, Chcemy szybkiego dokończenia Trasy Średnicowej - mówią Ślązacy i Zagłębiacy.
To Wy, nasi Czytelnicy, powiedzieliście nam w specjalnej ankiecie, jakich zmian chcielibyście w miastach regionu. Marzycie, aby Stadion Śląski tętnił życiem, by odbywały się tu ważne imprezy sportowe i koncerty gwiazd. Modernizacja stadionu i dokończenie budowy średnicówki - nowoczesnej drogi przez Śląsk - to Waszym zdaniem najpilniejsze zadania. Samorządowcy i urzędnicy zgadzają się z Wami. My przypilnujemy, by na czas podejmowali decyzje. Wierzymy, że dzięki wspólnej pracy uda się osiągnąć cel: nowoczesną drogą szybko dojedziemy na fantastyczny, zmodernizowany stadion!


Promocja festiwalu opolskiego
Gazeta Wyborcza, Mariusz Lodziński 30.05.2006
1200 banerów w największych miastach Polski reklamuje Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki i Opole. Od poniedziałku na przystankach można też słuchać przebojów tegorocznych Superjedynek. Od środy zacznie się zmieniać Opole.
Ogólnopolska kampania ruszyła 15 maja. Wielkie banery z hasłem Cała Polska śpiewa pojawiły się w największych polskich miastach, m.in. w Warszawie, Krakowie, Szczecinie, Wrocławiu, Poznaniu czy Katowicach. Na plakatach pojawił się także herb Opola i informacje, że to również nasze miasto jest organizatorem największej w kraju imprezy polskiej piosenki, a nie tylko TVP.
- Koszty tej kampanii w całości pokrywa telewizja. W podobny sposób Opole i festiwal były reklamowane w poprzednich latach, ale nigdy z takim natężeniem - przyznaje Aneta Czarnecka z wydziału gospodarki i promocji miasta. Kampania bowiem nie kończy się tylko na banerach. 100 autobusów komunikacji miejskiej i 600 przystanków w tych miastach zostało obklejone festiwalowymi hasłami z herbem Opola.
- Od wczoraj też na 40 przystankach w Polsce można słuchać piosenek, które biorą udział w konkursie Superjedynek w kategorii przebój roku. Są to piosenki w wykonaniu Kasi Cerekwickiej, Goi oraz Urszuli. Zamontowano tam głośniki i muzyka jest odtwarzana z MP3 - wyjaśnia Czarnecka.
Cała kampania - hasło oraz kolor wielkich plakatów - była także konsultowana z urzędem miasta. Wszystko zniknie z ulic 4 czerwca. Do tej pory każdy Polak ma usłyszeć o festiwalu i Opolu. Nie zabraknie też reklam w telewizji. - To bardzo ważne dla nas. Kształtuje pozytywny wizerunek Opola jako miasta, w którym naprawdę dzieją się ciekawe rzeczy - ocenia Czarnecka.
Kampania dotarła także do Opola. 10 autobusów w naszym mieście jeździ z reklamą festiwalu. W jednym z nich będzie można wkrótce posłuchać festiwalowych przebojów.
W poniedziałek na ul. Ozimskiej miał się pojawić wielki baner z hasłem Opole stolicą polskiej piosenki.
To początek zmian w Opolu. - Wspólnie z telewizją przygotowaliśmy wystrój miasta. Mamy nadzieję, że będzie odświętnie - zapowiada Czarnecka. Szczegółów nie chce jednak zdradzać. - To ma być niespodzianka dla mieszkańców miasta i gości - dodaje.
Wiadomo jednak, że na rynku pojawi się wielka wystawa festiwalowych zdjęć. Podobnie jak podczas sylwestrowych imprez przed ratuszem zostanie postawiona scena, na której opolanie będą mogli obserwować występy artystyczne. Wśród gwiazd mają pojawić się np. Domisie - najnowsi bajkowi idole dzieci w Polsce.


Wojewodo, ratuj śląskie dziedzictwo!
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 28.05.2006
Jest w Katowicach miejsce, gdzie pod gruzami niszczeją ponadstuletnie piece do produkcji cynku. Niedaleko w walcowni stoją cztery maszyny parowe, których sława dotarła nawet do Londynu i Tokio. Członkowie Stowarzyszenia na rzecz Powstania Muzeum Hutnictwa Cynku w Szopienicach biją na alarm: wojewodo, pomóż ratować śląskie dziedzictwo!
W petycji do wojewody członkowie Stowarzyszenia na rzecz Powstania Muzeum Hutnictwa Cynku napisali: Do takiej postawy motywuje nas nie tylko potrzeba utrwalenia kunsztu wiekowych urządzeń technicznych, lecz także warunków, w jakich nasi ojcowie wypracowali podwaliny dla obecnej pozycji Katowic i Śląska. Pod petycją podpisało się już ponad 400 osób. - Trzydzieści lat tu pracowałem. Żal patrzeć, jak te cacka techniki z minionej epoki niszczeją na naszych oczach - mówi Marian Emmerich, emeryt z Katowic, który w sobotę złożył swój podpis.
Sława walcowni napędzanej czterema maszynami parowymi z Katowic Szopienic dotarła nawet do Londynu. W połowie lat 90. przyjechali tutaj radiowcy z BBC, żeby nagrać odgłos ich pracy. - Maszyny umilkły zaledwie cztery lata temu. Cały świat tu przyjeżdża, żeby je zobaczyć. Niestety, część budynków się zawaliła, a urządzenia są rozkradane przez złomiarzy - mówi Stefan Kmiecik, jeden z członków Stowarzyszenia.
Walcownią opiekuje się Andrzej Bożek z Szopienic. Dzięki niemu zabytkowe maszyny parowe z 1903 roku są w dobrym stanie, zawsze nasmarowane i błyszczące. Kilka dni temu zamontowali zagubione smarowniczki, bez których maszyna nie mogła dobrze pracować. - Maszynę obsługiwały dwie osoby, kobieta i mężczyzna. On był odpowiedzialny za stan techniczny, ona za dolewanie oleju i mycie kafelków, które musiały błyszczeć jak w książęcej łazience - opowiada Bożek.
W ostatnich latach walcownię upatrzyli sobie złomiarze. Wywieźli stamtąd część żeliwnych płyt z podłogi oraz formy, do których wlewano cynk. Członkom Stowarzyszenia udało się odzyskać niektóre ze skradzionych rzeczy, innym kradzieżom w porę zapobiegli. - Niestety, zawaliła się ostatnia z trzech hal z piecami muflowymi do produkcji cynku metodą destylacji. Stało się to kilkanaście miesięcy temu. Nie da się już tego miejsca odtworzyć - mówi Kmiecik. Stalową konstrukcję hali podcięli prawdopodobnie złomiarze.
- Pod gruzami jest jeszcze półtora tysiąca mufli - ceramicznych rur, w których wytapiano cynk. Chcemy pozbierać ich szczątki i odtworzyć proces produkcji - mówi Andrzej Karasiewicz.
Członkowie Stowarzyszenia marzą o utworzeniu tutaj Muzeum Hutnictwa Cynku, Ołowiu i Kadmu. Sadzą wokół walcowni drzewka, zakładają alarmy, zatrudnili ochronę. Chcieliby, żeby muzeum obejmowało również budynek dyrekcji huty z wieżą zegarową oraz dachem krytym gontem. - Na zachodzie Europy, we Francji, powstają w takich miejscach centra rozrywki, kawiarnie, miejsca spotkań młodzieży. Marzymy, żeby walcowania znowu odżyła, bo tylko dzięki temu będziemy mogli ją utrzymać. Staramy się o to bezskutecznie od ponad roku. Tymczasem potrzeba tylko trochę dobrej woli i pomocy ze strony władz - mówi Kmiecik. Petycja trafi do wojewody śląskiego Tomasza Pietrzykowskiego na początku czerwca.
To, że takie miejsca należy otoczyć szczególną troską i ratować przed zapomnieniem, wynika również z ankiety Gazety, w której pytaliśmy naszych Czytelników o to, jakich zmian oczekują w regionie. Mieszkańcy Śląska i Zagłębia odpowiedzieli, że chcą, by stare huty i kopalnie zostały odrestaurowane, żeby mogły przypominać o świetności tego regionu.
W dawnym laboratorium Huty Bernardi w Szopienicach działa już Izba Pamięci Tradycji Hutniczej. Można tutaj obejrzeć stare filmy, fotografie hut: Norma, Paweł, Uthemann i Wilhelmina wykonane w 1900 roku, fragment drewnianego ołtarza ze św. Florianem, patronem hutników, a także wyroby z cynku, fragment pieca muflowego oraz panoramę kompleksu należącego do dawnego koncernu Giesche, który obejmował niegdyś 127 ha. Kompleks został zaprojektowany przez architektów braci Zillmanów, tych samych, którzy stworzyli na desce kreślarskiej osiedla Giszowiec i Nikiszowiec.
Przeczytaj więcej: republika.pl/muzeumcynku/


Film o górnośląskiej modernie
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 28.05.2006
Dwugłowy smok to niecodzienne zjawisko - dokument poświęcony architekturze, którego premiera odbędzie się w kinie. Film zrealizowała Jadwiga Kocur, prawdziwa rzeczniczka architektury z lat 20. i 30.
Droga do filmu była długa. Początkowo Kocur współuczestniczyła w tworzeniu dużej wystawy poświęconej architekturze modernistycznej. - Niestety, nic z tego nie wyszło. Zabrakło pieniędzy, partnerzy zrezygnowali. Jednak przy zbieraniu materiałów przesiąkłam funkcjonalistyczną architekturą. Zrodziła się we mnie fascynacja. Pomyślałam, że muszę nakręcić film. Wystawa ma mniejszą siłę rażenia, a z dokumentem można dotrzeć do większej liczby osób - opowiada.
Kocur, filmowiec z zamiłowania, pierwsze szlify zdobywała autorskim serialem dokumentalnym Odkrywanie przestrzeni. Każdy odcinek poświęcony był architekturze, jednak prezentowanej w nowy, odkrywczy sposób.
Dwugłowy smok to już zupełnie inna produkcja. Film ma duży rozmach. Nie powstałby, gdyby nie pomoc władz Katowic, Gliwic i Zabrza oraz prywatnego mecenasa - firmy Isover.
Tytuł filmu obrazuje sytuację, jaka w okresie międzywojennym panowała na Górnym Śląsku. Po plebiscycie region rozpadł się na dwie połowy. - To spowodowało, że miasta, które od lat koegzystowały, nagle rozdzielił mur - opowiada Kocur. - Zaczęła się rywalizacja. To był dynamiczny okres. Stąd dwugłowy smok, który jest symbolem zmian i siły zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej.
W filmie widzimy najwspanialsze budynki z tego okresu. Nawet te, które już nie istnieją. Jedną z najmocniejszych sekwencji obrazu jest wędrówka po Muzeum Śląskim, gmach którego został zburzony przez hitlerowców. Był to wówczas najnowocześniejszy obiekt muzealny w Polsce, autorstwa znakomitego architekta Karola Schayera. Dzięki dokumentowi możemy podziwiać to arcydzieło architektoniczne.
W dokumencie ważną rolę odgrywają archiwalne zdjęcia, rysunki i filmy. - Ich zebranie było największym wyzwaniem. Szperałam nawet w berlińskich i monachijskich archiwach - wspomina Kocur. - Dotarłam do rysunków kolejki nadziemnej, która miała połączyć trzy miasta: Zabrze, Bytom i Gliwice. Wizje architektoniczne były naprawdę śmiałe. Nie bano się wtedy futurystycznych pomysłów.
W Zabrzu miało powstać nowe centrum trójmiasta. W filmie zostało pokazane jako zespół placów z górującymi nad nimi drapaczami chmur. Niestety, zmiany polityczne w Niemczech spowodowały, że idea trójmiasta nie została zrealizowana. - Przyszedł Szewczyk Dratewka, w postaci Adolfa Hitlera, który ukręcił łeb smokowi - mówi Kocur.
Autorem zdjęć w Dwugłowym smoku jest Mietek Herba, film wyreżyserował Leszek Ptaszyński, muzykę napisał Artur Rojek. Premiera już 30 maja w kinoteatrze Rialto w Katowicach. To doskonałe miejsce na prezentację Dwugłowego smoka - jedno z nielicznych miejsc, gdzie zachował się klimat szalonych lat 20.


10 tys. osób pozdrawiało z Piekar papieża
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 26.05.2006
Prawie 10 tys. osób czekało w piątek na piekarskiej kalwarii na papieski śmigłowiec. Nie zawiedli się. Helikopter z Ojcem Świętym na pokładzie zatoczył dwa kółka, nim poleciał dalej do Krakowa.
Wierni schodzą się już od godz. 18. - Tatuś dał nam trzy gołąbki. Wypuścimy je, kiedy papież Benedykt przyleci helikopterem - ćwierkała siedmioletnia Magda Mazurek. - Żeby były blisko niego i Ojca Świętego Jana Pawła II, który bardzo lubił gołębie - mówiła 20-letnia Justyna, siostra Magdy.
Ludzie przynieśli tysiące chorągiewek, baloniki oraz znicze, które ustawiali na podeście pomnika Jana Pawła II. Modlili się i śpiewali. Rodzeństwo Kamil i Kasia Piątkowie zabrali ze sobą lornetki. - Na nowego papieża mówię Benedykt II, bo to mój drugi Ojciec Święty. Innych nie widziałam - tłumaczyła 10-letnia Kasia.
Godz. 19.20. Ks. Eugeniusz Witak zaprosił dziewczęta ze swojej parafii św. Trójcy, żeby zagrały i zaśpiewały kilka pieśni. Dziewczyny chwyciły za gitary i zagrały Barkę. W pobliskich kamienicach pootwierały się okna. Chłopcy powskakiwali na płot okalający kalwarię, ale helikoptera jeszcze nie było.
Godz. 19.30. - Helikopter się spóźni. Pięć minut temu zakończyła się msza na Jasnej Górze - mówił do mikrofonu ks. prałat Władysław Nieszporek, który miał najlepsze informacje. Wszyscy przyjęli jego słowa z aplauzem.
Godz. 19.55. Piętnaście minut po czasie. Na plac napiera coraz większy tłum. Ulice wokół kalwarii zakorkowane.
Godz. 19.58. Ks. Nieszporek znowu przy mikrofonie. - Papież musi nas usłyszeć. Przećwiczmy najsłynniejszy okrzyk na całym świecie: Szczęść Boże. I jeszcze raz, tylko głośniej...
Godz. 20.10. Coraz większe zniecierpliwienie. - Z której strony przyleci? Czy aby na pewno go zobaczymy? - pytają wierni. Błyskają flesze.
Godz. 20.11. - Leci! Jest! - helikopter z papieżem Benedyktem XVI na pokładzie wyleciał zza drzew. - Szczęść Boże! Szczęść Boże! - skandowali ludzie. Magda i Justyna wypuściły gołębie. - Lećcie gołąbki, lećcie do nieba, do papieża - wołała Magda i podskakiwała. Niektórym zakręciła się łezka w oku. - Na pewno nas widział i machał do nas. Pewnie wylądowałby, gdyby na kalwarii było więcej miejsca - mówili Piotr i Elżbieta Kostorzowie z Siemianowic Śląskich.
Helikopter dwa razy okrążył kalwarię i odleciał. Rutkowska Zofia z wnuczką Magdą patrzyły w niebo zdumione: - Był tak nisko... Później dowiedzieliśmy się, że śmigłowiec z papieżem Benedyktem XVI przeleciał również nad Międzynarodowymi Targami Katowickimi - miejscem styczniowej tragedii.


Minister Dorn sprawdzi śląskich pediatrów
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 26.05.2006
Wicepremier i minister spraw wewnętrznych Ludwik Dorn ma w sobotę osobiście sprawdzić, jak przebiega strajk w największym szpitalu dziecięcym na Śląsku.
W Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach wicepremier ma się pojawić około południa. Ponieważ kilkakrotnie groził strajkującym lekarzom prokuraturą, nastroje w szpitalu są gorące. - Groził, że zastąpi nas wojskowymi lekarzami. Skoro to takie proste, niech przywiezie ze sobą z wojska jakichś pediatrów - komentuje jeden z pracowników szpitala.
Na wieść o wizycie, członkowie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy organizują na powitanie ministra Dorna pikietę. - Powiemy mu, co nas boli - zapowiada dr Grzegorz Bajor, szef OZZL w szpitalu.
Jak się dowiedzieliśmy, wicepremier odwiedzi tylko jeden szpital w regionie. Z wojewodą będzie jednak rozmawiał o wszystkich siedemnastu, w których toczy się strajk. Dyrektorzy sześciu z nich uznali, że protest jest nielegalny, ponieważ referenda strajkowe zostały przeprowadzone tylko wśród lekarzy, a nie całej załogi. Zdaniem OZZL i taki strajk jest jednak zgodny z prawem.
Tymczasem Śląska Izba Lekarska zwróciła się do Rady Etyki Mediów ze skargą w sprawie czwartkowej publikacji Faktu. Na ostatniej stronie pismo zamieściło zdjęcia ośmiu lekarzy, w tym po sześciu ze szpitala w Katowicach oraz Centrum Pediatrii w Sosnowcu, z podpisem Terroryści. W teście pojawiły się zdania o tym, że to lekarze bez serca, którzy postępują jak terroryści, bo wzięli dzieci na zakładników i odmawiają im pomocy. Jak ustaliliśmy, podpisy pod zdjęciami zawierały nieprawdziwe informacje.
Artykuł wywołał oburzenie w środowisku lekarskim na Śląsku. - To wyjątkowo perfidne działanie. Jestem przekonany, że jest niezgodne z etyką dziennikarską. Dlatego zwróciliśmy się o wyjaśnienie tej sprawy do Rady Etyki Mediów - powiedział nam Maciej Hamankiewicz, szef Śląskiej Izby Lekarskiej. Jednocześnie zapewnił, że wszyscy wymieni przez Fakt lekarze otrzymają pomoc prawną ze strony Izby, jeśli wystąpią przeciwko pismu do sądu.


Papież nad Piekarami Śląskimi
Gazeta Wyborcza, kju 25.05.2006
Mieszkańcy Piekar Śląskich zgromadzą się w piątek pod pomnikiem Jana Pawła II i wspólnie będą oczekiwać przelotu papieskiego śmigłowca.
Benedykt XVI wie, że na piekarskiej Kalwarii wierni będą modlić się w jego intencji, dlatego podczas lotu z Częstochowy do Krakowa pobłogosławi ich z pokładu helikoptera. - Chcemy wspólnie śpiewać i modlić się o pomyślność pielgrzymki. Chorągiewkami pozdrowimy go, kiedy będzie przelatywał nad naszymi głowami. Chcemy uroczyście uczcić tę króciutką chwilę, którą z nami spędzi - mówi ks. Władysław Nieszporek, proboszcz sanktuarium Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej.
Do niezwykłego spotkania z Benedyktem XVI zaprosił wiernych abp Damian Zimoń, metropolita katowicki. - Bądźcie na Kalwarii w piątek. Zgromadźcie się pod pomnikiem Jana Pawła II i módlcie się w intencji wizyty papieża - mówił podczas niedzielnej pielgrzymki mężczyzn i młodzieńców do Piekar Śląskich. Benedykt XVI pojawi się nad Kalwarią około godz. 19.40.


Jednodniowa prohibicja na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Krzysztof Jurga 25.05.2006
W związku z wizytą Benedykta XVI, w województwach na szlaku jego pielgrzymki, premier wprowadził zakaz sprzedaży i podawania alkoholu. Łamanie zakazu może nawet kosztować 5 tys. zł.
Częściowa prohibicja obowiązuje dzisiaj na Śląsku. Nie wolno sprzedawać oraz serwować trunków o zawartości alkoholu powyżej 4,5 proc. - Jeśli ktoś napije się w domu, to nic nam do tego. Będziemy jednak pilnować, by nie łamano zakazu w sklepach i pubach - mówi Marta Malik, rzeczniczka wojewody śląskiego.
Jednodniowej abstynencji mają strzec policja i straż miejska, jednak funkcjonariusze nie przewidują specjalnych działań zapobiegawczych. - Nie będzie dodatkowych kontroli, ale jeśli ktoś naruszy przepisy, zostanie ukarany mandatem - ostrzega Adam Jachimczak, sierżant sztabowy z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.
Za złamanie zakazu grozi od 300 do 5 tys. zł grzywny. Sklepy nie będą ryzykować. Już wczoraj wielu klientów robiło zakupy na zapas. - Mówimy, że w piątek nie będzie można kupić wódki ani piwa i od rana schodzi więcej alkoholu. Najwięcej piwa - mówi pani Ola, sprzedawczyni ze sklepu monopolowego Anka w Sosnowcu.
W większości małych sklepów z alkoholem sprzedawcy narzekali na brak informacji o zakazie. - Gdybym dziś nie pojechał do hurtowni uzupełnić zapasy, w ogóle bym o tym nie wiedział - mówi Krzysztof Mika, właściciel sklepu Party w Bielsku-Białej.
W klubach i dyskotekach imprez nie odwołano. - Kto będzie chciał, i tak się upije. To niepoważne traktowanie ludzi. Co innego, gdyby Papież przyjechał do Katowic - mówi Mirosław Kowalczyk, właściciel klubu Longman w Katowicach. - Stracimy część zysków, ale do zakazu się dostosujemy. Zamiast wysokoprocentowych alkoholi, będziemy podawać niskoalkoholowe piwa - zapewnia.


Zabytkowe fotografie czeka konserwacja
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 25.05.2006
Znalazły się wreszcie pieniądze na renowację unikatowych fotografii przedstawiających Gliwice i jego mieszkańców sprzed 150 lat.
O Wilhelmie Beermannie do niedawna nie słyszeli nawet najznakomitsi znawcy historii Gliwic. Jego unikatowe fotografie z mroków zapomnienia odkurzyła dopiero zeszłoroczna wystawa w gliwickim ratuszu. Wtedy przez dwa tygodnie można było podziwiać pożółkłe portrety mieszkańców miasta z połowy XIX wieku. - Ekspozycja zdjęć zmusiła nas do zainteresowania się tajemniczą postacią ich twórcy. Wciąż niewiele o nim wiemy. Na pewno był prekursorem gliwickiej fotografii - mówi Damian Recław z Muzeum w Gliwicach.
Jak udało się ustalić Recławowi, Beermann był inżynierem związanym z Królewską Odlewnią Żeliwa. Początkowo fotografię traktował jako hobby, które z czasem stało się głównym źródłem utrzymania. Do jego atelier, które prawdopodobnie mieściło się przy ulicy Dworcowej, zapraszała reklama: każdego dnia od 8 do 16, niezależnie od pogody.
Właśnie tutaj powstało prawie 1500 portretów gliwiczan z lat 60. i 70. XIX wieku. - W tych czasach fotografia była prawdziwą nowością. Miała zaledwie dwadzieścia lat. Dla badaczy fotografii to jak starożytność dla archeologów - tłumaczy Recław.
Oprócz zdjęć portretowych w zbiorach muzealnych znajdują się także fotografie przedstawiające panoramę Gliwic sprzed 150 lat. - Rzadko które miasto może pochwalić się tak starymi zdjęciami. Ciekawostką jest zdjęcie pociągu wykolejonego między Zabrzem a Gliwicami. Można je uznać za początki fotografii reporterskiej - mówi Recław.
Konserwacja zabytkowych fotografii jest możliwa dzięki pomocy sejmiku województwa śląskiego. Całość będzie kosztowała 16 tys. zł. Pieniędzy wystarczy także na cyfrowe kopie. Po renowacji zdjęcia będą mogły być eksponowane bez obaw, że zaszkodzi im słoneczne światło. - W planach mamy także wydanie albumu ze zdjęciami Beermanna - mówi Recław.


Budowa drogi na lotnisko wstrzymana
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski, Piotr Purzyński 24.05.2006
Warszawski Sąd Administracyjny uchylił we wtorek decyzję o lokalizacji drogi. Budowa została wstrzymana. Zabiegał o to właściciel firmy wędliniarskiej z Mierzęcic, dla którego zbudowanie ekspresówki w odległości 35 m od zakładu mogłoby się skończyć jego zamknięciem i zwolnieniem 90 pracowników.
To kolejna odsłona przedstawienia pod tytułem Budowa drogi ekspresowej do lotniska. Niedotrzymywanie kolejnych terminów zakończenia prac, z których przedostatni upłynął w zeszłym roku, sprawiło, że Komisja Europejska zagroziła odebraniem Polsce 15 mln euro, które przed laty przeznaczyła na drogę. Po interwencji ministra transportu Jerzego Polaczka zgodziła się przedłużyć termin do końca 2006 roku.
Wiele wskazuje na to, że po wtorkowej decyzji sądu i ten termin nie zostanie dotrzymany. Jeśli pieniądze przepadną, urzędnicy będą mogli mieć pretensje tylko do siebie. - Moim zdaniem jest szansa na dotrzymanie terminu - nie daje jednak za wygraną Marian Sobula, wicedyrektor katowickiego oddziału GDDKiA.
O zmianę przebiegu drogi zabiegał Jacek Bara, właściciel firmy wędliniarskiej z Mierzęcic. Gdy w 1998 roku przedsiębiorca wybudował tam swój zakład, we wszystkich miejscowych planach ekspresówka biegła 200 m od masarni. Trzy lata później GDDKiA zmieniła jednak przebieg drogi, zbliżając ją do firmy Bary na odległość 35 m.
Drogowcy argumentowali, że to tańsze rozwiązanie, przedstawili ekspertyzę, że droga nie zagrozi bytowi zakładu. W 2004 roku minister infrastruktury wydał więc decyzję o takiej lokalizacji trasy, a wojewoda śląski udzielił pozwolenia na budowę.
GDDKiA nie godziła się jednocześnie na udzielenie gwarancji wypłaty odszkodowania, gdyby firmę Bary trzeba było zamknąć. Jedynym ustępstwem była chęć zapłaty za działkę, na której zakład mógłby się rozbudowywać.
Na takie dictum nie godził się właściciel masarni. Podpierając się ekspertyzami, że droga jest zagrożeniem dla zakładu, skierował sprawę do sądu. - Ktoś mógłby nam zarzucić, że sprzedajmy skażone wędliny. To byłby nasz koniec - mówi Jarosław Skorek, szef zakładu i pełnomocnik przedsiębiorcy z Mierzęcic. Dziś firma zatrudnia 90 osób i jest jednym z największych pracodawców w rejonie lotniska.
Uchylenie decyzji ministra oznacza wstrzymanie budowy drogi. Nie wiadomo, na jak długo. - Nie mam nic przeciwko drodze na lotnisko, bo jest potrzebna. Będę jednak walczył, by została przesunięta o 150 metrów od zakładu. Tym bardziej że jest na to miejsce - komentuje Jacek Bara.
- Czekamy na pisemne uzasadnienie wyroku - zapewnia dyrektor Sobula. Dodaje, że GDDKiA odwoła się od postanowienia sądu, jednocześnie jednak wystąpi z wnioskiem o nową decyzję lokalizacyjną. - Zrobimy wszystko, by przerwa w budowie potrwała jak najkrócej - utrzymuje Sobula.


Zabytkowy tramwaj w Będzinie
Gazeta Wyborcza, MiWas 24.05.2006
Zamknięta w marcu linia tramwajowa nr 25 znów ma tętnić życiem. Władze Będzina chcą, by skróconą trasę z Grodźca do centrum miasta obsługiwała zabytkowa N-ka.
Kursującą między Wojkowicami a kopalnią Paryż w Dąbrowie Górniczej linię tramwajową nr 25 na początku kwietnia zastąpiły autobusy. Na nic zdały się wtedy protesty i głodówka jednego z będzińskich radnych. Komunikacyjny Związek Komunalny GOP uznał, że tramwaj na tej trasie jest za drogi, a dla mieszkańców lepszym rozwiązaniem będzie niskopodłogowy autobus.
Teraz Radosław Baran, prezydent Będzina, zaproponował Tramwajom Śląskim, by po skróconej trasie 25 od Grodźca do centrum Będzina [pomysłem nie były zainteresowane władze Wojkowic - przy. red.] kursowała zabytkowa N-ka.
- Dzięki temu nie zniknie ważne połączenie. Dodatkowo zabytkowy tramwaj stanie się jedną z wizytówek miasta - przekonuje Marzena Karolczyk, rzeczniczka UM w Będzinie.
By zabytkowy tramwaj rzeczywiście kursował po Będzinie, ktoś będzie musiał za to zapłacić. Tramwaje proponują, by miasto wspólnie z nimi pokrywało koszty. Obie strony na razie konsultują się w tej sprawie.
Władze Będzina pomysł z zabytkową N-ką podpatrzyły w Bytomiu: tam taki tramwaj obsługuje linię nr 38, najkrótszą nie tylko w Polsce, ale i Europie. - Teraz potrzebujemy czasu na przystosowanie N-ki do regularnego ruchu. Musimy zmienić układ hamulcowy, przeprowadzić badania techniczne, zanim dopuścimy ją do ruchu - mówi Marek Kiliański, główny specjalista ds. ruchu w Tramwajach Śląskich.
Ważne dla projektu jest też to, że wagon N-ki nie potrzebuje pętli do nawracania. Jest to możliwe dzięki dwóm układom sterowania z tyłu i z przodu wagonu. Tramwaj ze względu na swój wiek będzie kursować tylko kilka razy w ciągu dnia, dlatego też z rozkładu jazdy nie zniknie autobus o nr. 25.


Stadion Śląski im. Kazimierza Górskiego?
Gazeta Wyborcza, Maciej Blaut, Piotr Zawadzki 23.05.2006
Władze województwa śląskiego planują nazwać imieniem trenera Kazimierza Górskiego Stadion Śląski w Chorzowie.
Trener Kazimierz Górski zawsze cenił śląskich piłkarzy i kibiców. Kiedy prowadził reprezentację Polski do sukcesów na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich, ważne role odgrywali w niej Ślązacy: Włodzimierz Lubański, Jerzy Gorgoń. Zygmunt Maszczyk czy Hubert Kostka. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie piłkarze Górskiego potrafili zwyciężyć największe potęgi: Anglię i Holandię. - Nigdzie indziej nie było tak wspaniałej atmosfery i kibiców jak tam - podkreślał często.
Bardzo zasmucony wczorajszą wiadomością o śmierci Górskiego był legendarny piłkarz chorzowskiego Ruchu Gerard Cieślik. Grający w Legii Warszawa Górski i Cieślik rywalizowali ze sobą jako piłkarze. Rozegrali także wspólnie jeden mecz w reprezentacji Polski w 1948 roku. Obaj panowie bardzo się szanowali. - Kazimierz Górski umiał rozmawiać z zawodnikami, mobilizować ich. Wychował wielu doskonałych piłkarzy, a oni wierzyli swojemu trenerowi - mówi Cieślik.
Po raz ostatni Górski odwiedził Stadion Śląski jesienią zeszłego roku. Wziął wtedy udział w jubileuszowych uroczystościach Polonii Bytom. Jako lwowiak z urodzenia zawsze kibicował Polonii, kontynuatorce kresowych tradycji. - Pan Kazimierz był honorowym członkiem naszego klubu - przypomina Damian Bartyla, prezes Polonii.
Władze województwa planują nazwać imieniem wielkiego trenera Stadion Śląski. - To jeden z pomysłów na uczczenie pamięci Kazimierza Górskiego. Najpierw musimy jednak wystąpić o zgodę do rodziny. Myślę, że decyzja sejmiku i zarządu województwa byłaby w tej sprawie jednomyślna - mówi Jan Grela, wicemarszałek województwa śląskiego. Najbliższe posiedzenie sejmiku, które mogłoby zająć się tą sprawą, odbędzie się w czerwcu.
30 maja, przed towarzyskim meczem Polska - Kolumbia na Stadionie Śląskim, odbędzie się wspólna modlitwa poświęcona ofiarom zawalenia się hali na Międzynarodowych Targach Katowickich oraz Kazimierzowi Górskiemu. Piłkarze polskiej reprezentacji zagrają w tym spotkaniu z czarnymi opaskami. - O trenerze Górskim rozmawiałem z wieloma piłkarzami i nikt nie powiedział nigdy o nim złego słowa. On nie miał wrogów - mówi Henryk Wieczorek, były piłkarz reprezentacji i Górnika Zabrze.


Strajkiem w dzieci?
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 22.05.2006
Rozpoczął się strajk w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach. Lekarze ogłosili ostry dyżur, zamknęli przychodnie i zapowiedzieli, że nie będą wykonywać dzieciom planowanych zabiegów.
Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka i Matki to trzecia co do wielkości w Polsce placówka lecząca dzieci. Strajk rozpoczął się tu w poniedziałek o 7 rano. Lekarze oflagowali szpital i rozwiesili plakaty Dość tego wyzysku, Strajk bezterminowy.
Pół godziny później zjawili się pierwsi rodzice z chorymi dziećmi. Monika Łuczyszyn z Rudy Śląskiej przyjechała z niepełnosprawnym synem do poradni neurologicznej. Od rana biegała między piętrami, błagając lekarzy o recepty i zaświadczenie o chorobie syna, które musi przedłożyć komisji orzekającej o niepełnosprawności. - Mam tego dosyć. Dlaczego oni to robią dzieciom? - denerwowała się.
Sześcioletni Dawid po czterech godzinach czekania na lekarza zasnął w wózku inwalidzkim. Stefania Zakrzowska, babcia Dawida, nie zostawiła na personelu szpitala suchej nitki: - To mają być lekarze! Walczą o pensje kosztem dzieci? Wstyd.
- Dwie godziny jechałam pociągiem z Bielska z dwójką dzieci. Musiałam zwolnić syna z lekcji, bo kończą mu się paski i insulina. Nie wiem, co robić. Pojęcia nie mam, gdzie tu jest jeszcze jakaś poradnia cukrzycowa dla dzieci - martwiła się Izabela Pierniak z Bielska-Białej.
Rodzice miesiącami czekali na wizyty, dlatego za nic nie chcieli odejść od okienek w recepcji. Niektórzy krzyczeli, inni przeklinali służbę zdrowia. - Wie pani, co mi powiedział jeden z lekarzy? Że mam sobie do rządu pisać, jak mi się nie podoba - płakała matka chłopca, który po kilkunastu dniach od zabiegu miał na wczoraj umówioną wizytę kontrolną. Zaniosła dziecko na oddział i wymusiła na lekarzu, żeby zbadał chłopca.
W poniedziałek komitet strajkowy zebrał się na oddziale chirurgicznym. - Pracuję 25 lat, mam dwie specjalizacje drugiego stopnia i zarabiam 1,8 tys. zł brutto - mówił dr Grzegorz Bajor, chirurg dziecięcy. - Od sześciu lat nie było podwyżek, nie wypłacano nam premii, nie dostaliśmy trzynastki. Wyczerpała się możliwość sponsorowania tego szpitala z naszych funduszy i naszą pracą.
Przyłączając się do strajku, szpital jest 17. placówką w województwie i 65. w Polsce, która żąda 30-procentowego wzrostu płac, ale do kwoty nie mniejszej niż 2,4 tys. zł brutto miesięcznie, i 100-procentowej podwyżki od stycznia 2007. Lekarze domagają się też zwiększenia publicznych nakładów na ochronę zdrowia do wysokości co najmniej 6 proc. PKB. Na razie nie przewidują masowego składania wypowiedzeń, tak jak to robią lekarze z innych szpitali. - Zaczekamy na wyniki rozmów - mówią.
Renata Póda, dyrektorka GCZDiM, tłumaczy, że nie może lepiej płacić lekarzom, bo placówka ma 40 mln zł długu i problemy z wierzycielami. - Ten strajk może poważnie zaszkodzić szpitalowi. Od lat balansujemy na cienkiej finansowej linie. Nie wiem, czy za kilkanaście dni nie okaże się, że będziemy musieli zamknąć szpital - mówiła wczoraj Póda.
Dużym problemem są także zamknięte poradnie, które nie przyjmują nowych pacjentów do planowanych wcześniej zabiegów. Ponieważ GCZDiM pracuje jak na ostrym dyżurze, większość lekarzy jest w domach. Kontaktują się ze szpitalem telefonicznie. Póda: - Boję się, że odeślą dziecko i dojdzie do tragedii. Zagrożeniem dla zdrowia może być przecież każdy dzień zwłoki, a my tu leczymy różne przypadki. Poradnie przyjmują kilkaset dzieci dziennie. Martwię się, że w czasie strajku ktoś coś przeoczy.
Dr Bajor: - Jeżeli rodzic przywiezie dziecko, u którego doszło do zaostrzenia stanu zdrowia, nikt go nie odeśle. Nie można społeczeństwa karmić informacjami, że skoro jest strajk, to będzie tragedia. Zajmiemy się każdym dzieckiem.
Zdaniem Pawła Trzcińskiego, rzecznika resortu zdrowia, strajk w szpitalu dziecięcym niczego nie zmieni w służbie zdrowia. Lekarzom powinno wystarczyć, że ministerstwo robi, co może, żeby im zapewnić podwyżki. Trzciński zapowiada, że jeśli któreś z dzieci ucierpi, odpowiedzialność spadnie na strajkujących. - Dlatego powinni się dobrze zastanowić nad tym, co robią - mówi.


Noc Muzeów na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Ł. Kałębasiak, M. Mońka 21.05.2006
Osiem śląskich muzeów przyłączyło się do prawie 1700 w całej Europie, aby świętować w sobotę Noc Muzeów. Wiele z nich nigdy wcześniej nie przeżyło takiego oblężenia zwiedzających.
Pierwsze było muzeum w Rybniku, które na nocne zwiedzanie zaprosiło już w piątek. W gmachu przy rynku zespół muzyki dawnej Il Sospiro prezentował m.in., jak tańczy się woltę - zakazaną kiedyś na hiszpańskim dworze ze względu na wyuzdanie.
Z archiwów wydobyto filmy o mieście z lat 50., 60. i 70. i choć większość z nich wywoływała wśród widzów śmiechy, to młodsza widownia z zainteresowaniem przyglądała się utrwalonym na taśmie zawodom żużlowym sprzed dziesięcioleci. - Nocne zwiedzanie ma wielki walor, bo na niektóre eksponaty można spojrzeć z zupełnie innej strony. Marzy mi się tylko, aby - podobnie do krakowskich nocy - eksponaty trafiały ze ścian na sztalugi, a kuratorzy opowiadali o tajemnicy ich powstania - mówiła Ewa Maciejewska, jedna z uczestniczek rybnickiej nocy.
Długie kolejki do wejścia ustawiały się w sobotę przed Willą Caro w Gliwicach, gdzie do późna otwarte były też Zamek Piastowski i Radiostacja. - Czekamy już 40 minut, w zeszłym roku też czekałyśmy. To taka specjalna noc, w którą historia ożywa, a my przenosimy się w ten świat. To lepsze niż playstation [konsola do gier wideo - przyp. red.] - śmiały się Anna i Patrycja, dwie studentki Politechniki Śląskiej. Zapału do zwiedzania nie ostudził nawet przelotny deszcz, który przeszedł nad Gliwicami ok. godz. 22.
W Willi Caro spotkać można było aktorów gliwickiego teatru A, którzy zaprezentowali przedpremierowy pokaz sztuki Kwidam - rzeczy ostatnie. - Nawiązaliśmy z widownią tajemną więź. Z tej nocy zapamiętam na pewno fantastyczne reakcje publiczności - opowiadał Piotr Chlipalski z teatru A.
Nocnych gości Muzeum Historii Katowic witał zaraz za drzwiami szalony portier, który porywał wszystkich do stuletniej maszyny do rejestracji czasu pracy. Tam każdy musiał odbić swój karnet z programem zwiedzania. - W okresie międzywojennym służyła w Hucie Baildon. Gdy ją kupiliśmy, nie nadawała się do użycia, konieczny był remont - mówiła Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka MHK. Zegar odbijał też godzinę wyjścia, ale kto chciałby wychodzić z muzeum przy ul. ks. Szafranka, gdy działo się tam tyle ciekawych rzeczy?
Na dole goście pracowicie odbijali pamiątkowe linoryty na 25-lecie muzeum. - Mam nadzieję, że jej nie zepsułam? - martwiła się Anna Harkawy, gdy dokręcana wielkim kołem prasa graficzna niepokojąco chrupnęła. Nic się jednak nie stało i świeża odbitka była po chwili gotowa.
Piętro wyżej wchodzili już tylko ludzie o mocnych nerwach, bo stare wnętrza mieszczańskie opanowały duchy. - Dlaczego wszystkie zegary w mieszkaniu stanęły? - nie mogła zrozumieć pokojówka, która na próżno porządkowała dom na przyjście swojego państwa.
Ponieważ hasłem tegorocznej Nocy było Muzeum od kuchni, Muzeum Śląskie pozwoliło zajrzeć gościom do takich miejsc, jak pracownia konserwacji. Szefowa konserwatorek Anna Ucieklak, Grażyna Szmugło i Barbara Siedlecka przez całą noc cierpliwe odpowiadały na dziesiątki pytań: jak uzupełnia się ubytki w obrazach, jakie dzieła trzeba konserwować najczęściej i ile to kosztuje. Można było już podejrzeć prawie gotowy obraz Wincentego Wodzinowskiego Odpoczynek żniwiarzy. To jedno z dwóch płócien z Lwowskiej Galerii Sztuki, które przyjechały na wystawę polskich monachijczyków i teraz zostały odnowione przez konserwatorki z MŚ.
Do późnej nocy gości przyjmowały także Muzeum Miejskie i Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu oraz muzeum w Siemianowicach. Kto jednak przespał sobotnią noc, będzie miał jeszcze drugą szansę. W najbliższą sobotę na nocne zwiedzanie zapraszają jeszcze Muzeum Zamkowe w Pszczynie i Muzeum Miejskie w Sosnowcu.


Apel o sprawiedliwość w Piekarach
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 21.05.2006
Sprawiedliwość społeczna nie jest utopią. Istnieje, gdy zamiast myślenia w kategoriach my - oni, buduje się świat rozumiany jako my - mówił w niedzielę arcybiskup Damian Zimoń do zgromadzonych na dorocznej pielgrzymce mężczyzn w sanktuarium Matki Bożej Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Piekarach Śląskich.
Tym razem w Piekarach pojawiło się ok. 80 tys. mężczyzn i młodzieńców. Po raz pierwszy w historii, w związku z planowaną pielgrzymką Benedykta XVI do Polski, uroczystości zorganizowano tydzień wcześniej. Tylko raz, w 1981 roku, pielgrzymkę skrócono, by wierni mogli wziąć udział w pogrzebie kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Procesję przywitał Zbigniew Nowak, cudem ocalony górnik z kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej. Pod ziemią spędził 111 godzin, gdy zawalił się kopalniany chodnik, w którym pracował. - Przychodzę tu jako jeden z tysięcy pielgrzymów. Jestem tym, którego Bóg ocalił od śmierci, żywym dowodem, że nie można tracić nadziei i wiary - mówił łamiącym się głosem.
Metropolita katowicki abp Damian Zimoń, zwracając się do wiernych, przypomniał, że Śląsk jest najbardziej uprzemysłowionym regionem w kraju, w którym dokonują się właśnie ogromne przemiany. - Ale postępują tak szybko, że ludziom zaczyna brakować nadziei. Brakuje jej zwłaszcza ubogim, ale i tym, którzy w pogoni za dostatkiem utracili sens życia - mówił arcybiskup.
Zaapelował też o sprawiedliwość społeczną i poszanowanie godności pracownika. - Sprawiedliwość społeczna nie jest utopią. Istnieje, gdy zamiast myślenia w kategoriach my - oni, buduje się świat rozumiany jako my - powiedział abp Zimoń.
Kardynał Stanisław Dziwisz w swoim kazaniu wielokrotnie wspominał postać Jana Pawła II. Przypomniał, jak osobiście towarzyszył, wtedy jeszcze kardynałowie Wojtyle, w majowych pielgrzymkach do Piekar. - Dziś Jan Paweł II upomniałby się o prawo człowieka do pracy i godziwego wynagradzania. By nie było wśród nas bezrobotnych, zwłaszcza młodych bezrobotnych - mówił kardynał Dziwisz. Upomniał, by za krzywdę biednych, sprowadzonych do roli niemalże żebraków, nie winić mechanizmów rynkowych. - Odpowiadają za nią ci pracodawcy, którzy liczą tylko na zysk, a także niesumienni stróże i wykonawcy prawa, przymykający oczy na wyzysk - stwierdził kardynał.
Kazania wśród tysięcy wiernych słuchali m.in. Waldemar Ciołkowski i Wiesław Sobański, dwaj emeryci górniczy z Czechowic. Do Piekar przyjechali na rowerach, m.in. dla swojego kolegi. - Zawsze to on prowadził naszą amatorską grupę, ale wyjechał do Włoch. Dzwonił, żebyśmy broń Boże nie zapomnieli o pielgrzymce - mówił Ciołkowski.
- Każdy przyjeżdża tu z własnymi prośbami, a ja modlę się o zdrowie - mówił Kazimierz Jarzyński z Jastrzębia Zdroju, który do tej pory przejeżdżał do Piekar autokarem, ale uznał, że to zbyt łatwe. - Kupiłem więc rower, wstaję o czwartej rano i pedałuję, by pokłonić się naszej Matce Bożej - mówił.
Andrzej Wlazły z Katowic większość trasy pokonał piechotą. Chciał podziękować Bogu za pracę. Przez trzy lata był bezrobotny. To był dla niego straszny okres. Zrobił się apatyczny, nerwowy, zaczęły się kłopoty w rodzinie. Aż trzy miesiące temu wydarzył się cud. Pan Andrzej dostał pracę w hurtowni, gdzie rozwozi towar. Odżył. - Zacząłem tracić wiarę w Boga i ludzi, a teraz jestem tu po to, by przeprosić za swoją małostkowość - powiedział. Obiecał, że od tej pory będzie w Piekarach co rok.
Uroczystej mszy na piekarskim wzgórzu przewodniczył, jak co roku od 27 lat, kardynał Franciszek Macharski. Podziękowania za ocalenie piekarskiej Matce Bożej złożyli także poszkodowani w katastrofie katowickiej hali targowej.


W Cieszynie ratują ginące rzemiosła
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski 19.05.2006
Na Śląsku Cieszyńskim przybędzie osób utrzymujących się z wymierających profesji: kowali, tkaczy, wikliniarzy czy snycerzy. Powstaje tutaj Akademia Ginących Zawodów.
75-letni Michał Polok z Jaworzynki to ostatni na tym terenie i bardzo ceniony tkacz. Potrafi tkać na krosnach piękne płótna. Pan Michał wspomina ze śmiechem, jak jego płótno z ozdobnym haftem było wręczane na prezent Edwardowi Ochabowi, ważnemu partyjnemu dygnitarzowi . Ale i dzisiaj jest zapotrzebowanie na takie wyroby. - Ludzie chcą je mieć jako ozdobę domów. Nawet ostatnio miałem zamówienie od rodziny z Cieszyna. Chciałbym nauczyć kogoś tego rzemiosła. To przecież część naszej tradycji, o którą powinniśmy dbać - mówi Polok.
Pan Michał wkrótce będzie miał możliwość wtajemniczenia innych w tajniki swojej profesji. Będzie bowiem jednym z prowadzących warsztaty w ramach Akademii Ginących Zawodów. To nowe przedsięwzięcie Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie. Jego dyrektorka Ewa Gołębiowska tłumaczy, że na Śląsku Cieszyńskim żyją jeszcze ostatni przedstawiciele tak unikatowych profesji, jak tkactwo, garncarstwo, kamieniarstwo czy snycerstwo. Spod ich rąk wychodzą prawdziwe cuda. - Ale oni nie będą pracowali wiecznie. Dlatego musimy zadbać o następców, żeby te zawody nie wyginęły. Tym bardziej że i dzisiaj można się z nich utrzymywać, bo piękne, regionalne wyroby zawsze znajdą kupców - mówi Gołębiowska.
W ramach akademii odbędą się warsztaty prowadzone przez rzemieślników co najmniej ośmiu profesji: kowalstwa, kamieniarstwa, ceramiki, tkactwa, koronczarstwa, wikliniarstwa, haftu i snycerstwa. Starzy mistrzowie będą szkolić uczniów zarówno w zamku, jak i w swoich pracowniach. Warsztaty będą wzbogacone o profesjonalne zajęcia biznesowe, m.in. z wykorzystania w pracy technik komputerowych, promocji czy marketingu. - To konieczne, ponieważ chcemy, żeby warsztaty były zalążkiem własnej działalności gospodarczej dla ich uczestników - mówi Gołębiowska.
W ramach akademii powstanie szlak ginących zawodów, oznakowany specjalnymi tablicami. Dzięki niemu wszyscy chętni będą mogli dotrzeć do domów mistrzów, podejrzeć ich pracę i kupić wyroby. Szlak zostanie przedstawiony również na specjalnych mapo-widokówkach, które przygotowuje zamek. Ludzie będą mogli wykorzystać je na miejscu, jako podręczną mapkę, oraz wysłać w Polskę do znajomych. To wszystko ma służyć promocji tutejszych rzemiosł i wyrobów.
Projekt przewiduje też jarmarki cieszyńskie, gdzie rzemieślnicy będą się prezentować i sprzedawać swoje wyroby, oraz stworzenie specjalnej strony internetowej poświęconej tutejszym twórcom.
Akademia rozpocznie działalność 1 czerwca.
Wszyscy chętni do udziału w Akademii Ginących Zawodów mogą się zgłaszać do Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie, tel. 033 851 08 21.


Stadion Śląski nie będzie targowiskiem
Gazeta Wyborcza, Rozmawiał Piotr Purzyński 19.05.2006
Mieszkańcy naszego regionu chcą remontu Stadionu Śląskiego, dokończenia DTŚ-ki, renowacji starych hut i kopalń. O wynikach naszej ankiety pisaliśmy w piątek. Byliśmy też ciekawi, jak na życzenia mieszkańców regionu zareagował Urząd Marszałkowski.
Piotr Purzyński: Większość ankietowanych opowiada się za szybkim dokończeniem budowy Drogowej Trasy Średnicowej. Trasa do Gliwic ma być gotowa w 2010 roku, tyle że dziś to tylko plany, które nie mają pokrycia w pieniądzach. Może warto mocniej naciskać na rząd?
Jan Grela, wicemarszałek województwa śląskiego: Rzeczywiście, finansowanie DTŚ nie jest jeszcze pewne. Niestety, kluczowe decyzje zapadają w Warszawie i to sygnał dla śląskich parlamentarzystów, by mocniej naciskali na rząd w sprawie zaciągnięcia kredytu w Europejskim Banku Inwestycyjnym.
Załóżmy, że będziemy mieli DTŚ od Katowic do Gliwic w 2010 roku. Co dalej?
- Dalej średnicówka będzie budowana z Katowic do Dąbrowy Górniczej przez Sosnowiec.
Czy to nie mrzonki?
- Nie, bo wspólnie z miastami przygotowujemy już dokumentację tej inwestycji oraz plan wykupu gruntów. Ta inwestycja została wpisana do wieloletniego planu inwestycyjnego województwa i nie ma już od niej odwrotu.
Podobnie jak nie ma odwrotu od modernizacji Stadionu Śląskiego. Większość ankietowanych uznała, że powinny się na nim odbywać ważne imprezy sportowe i kulturalne. Może to też sygnał, że wciąż trzeba walczyć o organizację Euro 2010?
- Zgadzam się. Nigdy byśmy nie pozwolili na to, by - jak w stolicy - przerobić stadion na targowisko. Dlatego Śląski od lat jest modernizowany. Jesteśmy na etapie przetargu na wybór wykonawcy zadaszenia. Na koniec 2007 roku będzie ono gotowe, wyremontujemy też wieżę, szatnie, wymienimy płytę boiska. Jestem przekonany, że niezależnie od zagrywek Warszawy, gdy uzupełnionymi ofertami miast-kandydatów do organizacji Euro zajmie się UEFA, będziemy nie na ostatnim, ale na pierwszym miejscu.
Czytelnicy Gazety uznali, że na obrzeżach miast powinny powstawać hale sportowe, baseny, korty. Dużym miastom jest łatwiej budować takie obiekty, czy szanse na nie mają także małe miasteczka i wsie?
- W ostatnich latach w takich miejscowościach dofinansowaliśmy budowę ponad siedemdziesięciu takich obiektów: hal, sal sportowych i basenów. W budowie jest kolejnych trzydzieści osiem, wkrótce rozpoczniemy kolejnych trzydzieści. Można więc powiedzieć, że jest wręcz odwrotnie: więcej buduje się w małych miasteczkach i na wsiach.


Śląsk wielkich możliwości
Gazeta Wyborcza, Rozmawiał Tomasz Malkowski 19.05.2006
Jesteście regionem wielkich możliwości. Drzemią one na każdym kroku. Choćby budynki poprzemysłowe. To świetne miejsca na galerie, muzea, uczelnie - mówi Eduardo Souto de Moura, portugalski architekt, autor projektów m.in. metra w Porto i Stadionu Municypalnego w Bradze.
Tomasz Malkowski: Jakie wrażenie zrobił na Panu Śląsk, a zwłaszcza Katowice?
Eduardo Souto de Moura : Jestem naprawdę zaskoczony. Nie spodziewałem się, że zobaczę tu tyle dobrej architektury. Szczególnie zwraca uwagę architektura modernistyczna z okresu międzywojennego. W Portugalii prawie w ogóle jej nie ma. Nasz kraj był wtedy bardzo biedny. W Katowicach jest dużo budynków z tamtego okresu, które prezentują naprawdę wysoką klasę, wspaniale się zachowały. Mają oryginalne drzwi, okna, wyposażenie klatek schodowych. To robi wrażenie.
Zauważył Pan jakieś negatywne aspekty Katowic? Naszą bolączką jest zwłaszcza centrum.
- Którego właściwie nie ma. Problem Katowic nie jest odosobniony, dotyczy wielu nowoczesnych miast. Po wojnie wprowadzano w życie założenia Karty Ateńskiej. Le Corbusier, główny animator nowoczesnej urbanistyki, stosował wtedy zbyt abstrakcyjny model miasta, który nie mógł wytworzyć zdrowych przestrzeni publicznych. Traktował je jak płaski stół, na którym ustawiał przedmioty - czyli budynki. To zrujnowało charakter miast.
Jaki jest więc Pana przepis na miasto?
- Gęstość. To ona stanowi o tym, że daną przestrzeń możemy nazwać miejską. Pustkę z wieżowcami wokół, których hula wiatr trudno nazwać miastem. Zresztą w Katowicach udowadniacie, że awangardowe, nowoczesne budownictwo może wpisywać się w tradycyjną siatkę ulic. Mowa o wspomnianej już wyżej zabudowie z lat 20. i 30. Tamte budynki tworzą kwartały, ulice i aleje przyjazne człowiekowi.
Jakie są atuty Śląska?
- Macie ich naprawdę wiele. Przede wszystkim jesteście regionem wielkich możliwości. Drzemią one na każdym kroku. Choćby budynki poprzemysłowe. To świetne miejsca na galerie, muzea, uczelnie. Plusem jest też to, że nie macie za dużo pieniędzy. Dzięki temu zachowało się tyle starych budynków. Na Zachodzie znikają, a na ich miejsce stawia się coś nowego. Musicie inwestować w promocję zabytków przemysłowych. W Katowicach stworzyłbym trasę turystyczną wzdłuż unikatowej śródmiejskiej zabudowy modernistycznej [rejon ulic Skłodowskiej-Curie, PCK, Rymera - przyp. red.].
Nie wszyscy są tak pozytywnie nastawieni do nowoczesnej architektury. Stale słyszy się, że należy wysadzić w powietrze katowicki Dworzec PKP.
- Widziałem w jakim jest stanie. Nawet osoby, które mnie oprowadzały były zawstydzone. Ale to nie wina architektury, tylko osób, które nią zarządzają. Dworzec to świetny budynek. Może wystarczyłoby, żeby zmienił właściciela.
Podstawowe problemy Polski początku XXI wieku to olbrzymie blokowiska oraz rozrastające się przedmieścia.
- Bloki nie stanowią problemu. Jeśli ktoś ma pieniądze, to się z nich wyprowadzi. Sama idea mieszkania w bloku przy obecnej liczbie ludności nie jest zła. Gdyby każdy miał mieszkać we własnym domu, musielibyśmy zalać całe połacie terenu betonem. Problem dotyczy głównie przestrzeni wokół bloków. Historyczne miasta miały wyraźną sylwetkę. Im bliżej centrum, tym większa gęstość i wysokość zabudowy. Teraz na przedmieściach rosną wysokie budynki, bo tam są tańsze grunty. Miasta ulegają rozproszeniu.
Jaka jest Pana definicja architektury?
- Prosta. Architektura powinna być jak wyspa, gdzie zwierzęta mogą spokojnie spać. Tak mówił mój nauczyciel.


Gwara - tak, ale nieobowiązkowo
Gazeta Wyborcza, Waldemar Szymczyk 18.05.2006
Stadion Śląski musi zostać wyremontowany, Drogowa Trasa Średnicowa powinna być szybko dokończona, stare huty i kopalnie odrestaurowane, a na obrzeżach miast mają stanąć baseny, korty i hale sportowe. Ponad 2 tys. osób wzięło udział w ankiecie Gazety, w której pytaliśmy, co się powinno zmienić w naszych miastach.
Formularz ankiety opublikowaliśmy 8 maja w urodziny Gazety. Na naszych stronach internetowych wypełniali ją internauci, a w największych miastach przeprowadzaliśmy sondaże na ulicach. Chcieliśmy się dowiedzieć, co Wam najbardziej przeszkadza, jakie problemy powinny być rozwiązane na wczoraj, które inwestycje są najpilniejsze. Nasi dziennikarze przepytywali również polityków, samorządowców, prezydentów miast, a także mieszkańców. Otrzymaliśmy 2030 odpowiedzi.
Najbardziej szokujące są chyba te, dotyczące przyszłości chorzowskiego Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku. W dotychczasowych koncepcjach ratowania parku pojawiały się bowiem pomysły stworzenia Disneylandu, remontowania popularnej Elki, a nawet wybudowania jedynego w Polsce roller coastera. Tymczasem mieszkańcy, którzy odpowiedzieli na naszą ankietę, przede wszystkim chcą w tym miejscu strefy aktywnego wypoczynku, a więc nowoczesnych basenów, kortów tenisowych, tras rowerowych, miejsca do jeżdżenia na rolkach i desce. Dopiero na drugim miejscu była odpowiedź, że wesołe miasteczko powinno zostać zamienione w Disneyland, a na szarym końcu, że powinno być strefą ciszy. - W ankiecie na temat WPKiW, którą przeprowadził niedawno Urząd Marszałkowski, wiele osób też stawiało na aktywny wypoczynek. Co ciekawe, samo wesołe miasteczko znalazło się dopiero na trzecim miejscu atrakcji parku - przyznaje Marian Jarosz, członek zarządu województwa śląskiego, i zapewnia, że zalecenia te będą realizowane.Tęsknimy za ścieżkami rowerowymi i aquaparkiem
W kilku innych pytaniach też było widać, że mieszkańcy regionu stęsknieni są za terenami zielonymi i rekreacyjnymi. Co powinno powstawać na obrzeżach miast? Właśnie hale sportowe, aquaparki, korty tenisowe. O połowę mniej ludzi chciałoby w tym miejscu osiedli domków jednorodzinnych. Nie dziwi w związku z tym odpowiedź na kolejne pytanie: jaka jest najpilniejsza inwestycja rekreacyjna w mieście. Ponad połowa odpowiedziała, że ścieżki rowerowe. Na drugim miejscu znalazły się aquaparki, a na szarym końcu multikina. Co ciekawe, tak samo odpowiadali mieszkańcy wszystkich miast naszego regionu, nawet Katowic i Bielska, gdzie tras rowerowych zdawałoby się nie brakuje. - Robimy dokładnie tak, jak chcą mieszkańcy - mówi Grzegorz Dąbrowski, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Sosnowcu. - Na Środuli w przyszłym miesiącu ruszy budowa stoku narciarskiego, mają tu być też korty tenisowe, a miasto buduje na Zagórzu drugi już w mieście skatepark.
Szum wokół Stadionu Śląskiego odbił się na wypowiedziach naszych Czytelników. Znakomita większość chce, aby został zmodernizowany i powinny się tu odbywać ważne imprezy sportowe oraz kulturalne. Dla decydentów powinien to być sygnał, że mimo odrzucenia kandydatury stadionu do Euro 2012, nadal warto w niego inwestować i dokończyć przebudowę.
Chcieliśmy także wiedzieć, czy pojawiająca się od kilku lat koncepcja wybudowania w Katowicach silnego uniwersyteckiego campusu, podoba się wszystkim. Okazało się, że odpowiedzi zależą od miejsca zamieszkania. Popierają ją gorąco katowiczanie. Mieszkańcy Gliwic, Bielska-Białej na pierwszym miejscu wybrali inwestycje w największych miastach, a tyszanie i zabrzanie woleliby tworzenia silnych ośrodków akademickich w mniejszych miastach.
Wśród pytań o to, co jest największym problemem komunikacyjnym, zdecydowana większość uznała, że zakorkowane drogi. Pewnie dlatego jako najpilniejszą inwestycję komunikacyjną widzimy dokończenie Drogowej Trasy Średnicowej. - To miłe, że mieszkańcy regionu są takiego zdania. Już istniejący fragment DTŚ-ki pokazuje, jak bardzo ta trasa jest potrzebna - komentuje Ireneusz Maszczyk, prezes DTŚ SA.
Mieszkańcom regionu marzy się także szybkie wybudowanie drogi do lotniska w Pyrzowicach i połączenie go z autostradą A1. Ta pierwsza inwestycja zakończy się już jesienią, druga - być może w 2010 r.
Stare kopalnie - świadkami historii
Ankieta pokazała, że nie chcemy rewolucji w kształtowaniu przestrzeni. Stare huty i kopalnie powinny zostać odrestaurowane, żeby przypominać o świetności tego regionu. Nie chcemy też wyburzać domów z wielkiej płyty, które masowo powstawały w latach 60. i 70. Uważamy, że powinny zostać po prostu porządnie wyremontowane. Jedno z pytań dotyczyło tylko Katowic. Ponieważ od lat trwa gorąca dyskusja, co zrobić z centrum, chcieliśmy, aby swój pogląd wyrazili także nasi Czytelnicy. Daliśmy do wyboru trzy propozycje spośród tych, które najczęściej przewijają się w dyskusji. I okazało się, że koncepcja utworzenia czegoś na kształt nowojorskiego Central Parku, nie podoba się większości, która woli, żeby po prostu odnowić budynki już istniejące. Ale tylko około 50 osób mniej, chce wyburzenia Zenitu, Skarbka, Domu Prasy i zrekonstruowania w tym miejscy starych kamienic. - Do zmian na rynku trzeba podchodzić praktycznie - mówi Piotr Uszok, prezydent Katowic. - Zenit nie jest własnością miasta i jego wyburzenie rzeczywiście byłoby trudne, ponieważ wiązałoby się ze znacznymi kosztami miasta, ale oczywiście gmach powinien być przebudowany. Zgadzam się też z tym, że konieczna jest zmiana wyglądu Domu Prasy.
Gwara w szkołach? Raczej nie
Chcieliśmy też się dowiedzieć, czy mieszkańcy całego regionu zaakceptowaliby pomysł wprowadzenia gwary śląskiej jako przedmiotu obowiązkowego w szkołach. Okazało się, że ten pomysł podoba się mało komu i nie ma tutaj znaczenia, z jakiego miasta byli respondenci. Zdecydowana większość uważa, że gwara powinna być nauczana tylko wtedy, jeśli chcą tego rodzice i dzieci. Tylko 7 proc. uważa, że powinna być nauczana obowiązkowo w całym województwie.
Na koniec bardzo optymistyczna wiadomość. Jest rzecz, z której wszyscy jesteśmy dumni. To opieka zdrowotna. Chcielibyśmy się leczyć w naszych placówkach, a nie w Krakowie czy Warszawie! - Rzeczywiście, nie mamy powodów do narzekań - uważa prof. Andrzej Bochenek, kardiochirurg. - Zresztą proszę pokazać mi drugie miejsce w Polsce czy nawet w Czechach i Austrii, gdzie chory z zawałem serca w ciągu godziny trafia na specjalistyczne leczenie. Dlatego, jeśli chodzi o służbę zdrowia, ludzie na Śląsku mogą się czuć bezpieczni


Jackassi - moda na chacharzenie
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 16.05.2006
Myją twarz w ubikacji, tarzają się w błocie, rzucają z mostu, oddają na siebie mocz, obnażają się. Tak zachowują się jackassi i są już w prawie każdym śląskim mieście. Policja przekonuje, że nie będą już bezkarni.
Jackass to w angielskim tyle co dupek albo frajer. To także tytuł programu rozrywkowego emitowanego w MTV. Ma on rozśmieszać, szokować szalonymi i niebezpiecznymi wyczynami, np. jazda na nisko zawieszonej linie nad zbiornikiem z krokodylami, z przywiązanym do majtek surowym kurczakiem. Bohaterami programu są wyłącznie kaskaderzy.
W Polsce pojawiło się wielu ich naśladowców, a na Śląsku i Zagłębiu są prawie w każdym mieście. Pomysł podchwyciły grupy nastolatków, które w ten sposób spędzają wolny czas.
Na stronie internetowej katowickich jackassów pojawia się ostrzeżenie: uwaga wszystkie popisy kaskaderskie pokazane na tej stronie zostały wykonane przez profesjonalistów i/lub całkowitych kretynów. Do zdjęć pozują kilkunastoletni chłopcy, najwyżej gimnazjaliści. Na jednym z filmów nastolatek skacze z rozpędu koledze na plecy, przewracają się i film się urywa. Inny nakręcono przed blokiem - nastolatek celowo wjeżdża rowerem w żywopłot i ląduje na głowie.
W porównaniu z wyczynami sosnowieckiej grupy te wybryki wydają się niewinne. - Kilka miesięcy temu zatrzymaliśmy nastolatków, którzy przebiegali przed jadącymi samochodami, rzucali się na maski, skakali z mostów, obnażali się, oddawali na siebie mocz. Wszystko to filmowali i zamieszczali w internecie - opowiada podkomisarz Grzegorz Wierzbicki z sosnowieckiej komendy policji. Sąd rodzinny sprawę umorzył, bo chłopcy wyrazili skruchę. Stronę internetową, na której prezentowali swoje wyczyny, zablokowano.
Jak wynika z danych policji, takich grup przybywa. - To nowa niebezpieczna moda i na dodatek coraz bardziej popularna. Skaczą z dachów, rozpędzają się na rowerze i z całej siły uderzają w tablicę informacyjną. Niektórzy zapalniczką opalali sobie włosy łonowe - mówi komisarz Kazimierz Kazek z wydziału prewencji śląskiej Komendy Wojewódzkiej Policji.
Jedna z najbardziej ekstremalnych grup zamieściła dokładny instruktaż jak się powiesić i zejść z powrotem bez szwanku. Zdjęcia z niedoszłym wisielcem zostały wykonane prawdopodobnie na szkolnym korytarzu. Pojawiły się także instrukcje, jak jechać na windzie albo pod windą oraz jak samemu zrobić świecę dymną. Ekipa ta jednocześnie ostrzega w internecie, że kilka osób, próbujących wykonać proponowane przez nich ewolucje, doznało poważnych obrażeń. Poniżej jednak jeden z liderów grupy dopisał: no dobra może przesadziłem, ale wiecie jak jest. Później przyjdzie nam pozew sądowy i co??? Nie będziemy mogli uaktualniać strony.
Po co to robią? Wyjaśniają to wprost nastolatki z Zabrza: Grupa powstala z nudow, gdy pewnego zajebistego dnia Haski z Hakerem umierali z braku zajec (tekst z internetu bez poprawek). Wiek żądnych ekstradoznań uczniów nie przekracza zwykle 16 lat.
- Rodzice nie mają pojęcia, co ich pociechy wyprawiają. Nie zastanawiają się, po co dziecku kamera albo dobry telefon komórkowy. Dorośli rzadziej zaglądają do internetu, bo słabo się na tym znają. Prawdopodobieństwo, że trafią na taką stronę, jest minimalne - mówi Kazek. Dlatego niektórzy jackassi nie obawiają się zamieszczania w sieci zdjęć, opisów wyczynów, a nawet miast, gdzie mieszkają.
- Nie kojarzę tej nazwy - mówi jakby na potwierdzenie słów policji Witold Grim, wiceprezydent Zawiercia, miasta, w którym działa jedna z najbardziej znanych w kraju grup.
- Jak? Dżokersi...? Nie, nie słyszałem, ale czy to ma coś wspólnego z tą reklamą pragnienie nie ma szans - zastanawia się Bogusław Szaflarski, zastępca naczelnika wydziału edukacji w Katowicach.
Niektóre strony obejrzeliśmy wspólnie z policją. Komisarz Kazek przestrzega, że żaden jackass nie może czuć się bezkarnie. Policja sprawdza zawartość wszystkich strony z ich wyczynami. - Jeśli będą propagowały lub namawiały do niebezpiecznych zachowań, to je zamkniemy, a ich autorzy mogą odpowiadać za to przed sądem. Nie możemy tolerować najmniejszych przejawów demoralizacji. To niepokojące zjawisko - mówi.


Śląscy urzędnicy uczą się migania
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 17.05.2006
Osoby głuche będą mogły wreszcie same załatwiać wszelkie urzędowe sprawy. Wszystko dzięki kursowi języka migowego zorganizowanemu dla urzędników.
Czterdziestu pracowników śląskich magistratów, ośrodków pomocy społecznej i urzędów pracy uczy się języka migowego. Poznają 350 podstawowych znaków tego języka oraz techniki ich używania. - Do tej pory osoby głuche miały problem z załatwieniem najprostszych spraw. Mamy nadzieję, że dzięki naszym szkoleniom bariera pomiędzy niesłyszącym a urzędnikiem przestanie istnieć - mówi Robert Kulawiak z Górnośląskiej Agencji Przekształceń Przedsiębiorstw, która razem ze śląskim oddziałem Polskiego Związku Głuchych współorganizuje kursy.
Szkolenia, które potrwają do listopada, finansuje Europejski Fundusz Społeczny. Kolejna grupa osiemdziesięciu urzędników rozpocznie naukę języka migowego w czerwcu.
Według oficjalnych statystyk na Śląsku mieszka ok. 10 tys. osób z uszkodzeniem słuchu. Jednak śląski oddziału Polskiego Związku Głuchych szacuje, że może ich być regionie nawet trzy razy więcej, dlatego że część osób mających problemy ze słuchem nigdzie tego nie zgłasza.


Inny termin pielgrzymki do Piekar
Gazeta Wyborcza, kai, aim 16.05.2006
Pielgrzymka mężczyzn do Piekar Śląskich odbędzie się już w niedzielę 21 maja. To o tydzień wcześniej niż zwykle. Termin przesunięto w związku z wizytą Ojca Świętego Benedykta XVI. To precedens, bo jeszcze nigdy do tej pory nie zmieniano jej terminu.
Tylko raz w 1981 roku skrócono uroczystości, by pielgrzymi mogli wziąć udział w pogrzebie kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Jak napisał w zaproszeniu abp Damian Zimoń, metropolita katowicki, spotkanie w Piekarach ma być przygotowaniem do pielgrzymki Ojca Świętego.
Główne uroczystości rozpoczną się o godz. 9.30 w bazylice, skąd po powitaniu i adoracji pielgrzymi wyruszą na Kalwarię. W tym roku obraz Matki Bożej na kalwaryjskim wzgórzu przywita Zbigniew Nowak, górnik z kopalni Halemba, który czekając na ratunek, spędził 111 godzin pod ziemią. Mszy przewodniczył będzie kard. Franciszek Macharski, a homilię wygłosi kard. Stanisław Dziwisz. Po komunii ocaleni z katastrofy hali Międzynarodowych Targów Katowickich podziękują za uratowanie.
Pielgrzymkę poprzedzi piątkowe sympozjum pt. Caritas w globalnej wiosce. Jego uczestnicy dyskutować będą m.in. o pomocy dzieciom ulicy, apostolstwie niesłyszących, encyklice Benedykta XVI Deus Caritas est.


Strach w śląskich szpitalach...
Gazeta Wyborcza, Watoła 14.05.2006
W szpitalach objętych strajkiem wzrasta niepokój. Pacjenci martwią się, kto ich będzie leczyć, a dyrektorzy, że fundusz nie zapłaci im za dni przestoju. Wtedy nie starczy na pensje, nie wspominając nawet o podwyżkach.
Dr Szczepan Bołdys, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Tychach, najbardziej boi się poniedziałku. Dzisiaj bowiem w ramach strajku zostanie zamknięta przyszpitalna poradnia ortopedyczna, największa w mieście. - Nie wiem, jak zniosą to pacjenci. Nie będzie w mieście miejsca, gdzie może trafić chory ze złamaną ręką czy nogą, gdzie będzie mu można zrobić rentgen - martwi się dyrektor.
Lekarzy z komitetu strajkowego poprosił, by na drzwiach poradni wywiesili kartkę z informacją, jak się z nimi kontaktować. - To oni odpowiadają za strajk, więc niech to sami ludziom wytłumaczą - mówi Bołdys. Podkreśla, że popiera postulaty lekarzy, ale boi się o szpital. - Końca strajku nie widać, tymczasem chorym kończy się cierpliwość, a szpitalowi pieniądze. Jeśli nie będziemy leczyć, Narodowy Fundusz Zdrowia nie będzie nam płacić. Nie będę miał pieniędzy na wypłaty, nie mówiąc już o podwyżkach - stwierdza.
Podobne nastroje panują w Sosnowcu. W przychodniach specjalistycznych przy Szpitalu św. Barbary zazwyczaj dziennie udziela się pacjentom 900 porad. Teraz świecą pustkami.
Tydzień temu, pierwszego dnia strajku, kiedy zamknięto naraz wszystkie poradnie, do dyrektora z awanturą przyszło 42 chorych. W następnych dniach nie pojawił się już jednak nikt. Jedni biorą na przeczekanie, drudzy szukają sobie specjalisty gdzie indziej.
Oddziały też pustoszeją. - Normalnie wydajemy chorym jakieś 700 obiadów. Teraz tylko 360. Pacjenci, którym raz zamknie się drzwi przed nosem, najpierw będą narzekać, a potem pójdą gdzie indziej się leczyć i już tu nie wrócą - martwi się Zbigniew Swoboda, dyrektor szpitala. Twierdzi, że na strajku dziennie traci ponad 100 tys. zł.
Wśród protestujących szpitali wyjątek stanowi Górnośląskie Centrum Rehabilitacji Repty w Tarnowskich Górach. Wielu pacjentów nawet nie wiedziało, że w centrum zaczął się strajk. - Sa flagi w korytarzu. Poza tym wszystko było jak co dzień - dziwi się Alojzy Michalski z oddziału rehabilitacji kardiologicznej. - Nie chcemy być uciążliwi dla chorych - mówi dr Izabela Matysiakiewicz z komitetu strajkowego. Na własnej skórze strajk odczują więc na razie tylko ci pacjenci, którzy opuszczają szpital, bo nie dostaną wypisów. To im jednak specjalnie nie przeszkadza. - Mieszkam w Zabrzu, więc sobie innym razem podjadę - mówi pacjent Tadeusz Słuszniak.
Bardziej uciążliwy strajk będzie na pewno dla dyrekcji. Lekarze zapowiadają, że nie będą wypełniać raportów do NFZ. Bez tego szpital nie dostanie pieniędzy za leczenie. - Jeśli strajk nie będzie dotkliwy, nikt nie posłucha naszych postulatów - tłumaczy dr Piotr Krupa z Rept.
Dr Maciej Niwiński, szef Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak długo jeszcze potrwa akcja. Na razie wiadomo tylko, że będzie się rozszerzać. - W środę podejmiemy decyzję na temat strajku generalnego, który obejmie wszystkie szpitale - zapowiada Niwiński.
Pacjenci o strajku
Z sondażu przeprowadzonego na zlecenie Gazety wynika, że dwie trzecie Polaków uważa, że lekarze i pielęgniarki mają prawo do strajku generalnego, jeśli rząd nie spełni ich żądań.
Także do śląskiego oddziału NFZ jak na razie nie wpłynęła żadna skarga od pacjentów związana ze strajkiem.


Powstania na trzy głosy
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 12.05.2006
Władysław Wilkowski z Zalesia Śląskiego przez trzy lata służył w Wehrmachcie. Wiele razy mógł uciec, ale gdyby to zrobił, wydałby wyrok na ojca, którego hitlerowcy uwięzili w Buchenwaldzie.
Zalesie to sołectwo na terenie gminy Leśnica u stóp Góry św. Anny. Podczas III powstania śląskiego toczyły się tutaj ciężkie walki. Większość mieszkańców Zalesia sympatyzowała wówczas z broniącymi wzgórza powstańcami, a pobliskiej Leśnicy - z niemieckimi oddziałami, które je zdobywały. Zdarzało się, że sąsiad strzelał do sąsiada. Opowiada o tym otwarta kilka dni temu wystawa w tutejszym Muzeum Czynu Powstańczego. Ale choć od krwawych walk minęło już 85 lat, wciąż niechętnie się tu o tym mówi. Na wystawę mało kto się wybiera.
Opcja pierwsza: polska szkoła
Wilkowski z Zalesia w czerwcu skończy 81 lat i wystawy nie widział, bo rzadko już wychodzi z domu. Gospodarstwa dogląda syn. Może jeszcze liczyć na córkę i drugiego syna, który ostatnio dorabia w Holandii. Wilkowski jest dumny z dzieci, że żadnemu z nich nie przyszła ochota wyjechać do Niemiec, jak wielu innym ludziom z tych stron. - My są stąd - podkreśla Wilkowski i piękną polszczyzną opowiada o swoim ojcu. Urodzony w 1887 roku Józef Wilkowski w czasach powstań śląskich znał się z Wojciechem Korfantym, Arką Bożkiem, a potem z Jerzym Ziętkiem. Zakładał polski Bank Ludowy w Zalesiu.
Po polskiej stronie zaangażował się od dziecka. Od nauczyciela podobno nieraz obrywał lanie za to, że w szkole mówił śląską gwarą, a nie po niemiecku. Pół wieku później w tej samej szkole jego wnukom nauczycielka wpisywała dwóje za to, że mówili gwarą, a nie po polsku.
Wilkowski, który szkołę w Zalesiu zaliczył jeszcze za niemieckich czasów, zapamiętał, że nawet nauczyciel języka niemieckiego musiał często uciekać się do polskich słówek, bo inaczej uczniowie by go nie zrozumieli. Dwujęzyczny był też miejscowy kościół: w niedziele ksiądz odprawiał najpierw msze święte po polsku, a potem po niemiecku.
Dopiero po dojściu Hitlera do władzy rygory się zaostrzyły. Józefowi Wilkowskiemu władze nie mogły darować udziału w III powstaniu śląskim i działalności w Związku Polaków w Niemczech. 11 września 1939 roku gestapo przyszło po niego, aresztowało i osadziło w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Pod koniec marca 1942 roku hitlerowcy skonfiskowali mu gospodarstwo i kazali przeprowadzić się rodzinie do powiatu niemodlińskiego, jako Polacy byli podejrzani. - Dali nam pół godziny na spakowanie - wspomina pan Władysław. Wkrótce potem został powołany do Wehrmachtu. - Iść albo nie iść? Jakbym nie poszedł, zabiliby ojca - tłumaczy. Trafił najpierw do Francji, potem na front wschodni. Podczas jakiejś przepustki pozwolono mu pojechać do Buchenwaldu. Wrażenie było niesamowite: niemiecki żołnierz odwiedzał więzionego za polskość ojca.
Pod koniec wojny dostał się do sowieckiej niewoli. Po jakimś czasie jeńców postawiono na placu apelowym. Gdy przyznał się, że jest Polakiem, wyprawili razem z innymi pociągiem na Śląsk. W domu już czekał ojciec, wyzwolony kilka miesięcy wcześniej z obozu. - Nie wrócił tylko mój brat, z frontu przyszła krótka wiadomość: zaginiony - wspomina.
Opcja druga: złość musi zarosnąć
Paul Vogel jest od Wilkowskiego o trzy lata starszy, tak jak on służył w Wehrmachcie i mieszka dwie ulice dalej. Przez pół życia - od 1945 roku - nazywał się Paweł Falkowski, nazwisko nadał mu polski urzędnik w gminie, bo Vogel brzmiało zbyt niemiecko. Do rodowego wrócił kilkanaście lat temu. Był też jednym z inicjatorów założenia koła Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców w Zalesiu. Z początku zapisało się 65 osób, zostało kilka. Niektórzy myśleli, że rząd niemiecki da im marki na podróże, a przewodniczący nie poradził nawet samemu mówić, ledwo czytał z przyniesionej niemieckiej gazety. - Od razu wszystkim powiedziałem, że opowieści o markach to bajki i że żadne z nas Niemcy, jeśli nawet mówić po niemiecku nie potrafimy. Co najwyżej ludzie pochodzenia niemieckiego.
O powstaniach śląskich Vogel mówi krótko: to była wielka nienawiść i złość, czas wreszcie, żeby zarosła. Gdy pytam, jak to było w Zalesiu w czasach powstań, długo nie odpowiada. Już wsiadam do samochodu, gdy podchodzi i mówi: - Nie zapominaj ziemi, gdzie twoja kolebka stała, bo drugiej takiej nigdzie nie znajdziesz.
Opcja trzecia: to tylko propaganda
Wracam do Leśnicy. W Muzeum Czynu Powstańczego panorama w małej rotundzie. Na obwodzie rozstawione duże zdjęcia. Na nich grupki ludzi, po kilka, czasami po kilkadziesiąt osób, pozują do pamiątkowych fotografii. Podpisane: Powstańcy w Zawadzkiem, Oddział sanitarny z Brzezia, Niemiecki oddział w czasie powstań.
Trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby na tych zdjęciach odróżnić Niemców od Polaków. Ani jedni, ani drudzy nie mieli mundurów. Ponad fotografiami rozmazane postacie mężczyzn i kobiet. Giną w półmroku i mgle. Tutaj już nie ma siły, żeby odróżnić, kto Polak, a kto Niemiec. Wszyscy byli jednakowo uczestnikami, ofiarami i tymi, którzy po ofiarach płakali. W Leśnicy mniejszość niemiecka jest dużo liczniejsza niż w Zalesiu. Tu mieszka też reprezentujący kiedyś Niemców w Sejmie RP Helmut Paździor. Nie wybierają się na wystawę, bo dla nich to tylko jeszcze jedna polska propaganda. Nie znalazłem jednak takiego, kto by się to zgodził mówić pod nazwiskiem. - Już mnie dosyć od Goebelsów nawyzywali - tłumaczy jeden z nich.
Kiedy pytam o powstania śląskie, słyszę takie opowiadanie: - Niech pan sobie wyobrazi, że mieszkający na Śląsku Niemcy chwytają dziś za broń i proszą o przyłączenie do państwa niemieckiego. Jakby ich potraktowała polska władza? Oddałaby Śląsk bez oporu? A jakby nazwano Niemców - obywateli polskich, którzy chwycili za broń przeciw Polsce? Czy nie zdrajcami? No to nie dziwcie się, że my o powstaniach słyszeć nie chcemy.
Po wojnie, jak przed nią
Muzeum Czynu Powstańczego mieści się w przedwojennym Domu Polskim. Próbowali go zniszczyć hitlerowcy. O mało by nie zniszczał na początku lat 60., ale wtedy upomnieli się o niego miejscowi mieszkańcy, m.in. Wilkowscy - Józef i Władysław, który wtedy był tu radnym. Pomógł im Ziętek. Władysław Wilkowski opowiada o swym ojcu, że po wojnie walczył jak przed nią - dzięki temu szkoła przeprowadziła się do nowego budynku, powstały remiza i kanalizacja. Ale dziś coraz mniej osób o tym pamięta, mogiłami powstańczymi nikt się już nie interesuje. Za to odnowione są te, w których spoczywają szczątki żołnierzy niemieckich.


Niepewny los Tramwajów Śląskich
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 12.05.2006
Tramwaje Śląskie SA w coraz tragiczniejszym położeniu! Ministerstwo waha się, czy przekazać akcje spółki 13 śląskim gminom. Szanse na unijne dotacje maleją praktycznie do zera.
Ministerstwo Skarbu Państwa miało wczoraj ogłosić, czy 100 proc. akcji Tramwajów Śląskich SA trafi za darmo do województwa śląskiego. To jedyna szansa na uratowanie spółki i na to, by tramwaje mogły w ogóle dalej kursować. Tramwaje są w tragicznym położeniu. Mają 50 mln zł długu. Gdyby resort powiedział tak, samorząd województwa miałby prawo przekazać akcje 13 śląskim miastom, a te z kolei mogłyby się starać o dotacje z unijnego funduszu na kupno nowych tramwajów i remont torowisk.
Zamiast wiceministra skarbu Pawła Piotrowskiego w Katowicach zjawił się Marcin Warzycha, naczelnik jednego z wydziałów ministerstwa. Stwierdził, że resort... jeszcze się waha się, czy przekazać akcje gminom. - Mamy wątpliwości, czy byłoby to zgodna z prawem. Przed podjęciem ostatecznej decyzji minister chce zapoznać się ze wszystkimi ekspertyzami prawnymi - stwierdził Warzycha.
Prezydenci śląskich i zagłębiowskich miast nie kryli oburzenia. Wniosek o przekazanie akcji złożono pół roku temu, a o sprawie mówi się od lat. - Nie ma pieniędzy nawet na mycie tramwajów i części zamienne, a ministerstwo zastanawia się, co zrobić. To niepoważne. Za chwilę nie będzie już czego ratować i przejmiemy upadłą spółkę - denerwował się Kazimierz Górski, prezydent Sosnowca. Wtórował mu Marek Kopel, prezydent Chorzowa: - My tych akcji wcale nie chcemy, ale musimy je przejąć. To jedyna szansa na uratowanie tramwajów - stwierdził.
Mocno zaskoczony był też Marian Jarosz, wicemarszałek województwa. Jego zdaniem ministerstwo już dawno przestało się interesować losem Tramwajów i nie kwapi się, by spółce pomóc. - Gminy, choć nie było to łatwe, potrafiły się dogadać i chcą partycypować w utrzymywaniu spółki. A ministerstwo, zamiast pomóc, przeszkadza - stwierdził marszałek.
Tymczasem wczoraj okazało się, że sytuacja Tramwajów Śląskich jest gorsza, niż przewidywano. Spółka przegrała niedawno proces z firmą Alstom i musi zapłacić jej ponad 20 mln zł (chodzi o modernizację linii tramwajowej Katowice - Bytom). Tramwaje powoli tracą płynność finansową i stają się niewypłacalne. Niedawno spółka, aby się ratować, wystąpiła do rządu o 2,5 mln zł pomocy publicznej. - Przygotowujemy również drugi wniosek, który opiewa na dziesięciokrotnie większą sumę - zdradził Janusz Berkowski, prezes Tramwajów Śląskich SA. Prezydenci zażądali, by minister skarbu podjął decyzję o przyszłości spółki w ciągu miesiąca.


Dlaczego Śląsk przegrał Euro 2012?
Gazeta Wyborcza, Paweł Czado 12.05.2006
Oferta Chorzowa na Euro 2012 jest dziś najmocniejsza. I to właśnie jest jej... największa słabość.
Tak naprawdę, żeby piłkarskie mistrzostwa mogły odbyć się w Chorzowie już dziś, brakuje tylko... dachu na stadionie i przyzwoitej drogi na lotnisko w Pyrzowicach. Wszystko inne już istnieje. Tymczasem w miastach, które wygrały wyścig po Euro, trzeba zainwestować setki milionów euro, wybudować stadiony i autostrady. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale być może właśnie to przesądziło o klęsce Chorzowa: przecież ogromne inwestycje, chronione rządowymi gwarancjami, to wyjątkowo łakomy kąsek dla potężnych koncernów! Zdano sobie sprawę, że paradoksalnie na Górnym Śląsku nie da się aż tyle zarobić na przygotowaniach do Euro, co w innych częściach Polski. (...)


Cesarskie manewry w Cieszynie
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski 11.05.2006
Rusznikarz pieczołowicie czyści starą broń, krawcowa odtwarza dawną suknię, przedszkolaki szykują się do cesarskiego dworu. Tak cieszynianie przygotowują się do upamiętnienia cesarskich manewrów sprzed stu lat. Wszystkiemu patronuje prawnuk Franciszka Józefa.
O wielkich manewrach wojsk cesarsko-królewskich, które odbyły się latem 1906 roku, mówi się w cieszyńskich domach do dzisiaj. Nikt nie ma wątpliwości, że były one bardzo ważnym wydarzeniem dla miasta, które liczyło wówczas 20 tys. mieszkańców.
- Teraz możemy je trochę porównać do igrzysk olimpijskich. Do Cieszyna i okolic przyjechało aż 50 tys. ludzi z całej monarchii austriackiej! Z tej okazji wydawano specjalne widokówki, medale, lampiony i ordery. Handel kwitł, a gospody cieszyły się z wielkich zysków - tłumaczy Mariusz Makowski, historyk z Muzeum Śląska Cieszyńskiego.
Wojskowe ćwiczenia przeprowadzono z wielkim rozmachem. Strategia zakładała przedarcie się Korpusu wiedeńskiego przez Przełęcz Jabłonkowską do armii węgierskiej, zaatakowanej przez wrogi Korpus krakowski. W bitwie kawalerii ochranianych atakiem artyleryjskim Korpus krakowski stracił w oskrzydleniu wiedeńczyków wszystkie działa i przegrał potyczkę.
Jednak największym wydarzeniem była wizyta słynnego cesarza Franciszka Józefa I, który osobiście nadzorował manewry. Były to jego ostatnie i najdłuższe odwiedziny na tej ziemi. Cesarz przy okazji otworzył budynek Sądu Okręgowego, nowe skrzydło ratusza z salą posiedzeń czy szpital elżbietanek. Odwiedził też wiele wsi i spotkał się z podwładnymi.
Cieszynianie postanowili upamiętnić setną rocznicę tamtych wydarzeń. Przygotowania już trwają.
- Ludzie przekazują nam rodzinne pamiątki z tamtego okresu: fotografie, ordery, fragmenty mundurów, a nawet emaliowane talerze, z których jadali żołnierze. Dostajemy je też z Niemiec i Czech - mówi Makowski.
Znany rusznikarz Jerzy Wałga szykuje starą broń: karabiny, pistolety, szable, piki. Z kolei krawcowa Wanda Radwańska szyje specjalną suknię. W takich samych 150 cieszyńskich panien witało na moście pod zamkiem miłościwie panującego. Wytyczne, jak suknia miała wyglądać, wyróżnione panny dostały na specjalnym zaproszeniu od ówczesnego burmistrza.
- Szyjąc, korzystałam z tamtych wskazówek oraz archiwalnych zdjęć. Trzeba też było uruchomić wyobraźnię. To duże wyzwanie, szyć suknię na manewry. Myślałam o tym, nawet zmywając naczynia - uśmiecha się pani Wanda.
Obchody rocznicy manewrów rozpoczną się 8 czerwca. Wtedy zostanie otwarta specjalna wystawa Cieszyn 100 lat temu - Manewry Cesarskie 1906. Będzie można zobaczyć zaaranżowaną sypialnię cesarza z metalowym łóżkiem (drewniane się pod nim łamało) oraz pokój narad sztabu dowodzącego manewrami. Nie zabraknie oczywiście cesarza z całym jego dworem - do tych ról szykują się właśnie cieszyńskie przedszkolaki.
Będą też autentyczne związki z Wiedniem - patronat nad rocznicą objął prawnuk cesarza Franciszka Józefa - arcyksiążę Markus Salvator von Habsburg, który prawdopodobnie przyjedzie do Cieszyna.
- Chcemy, żeby była to duża atrakcja dla turystów, którzy w wakacje odwiedzą nasze miasto - dodaje Makowski.


Trzeba zatrzymać młodych na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Rozmawiał Przemysław Jedlecki 11.05.2006
Co zadecyduje o przyszłości Śląska? Zdaniem prof. Marka Szczepańskiego talent, technologia, tolerancja i tradycja.
Przemysław Jedlecki: Czym nasz region może się dzisiaj pochwalić?
Prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego: Największym atutem Śląska są dla mnie jego mieszkańcy. Żyje tu 4,8 mln osób, więcej niż w niektórych krajach Unii Europejskiej. Mamy olbrzymi potencjał demograficzny i konsumencki. Dla Unii Śląsk to ważny region. Jego mieszkańcy przeżywają właśnie rewolucję edukacyjną, bo długo dominowało tu szkolnictwo zawodowe i techniczne. Ciekawe, że tylko na Śląsku 200 tys. osób grzeje teraz akademickie ławy. Niestety, część młodych ludzi nie widzi na Śląsku szans rozwoju i wyjeżdża. Powinniśmy szczególnie dbać o tzw. grupę kreatywną.
Jak można zatrzymać młodych na Śląsku?
- Tworząc przyjazny klimat inwestycyjny i nie mnożąc biurokratycznych barier. Biznes wymaga nie tylko infrastruktury transportowej, ale też infrastruktury dla menedżerów. To ludzie, którzy potrzebują kortów do tenisa, pola golfowego, klubów, w których mogliby spędzać wolny czas.
Co zadecyduje o przyszłości regionu?
- Cztery T: talent - bo rośnie liczba wykształconych mieszkańców, technologia - szacunek dla kopalń i hut nie zwalnia nas od inwestowania w rozwój nowych dziedzin gospodarki (np. usług internetowych, bankowych czy medycznych), tolerancja - dowiedziono, że regiony otwarte na inne kultury i grupy szybciej się rozwijają, tradycja - Śląsk to region ginącego już pogranicza kulturowego.
Co przeszkadza w rozwoju Śląska?
- Hałdy i poprzemysłowe składowiska. To bardzo ważne, żeby poprawić pejzaż województwa i stworzyć więcej miejsc na inwestycje. Niepokoją mnie też młodzi ludzie uciekający za granicę. Każdy taki wyjazd to strata dla regionu. Województwo potrzebuje wizjonerskich rządów, odważnego decydowania o tym, jak region będzie wyglądał za 15-20 lat.


Śląsk dobrem narodowym?
Dziennik Zachodni, Marek Świercz 11.05.2006
Zespół Pieśni i Tańca Śląsk powinien uzyskać status narodowej instytucji kultury - twierdzi poseł PiS Lucjan Karasiewicz. I dodaje, że należy pilnie sprawdzić, czy przypadkiem Śląsk nie był przez lata traktowany przez resort kultury po macoszemu. Zwłaszcza na tle zespołu Mazowsze, który - jeśli wierzyć plotkom krążącym w środowisku artystów - cieszy się specjalnymi względami kolejnych ministrów.
Karasiewicz jest członkiem rady programowej Śląska, był też radnym i przewodniczącym rady gminy w Koszęcinie, gdzie mieści się siedziba Śląska. Kilka dni temu wysłał do ministra kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierza Michała Ujazdowskiego poselskie zapytanie w sprawie działań podejmowanych przez resort na rzecz Śląska i Mazowsza w latach 2000-2006.
- Oba zespoły są finansowane przez swoje urzędy marszałkowskie, ale z różnych przecieków wiem, że resort kultury wspierał Mazowsze finansowo. Jeśli te plotki się potwierdzą, będę się domagał odpowiedzi, jakie kryteria o tym zadecydowały. Bo wiem, że Śląsk o taką pomoc się zwracał, ale jej nie otrzymał - mówi DZ Karasiewicz.
Poseł PiS zwraca uwagę i na to, że jeśli chodzi o dorobek artystyczny w ostatnich latach, to Mazowsze nie może się z naszym Śląskiem równać. Wyjaśnienie ministerialnej polityki w sprawie obu legendarnych zespołów może być pierwszym krokiem w batalii na rzecz urzędowego awansu Śląska. Plan jest taki, by zespół został uznany za narodową instytucję kultury. Taka instytucja jest w dużej mierze finansowana z budżetu państwa.
- Ten zespół jest od lat fantastycznym ambasadorem polskiej kultury. Jest doskonale znany nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Czas docenić tych, którzy mają prawdziwe zasługi - twierdzi Karasiewicz.


Strajkuje już osiem śląskich szpitali
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 10.05.2006
Ponad 2 tys. lekarzy z naszego regionu wzięło w środę udział w manifestacji zorganizowanej w Warszawie. Wrócili niezadowoleni. - Nic się nie zmieniło. Będziemy dalej strajkować, ale do stolicy już nie pojedziemy. To rząd do nas przyjedzie - powiedział dr Tomasz Underman z rudzkiego szpitala.
Pacjenci muszą się przygotować na puste gabinety, szpitale przyjmujące wyłącznie nagłe wypadki i zamknięte laboratoria. W Tychach strajkują obydwa szpitale. Najbliższe są w Pszczynie, Mikołowie oraz Katowicach. - Cztery miesiące czekałam na wizytę. Kończą mi się paski i insulina, a osoby, które zostały w szpitalu nie chciały nawet udzielać informacji - płakała oparta o laskę Stanisława Zadroga, pacjentka przychodni przy Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Tychach.
Zadrodze puściły nerwy, kiedy weszła do nieoświetlonego korytarza i zapukała w szybę rejestracji. - Żaluzje zamknięte, nikt nawet nie popatrzył. Tymczasem za szybą kilka kobiet głośno rozmawiało - ocierała łzy.
Wszyscy, którzy przyszli do poradni przyszpitalnej w Tychach, odeszli z niczym. Ezaw Najbar z Tychów próbował się zarejestrować, bo potłukł kolano. - Pojęcia nie mam, co dalej robić. Niech strajkują, tylko z głową - denerwował się. Zbigniewa Waligórę miał wczoraj przebadać lekarz kardiolog. Jego gabinet też był zamknięty. - Idę do lekarza rodzinnego, bo na umówioną wizytę chyba się nie doczekam - mówił.
Fatalne nastroje mieli pacjenci leżący na oddziale chirurgii szczękowej w WSS nr 5 w Sosnowcu. - Wszędzie plakaty: Nie narzekaj! Będzie gorzej!, Dosyć wyzysku. Ja to rozumiem - jak mało zarabiają, niech walczą. Nie może jednak być tak, że od wielu dni nie ma żadnych wieści, nie planuje się zabiegów. Nie mogą nas traktować jak powietrze - martwił się jeden z nich.
Lekarze, których wypatrywali wczoraj pacjenci, pojechali nad ranem do Warszawy. Zabrali termosy z herbatą, jedzenie oraz trąbki, gwizdki, chorągiewki, plakaty i transparenty: Kto was wyleczy jak nie my, Dogonić Białoruś i Ukrainę, Dość wyzysku.
W 50 autokarach siedziało ponad 2 tys. związkowców. Jednym z nich był pochodzący z Sudanu dr Yousif Abuzied, który pracuje w przychodni chorób zakaźnych w Rudzie Śląskiej. - Od dziewięciu lat jestem lekarzem. Zarabiam 1,3 tys. zł. Mniej więcej tyle samo dostałbym w Sudanie, z tym że tam lekarze nie poświęcają pacjentom tak wiele czasu jak polscy lekarze - opowiadał Abuzied. Zaznacza jednak, że nie narzeka. - Nie jest mi źle. Strajkuję, żeby pomóc kolegom - mówił wczoraj.
Dr Tomasz Underman ma na pasku 1045 zł. Jest lekarzem oddziału psychiatrycznego w trakcie specjalizacji. - My nie żądamy kokosów, chcemy tylko godnej zapłaty - mówił.
Lekarze zrzeszeni w śląskich strukturach Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy rozpoczęli strajk w poniedziałek. Domagają się 30 proc. wzrostu płac, ale do kwoty nie mniejszej niż 2,4 tys. zł brutto miesięcznie i 100 proc. podwyżki od stycznia 2007. Żądają też zwiększenia publicznych nakładów na ochronę zdrowia. W szpitalach odbywają się tylko zabiegi ratujące życie, stopniowo zamykane są przyszpitalne przychodnie specjalistyczne. Na oddziałach są wyłącznie lekarze dyżurni, bo praca odbywa się jak na ostrym dyżurze, np. w tyskim Szpitalu Miejskim na dwóch oddziałach jest tylko trzech lekarzy. Zapowiadają, że jeśli nie dojdzie do porozumienia, za kilka dni zamkną również przychodnię onkologiczną.
W akcji bierze udział już osiem śląskich szpitali: WSS nr 5 w Sosnowcu, WSS nr 1 w Tychach, Szpital Miejski w Tychach, WSS nr 3 w Rybniku, Wielospecjalistyczny w Jaworznie, Miejski w Rudzie Śląskiej, Państwowy Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Rybniku. Od wczoraj również Szpital Rejonowy im. Rostka w Raciborzu. Do protestu przygotowują się także lekarze ze Szpitala Chorób Płuc w Bystrej koło Bielska-Białej.
Wczoraj odbył się protest w kilkuset poradniach ambulatoryjnych i specjalistycznych zrzeszonych w Porozumieniu Zielonogórskim. - Mamy informacje, że do strajku szykują się następne poradnie w naszym mieście, dlatego zorganizowałem specjalną grupę, która będzie monitorowała strajk oraz wskazywała mieszkańcom Raciborza najbliższe poradnie - zapewniał wczoraj Adam Hajduk, wicestarosta raciborski.
W Tychach podobnie. - Poprosiliśmy niestrajkujące przychodnie o przyjmowanie każdego, kto się u nich zjawi - tłumaczy Daria Szczepańska, wiceprezydent Tychów.
Dzisiaj w prawie wszystkich miastach samorządowcy organizują spotkania z lekarzami i pielęgniarkami, bo strajk nie został zawieszony.
- W stolicy raczyli nas komunałami. Żadnych konkretów, dlatego nie zamierzamy zaprzestać strajku. Dość wyzysku - denerwował się dr Underman. Lekarze wracali na Śląsk w nie najlepszych nastrojach. Dr Maciej Niwiński, szef śląskich struktur OZZL, powiedział wieczorem, że skoro nie ma konkretów, nie zamierzają odpuścić. - Obiecują jakieś podwyżki nie wiadomo kiedy i nie wiadomo, dla kogo. Pacjenci będą coraz bardziej zdenerwowani, bo na tym się nie skończy.
Na 15 maja lekarze planują zaostrzenie strajku.


Wakacje na Śląsku
Dziennik Zachodni, Michał Wojak 10.05.2006
Śląsk stara się zmienić swój wizerunek i zachęcić turystów do odwiedzania swoich atrakcji. Do tej pory kojarzono go głównie z kominami fabryk i kopalniami. Teraz ma być znany z walorów turystycznych. W promocji naszego regionu pomóc mają liczne akcje.
Latem? Jura albo Beskidy - to hasło kampanii reklamowej w telewizji TVN24, zleconej przez śląski Urząd Marszałkowski. Ma ona skłonić Polaków do zainteresowania się naszym regionem i spędzenia w nim wakacji. W ciągu dwóch majowych weekendów wyemitowanych zostanie 114 kilkunastosekundowych spotów ukazujących walory Jury Krakowsko-Częstochowskiej i Beskidów. Walorów dotąd niedostrzeganych.
- Mamy o sobie gorsze zdanie niż zasługujemy - uważa Tomasz Stemplewski, dyrektor Wydziału Promocji Regionu, Turystyki i Sportu, śląskiego Urzędu Marszałkowskiego. - Śląsk jest różnorodnym miejscem pełnym ciekawych miejsc. W dodatku dojechanie do nich nie stanowi większego problemu. Mamy więc potencjał turystyczny i poprzez takie akcje telewizyjne chcemy go wykorzystać.
W tym roku Urząd Marszałkowski przeznaczy na promocję blisko półtora miliona złotych. Wydatki wydają się potrzebne, bo póki co nasz region odnotował znaczący spadek liczby turystów. Jeszcze w 2000 roku odpoczywało w nim blisko 7 milionów Polaków. W poprzednim roku było ich zaledwie 2,8 miliona.
Wiąże się to ze spadkiem popularności krótkich wyjazdów wypoczynkowych. A takie były głównym udziałem śląskiej turystyki. Żeby to zmienić, trzeba promować konkretne atrakcje, pokazać ich wyjątkowy charakter - przekonuje Krzysztof Łopaciński z warszawskiego Instytutu Turystki.
- Postaramy się to zrobić - zapewnia Tomasz Stemplewski.
- Gdy ktoś już raz odwiedzi nasz region, z pewnością nieraz tu wróci - wtóruje mu Agnieszka Sikorska, dyrektor Śląskiej Organizacji Turystyki.
Pomóc ma w tym szereg inicjatyw informujących o walorach turystycznych naszego regionu. Jedną z ciekawszych jest zaplanowane na wrzesień uruchomienie śląskiego szlaku zabytków techniki. Zaliczonych do niego będzie 29 obiektów związanych z działalnością przemysłową. Wśród nich znajdzie się: tarnogórska Sztolnia Czarnego Pstrąga i Kopalnia Zabytkowa Rud Srebronośnych, zabrzański Skansen Górniczy Królowa Luiza, radzionkowskie Muzeum Chleba, Górnośląska Kolej Wąskotorowa czy Muzeum Piwowarstwa w Tychach. Województwo śląskie jako pierwsze rozpoczęło również prace nad stworzeniem ogólnopolskiej sieci szlaków rowerowych po terenach dorzecza Wisły.
Oprócz tego Śląsk promowany jest na różnego rodzaju targach turystycznych, na których pokazywana jest między innymi specjalna mapa turystyczna z najciekawszymi zakątkami naszego regionu. - Wszystko po to, aby zmienić jego wizerunek i uczynić z turystyki spore źródło dochodów - stwierdza Stemplewski.


Wojewoda za śląskim w szkolach!
Gazeta Wyborcza, Magdalena Górna 09.05.2006
Poprosiłam Tomasza Pietrzykowskiego, wojewodę śląskiego, by wypełnił ankietę Gazety. Pytamy w niej, jakie sprawy, ważne dla naszego regionu, trzeba rozwiązać w pierwszej kolejności.
Wojewody Pietrzykowskiego nie musieliśmy namawiać na wypełnienie ankiety, zgodził się bez wahania. Odpowiedzi na pytania nie sprawiły mu też większych kłopotów.
Pietrzykowski, dawniej pracownik naukowy Uniwersytetu Śląskiego, zdecydowanie opowiedział się za powstaniem dużego campusu akademickiego w Katowicach. - Nie twierdzę, że nie powinny powstawać uczelnie w mniejszych miastach, jednak nasz region potrzebuje dużego ośrodka akademickiego na europejskim poziomie, bo tylko takie mają szansę zaistnieć w świecie - wyjaśnił. Jego zdaniem ważne jest dokończenie autostrady do Cieszyna i Drogowej Trasy Średnicowej. Za priorytet uznał jednak budowę szybkiej kolei do lotniska w Pyrzowicach.
Wojewoda nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o los starych kopalń i hut. - Niektóre z nich powinny pozostać, jako pamiątka dawnego Śląska, inne można sprzedać pod centra handlowe albo jeszcze inaczej zagospodarować - mówił. Jeżeli chodzi o katowicki rynek, uważa, że na początek wystarczy odnowić budynki, które już istnieją. - Nie ma sensu ich wyburzać, ani rekonstruować starych kamienic, bo przecież rzeki się kijem nie zawróci - dodał. Przeciwny jest również wyburzaniu blokowisk z wielkiej płyty, uważa, że trzeba je zmodernizować.
Zdaniem wojewody szkoły powinny uczyć gwary śląskiej, ale pod warunkiem, że chcą tego rodzice i dzieci. Na zakończenie, już rozluźniony, odpowiedział na pytania związane z rozrywką. - Chętnie przeszedłbym się na mecz na zmodernizowanym Stadionie Śląskim albo do prawdziwego wesołego miasteczka z zapierającymi dech w piersiach karuzelami czy popływać w nowoczesnym aquaparku. Nie znaczy to jednak, że jestem przeciwnikiem budowy tras rowerowych, bo one też są potrzebne - stwierdził z uśmiechem.


Paraliż służby zdrowia na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 09.05.2006
Gdy w środę rano Gazeta trafi do kiosków, protestujący lekarze będą już siedzieli w autobusach, zmierzających do Warszawy. Siedem szpitali i sześćset przychodni będzie zajmować się tylko nagłymi wypadkami.
Strajkują lekarze z sześciu szpitali w naszym regionie. Żądają 30-proc. podwyżki w tym roku oraz 100-proc. od 1 stycznia 2007. W środę ma się do nich przyłączyć siódma placówka - Szpital Rejonowy z Raciborza. Wielu lekarzy - śladem siedmiu chirurgów z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Jastrzębiu Zdroju - rozważa złożenie wypowiedzeń.
Szpitale, które przyłączyły się do strajku, pracują jak na ostrym dyżurze. Przyjmują tylko pacjentów wymagających natychmiastowej pomocy lekarskiej. Odwołane zostały planowane zabiegi. W przyszpitalnych przychodniach specjalistycznych nie zapisuje się już nowych pacjentów. Za kilka dni mogą być już nieczynne.
Strajk śląskiego Okręgowego Związku Zawodowego Lekarzy popierają również członkowie Porozumienia Zielonogórskiego. Nie możemy wszyscy wyjechać z Polski. Nie chcemy być pacjentami leczonymi przez obcokrajowców, ratujących rynek usług zdrowotnych sprokurowany przez nieudolność rządzących - napisali członkowie PZ na stronie internetowej. Na dzisiaj zaplanowali protest we wszystkich sześciuset przychodniach ambulatoryjnych i specjalistycznych zrzeszonych w Porozumieniu. Żadna nie będzie zamknięta, ale na poradę lekarza mogą liczyć wyłącznie obłożnie chorzy. - Ubierzemy się na czarno. Będziemy udzielać pomocy tylko w nagłych wypadkach - wyjaśnia Mariusz Wójtowicz, szef PZ na Śląsku.
OZZL i PZ wspólnie jadą do stolicy. - Nie chodzi nam o Ministerstwo Zdrowia, oni nie mają pieniędzy - mówią protestujący lekarze. Zamierzają demonstrować przed Urzędem Rady Ministrów, Ministerstwem Finansów oraz Sejmem. Niwiński i Wójtowicz twierdzą, że dalszy los strajku OZZL i protestu PZ jest zależny od wyników rozmów z rządem.
W naszym internetowym sondażu 72 proc. respondentów uważa, że lekarze słusznie protestują.
W naszym województwie strajkuje już siedem szpitali: Świętej Barbary w Sosnowcu, Wojewódzki w Tychach, Wojewódzki w Rybniku, Wielospecjalistyczny w Jaworznie, Miejski w Rudzie Śląskiej, Państwowy Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Rybniku, a od dzisiaj Szpital Rejonowy im. Rostka w Raciborzu. Do protestu przygotowują się również lekarze ze Szpitala Chorób Płuc w Bystrej koło Bielska-Białej.


Turyści wejdą do poniemieckich lochów
Gazeta Wyborcza, Magdalena Górna 08.05.2006
W podziemiach będzińskiego zamku miała powstać fabryka broni. Już niedługo będą tu restauracja, muzeum i pasaże z pamiątkami.
Część podziemnych korytarzy pod zamkiem pochodzi z czasów króla Kazimierza Wielkiego. Są w kiepskim stanie, częściowo zasypane. Znacznie lepiej prezentuje się 500-metrowy odcinek pochodzący z czasów II wojny światowej.
Wybudowali go Niemcy. Historycy nie są pewni, po co. Domyślają się, że być może w podziemnym mieście miały powstać magazyn broni dla Wehrmachtu i schrony przeciwlotnicze. Najbardziej prawdopodobna teza głosi jednak, że pod zamkiem budowano fabrykę broni.
Janusz Miduniecki, pracownik referatu kultury i promocji Urzędu Miasta w Będzinie, stara się rozwikłać tę zagadkę. - Ludzie mówią, że chodniki budowano w pośpiechu, pomagali okoliczni mieszkańcy, szczególnie górnicy. Inni relacjonują, że budowali je więźniowie z obozu, który znajdował się na terenie dzisiejszej Elektrowni Łagisza - opowiada.
Będzińscy urzędnicy wpadli na pomysł, by zagospodarować lochy i udostępnić je mieszkańcom oraz turystom. - Podziemia są atrakcyjne. Większość korytarzy została wykuta w litej skale wapiennej, tworzą się tam już stalaktyty, poza tym występują liczne gatunki nietoperzy - mówi Janusz Piątek z magistratu.
Lochami już zaopiekowali się naukowcy. Przyrodę badają pracownicy Uniwersytetu Śląskiego, a zabezpieczeniem i przygotowaniem podziemi? dla zwiedzających zajęli się naukowcy z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. Ci ostatni mają spore doświadczenie w tego typu pracach, opracowali już trasy turystyczne np. w Kopalni Soli w Wieliczce. - Zastanawiamy się, w jaki sposób zagospodarować podziemia. Pomagają nam w tym mieszkańcy. W ankiecie internetowej stwierdzili, że chcieliby, aby lochy podzielić na trzy części. Pierwsza zostanie zachowana w stanie pierwotnym, druga będzie służyła celom komercyjnym, czyli będą tu restauracje, sklepy z pamiątkami, a w trzeciej urządzimy muzeum. Chcielibyśmy, aby podziemia razem z zamkiem tworzyły niepowtarzalny kompleks turystyczny - mówi Piątek.
Projekt ma zostać zrealizowany za dwa lata, na 650. rocznicę powstania Będzina. Władze miasta chcą skorzystać z dotacji unijnych, przeznaczonych na dofinansowanie dziedzictwa kulturowego i turystyki.


Śląsk reklamuje się w telewizji
Gazeta Wyborcza, pj 07.05.2006
Rozpoczęła się pierwsza ogólnopolska kampania promocyjna województwa. Wszystko po to, by przekonać turystów do odwiedzenia regionu.
Spoty reklamowe można już oglądać w TVN24. Zostanie wyemitowanych 114 reklam naszego województwa, poświęconych Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i Beskidom. - Filmy powstały z myślą o osobach, które lubią aktywnie odpoczywać, ale na przykład mają małe dzieci i nie chcą wyjeżdżać daleko za granicę - mówi Tomasz Stemplewski, dyrektor wydziału promocji regionu w Urzędzie Marszałkowskim.
Oglądając film można się przekonać, że Jura to świetne miejsce na wspinaczkę i zwiedzanie zamków, takich jak ten w Ogrodzieńcu. Z kolei Beskidy zapraszają zdjęciami kolejek na Czantorię i górę Żar, która stała się popularna wśród paralotniarzy.
- To pierwsza ogólnopolska kampania w telewizji. W grudniu zeszłego roku reklamowaliśmy sporty zimowe w Beskidach, ale spoty ukazywały się jedynie na antenie Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego. O turystów zabiegają też inne regiony, a my nie możemy być gorsi - mówi dyrektor. Dodaje, że Śląsk już dziś zajmuje trzecie miejsce w rankingu turystyki krajowej. Pierwsze jest Mazowsze, a druga Małopolska.
Kampania w TVN24 ma kosztować kilkadziesiąt tysięcy złotych. Stemplewski już planuje następną. We wrześniu w telewizji i prasie ukażą się reklamy Szlaku Zabytków Techniki na Górnym Śląsku.


Wielkość internetowej spluwaczki
Gazeta Wyborcza, Kazimierz Kutz 05.05.2006
W jednym ze swoich felietonów nazwałem internet globalną spluwaczką o właściwościach złych, kiedy staje się głosem instynktów niższych, a także pożyteczną, gdy staje się dialogiem między obywatelami. Nie wiem, jak jest w innych częściach Polski, ale na Górnym Śląsku internet staje się często miejscem autentycznego, nieskrępowanego dialogu o śląskiej odmienności. Żadne inne medium nie spełnia tak nieustannie tej roli. Poruszane są także animozje czy kompleksy w jej dzisiejszym statusie administracyjnym.
Na wstępie chciałbym wygłosić panegiryk na cześć globalnej spluwaczki, bo przeczytałem dokładnie 70 głosów związanych z wyeliminowaniem stadionu chorzowskiego z walki o Euro 2012. Sprawa stała się dotkliwą społecznie, wszak dotyczy całego Górnego Śląska, dzięki czemu w internetowej dyskusji ujawnił się duch prawdziwie obywatelski. Odrzucając przekomarzania, które wydają się być naturalną właściwością internetowej gadaniny, dyskusja stała się papierkiem lakmusowym spraw głębszych. Obok tradycyjnie antycentralnych namiętności dyskutantów, wielu z nich, choćby pan piszący pod kryptonimem krytyk, dotyka spraw bardzo istotnych. Przekazuje: Wszystko przez zamierzoną ignorancję władz centralnych, które maksymalnie ograniczają rozwój świadomości narodowej, przynajmniej na Górnym Śląsku, a to z powodu strachu przed samorządnością tego terenu. Tak w ogóle to naprawdę w wielu jeszcze główkach panuje obraz Śląska zadymionego i zaczadzonego ojojoj! Na barykady Górnoślązacy!. Tak, to święta prawda, bo idzie kurs na zahamowanie mechanizmu demokratycznej obywatelskości. Końcowe wezwanie autora o barykadach należy rozumieć metaforyczne, jako apel w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi, do których należy się samoorganizować, by wypychać na Górnym Śląsku partie polityczne z samorządów gminnych. Niebezpieczeństwo upaństwowienia demokracji oddolnej jest dziś bardziej realne niż wczoraj, wszak Prawo i Sprawiedliwość jest partią programowo przeciwną społeczeństwu obywatelskiemu. Ona niesie groźbę zamachu na istotę demokratycznego porządku pojmowanego w duchu europejskim.
Również gdy spojrzeć na Śląsk w jego dzisiejszych granicach administracyjnych, sprawa stadionu chorzowskiego w dyskursie internetowym też pełniła funkcję papierka lakmusowego. Otóż na kanwie wymiany opinii na temat stadionu chorzowskiego ujawniła się u przedstawicieli byłego województwa częstochowskiego dość intensywna awersja do Górnego Śląska. Było w niej wiele Schadenfreude, a nawet nienawiści. Natomiast nie było w ogóle negatywnego odzewu z byłego województwa bielskiego i z Zagłębia. To ciekawe i daje wiele do myślenia.
Natomiast jedna pani z Myszkowa [1975-1998 woj. częstochowskie] pod kryptonimem fajna Myszkowianka tak oto prawi o współczesnych Ślązakach: Wy ewoluowaliście w kierunku postindustrialnego motłochu przypominającego lumpenproletariat z początków XX w. z elementami pierwotnych wspólnot zbierackich, mających jeszcze odniesienie do goryli górskich z Ruandy, a dotyczy to wielodzietnych rodzin o śniadej cerze zamieszkujących Bobrek!. Na to pan pod kryptonimem Ślązak natychmiast odpowiada fajnej Myszkowiance: Żyj dalej w tej bajce. Bytom to nie tylko Bobrek i nie wygląda tak tragicznie. Polecam Tobie najpierw się przejechać i zobaczyć niż pisać bzdury. Zresztą o czym my dyskutujemy. Prawa miejskie Myszków 1950 - Bytom 1254.
Fajnie by było, aby dama z Myszkowa zwiedziła także robotnicze osiedla w Sosnowcu czy Dąbrowie Górniczej, które spotkał ten sam los co biedaków z Bobrka, i by do niej doszło, że określanie tych ludzi mianem postindustrialnego motłochu czy przyrównywanie ich do goryli górskich z Ruandy, ludzi zdegradowanych nie z własnej winy do poziomu biedy dziedzicznej, jest wysoce niestosowne, moralnie podłe i godne ubolewania. Mógłbym w tym miejscu fajną Myszkowiankę przemielić na tatara i wymieszać ją z wieloma ostrymi przyprawami, ale nie zrobię tego. Wolę pogrążyć się w milczeniu nad jej przerażającą mentalnością.
Ale niejako w kontrapunkcie do erupcji namiętnego gadania o sprawach Górnego Śląska w internecie podzielę się z Państwem wiadomościami bardziej budującymi. Oto w ekskluzywnym, nieco postmodernistycznym kwartalniku Opcje, wydawanym przez Górnośląskie Centrum Kultury, pierwszy tegoroczny numer (a 62. w kolejności) poświęcony jest Górnemu Śląskowi. Warto do niego zajrzeć, bo jest to organ młodej elity intelektualnej, wyrosłej w ławach Uniwersytetu Śląskiego. I choć pismo ma 138 stron, najbardziej frapujące są dla mnie trzy pierwsze eseje. Charakteryzują się odkrywczym podejściem do problematyki Górnego Śląska i przemawiają świeżym głosem. Autor pierwszego eseju nazywa się Szczepan Twardoch (ur. w 1979 r. Ślązak, socjolog). Jego praca nosi tytuł Jak nie zostałem Polakiem - narodowość jako akt woli.
Autorem drugiego eseju pt. Młodszy Śląsk - uwagi o historii pisanej wstecz jest Jerzy Gorzelik (ur. w 1971 r. historyk sztuki, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska i współtwórca Związku Ludności Narodowości Śląskiej). Esej trzeci napisał adiunkt z Instytutu Socjologii UŚ, który zajmuje się socjologią miasta i przestrzeni oraz badaniami społecznych problemów Górnego Śląska. Jego esej nosi tytuł Gorole i hanysy w osadzie >Kopalnia< na Górnym Śląsku. Rzecz dotyczy Murcek.
Nie wiem, czy te prace mogłyby się ukazać w Śląsku Tadeusza Kijonki, choć w ostatnim numerze miesięcznika znajdziemy długi wywiad z prof. Markiem S. Szczepańskim, dyrektorem Instytutu Socjologii na UŚ i rektorem Wyższej Szkoły Zarządzania i Nauk Społecznych w Tychach, który stanowi świetne uzupełnienie esejów jego wychowanków w Opcjach. Profesor Szczepański jest najwybitniejszym medalikorzem na Górnym Śląsku (pochodzi z Częstochowy, podobnie jak nieżyjący Jerzy Duda-Gracz), który studiował na UŚ, zafascynował się Górnym Śląskiem, tu zrobił wielką karierę naukową i służy sprawom Górnego Śląska lepiej niż ktokolwiek inny. Stworzył socjologię śląską, która tropi wyłącznie prawdę. Profesor powiada: Region nigdy nie będzie - to powtarzam moim studentom do znudzenia - lepszy, piękniejszy, aniżeli głowy jego mieszkańców. Tak jest!
Gdybym był fajną Myszkowianką, ległbym krzyżem przed ołtarzem w kościele, w którym profesor Szczepański spowiada się ze swoich grzechów. I pomodlił się ździebko.


Nowe kolonie robotnicze na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 05.05.2006
Wolą mieszkać na strzeżonych osiedlach, które są zadbane i bezpieczne, bądź w podmiejskich domach, w pobliżu lasu. Ucieczka z centrów miast - zjawisko od dobrych kilku lat obserwowane w Warszawie czy Krakowie, staje się coraz bardziej zauważalne również na Śląsku.
Kostuchna i Podlesie - południowe dzielnice Katowic przeżywają istny boom budowlany. Powstają tu domki jednorodzinne i kompleksy zabudowań jedno- i wielorodzinnych. Rosną ceny gruntów. Za metr kwadratowy działki trzeba zapłacić od 100 do 150 zł za metr kw. Ludzie szukają na peryferiach przede wszystkim spokoju, bezpieczeństwa i zieleni.
Deweloperzy, którzy budują mieszkania na sprzedaż, muszą zawczasu pomyśleć o atrakcyjnym sąsiedztwie parku lub jeziora. Atutem katowickiego osiedla Przystań, mimo sąsiedztwa blokowiska Paderewskiego, jest bliskość Doliny Trzech Stawów, która daje wrażenie mieszkania poza miastem.
Także Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku silnie wpływa na całe otoczenie. Dzięki niemu osiedle Tysiąclecia nie cierpi na brak zainteresowania. Siemianowicki Węzłowiec, po drugiej stronie Parku, też ma wzięcie wśród nabywców. Podobnych przykładów jest wiele. Na chorzowskim osiedlu Różanka są najdroższe mieszkania w mieście. Ceny podnosi znajdujący się w pobliżu zadbany Park Róż.
W pozostałych miastach regionu zjawisko odpływu najbogatszych jest również widoczne, ale nie tak wyraźnie. W Gliwicach największą popularnością cieszą się Żerniki, Bojków, Ostropa. Za metr kw. gruntu trzeba tu zapłacić 50-90 zł. Najdroższe działki są w Wilczym Gardle - ceny dochodzą nawet do 150 zł.
Mieszkanie na strzeżonym osiedlu wybierają głównie ludzie w wieku 35-40 lat, często z dziećmi. Aktywni, ale już o bardzo ustabilizowanej sytuacji majątkowej.
Ucieczka ludzi z centrów miast nie powoduje, że ulegają one wyludnieniu bądź przeobrażeniu w slumsy. To raczej zmiana pokoleniowa. W centrach pozostają ci, których nie stać na przeprowadzkę, a także najstarsi mieszkańcy. Stare kamienice to także szansa dla młodych ludzi, na dorobku. Mogą tu znaleźć niedrogie pierwsze mieszkania. Centrum jest dla nich atrakcyjne, bo mają blisko do pracy, na uczelnię czy wszelkich atrakcji, które oferuje miasto.
Zjawisko ucieczki z centrum jest nieuniknione. To efekt bogacenia się społeczeństwa. Śródmieście nie potrafi bowiem zaspokoić podstawowych potrzeb mieszkańców - odpoczynku, bezpieczeństwa, relaksu. Trudno gdzieś wyjść na spacer, brakuje miejsc, gdzie dzieci mogłyby się bezpiecznie bawić.
Bez poprawy warunków życia w centrach miast, bez ich rewitalizacji, niemożliwe będzie zatrzymanie odpływu mieszkańców. Najdrastyczniejszy jest przykład Bytomia, którego centrum powoli popada w ruinę. Zaniedbane śródmieście już dziś jest na wpół wyludnione, co jeszcze bardziej przyspiesza proces jego upadku.


Uczniowie szukają rodzin powstańców
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 05.05.2006
Uczniowie ze Szkoły Podstawowej nr 14 uroczyście przejęli w piątek opiekę nad mogiłą powstańców śląskich z Sośnicy. To pierwszy krok, żeby bliżej poznali historię swojego miasta. Teraz chcą szukać rodzin powstańców.
Na nekropolii przy ul. Cmentarnej spoczywają polegli w III powstaniu śląskim mieszkańcy Sośnicy. Walczyli w oddziale pod dowództwem Karola Widery, który oprócz działań w rejonie Gliwic, wsławił się także udziałem w bitwie o Górę św. Anny.
Do tej pory społecznym opiekunem grobów było Stowarzyszenie Przyjaciół Sośnicy. - Z dorosłymi jest tak, że często czegoś się podejmują, ale nie wystarcza im sił na realizację planów. Dlatego uznaliśmy, że najlepiej będzie zaangażować w całą akcję uczniów - mówi Jolanta Jasińska, przewodnicząca Stowarzyszenia Przyjaciół Sośnicy.
Gliwicka inicjatywa jest częścią ogólnopolskiego projektu Ślady przeszłości - uczniowie adoptują zabytki. Opieka i porządkowanie powstańczych mogił ma być dla młodych gliwiczan pretekstem do poszerzenia wiedzy o historii ich miasta. - Wspólnie z dziećmi zgromadziliśmy już bardzo dużo książek i opracowań. Nawiązaliśmy także współpracę z pracownikami Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny, którzy obiecali nam odszukanie materiałów o sośnickim oddziale. Ale to wciąż było dla nich mało. Dlatego postanowiliśmy, że poszukamy rodzin powstańczych - mówi Jasińska.
Do tej pory uczniom udało się dotrzeć do rodziny Józefa Kubicy. Zasłynął jako dowódca 20-osobowego oddziału, który przy wykorzystaniu uprowadzonej niemieckiej lokomotywy w brawurowym ataku odbił dworzec w Bytomiu. Na wczorajszej uroczystości była jego córka Wanda Szczepaniuk. - U nas w rodzinie zawsze żyliśmy wspomnieniami ojca. To dla mnie ogromna radość, że teraz młodzi chcą ich wysłuchać - nie ukrywała wzruszenia Szczepaniuk.
- Wiemy już więcej o tym, jak wyglądały walki powstańcze w naszej dzielnicy - mówi Kuba Mazur z VI klasy SP nr 14. - Wcześniej nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że takie rzeczy się tutaj działy. Może kiedyś uda nam się odnaleźć rodzinę dowódcy oddziału Karola Widery i zobaczyć jakieś pamiątki po nim.
Uczniowie SP nr 14 oraz Stowarzyszenie Przyjaciół Sośnicy proszą wszystkich, którzy mogą pomóc w odnalezieniu rodzin powstańców, o kontakt z Janem Pająkiem - tel. 603 604 052.


Kierowcy na Śląsku bez ważnych praw jazdy
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 04.05.2006
30 czerwca mija termin wymiany starych, dwukartkowych praw jazdy. Niestety, większość kierowców czeka na ostatnią chwilę. Urzędnicy już dziś alarmują, że duża część osób nie zdąży na czas.
Problem jest poważny, szacuje się, że w naszym regionie wymienionych musi być kilkadziesiąt tysięcy dokumentów. W samych Katowicach dotyczy to około 35 tys. kierowców, w Rudzie Śląskiej 18 tys., a w Chorzowie około 7 tys. Choć część z tych osób to ludzie starsi, którzy już nie prowadzą samochodu, to sytuacja i tak przedstawia się dramatycznie.
- To już naprawdę ostatni dzwonek. Na nowe prawo jazdy trzeba było jeszcze do niedawna czekać 30 dni. Jednak teraz jest to ponad miesiąc. Okres oczekiwania wciąż będzie się wydłużał wraz z większą liczbą napływających wniosków - przestrzega Henryk Michalski, naczelnik wydziału spraw obywatelskich Urzędu Miasta w Zabrzu.
Jeszcze przed długim weekendem w wydziałach komunikacji śląskich urzędów było spokojnie. Teraz już widać duże ożywienie. Na razie kolejki nie są długie. W Katowicach i Zabrzu trzeba czekać około pół godziny. W Chorzowie, Gliwicach czy Rudzie Śląskiej nie ma jeszcze dużej liczby petentów, co nie znaczy, że tak będzie do czerwca.
- Szykujemy się na prawdziwe oblężenie. Warto jak najszybciej wybrać się do wydziału komunikacji. Lepiej też zawczasu przygotować wszystkie potrzebne dokumenty - apeluje do kierowców Michalski.
W celu otrzymania nowego prawa jazdy należy złożyć: wniosek (do pobrania bez kolejki w każdym urzędzie bądź przez internet), dowód uiszczenia opłaty za wydanie prawa jazdy w wysokości 71 zł, fotografię o wymiarach 3,5 x 4,5 cm (lewy półprofil) oraz kserokopię starego prawa jazdy. Przepisy pozwalają złożyć wniosek za pośrednictwem poczty, jednak technicznie jest to wciąż niemożliwe (brak podpisu elektronicznego, uiszczenia dodatkowych opłat skarbowych). Nowe prawo jazdy możemy otrzymać pocztą, jednak wpierw musimy odesłać do urzędu stary dokument celem jego unieważnienia.
Ministerstwo Infrastruktury informuje, że kierowca, który nie wymieni starego prawa jazdy we wskazanym terminie, nie straci posiadanych uprawnień do kierowania pojazdami. Jednak do momentu wydania nowego dokumentu nie będzie mógł w ogóle prowadzić samochodu.


Powstania śląskie z muzyką Boba Dylana
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 03.05.2006
W czwartek premiera najnowszego filmu Józefa Kłyka, filmowca amatora z Pszczyny. Reżyser wykorzystał w nim fragmenty ścieżki dźwiękowej do westernu Pat Garret i Billy Kid. 30 lat temu muzykę do tego filmu napisał Bob Dylan. - Wykorzystałem tylko to, co nie weszło do westernu - mówi reżyser.
Kłyk zapewnia, że historia jest autentyczna. Akcja filmu Bracia zaczyna się gdzieś w bojszowskich i jedlińskich lasach (puszczy pszczyńskiej). Kilkuletni chłopiec śpiewa:
Swoboda, swoboda, swobodziczka,
Co mi wykłodała mamuliczka,
Jak mie w kolybeczce kołysała,
Już mi o swobodzie śpiewowała.
A my ta swoboda utracili
I w niewoli my się obudzili,
Dziś jutrzenka wolności nastaje,
Każdy Ślązok idzie na powstanie.
W pobliżu płynie Wisła, a za nią, na drugim brzegu, już Polska. Kilku chłopaków z Bojszów postanawia przyłączyć się do powstania śląskiego. Formują oddział, składają przysięgę wierności w lesie. Szmuglują konie i broń przez Wisłę dla polskiego wojska. Biorą udział w potyczkach z Niemcami, ukrywają się, giną jeden po drugim. Zwłoki pierwszego, na brzegu Wisły, znajduje ksiądz.
W tym czasie na teksańskiej prerii płoną rancza. Kłyk, w roli farmera i kowboja, z koltem za pasem, musi bronić rodzinę przed zemstą Niemców. - Niektórzy zarzucają mi, że sobie coś wymyślam i robię film. Nieprawda. To są historie, które się wydarzyły. Starzy ludzie mają je jeszcze w pamięci i swoich sercach. Niczego nie zmyślałem, tak było - zapewnia Kłyk.
Prerie udało mu się nakręcić podczas pierwszej wizyty w Stanach Zjednoczonych. Dzięki temu zabiegowi, po raz pierwszy bojszowskie łąki nie musiały udawać Ameryki. Do tych kawałków dokręcono w Polsce kilka scen z płonącym domem na farmie i strzelaninę, w której Kłyk-farmer wymierza sprawiedliwość. W tle słychać fragmenty nieznanych kompozycji Boba Dylana, napisanych do westernu Pat Garret i Billy Kid.
Film Bracia powstawał przez dwa lata. Musiały się zgadzać pory roku i pogoda. - Chciałem dotrzymać terminów. Skoro trzecie powstanie było w maju, kręciliśmy je w tym miesiącu - mówi. Kłyk szukał też autentycznych miejsc, w których najprawdopodobniej odbywały się walki. Zdołał utrwalić budynki, które wkrótce rozsypywały się ze starości albo zostały zburzone. - Zdążyłem w ostatniej chwili, teraz nie miałbym już gdzie kręcić - mówi się.
Aktorzy amatorzy jak zwykle się spisali, chociaż popełniali błędy, na które nie pozwoliliby sobie profesjonaliści. - Dziewczyny zmieniały kolor włosów - raz były blondynkami, innym razem brunetkami. Chłopcy robili sobie pasemka i układali włosy na żelu. Czasami musiałem zabronić im ściągania chustek i kapeluszy z głów, bo wszystko by się wydało - mówi reżyser. Nie dało się tylko niczego ukryć, kiedy jedna z dziewcząt wyszła za mąż i zaszła w ciążę.
- U Józka fajnie jest. Od 30 lat z nim gram. W tym filmie grałem roztomajcie. Raz Ślązoka, innym razem Niemca albo kowboja. Tak często się przebierałem, że kompletnie zapomniałem, o czym jest film - mówi 74-letni Augustyn Rogalski z Bojszów, etatowy aktor Kłyka.
Najwierniejsi aktorzy, którzy wychowali się z Kłykiem, powoli się wykruszają. Jednak w ostatnich dwóch latach do stałej ekipy dołączyło kilku młodych bojszowiaków, np. 21-letnia Ewa Kral. - Bycie aktorem jest łatwiejsze, niż sądziłam. Pan Józef bardzo pomaga. Pokazuje, jak zrobić minę, co i jak powiedzieć. Kiedy opowiadam o tym wszystkim znajomym, są zdziwieni, ale jak oglądają film to im się podoba - mówi.
Premiera filmu Bracia 4 maja o godz. 18 w kinie Rialto w Katowicach.


Tablica Mendelssohna
Dziennik Zachodni, adr 4.05.2006
W Raciborzu odsłonięto we wtorek tablicę poświęconą Arnoldowi Ludwigowi Mendelssohnowi. Był on krewnym słynnego Feliksa Bartholdyego-Mendelssohna. Arnold Ludwig Mendelssohn urodził się 26 grudnia 1855 roku w Raciborzu. Był synem kolejowego mistrza maszynowego. Gdy w 1866 roku jego ojciec zmarł na cholerę, matka z dziećmi przeniosła się do Berlina.
Najpierw studiował prawo, później zdecydował, że poświęci się muzyce. Pozostawił po sobie 290 dzieł, m.in. trzy symfonie, trzy opery, dwa kwartety smyczkowe i melodie do 35 wierszy Goethego. Przede wszystkim był jednak twórcą dzieł muzyki kościelnej. Uznawany jest za odnowiciela ewangelickiej muzyki kościelnej.
Na uroczystość odsłonięcia tablicy przyjechali do Raciborza m.in. książę raciborski Franz Albrecht, Helmut Schops, konsul generalny Niemiec w Polsce i Herbert Hupka, prezes honorowy Ziomkostwa Ślązaków.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry