zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2006 czerwiec przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Kutz pokazał senatorom Śląsk
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 27.06.2006
Śląsk potrzebuje odpowiedniego public relations. Chyba żaden region nie jest postrzegany aż tak bardzo przez pryzmat stereotypów - mówił we wtorek Kazimierz Kutz. Oprowadzał po śląskich miastach kolegów z Koła Senatorów Niezależnych i Ludowych. Pokazywał im dawne bogactwo regionu i obecną biedę.
Kutz niegdyś walczył o dobre imię regionu za pomocą taśmy filmowej. Obecnie kontynuuje swoją krucjatę w murach Senatu. - Wśród wielu moich kolegów pokutuje chore myślenie o Śląsku. Stereotyp goni stereotyp. Pytają mnie: czy wy tu macie w ogóle jakąś cywilizację?. Dlatego zaprosiłem kilku senatorów, żeby im pokazać prawdziwy Śląsk. W całej różnorodności, począwszy od jego bogactwa, a skończywszy na postępującej pauperyzacji społeczeństwa - mówi Kutz.
Wczoraj senatorowie z Koła Senatorów Niezależnych i Ludowych poznali najważniejsze zabytki poprzemysłowe, osiedla robotnicze oraz śródmieścia kilku miast. W roli przewodnika wstąpił dr Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, a przede wszystkim historyk sztuki, który bombardował gości wiadomościami.
Wycieczka zaczęła się od przejazdu przez zdegradowane centrum Bytomia. Senatorowie ze zgrozą oglądali niegdyś wspaniałe kamienice, dziś opuszczone, z pustymi oczodołami zamiast okien. - Nie przypuszczałem, że Śląsk aż tak zubożał. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami katastrofy społecznej - zauważył senator Maciej Płażyński.
Jednak były też jaśniejsze punkty zwiedzania. Senatorowie zachwycali się zabytkami poprzemysłowymi. - Wieża wyciągowa szybu Krystyna to wspaniała architektura. Nadawałaby się nawet na biura senatorskie - żartował senator Lesław Podkański.
Największe jednak wrażenie zrobiła na wszystkich Elektrociepłownia Szombierki. Olbrzymi ceglany kompleks oczarował skalą. - Kominy mają u podstawy średnicę 10 metrów, natomiast ich wysokość wynosi 120 metrów - mówił Gorzelik. Perełką elektrociepłowni jest hala maszyn, przykryta gigantycznym sklepieniem wykonanym z drewna modrzewiowego. - Ściany są bardzo grube, natomiast dach jest lekki, gdyż początkowo miała tu być fabryka dynamitu. W razie wybuchu cała energia poszłaby w górę. Jednak potem w trakcie budowy zmieniono jej funkcję - wyjaśniał Gorzelik.
- Przepiękny obiekt, jestem pod olbrzymi wrażeniem. Chyba nawet w Zagłębiu Ruhry nie widziałem czegoś podobnego - mówił Podkański.
- Tego typu obiekt należy otoczyć szczególną opieką. To dziedzictwo europejskie, a nie tylko polskie. Tylko taką miarą można go oceniać - dodał zachwycony senator Marian Miłek.
Okazało się, że elektrociepłownia boryka się z problemami. Remont hali maszyn wyceniono na 2 mln zł, całkowita renowacja kompleksu to 20-30 mln zł. - Jesteśmy spółką Skarbu Państwa, dlatego nie możemy się starać o fundusze unijne. Jednak robimy, co w naszej mocy, aby obiekt żył. W hali maszyn odbywają się wystawy i koncerty. W lipcu po raz kolejny zawitają tu tancerze w ramach międzynarodowej konferencji tańca - wyjaśnia Jacek Janas, prezes Zespołu Elektrociepłowni Bytom.
Kutz dodał: - Samorządy ograniczają się do inwentaryzacji obiektów poprzemysłowych lub stwarzają jedynie szlaki turystyczne. Trzeba konkretnych działań. Powinien powstać pełen program dotyczący dziedzictwa poprzemysłowego. Na razie tylko wysoka sztuka potrafi korzystać z uroku tych przestrzeni.
- Będziemy pamiętać o problemach Śląska. A sprawę elektrociepłowni postaramy się jak najszybciej poruszyć na forum Senatu. Spróbuję namówić kolegów do napisania oświadczenia do ministra skarbu. Zmiana właściciela jest jedynym ratunkiem dla elektrociepłowni. To otworzyłoby jej drogę do otrzymania dofinansowania z funduszy unijnych - mówił Miłek.
Płażyński podał za przykład Warszawę: - Samorządy mogą więcej. Decentralizacja jest bardzo ważna także w ochronie zabytków. Ostatnio miasto chce wykupić fabrykę wódek na Pradze i przekształcić ją w centrum kulturalne. Takie działania wydobywają tę niepopularną niegdyś dzielnicę z niebytu.
- Sama gmina nie da rady utrzymać tak wielkiego obiektu. Bytom to nie Warszawa - oponował Podkański. - Przyszłość tego obiektu zależy głównie od samorządu wojewódzkiego.
Senatorowie zwiedzali też osiedla robotnicze w Rozbarku i Bobrku. Zachwycali się urokiem familoków. - Mieszkałem w podobnym jako dziecko. Tu są nawet lepsze warunki, bo ubikacje są na półpiętrze. Ja musiałem biegać za potrzebą na podwórko - wspominał Kutz.
Senator Miłek, który przed 20 laty opuścił Katowice, nie mógł się jednak nadziwić dramatycznej sytuacji społecznej dawnych osiedli patronackich. - Nie wiedziałem, że od mojego wyjazdu zaszło tu tyle niepokojących zmian. To już nie jest ten sam Śląsk. Serce się kraje człowiekowi, jak widzi te rozkradane przez złomiarzy zabytkowe budowle przemysłowe, te dzieci biegające przy familokach, które w wakacje pewnie nigdzie nie wyjadą.
Kutz specjalnie chciał pokazać i to oblicze Śląska: - Pora przestać traktować Śląsk po macoszemu. Wszelkie pieniądze przyznawane są regionowi na końcu. Śląsk już nie będzie dojną krową.
Podkański podsumował: - Śląsk to niesamowite miejsce. Chyba nigdzie w Polsce nie ma tyle sprzeczności naraz. Potęga gospodarcza sąsiaduje tu z marazmem bezrobocia i biedy. Będziemy jednak walczyć w Senacie o atuty Śląska, które mogą zniwelować jego słabości.


Hindus otworzy kopalnie na Śląsku?
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 27.06.2006
Hinduski inwestor chce reaktywować nieczynną od pięciu lat kopalnię Dębieńsko na Śląsku. Byłby to pierwszy taki przypadek w górnictwie.
Kopalnia Dębieńsko w Czerwionce-Leszczynach k. Rybnika przestała fedrować w 2000 roku. Firma zatrudniała wtedy ponad 2,5 tys. ludzi, miała spore zapasy węgla. Gdy rząd - w ramach reformy górnictwa - zdecydował o likwidacji zakładu, dwa kopalniane szyby zasypano. Trzeci jest jednak w nienaruszonym stanie. Dziś chce wykorzystać go warszawska firma Asana - spółka-córka indyjskiej firmy Astral Corporation specjalizującej się w przerobie koksu i materiałów ropopochodnych.
Firma chce wznowić w kopalni Dębieńsko wydobycie węgla i wybudować obok zakładu niewielką koksownię. Koszt inwestycji obliczono na 15-20 mln euro. Kopalnia miałaby fedrować tylko na potrzeby koksowni, ok. 1,5 tys. ton węgla dziennie. - Z technicznego punktu widzenia musielibyśmy tylko zatrudnić ludzi i uruchomić na dole górniczy kombajn. Najpierw musimy jednak uzyskać zezwolenia na wydobycie. Właśnie kompletujemy potrzebną dokumentację - wyjaśnia Robert Duczek, przedstawiciel Asany.
Firma zwróciła się już do Kompanii Węglowej (należy do niej teren wokół kopalni Dębieńsko) z ofertą kupna lub dzierżawy dwóch działek, gdzie miałaby stanąć koksownia.


Konkurs Śląska rzecz rozstrzygnięty
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 27.06.2006
Dywan łączący nowoczesną technologię produkcji i ludowy wzór najlepszym produktem śląskich projektantów. W Cieszynie rozstrzygnięto pierwszą edycję konkursu Śląska rzecz.
Dywan nosi nazwę moho_hej!DIA i zaprojektowali go Magda Lubińska i Michał Kopaniszyn. - Ludowość zawsze mnie pociągała. Myśląc nad projektem, niczym się nie sugerowałem, nie oglądałem innych dywanów. Każdy projektant musi zachować dzikość i świeżość. Wciąż trzeba mieć świadomość, że robi się coś po raz pierwszy. Korzystając z elementów ludowych, znany z wiejskich chat wzór przenieśliśmy na salony - opowiada Kopaniszyn, znany artysta multimedialny.
Konkurs Śląska rzecz ma promować firmy, które korzystają z pracy śląskich projektantów i podkreślają swoje związki z regionem. Przedsiębiorcy sami zgłaszają produkty, które zostały już wprowadzone na rynek. Śląsk nie ma się bowiem czego wstydzić: działa tu silne środowisko projektantów, wielu z nich jest znanych za granicą. - Zauważam, że bycie Ślązakiem staje się modne. W środowisku często wspomina się o połączeniu tutejszego etosu pracy z wiedzą, jaką zdobywa się w Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach - mówi Ewa Trzcionka, kuratorka pokonkursowej wystawy w cieszyńskim Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości. Jury pod przewodnictwem Czesławy Frejlich nie stosowało jednak żadnej taryfy ulgowej. - Byliśmy bezkompromisowi, dlatego też na samej wystawie pokazujemy wyłącznie zwycięskie prace - dodaje Trzcionka.
Obok dywanu, drugim zwycięzcą konkursu została książka Martwe punkty. Antologia poezji Na Dziko (1994-2003) wydana przez Instytucję Kultury Ars Cameralis Silesiae Superioris (kategorii komunikacja wizualna i multimedia). Zaprojektował ją Tomasz Bierkowski, absolwent katowickiej ASP. Martwe punkty, w której znalazły się wiersze śląskich poetów związanych z grupą Na Dziko, to nietypowe wydawnictwo. Utwory zgrupowano w czterech rozdziałach: ty, ja, my, oni. - Typografia jest u nas wciąż dziedziną niedocenianą. Inspiracji dla projektu szukałem w samych wierszach. Poeci, sami o tym nie wiedząc, są najlepszymi typografami - twierdzi Bierkowski.
W tej samej kategorii wyróżniono system informacji wizualnej budynku Wydziału Teologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (projektanci: Justyna Kucharczyk, Jerzy Stysiał, Henryk Wilkosz).
Wystawę pokonkursową w Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości można oglądać do 30 czerwca.


Czy na Śląsku złoty jest walutą obcą?
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 25.06.2006
Obcej waluty nie przyjmujemy - oburzyła się na widok dwuzłotówki z herbem województwa śląskiego i godłem Polski ekspedientka w cukierni w Tychach.
Od 1996 r. Narodowy Bank Polski emituje monety dla kolekcjonerów o niewielkich nominałach. - Ostatnio dostałem kilka, ale nic nie udało się za nie kupić. Czy one w ogóle mają jakąś wartość? - zastanawia się jeden z mieszkańców Tychów.
Z garścią kolekcjonerskich, błyszczących dwuzłotówek wybraliśmy się wczoraj na zakupy. Ekspedientka w tyskiej piekarni bez mrugnięcia okiem sprzedała drożdżówkę z nadzieniem budyniowym i wydała resztę. Na targu udało się kupić brokuły. - Fajna. Dam synowi - śmiała się młoda kobieta, podrzuciła ją w górę i schowała do plastikowego pudełka.
Potem już było coraz gorzej. - Co to jest? Euro? - pytała, obracając monetę w palcach, ekspedientka w cukierni. - Obcej waluty nie przyjmujemy - spojrzała podejrzliwie. Nie pomogły wyjaśnienia ani prośba, żeby się przyjrzała monecie.
W Żabce dziewczyna, wykładając towar na półkach, była bardzo konkretna. - Nie! Szefowa nie pozwala - odparła.
W Lotto też nie mieliśmy więcej szczęścia. - Przyjęłabym je, gdyby ludzie nie protestowali. Kiedyś próbowałam wydać resztę i o mało mnie o złodziejstwo nie posądzili - powiedziała pracownica.
Poza złotymi i srebrnymi monetami kolekcjonerskimi o znacznie większej wartości NBP emituje rocznie po kilka milionów dwuzłotówek ze zwykłym stemplem o charakterystycznej złotej barwie, tzw. Nordic Gold. Są wśród nich monety dwuzłotowe z wizerunkiem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, Mikołaja Reja, Ildefonsa Gałczyńskiego, papieża Jana Pawła II, seria z cyklu Zwierzęta świata, Dzieje złotego, a nawet bite na szczególną okazję (np. 60. rocznica zakończenia II wojny światowej, igrzyska olimpijskie). Swoje dwuzłotówki mają także niektóre województwa, m.in. śląskie, pomorskie, małopolskie.
Monety są sprzedawane według wartości nominalnej, a NBP informuje, że są prawnym środkiem płatniczym w Polsce (patrz strona internetowa www.nbp.pl).
Bartosz Łuczywo z katowickiego oddziału NBP, stanowczo temu zaprzecza. - Nic z tych rzeczy, monety kolekcjonerskie są traktowane przez banki jak pozostałe - mówi. Dodaje jednak, że sprzedawcy rzeczywiście nie mają obowiązku ich przyjmowania.


Co gra śląski didżej?
Dziennik Zachodni, Angelika Niaka 27.06.2006
5 tys. pirackich płyt i 3 komputery zarekwirowano podczas wspólnej akcji policji i inspektorów Związku Stowarzyszeń Artystów Wykonawców STOART. Akcję przeprowadzono w zeszły weekend w 11 śląskich dyskotekach.
- Sprawdzaliśmy miejsca, które od dłuższego czasu, mimo ostrzeżeń, łamały prawa autorskie, nie płacąc artystom tantiem za publiczne odtwarzanie ich nagrań - mówi Jan Pawul, inspektor STOART ds. naruszeń ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
Takie akcje, jak podkreśla Pawul, to dla STOART-u ostateczność - ciągłe napominanie nic nie dało. 24 czerwca policjanci z Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach i komend miejskich odwiedzili dyskoteki w dziesięciu miastach m.in. Katowicach, Gliwicach, Bytomiu i Tychach.
- Sprawdzaliśmy płyty, które puszczają didżeje, oraz ich sprzęt. Żaden ze skontrolowanych lokali nie miał dokumentów, które mówiłyby o prowadzeniu jakichkolwiek opłat za publiczne odtwarzanie utworów - podkreśla podinspektor Andrzej Gąska z KWP w Katowicach. Właścicieli dyskotek czeka sąd. Będą też musieli zapłacić wysokie odszkodowania dla artystów.
Zadłużenie skontrolowanych dyskotek wobec Związku sięga od 20 tys. do miliona złotych. Ale w kolejce po swoje ustawią się też ZAIKS, chroniący prawa autorów muzyki i tekstów, oraz ZPAV - chroniący prawa producentów nagrań i nośników muzyki. Wkrótce na Śląsku ruszą kolejne akcje policji - w pubach i klubach.


Kat Ślązaków zmarł przed wyrokiem
Gazeta Wyborcza, Agnieszka Jukowska 21.06.2006
Oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości 82-letni Czesław Gęborski, były komendant obozu dla przesiedlanych po wojnie Ślązaków, nie doczekał wyroku. Zmarł kilka dni temu w Katowicach.
Został komendantem obozu w Łambinowicach, gdy miał 20 lat i był sierżantem MO. Według prokuratury w obozie osadzono mieszkańców całych opolskich wiosek po to, by w ich domach mogli osiedlić się repatrianci ze Wschodu. W obozie Ślązakom odbierano dobytek, żywiono suchym chlebem i zgniłymi ziemniakami. Wycieńczonych i schorowanych wykorzystywano zamiast zwierząt pociągowych do prac w polu. Umierali z głodu, wycieńczenia i z powodu epidemii tyfusu.
Kilkudziesięciu więźniów zostało jednak zamordowanych podczas pożaru baraków, który zdaniem oskarżenia zorganizował Gęborski, by ukryć dokonywane przez strażników rabunki. Działając ze szczególnym okrucieństwem, miał kolbą i siekierą zapędzać więźniów do gaszenia pożaru, a następnie rozkazał do nich strzelać. O tym, że akcja zlikwidowania więźniów przy okazji pożaru była zaplanowana, miały świadczyć m.in. wykopane wcześniej przez więźniów na rozkaz Gęborskiego głębokie doły.
Dwa razy prowadzono śledztwo w sprawie zbrodni (w latach 40. i 50.) i dwa razy je umarzano. Gęborski tymczasem piął się po szczeblach kariery w aparacie bezpieczeństwa. Został oficerem pionu bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach, na emeryturę przeszedł w latach 70.
Śledztwo wznowiła w 1990 r. Komisja Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu w Opolu. Dziewięć lat później przedstawiono byłemu komendantowi zarzut zabójstwa ponad 30 osób w czasie pożaru.
Przesłuchano wszystkich żyjących świadków zbrodni. Wielu potwierdziło oskarżenia.
Były komendant podkreślał, że zależy mu na tym, by sprawa została wyjaśniona, gdyż czuje się niewinny i chce zostać oczyszczony z zarzutów. Do końca procesu pozostało jeszcze do przesłuchania tylko kilku świadków i wizja lokalna na terenie obozu w Łambinowicach. Jednak w kwietniu Gęborski trafił do szpitala MSWiA w Katowicach z powodu niewydolności krążenia. Umarł w zeszłym tygodniu. Sąd umorzył postępowanie.


Neverending story
Gazeta Wyborcza, Michał Smolorz 23.06.2006
Jak Śląsk długi i szeroki, stoimy w gigantycznych korkach z powodu remontów dróg. Posuwamy się metrowymi skokami, klnąc i wyrzekając, ale gdzieś w podświadomości żyjemy nadzieją, że kiedyś to się musi skończyć i wtedy wreszcie będziemy jeździli po równym jak stół asfalcie. Przyjmujemy tłumaczenia władz lokalnych i regionalnych, że wszystkiemu winne są wieloletnie zaniedbania w infrastrukturze drogowej, które ciągną się hen, od czasów PRL-u, a teraz władza robi, co może, by nadgonić stracony czas i... już wkrótce będzie dobrze.
Niestety, to ułuda. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że warto teraz zacisnąć zęby i przeczekać wszystkie nagromadzone remonty, by za rok, dwa lub pięć mieć drogi na europejskim poziomie, to jest głęboko naiwny, a w dodatku ma krótką pamięć. Niemal wszystkie piętrzące się przed maską roboty drogowe prowadzone są w miejscach, w których ledwie trzy-cztery lata temu już gruntownie odnowiono nawierzchnię albo wręcz prowadzono remont generalny. I cztery lata wcześniej też i cztery poprzednie też itd. Możemy być pewni, że owe naprzemienne lanie i zdzieranie asfaltu mamy zapewnione na sto lat do przodu.
Technologicznie nie ma problemu, aby zbudować drogę, która przetrwa co najmniej 20 lat, bo takie są kryteria przyzwoitości. Dość powiedzieć, że odziedziczone przez nas hitlerowskie autostrady, choć w czasie budowy były przedmiotem niekończących się skandali korupcyjnych i nadużyć materiałowych, służyły nam bez większych napraw 60 lat, w tym ostatnich 10 lat w warunkach wzmożonego ruchu drogowego. Miejskie drogi z granitowej kostki mają po 100, 200 i więcej lat i nic się z nimi nie dzieje. Nie wspomnę już o rzymskiej Via Appia, która grubo ponad 2000 lat dźwiga na grzbiecie rydwany, dyliżansy i autobusy, a po nas dźwigać będzie wszystkie kolejne wehikuły.
Problem nie jest technologiczny, ale... polityczny. W dzisiejszym systemie robót publicznych nikt nie jest zainteresowany solidnym remontem i położeniem nawierzchni, która wytrzyma dłużej niż cztery lata. Co tu kryć, drogownictwo to gigantyczne pieniądze, którymi chce się pożywić każda ekipa władzy, bo że tej kuchni musi starczyć i dla zleceniobiorcy, i dla zleceniodawcy - to już banał. To są grube miliony do wydania i do przerobienia w każdej kadencji, więc kto będzie podcinał gałąź, na której siedzi, i lał asfalt, którego nie trzeba będzie zrywać za cztery lata? Jest też i druga przyczyna, dla której najbardziej opłaca się tandetne i nietrwałe wykonawstwo: w przetargach publicznych jedynym kryterium rozstrzygającym jest cena. Nikt nie pyta o jakość, o 10-letnią gwarancję, o konkretne parametry wytrzymałościowe. Komu więc opłacałoby się sięgać po lepsze i droższe technologie, skoro zwyciężają te najtańsze? Przy nich i urzędnik jest zadowolony, bo zawsze może się wykazać, że w uczciwym przetargu rzeczywiście zwyciężył najtańszy, i wykonawca, bo nikt nie oczekuje od niego jakości i trwałości dzieła.
I wreszcie... Nie bez powodu nasilenie robót drogowych notujemy zawsze w roku wyborów samorządowych. Już 170 lat temu Mikołaj Gogol przemycił do Rewizora nieśmiertelną maksymę, że rozkopane miasto jest najlepszym dowodem działania władzy. Który birgermajster zrzecze się najskuteczniejszego składnika kampanii wyborczej, jakim jest beton i asfalt? Pamiętajmy - stojąc w korku i wdychając smród dymiącej bituminy - że wygoda obywatela jest ostatnim czynnikiem kształtującym terminy i częstotliwość remontów dróg. Oswajajmy się ze świadomością, jest to niekończąca się baśń, w której przyszło nam występować. A potem naszym dzieciom, i wnukom, i prawnukom...


Kibice Ruchu nad mogiłą Eziego
Gazeta Wyborcza, tod 23.06.2006
Delegacja Ruchu Chorzów odwiedziła wczoraj grób Ernesta Wilimowskiego, legendarnego piłkarza z Górnego Śląska. Dzień nie był przypadkowy - akurat wczoraj minęła 90. rocznica urodzin Eziego.
- Chcieliśmy uczcić pamięć wielkiego, ale przez wielu niedocenianego człowieka i piłkarza. Przez lata jego historia była fałszowana, a legenda niszczona - podkreśla Adrian Nimptschke, działacz i sympatyk niebieskich.
Grób zmarłego przed dziewięciu laty Wilimowskiego znajduje się na największym cmentarzu w Karlsruhe. Mogiłę odwiedziło czterech kibiców Ruchu z Chorzowa i dwóch z Fan Clubu Deutschland.
Na szarfach dołączonych do kwiatów znalazły się dwa napisy, w języku polskim i niemieckim: Na zawsze w naszych sercach. Delegacja zabrała też do Niemiec dwie pamiątkowe grawery. Pierwsza pochodzi z roku 1995, gdy Wilimowski został wybrany na piłkarza 75-lecia chorzowskiego klubu. Druga grawera powstała specjalnie w związku z wyjazdem, a znalazł się na niej napis: Dla piłkarza Ruchu Chorzów. Reprezentanta Śląska, Polski i Niemiec. W najbliższych dniach kibice Ruchu przekażą grawery rodzinie Wilimowskiego - w Niemczech mieszkają żona i córka piłkarza. Sympatycy niebieskich wybierają się jeszcze do Monachium, gdzie mają dziś obejrzeć mecz mistrzostw świata między Niemcami i Szwecją.


Legendy śląskiego futbolu na murawie!
Gazeta Wyborcza, Piotr Płatek 22.06.2006
Miroslav Klose w ataku, obok Gerarda Cieślika i Ernesta Wilimowskiego? Oglądaliśmy to w czwartek na Stadionie Śląskim podczas wernisażu wystawy Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej w piłce nożnej - wczoraj i dziś.
Tej wystawy nie byłoby, gdyby nie żmudna praca dwóch dziennikarzy naszej Gazety: nieżyjącego już Joachima Waloszka i Pawła Czado, szefa działu sportowego. Waloszek jeszcze w latach 90. przeprowadził ogromną ilość rozmów z legendami śląskiego futbolu. Zebrał dziesiątki anegdot, zdjęć i pamiątek. Większość tych zbiorów wykorzystano na wystawie oraz w wydanej z tej okazji książce.
- Joachim poznawał kolejnych ludzi, rozmawiał z nimi, a jednocześnie przekraczał granice, których wielu z nas do dziś przekroczyć nie potrafi - mówił wczoraj podczas dyskusji panelowej Marcin Wiatr z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej, który był jednym z organizatorów wystawy.
Temat trudnych losów Ślązaków, ich występów w reprezentacjach Niemiec czy Polski, to dla wielu ludzi wciąż temat tabu. Najlepszym przykładem jest postać fenomenalnego napastnika Ernesta Wilimowskiego, który grał w obu reprezentacjach. Jeden z najlepszych strzelców w historii światowej piłki to przecież wciąż jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci naszego futbolu.
Kto zechce odwiedzić wystawę, będzie miał okazję zobaczyć takie perełki, jak legitymację Gerarda Wodarza z 1945 r., zdjęcie braci Pieców, gwiazd Naprzodu Lipiny z lat 30. i 40., czy list gratulacyjny marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego do Ewalda Dytki z 1937 r., z podziękowaniem za świetną grę reprezentacji.
Znajdziecie tu też sylwetki piętnastu piłkarzy, którzy zrobili największe kariery w kadrach Polski i Niemiec. W śląskiej drużynie marzeń są m.in. Gerard Cieślik, Ernest Wilimowski, Stanisław Oślizło, Hubert Kostka, Ernest Pohl, a także grający obecnie w zespole narodowym Niemiec Lukas Podolski i Miroslav Klose.
Trudno o lepszy czas na tę wystawę. Na mundialu w Niemczech piłkarze ze Śląska pojawili się w barwach aż trzech reprezentacji: Polski, Niemiec i Czech. - Ekspozycja pozwoli zrozumieć trudne wybory Ślązaków - mówił na otwarciu Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego.
Organizatorzy planują, że wystawa będzie pokazywana w kolejnych miejscach. Niewykluczone, że jesienią, gdy zbiory trafią do Gliwic, na otwarciu wystawy pojawi się pochodzący ze Śląska reprezentant Niemiec Lukas Podolski. W przyszłości ma być wzbogacona o sylwetki piłkarzy, którzy pochodzą ze Śląska Cieszyńskiego i stali się pewnymi punktami reprezentacji Czech.
Wystawę można zwiedzać do 22 lipca w centrum prasowym Stadionu Śląskiego w godz. od 9 do 16.


Śląskie eksponaty w Niemczech
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 21.06.2006
Muzea z naszego regionu prezentują swoje zbiory w nowo otwartym Muzeum Śląskim w Goerlitz.
Zamysłem jego twórców jest przedstawienie wspólnej polsko-niemieckiej historii regionu, która ma stać się pomostem między narodami. Otwarciu placówki towarzyszy inauguracyjna wystawa Śląsk - Kraina Muzeów. Przy jej przygotowaniu do współpracy zaproszono 32 wybrane placówki z Niemiec, Czech i Polski. Każda została poproszona o zaprezentowanie jednego eksponatu.
W Goerlitz swoje zbiory prezentują dwa śląskie muzea - katowickie i gliwickie.
Muzeum Śląskie w Katowicach do Niemiec wysłało obraz Józefa Chełmońskiego Trojka, a Muzeum w Gliwicach unikatową XVII-wieczną rzeźbę Chrystusa Frasobliwego. - To na pewno ogromne wyróżnienie. W Goerlitz nasze miasto jest już bardzo mocno reprezentowane przez bogatą kolekcję żeliwa artystycznego z gliwickiej Królewskiej Odlewni, dlatego tym razem chcieliśmy pokazać coś nietypowego z naszych zbiorów etnograficznych - mówi Leszek Jodliński, dyrektor Muzeum w Gliwicach.
Zaproszeni do udziału w wystawie przygotowali także prezentację o swojej historii i zbiorach. - Wystawę traktujemy jako wstęp do dalszej współpracy. W przyszłym roku planujemy wspólną wystawę fotografii z Górnego Śląska w latach 1922-1945 oraz wystawę ceramiki i porcelany śląskiej ze zbiorów obu muzeów - mówi Jodliński.
Ekspozycja Śląsk - Kraina Muzeów potrwa do 13 sierpnia. Następnie będzie prezentowana w różnych miejscowościach w Niemczech, Czechach i Polsce.


Wystawa nt. górnośląskich piłkarzy
Gazeta Wyborcza, Rozmawiał: Maciej Blaut 20.06.20
Wystawa Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej w piłce nożnej - wczoraj i dziś. Sport i polityka na Górnym Śląsku w XX wieku jest próbą ukazania powikłanej historii Górnego Śląska oraz jego mieszkańców i stosunków polsko-niemieckich przez pryzmat historii sportu w naszym regionie. Na wystawie będzie można zobaczyć wiele archiwalnych zdjęć piłkarzy opatrzonych ich biografiami. Przy okazji wystawy zaprezentowana zostanie monografia dotycząca tej samej problematyki. Pomysłodawcami i współtwórcami wystawy są Marcin Wiatr z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej i Dawid Smolorz, współpracujący z Domem w ramach tego przedsięwzięcia.
Maciej Blaut: Jaki jest cel tej wystawy?
Marcin Wiatr: Ma ona przybliżyć fascynującą historię Górnego Śląska. W tym regionie nic nie jest oczywiste i nie do końca zamyka się w tym, co polskie i niemieckie. O przynależności do drużyny często decydowały lepsze warunki do robienia kariery czy sytuacja polityczna. Tutaj nigdy nie było to jednoznaczne. Termin wystawy nie jest przypadkowy, trwają przecież mistrzostwa świata w Niemczech.
Dawid Smolorz: Chcemy podkreślić specyfikę regionu górnośląskiego. Często zupełny przypadek decydował o tym, koszulkę z jakim orłem wkładali zawodnicy i z którą ze stron byli później identyfikowani. Często miewało to później dramatyczne skutki. Chcemy pokazać, że choć podział Górnego Śląska na część polską i niemiecką z 1922 roku już nie istnieje, to podział na Górnoślązaków polskich i niemieckich trwa do dzisiaj. Najlepszy przykład to Miroslav Klose i Lukas Podolski, grający w reprezentacji Niemiec, którzy są Górnoślązakami z krwi i kości.
Ilu Górnoślązaków polskiego pochodzenia zagrało w reprezentacji Niemiec?
Smolorz: Nie można używać stwierdzenia Górnoślązacy polskiego pochodzenia, nie wiedząc, co oni odczuwali. To, że np. Podolski i Klose urodzili się na ziemiach polskich, o niczym nie świadczy, bo - z tego, co wiadomo - obaj czują się Niemcami. Piłkarze grali w takiej, a nie innej reprezentacji, bo akurat na terenie danego kraju przyszło im żyć. Przecież to dość przypadkowe wytyczenie granicy z 1922 roku sprawiło, że chłopcy z Katowic i Chorzowa grali dla Polski, a chłopcy z Zabrza i Gliwic dla Niemiec.
Wiatr: Oczywiście najsłynniejszą postacią, która pokazuje ten dylemat, jest słynny Ernest Wilimowski, który przez wiele dziesięcioleci był skazany na zapomnienie. Jego matka była z ducha niemiecką Górnoślązaczką. Był wychowankiem 1.FC Katowice - klubu utożsamianego z mniejszością niemiecką. W pewnym momencie przeszedł do Ruchu Wielkie Hajduki, który był symbolem powstańczych tradycji. To o niczym nie świadczy - przeszedł tam, bo ktoś mu podpowiedział, że tam zrobi większą karierę. Jego wybór między klubem niemieckim a polskim - a potem między reprezentacją Polski i Niemiec - nie do końca jest wyborem politycznym. Interpretacja wszelkich wyborów poprzez klucz historii i polityki może być myląca.
Wilimowski był największą gwiazdą z Górnego Śląska grającą w kadrze Niemiec?
Smolorz: Zawodnika porównywalnego do Wilimowskiego trudno szukać po jednej i drugiej stronie granicy. Jeśli chodzi o Górnoślązaków, którzy zrobili karierę, to na pewno trzeba wymienić dwóch górnośląskich mistrzów świata z 1954 roku: Friedricha Labanda z Zabrza i Richarda Hermanna z Katowic, których powojenne losy rzuciły w głąb Niemiec. O ile Laband przez całe życie był niemieckim obywatelem, to Hermann w latach 20. i 30. był obywatelem polskim. To dwaj jedyni górnośląscy mistrzowie świata. Być może w tym roku coś się zmieni...
Wiatr: Wiele zależy od tego, jak zdefiniujemy wybitność. Wiadomo, że najwięksi są ci, którzy mają sukcesy: zdobywają puchary, grają w finałach mistrzostw świata. Warto też jednak wspomnieć o zupełnie innych sukcesach. Na początku lat 40. Naprzód Lipiny [wówczas noszący nazwę TuS Lipine - przyp. red.] wyjechał w ramach rozgrywek Pucharu Niemiec do Monachium [wówczas zwanego Tschammer Pokal, czyli Pucharem Tschammera. Hans von Tschammer und Osten był Reischssportführerem i szefem wydziału sportu w hitlerowskiej organizacji rekreacyjnej Kraft durch Freude, czyli Siła przez radość - przyp. red.]. Lipinianie grali w półfinale z TSV 1860 Monachium. Gracze z Lipin nie byli zawodowcami, to byli ludzie, którzy pracowali zawodowo. Na mecz nie udali się autobusem czy samolotem, tylko... pociągiem towarowym, a potem niemal z marszu zagrali na boisku w Monachium. Piłkarze z Lipin przegrali wysoko, ale ich wola walki była niesamowita. Po tym meczu w Bawarii przez kilka tygodni nie mówiło się o niczym innym, jak o jakimś małym wschodnioniemieckim zespole, który robi furorę nie tym, że wygrywa, ale niesamowitą wolą walki, przygotowaniem fizycznym, zawziętością. To są cechy, które charakteryzowały wielu górnośląskich piłkarzy. Często nie byli profesjonalistami, ale dochodzili do formy dzięki zacięciu, pracowitości i woli walki.
Lata międzywojenne był najtrudniejsze dla górnośląskich sportowców?
Smolorz: Okres międzywojenny był przez cały czas okresem mniej lub bardziej intensywnej walki Polski i Niemiec o przeciągnięcie Górnoślązaków na swoją stronę. Z tego punktu widzenia był to okres niebywale skomplikowany. Rok 1939, gdy państwo polskie przestało istnieć, a wszyscy Górnoślązacy zostali uznani za Niemców albo za spolonizowanych Niemców, uczynił to jeszcze trudniejszym. Po polskiej stronie rzeczywiście było wiele osób autentycznie identyfikujących się z kulturą niemiecką, ale dla przeciętnego Górnoślązaka z polskiej strony - w tym sportowca - była to tragedia. Tymczasem rok 1945 nie oznaczał wcale uspokojenia sytuacji. Wtedy okazało się, że ci, którzy w latach 30. i 40. otwarcie przyznawali się do niemieckości, znaleźli się na cenzurowanym. Musieli zapomnieć o swojej tożsamości albo wyjechać.
Trzecia opcja to był obóz. Trzeba też wspomnieć o czymś, co do pewnego stopnia również inspirowało naszą pracę przy wystawie. Chodzi o pytanie: dlaczego tutaj kibicuje się również... niemieckiej drużynie?! Z punktu widzenia ludzi urodzonych w centralnej Polsce to jest rzecz całkowicie kosmiczna. To oczywiście fantastycznie wpisuje się w schemat Górnoślązaka - Germańca czy Krzyżaka. Natomiast sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Znam opowieści dotyczące zachowania zabrzan w 1954 roku po zdobyciu przez Niemcy mistrzostwa świata. W niektórych dzielnicach dochodziło do czegoś, co można by porównać z karnawałem w Rio. Ludzie siedzieli przy odbiornikach i w momencie zakończenia meczu dochodziło do całkowitej eksplozji entuzjazmu. Można zaryzykować twierdzenie, że Górnoślązacy kibicowaliby jednocześnie reprezentacji Polski, gdyby wtedy grała, i z równym entuzjazmem cieszyliby się z jej sukcesów. Górnoślązacy mieli wtedy - i chyba mają do dziś - większe serce, które mieści w sobie sympatię dla obu drużyn.
Wiatr: Stwierdzenie, że serce Górnoślązaka jest pojemniejsze, jest trudne do zrozumienia nie tylko dla Polaków, ale i dla Niemców. W piłce nożnej wydawałoby się nie ma innej opcji - albo jest się za jedną drużyną, albo za drugą. Tymczasem chłopcy z Sośnicy, którzy spotkali się z Podolskim odwiedzającym swoją babcię, będą dopingować polską reprezentację, ale nie można zapomnieć o fakcie, że wielu z nich będzie też kibicowało Podolskiemu. To przecież regionalna duma.
Czy możemy się spodziewać, że w kolejnych latach w reprezentacji Niemiec będą pojawiać się następni piłkarze z Górnego Śląska?
Wiatr: W młodzieżówce niemieckiej już gra Lukas Sinkiewicz z Tychów, który zaliczył też kilka spotkań w pierwszej reprezentacji. Sam znam kilku chłopaków, z którymi grałem na boisku, a którzy występują teraz w ligowych klubach niemieckich. Z tym fenomenem wciąż będziemy mieli do czynienia. Polska w ogóle wyludnia się, jeśli chodzi o młodych ludzi. Szukają masowo pracy i perspektyw życiowych w Anglii, Holandii, Niemczech. Z drugiej strony mamy też inny fenomen - ci, którym udało się zabrać jakiś kapitał, próbują wracać na Górny Śląsk. Tak jednak dzieje się tylko w przypadku osób, które bardzo utożsamiają się z tym regionem i są świadome jego dziedzictwa. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że w przypadku młodych Górnoślązaków utożsamianie się z regionem jest coraz silniejsze. Być może uda się więc odwrócić trend wyjazdów.


Uthemann w giszowieckim domu kultury
Gazeta Wyborcza, tm 20.06.2006
Popiersie Antona Uthemanna zostało odsłonięte wczoraj w Domu Kultury w Giszowcu. Wykonane z brązu, dłuta artysty rzeźbiarza Bogumiła Purzyńskiego, stanęło w holu tuż przy sali teatralnej. Będzie przypominało o tym, że najsłynniejsze osiedle robotnicze na Śląsku, nazywane miastem-ogrodem, nigdy by nie powstało, gdyby nie Uthemann, ówczesny dyrektor spółki Spadkobiercy Jerzego von Giesche. Ten urodzony w Monschau w 1862 roku przemysłowiec był doskonałym gospodarzem. W spółce Gieschego zreorganizował i zmodernizował kopalnie Kleofas, Heinitz oraz Giesche (Wieczorek). Jednak jego oczkiem w głowie była budowa osiedli robotniczych: Giszowca i Nikiszowca.
Uthemann interesował się wszystkim, co działo się na osiedlu. Miał obsesję na punkcie porządku. Stworzył rygorystyczny regulamin, który określał m.in., jakimi roślinami należy obsadzać przydomowe ogródki.
- Uhonorowanie Uthemanna to znak przełomu w myśleniu. Dotychczas była to postać uznawana za kapitalistę i wyzyskiwacza. Pora zweryfikować historię i docenić wielką i światłą osobę - powiedziała podczas uroczystości Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka Muzeum Historii Katowic.


Rodzenie po ludzku na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 20.06.2006
Ponad dwie trzecie śląskich matek korzysta ze szkół rodzenia. Ponad połowa zadowolona jest z opieki w szpitalach - wynika z ankiet zebranych do tej pory w ramach naszej akcji Rodzić po ludzku.
Spośród 27,5 tys. ankiet, które dotarły do redakcji Gazety Wyborczej, aż 12 proc. pochodzi od matek z województwa śląskiego (drugie miejsce po mazowieckim). Z odpowiedzi wynika, że 68 proc. mieszkanek Śląska, spodziewających się dziecka, uczęszcza do szkół rodzenia. Większym powodzeniem szkoły rodzenia cieszą się m.in. na Warmii i Mazurach (84 proc.), a także na Lubelszczyźnie (78 proc.) i w Wielkopolsce (74 proc.).
Mimo wielu krytycznych głosów, śląskie mamy na ogół dobrze oceniają personel w szpitalach. 71 proc. z nich uważa, że w izbie przyjęć położne i lekarze byli wobec nich życzliwi, a tylko 2 proc., że niegrzeczni, a nawet ordynarni. Podobnie wypada ocena personelu na salach porodowych. Według 76 proc. matek był życzliwy i pomocny, a tylko 3 proc. uznało go za nieżyczliwy i nieuczynny. Warto jednak zaznaczyć, że w kilku innych województwach, np. w Wielkopolsce, praca lekarzy i położnych została oceniona jeszcze lepiej.
Ocena samego porodu wypada na Śląsku podobnie jak w całej Polsce. Ponad połowa naszych mam uważa poród za piękne i jedyne w swoim rodzaju przeżycie, a tylko 8 proc. za koszmar. Dla pozostałych to coś, przez co musi się przejść. 73 proc. porodów odbywa się w naszym województwie naturalnie, a 26 proc. przez cesarskie cięcie, przy czym połowa cesarek to zabiegi na życzenie, a nie ze względu na wskazania lekarskie.
Na koniec miła wiadomość: porody rodzinne należą u nas do najtańszych. Podczas gdy w Warszawie płaci się za nie średnio 410 zł, a w Małopolsce czy Świętokrzyskiem ponad 200 zł, u nas tylko 107 zł. Tańsze porody rodzinne są tylko na Warmii i Mazurach (100 zł) oraz na Podkarpaciu (85 zł).
Akcja Rodzić po ludzku będzie trwać do Bożego Narodzenia. Informacji na jej temat i ankiety można szukać na stronie: www.rodzicpoludzku.pl, a listy w sprawie porodów można wysyłać na adres: rodzicpoludzku@agora.pl.


Film dokumentalny o Erwinie Sówce
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 19.06.2006
Mikołowski operator Adam Sikora zrealizował godzinny film dokumentalny o malarzu należącym do słynnej Grupy Janowskiej - Erwinie Sówce. Nie zobaczymy go jednak wcześniej niż jesienią, bo Telewizja Polska zażądała za pokaz w Katowicach pieniędzy.
Film Sówka Erwin powstał na początku roku na zlecenie Programu II Telewizji Polskiej. Jego reżyser Adam Sikora nie po raz pierwszy zmierzył się filmowo z legendą Grupy Janowskiej. Kilka lat temu, gdy Lech Majewski kręcił Angelusa, poświęconego twórczości słynnych śląskich malarzy amatorów, Sikora był autorem zdjęć do filmu. - O Erwinie Sówce myślałem już od wielu lat i nareszcie udało mi się zrealizować dokument o jego życiu. To film stworzony po Bożemu: kreślący prawdziwy portret artysty - opowiada operator i reżyser.
Jak wylicza sam Sówka, dzieło Sikory to piąty film, którego był bohaterem. - Dlatego nie miałem już tremy. Jestem dobrym aktorem - śmieje się malarz.
Sówka i ekipa filmowa odwiedzili miejsca związane z jego życiem - Giszowiec, gdzie się urodził, i Nikiszowiec, gdzie się wychowywał. Z kamerą dotarli również do kopalni Wieczorek, w której przez wiele lat pracował Sówka. - To jeden z najbardziej emocjonujących momentów w filmie, Sówka powrócił tam po 18 latach i nie mógł ukryć wzruszenia - wspomina Sikora.
- Zupełnie inaczej to wszystko wyglądało: i miejsca, i ludzie. Po raz pierwszy byłem też w maszynowni wyciągowej na Wieczorku - przyznaje Sówka. Kilka ujęć powstało przed domem w Giszowcu, w którym Sówka przyszedł na świat równo 70 lat temu. - Chałupa wciąż istnieje, jeszcze jej nie zwalili. Będzie się nazywała moim imieniem - żartuje znów Sówka.
W dokumencie Sikora kreśli inscenizowane scenki, znane z obrazów katowickiego malarza samouka. - Erwin wielokrotnie podkreślał, że jest dzieckiem przeniesionym z kosmosu, że trafił na Ziemię z Saturna. Taki charakter ma też wiele z jego obrazów, których sugestywność już dawno mnie uwiodła - deklaruje Sikora. Film o śląskiej sztuce wypełnia równie śląska muzyka bluesmana Jana Kyksa Skrzeka.
Na razie nie jest jeszcze znany termin, kiedy film będzie można zobaczyć telewizji. W Katowicach planowano pokaz w kinoteatrze Rialto, jednak zapowiadaną na piątek prezentację odwołano. - Od lat promujemy śląskie produkcje filmowe. Każdy z naszych pokazów jest zwykle działalnością promocyjną i wielokrotnie otrzymywaliśmy filmy nieodpłatnie. Tym razem jednak telewizja zażyczyła sobie pieniędzy. Tych kosztów nie byliśmy w stanie ponieść. Mam jednak nadzieję, że z TVP uda nam się dogadać, ponieważ jesienią, już po otwarciu Centrum Sztuki Filmowej, planujemy zorganizować przegląd filmów Adama Sikory - mówi Jan F. Lewandowski z Instytucji Filmowej Silesia Film, która przygotowywała piątkową projekcję.


Najlepszy budynek i przestrzeń w województwie
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 19.06.2006
Architektoniczne Oscary rozdane! Jurorzy zaskoczyli swoim werdyktem. Grand Prix przyznano autorom dwóch budynków: siedzibie NBP oraz domu jednorodzinnego w Rudzie Śląskiej. Niewielki plac w Lublińcu otrzymał tytuł najlepszej przestrzeni publicznej.
Najważniejsze nagrody architektoniczne w regionie rozdano wczoraj w Urzędzie Wojewódzkim. Konkursy Architektura roku i Najlepsza przestrzeń publiczna to wielkie święto dla całego środowiska architektonicznego. Nagrody mają promować dobrą architekturę oraz wzorcowe przestrzenie publiczne.
Dobrze się stało, że jury doceniło skromne realizacje. Tak jest z domem w Rudzie Śląskiej. Niewielki budynek położony na uboczu został nagrodzony za niespotykaną wrażliwość autora na potrzeby inwestora. W tym przypadku były one może trochę ułatwione, bo architekt Robert Konieczny zaprojektował dom dla rodziców i babci. - Projektowanie dla siebie bywa najtrudniejsze. Cieszę się, że rodzinie dobrze się mieszka w domu z kapsułą. Gdy go projektowałem, nie liczyłem na jakieś wyróżnienie. To po prostu miał być dom dla najbliższych - mówi Konieczny, laureat Grand Prix.
Konieczny to prawdziwy weteran konkursu, już za swój debiut - dom trójkątny w Katowicach - otrzymał Grand Prix w 2001 r. Rudzki dom zachwyca prostotą, klarownością oraz poezją. Jest bardzo śląski w charakterze, mimo że nie ma tu żadnej cepelii czy czerwonej cegły. Powstał współczesny dom z duszą familoka.
- W konkursie chcieliśmy docenić również małe realizacje - mówi Tomasz Studniarek, prezes katowickiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich, które wspólnie z wojewodą i marszałkiem śląskim współorganizowało konkursy - Niewielkie budynki czy place mają znacznie silniejszy ładunek emocjonalny od dużych przedsięwzięć. Myśl autora jest bardziej czytelna w małych formach. Tak jest z domem w Rudzie Śląskiej, który urzekł nas doskonałą przestrzenią do zamieszkania.
Drugi z nagrodzonych budynków to siedziba NBP, którą zaprojektował zespół architektów: Dieter Paleta, Wojciech Wojciechowski i Teodor Badora. Zdaniem jury powstał znaczący obiekt, który pozytywnie wpływa na wizerunek miasta. Doceniono profesjonalizm i elegancję wykończenia budynku. Obiekt od początku był silnie promowany przez katowicki magistrat jako najważniejsza realizacja ostatnich latach. W tym przypadku nad jakością architektury górują jednak prestiż instytucji i rozmach obiektu.
Za najlepszą przestrzeń publiczną uznano przebudowę pl. Mikołaja Kopernika w Lublińcu. To dobry przykład, że nie trzeba wydawać milionów, by zbudować przyjazny kawałek miasta. - Nasz projekt od początku był konsultowany z mieszkańcami. Przestawiliśmy kilka wersji, a mieszkańcy zgłaszali swoje uwagi. Dzięki ich sugestiom plac nie stał się parkingiem, a spokojnym, kameralnym skwerem - wyjaśnia Ilona Inglot, autorka koncepcji przebudowy.
Wyróżnienie w tej kategorii otrzymało otoczenie Silesia City Center. Według opinii jury powstała tutaj namiastka rynku, a cała realizacja jest udaną próbą rekultywacji terenów pokopalnianych. Z tą opinią trudno się zgodzić. Jurorzy w tym przypadku zostali chyba oszołomieni rozmachem inwestycji. To przecież obiekt peryferyjny. Nie powstał nowy kawałek miasta, tylko wielki moloch z morzem parkingów wokół.
Także internauci przyznali swoją nagrodę dla najlepszej przestrzeni publicznej. Spodobała się im modernizacja centrum Radlina oraz tamtejszego Domu Sportu. Na tę inwestycje oddano aż 3 tys. głosów. Doceniono tutaj raczej funkcję rekreacyjną. Jakość architektury w tym przypadku z pewnością nie zachwyca.
Tytuł Młodego twórcy architektury otrzymała Aleksandra Grzonka. Doceniono ją za wszechstronność. Zajmuje się zarówno projektowaniem małych form użytkowych, np. mebli, jak i architekturą. Grzonka ma już swój rozpoznawalny styl. To mocne operowanie kolorem i grafiką. - Nagrodę traktuję jako podsumowanie pewnego etapu mojego życia zawodowego - mówi laureatka.
W kategorii Wnętrze roku nagrodzono Mikołaja i Aleksandrę Machulików za apartament mieszkalny w Ustroniu. Zwycięska praca to konsekwentnie zaprojektowane nowoczesne wnętrze w starym budynku.


Trzeba ratować zamek rudzki
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 18-06-2006
Młodzi mieszkańcy Rudy Śląskiej założyli stowarzyszenie, które zajmie się ochroną średniowiecznych zabytków w mieście.
Niewielu rudzian wie, że kamienne szczątki u zbiegu ulic Bujoczka, Starowiejskiej i Szczęść Boże w Rudzie Śląskiej to nie stary płot, ale pozostałości po średniowiecznym zamku. Jest szansa, by ruiny uratować. W mieście powstało właśnie Stowarzyszenie Młodych na rzecz Rewitalizacji Zabytków Epoki Średniowiecza w Rudzie Śląskiej. Wśród założycieli są studenci i uczniowie, których łączy wspólna pasja - historia średniowiecza.
- Ruda Śląska dla wielu osób to tylko sypiące się huty i kopalnie. Mieszkańcy nawet nie zdają sobie sprawy, że w mieście mamy dwa średniowieczne zabytki: grodzisko w Kochłowicach oraz ruiny zamku, które z roku na rok niszczeją - mówi Michał Szeliga. Wraz z przyjaciółmi: Moniką Kujon, Eleonorą Smołką, Rafałem Augusiewiczem i Łukaszem Bednarczykiem postanowił zadbać o ruiny rudzkiego zamku. Najpierw chcą prześledzić losy budowli. Informacje, które do tej pory zgromadzili, są bardzo skąpe. Wiadomo, że zamek został wzniesiony w XIV wieku, a w 1401 roku był wzmiankowany jako własność braci Rudzkich. Poważnie ucierpiał podczas wojny trzydziestoletniej, po której został odbudowany, ale już jako rezydencja pałacowa. - Najsmutniejsze jest to, że przetrwał wojnę i został rozebrany dopiero w latach 50., bo źle kojarzył się ówczesnym władzom - wzdycha Szeliga.
Przez kilkadziesiąt lat ruiny niszczały, a pamięć o historycznym dla miasta miejscu coraz bardziej się zacierała. Obecnie nocnym życiem tętnią tylko podziemia - miejsce libacji alkoholowych.
- Na początku przyszłego roku szkolnego chcielibyśmy wraz z rudzkimi uczniami zorganizować wspólną akcję sprzątania ruin. Będzie to doskonała okazja, by zainteresować najmłodszych mieszkańców historią miasta - mówi Szeliga. - Następnie planujemy zabezpieczyć wejścia do podziemi i wykonać oświetlenie, co pozwoli wyeksponować doskonale zachowane komnaty zamkowe - dodaje.
Oprócz prac porządkowych młodzi rudzianie chcą także zadbać o promocję pozostałości po jednym z najstarszych zabytków w mieście. Wkrótce powstanie strona internetowa poświęcona historii zamku, a obok ruin będzie tablica informacyjna. - Niektórzy z nas są członkami Bractwa Rycerskiego, dlatego moglibyśmy wykorzystać ruiny jako miejsce pokazów tańców dworskich i turniejów rycerskich - planuje Szeliga.
Członkowie stowarzyszenia zgodnie przyznają, że wzorem do naśladowania jest dla nich rekonstrukcja zamku w Chudowie, który powstał praktycznie od zera. - To bardzo śmiałe wizje, ale kto wie, może kiedyś w Rudzie też się uda - mówią.


Śląsk nie boi się ostrego teatru
Gazeta Wyborcza, Aleksandra Czapla 18.06.2006
Od zeszłorocznego skandalu w Warszawie i Łodzi kontrowersyjna grupa teatralna Suka Off tylko na Śląsku może oficjalnie prezentować swoje ostre spektakle. - Nigdy nie spotkałem się tu z oficjalną niechęcią np. ze strony władzy - mówi jej założyciel Piotr Węgrzyński. W poniedziałek spektakl w Katowicach.
W poniedziałek wieczorem, po raz pierwszy w Katowicach, możemy oglądać oprotestowane Clone Factory Suki Off. To radykalny spektakl. Pokazuje okrutne laboratorium, w którym klonuje się istoty wykorzystywane następnie do transplantacji organów, aktów seksualnych i eksperymentów medycznych. Jak we wszystkich akcjach Suki Off, ludzkie, nagie ciało stanowi tu przedmiot scenicznego eksperymentu w nurcie Body Art, z fikcyjnym i rzeczywistym okaleczaniem, nakłuwaniem, krępowaniem, itp.
Grupa skazana w całym kraju na niezależne kluby, w Warszawie oskarżana o szerzenie pornografii, przegoniona z Łódzkich Spotkań Teatralnych, u nas występuje bez przeszkód - na Międzynarodowym Festiwalu Teatrów A Part, którego mecenasem jest miasto.
Na Śląsku trudno znaleźć przeciwnika Suki Off. Grażyna Szołtysik, wiceprezydent Katowic, uważa, że miasto nie jest upoważnione do cenzurowania spektakli grupy. Wtóruje jej senator i reżyser Kazimierz Kutz: - W sztuce zawsze była obecna awangarda odbiegająca zdecydowanie od przyjętych norm, artystyczna prowokacja, która służy ogólnemu rozwojowi sztuki. Robienie niezdrowego szumu wokół działań Suki Off przez tych, którzy uważają się być do tego upoważnieni, uważam za głupotę i prymitywną demagogię. Gdybym był w Katowicach, na pewno poszedłbym na spektakl z czystej ciekawości, by jako stary reżyser zobaczyć, co w młodej trawie piszczy.
- Choć sam nie uprawiałbym teatru o tak ostrej poetyce, daleki jestem od jej krytykowania. Projekty Suki Off wyraźnie opatrzone są informacją, że dorośli oglądają je na własną odpowiedzialność - twierdzi z kolei Andrzej Dopierała, inicjator katowickiego Teatru Bez Sceny i aktor Teatru Śląskiego.
Nawet przeciwnicy sztuki uprawianej przez Sukę Off wypowiadają się z umiarem. - Nie jestem przeciwna ukazywaniu w różnych kontekstach ludzkiego ciała i obnażaniu natury ludzkiej. Jestem jednak przekonana, że teatr jest sztuką konwencjonalną i nie może w prosty sposób utożsamiać się z brutalnością życia codziennego - mówi prof. Eleonora Udalska, założycielka Zakładu Wiedzy o Teatrze na Uniwersytecie Śląskim.
Piotr Węgrzyński, założyciel grupy, zapewnia, że na Śląsku nigdy nie spotkał się z oficjalną niechęcią np. ze strony władzy. - To region o wyjątkowo silnej tradycji działań teatralnego offu. Owszem, zawsze znajdą się osoby nieprzychylne, ale ostatecznie pozostaje to bez wpływu na to, co robimy - mówi.
Dlatego Marcin Herich, dyrektor artystyczny i organizator festiwalu A Part, bez obaw włączył po raz kolejny spektakl Suki Off do programu A Partu. - Śląsk jest miejscem otwartym, z jednej strony naznaczonym tradycyjną obyczajowością, z drugiej od zawsze krzyżowały się tu i współistniały odmienne kultury i światopoglądy. Podczas wieloletniej organizacji festiwalu nigdy nie spotkałem się z jakimikolwiek problemami natury obyczajowej czy światopoglądowej. Owszem, artyści awangardowi nie są tu specjalnie rozpieszczani, jednak bez przeszkód mogą funkcjonować. Gdzież indziej katowiccy widzowie mają szansę zobaczyć katowicką Sukę Off, jeśli nie podczas katowickiego festiwalu niezależnej sztuki teatralnej i parateatralnej? - pyta Herich.


Szkoły ze Śląska nie mają sobie równych
Gazeta Wyborcza, Magdalena Górna 16.06.2006
Uczniowie z naszego regionu wywalczyli trzy pierwsze miejsca w ogólnopolskim przeglądzie szkół artystycznych.
Kasia Kukuła - malarstwo, Ela Merta - rysunek, Agnieszka Wach - rzeźba. Trzy uczennice Zespołu Szkół Plastycznych w Dąbrowie Górniczej zdobyły pierwsze miejsce w Ogólnopolskim Przeglądzie Prac Artystycznych Uczniów Publicznych i Niepublicznych Szkół Plastycznych, zorganizowanym przez Centrum Edukacji Artystycznej. Wzięło w nim udział 37 szkół, a w jury zasiadali profesorowie polskich uczelni artystycznych.
Agnieszka musiała zrobić rzeźbę głowy. - Nie liczyła się tylko technika, ale przede wszystkim oddanie charakteru postaci. Na szczęście w naszej szkole dużą uwagę zwraca się na wrażliwość odbioru i oryginalność - mówi. Kasia namalowała martwą naturę i zdobyła najwięcej punktów w swojej kategorii. Józef Marzec, dyrektor do spraw artystycznych szkoły, jest dumny z uczennic. - To perełki, udowadniają, że nasza szkoła reprezentuje wysoki poziom - mówi.
Na drugim miejscu uplasował się plastyk z Bielska-Białej, a na trzecim z Katowic. Bardzo zadowolony z takiego wyniku jest dr Lesław Telta, który prowadzi pracownie rysunku w Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Był jednym z sześciu jurorów konkursu. - To dowód, że nasze szkoły artystyczne mogą konkurować z tymi w Warszawie czy Krakowie. Zwycięskie dzieła zdecydowanie wyróżniały się na tle innych prac ekspresją i świetnym warsztatem. Przegląd odbywał się najpierw w Katowicach, gdzie młodzi ludzie zaskoczyli nas umiejętnościami, a potem w Gdyni, Kielcach i Radomiu. Tam poziom artystyczny prac był dużo niższy - przyznaje dr Tetla.


W Cieszynie smażą cesarskie naleśniki
Gazeta Wyborcza, mac 16-06-2006
Gdy rosnące na Śląsku Cieszyńskim krzewy dzikiego czarnego bzu zaczynają kwitnąć, gospodynie stawiają na piec patelnie. Oznacza to, że cieszynianie będą się objadać wyjątkowym przysmakiem - naleśnikami z kwiatem czarnego bzu. To deser przyrządzany tylko tutaj i mający bardzo długą tradycję. Wiadomo, że zachwycał się nim cesarz Franciszek Józef, którego podczas jednej z wizyt w tych stronach poczęstowali podwładni.
Z wielu cieszyńskich domów dobiega już zapach cesarskich naleśników. Można ich też skosztować w mieszczącej się w Muzeum Śląska Cieszyńskiego kawiarni Cafe Muzeum, która kultywuje stare tradycje. Naleśniki o oryginalnym smaku możemy zjeść na słodko lub posolone. Będą smażone, dopóki będzie kwitł czarny bez, czyli jeszcze przez dwa-trzy tygodnie.


Ołtarze na ulicy i przyozdobione okna
Gazeta Wyborcza, jk 15.06.2006
Kilka tysięcy osób wzięło wczoraj udział w procesji Bożego Ciała ulicami Lipin. Ta smutna zazwyczaj dzielnica Świętochłowic w ten jeden dzień zmienia się co roku nie do poznania - prawie każda gospodyni ozdabia okno swojego mieszkania krzyżami, świętym obrazem i kwiatami. Potem wiele z nich wkłada tradycyjny strój śląski i wychodzi na procesję. Szczególną oprawę miało też wczoraj święto w Katowicach. Na ołtarzach w centrum miasta - między kościołem Przemienienia Pańskiego a katedrą - umieszczono napisy nawiązujące do niedawnej wizyty papieża Benedykta XVI: Trwajcie mocni w wierze!, Trwajcie mocni w nadziei!, Trwajcie mocni w miłości!, zaś na frontonie katedry, gdzie umieszczono ostatni ołtarz, zawieszono hasło tegorocznego programu Kościoła w Polsce: Przywracajmy nadzieję ubogim!.


Górnicy nie pojadą do Warszawy
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 13.06.2006
Związkowcy dogadali się z rządem i we wtorek późnym wieczorem odwołali środową manifestację. Górnicy dostaną mniej, niż chcieli, więcej niż na początku proponował rząd. Negocjacje były mordercze. Górnicy domagają się wypłaty nagród z zysku, bo w 2005 r. spółki węglowe drugi rok z rzędu wypracowały zysk. Kompania Węglowa, Katowicki Holding Węglowy i Jastrzębska Spółka Węglowa zarobiły ponad 1,2 mld zł. Związkowcy domagali się po 2,5 tys. zł dla pracowników JSW i po 1000 zł dla górników z pozostałych spółek. Rząd początkowo w ogóle nie chciał zgodzić się na wypłatę zysków, argumentując, że lepiej przeznaczyć te pieniądze na inwestycje.
Godz. 12.13
Warszawa, budynek Centrum Dialogu Społecznego. Związkowcy niecierpliwie czekają na przedstawiciela rządu. Wiceminister gospodarki Paweł Poncyljusz wpada z kilkunastominutowym spóźnieniem. Oznajmia, że rząd proponuje 130 mln zł dla górników do podziału. To o 30 mln zł więcej niż proponowano kilka dni, ale wciąż mniej niż chcą związkowcy. Domagają się 180 mln zł. Wiceminister Poncyljusz wychodzi. Tłumaczy, że nie chce prowokować swoją obecnością związkowców. Ci są zadowoleni: kilka dni temu bowiem nie chcieli w ogóle z nim negocjować. - Jest arogancki i niekompetentny - mówili. Ostatecznie zgodzili się na spotkanie po mediacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Godz. 15
Rozłam wśród związkowców. Radykalny Sierpień '80 stawia ultimatum: rząd powinien zgodzić się na propozycje związkowe do godz. 17. Część związkowych działaczy jest w Katowicach. Pilnują przygotowań do manifestacji zapowiadanej na środę w Warszawie. Bogusław Ziętek, szef Sierpnia '80, tłumaczy: - Zdemobilizować możemy się w ciągu pięciu minut, ale zebrać kilka tysięcy górników nie jest już tak łatwo. Minister Poncyljusz wraca na salę. Dogaduje się ze związkowcami. Podczas podpisywania umowy Poncyljusz orientuje się, że pomylił jeden z punktów umowy. Znowu zerwanie rozmów i pat. Poncyljusz jedzie na konsultacje do prezydenta. Chce poradzić się Lecha Kaczyńskiego, jak wyjść z kryzysu.
Godz. 19.10
Narada u prezydenta kończy się. Poncyljusz potwierdza, że nadal jest negocjatorem ze strony rządowej. Nie chce jednak zdradzić, czy prezydent sugerował mu ustępstwa w stosunku do górników. Atmosfera z minuty na minutę robi się coraz bardziej nerwowa.
Godz. 20
Niektórzy związkowcy przebąkują, że środowa manifestacja nie ma sensu. - Może trzeba ja przełożyć? - zastanawiają się. - Nie powinniśmy w ogóle przyjeżdżać, skoro minister Poncyljusz nie chce pójść na kompromis. Teraz mamy tylko problemy logistyczne, bo trudno przygotować manifestację, gdy jesteśmy w Warszawie, zamiast na Śląsku - narzeka Wacław Czerkawski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce.
Godz. 21.36
Na Śląsku coraz bardziej nerwowo. Górnicy czekają przy telefonach na sygnał, czy mają przygotować się do środowej podróży do stolicy. Nikt nic nie wie. - Skoro to my wypracowaliśmy ten zysk, to rząd powinien się z nami podzielić. My, górnicy, możemy się między sobą kłócić, ale gdy trzeba, potrafimy się zjednoczyć i pokazać siłę. Jako jedyni potrafimy jeszcze skutecznie walczyć o swoje w Warszawie - mówi Mariusz Kluba, elektryk z kopalni Borynia.
Godz. 21.57
Przełom! Porozumienie podpisane, a związkowcy odwołują manifestację w Warszawie. - Najważniejsze, że udało się uniknąć demonstracji w Warszawie. Szkoda tylko, że negocjacje trwały tak długo, bo mogliśmy dogadać się znacznie wcześniej - mówi Czerkawski.
Co osiągnęli?
Górnicy z Jastrzębskiej Spółki Węglowej dostaną 8 proc. wypracowanego przez spółkę zysku, a więc ok. 2 tys. zł na głowę, a pracownicy Katowickiego Holdingu Węglowego i Kompanii Węglowej po 700 zł brutto. W zamian związkowcy zgadzają się, by do końca tego roku z kopalń odeszło 1300 osób, które mają już uprawnienia emerytalne, ale nadal pracują (wśród nich jest 270 związkowców). Do końca 2006 r. związkowcy przedstawią harmonogram prac nad jednolitym układem zbiorowym w górnictwie. Dziś tylko w Kompanii Węglowej obowiązuje 14 układów, dzięki czemu płace górników na tych samych stanowiskach różnią się od siebie nawet o 300 zł.


Ruda Śląska dba o śląskie zabytki
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 13.06.2006
Na rogu ulic 1 Maja i Wolności stoi jeden z najbardziej charakterystycznych budynków Rudy Śląskiej - podwójna kamienica wzniesiona dla górników kopalni Brandenburg. Właśnie kończy się jej renowacja. Wzorcowa na Śląsku!
Budynek tworzą dwie kamienice, ustawione do siebie prostopadle, tworząc w narożniku mały placyk. Obie są ceglane, przykrywa je wysoki dach. Na styku - klatka schodowa w kształcie półokrągłej wieży. Obiekt wygląda trochę jak rozwarte drzwi, wieża przypomina zawiasy. Bogate w detal szczyty kamienic są w duchu gdańskich domów mieszczańskich. - Architekt, który zaprojektował to oryginalne dzieło, lubował się w stylu niderlandzkim - wyjaśnia Henryk Mercik, miejski konserwator zabytków w Rudzie Śląskiej. - Był to Niemiec Hans von Poëllnitz, który bardzo dużo wybudował dla Ballestremów. Budynek datuje się na lata 20. XX w.
To Mercik pilnował, by renowacja przebiegała prawidłowo. Zajęła się nią Perspektywa Międzyzakładowa Górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa, do której należy budynek.
- Prace renowacyjne kosztowały nas 340 tys. zł, miasto dało dotację w wysokości 40 tys. - mówi Jan Barczok, prezes Perspektywy. - W całym mieście nasza spółdzielnia ma ponad 500 budynków sprzed 1945 r., duża część to zabytkowe domy robotnicze. W kolonii między Wolności a Raciborską planujemy rocznie odnowić jeden budynek, a w kilku wymieniać dachy. Mamy specjalny program rewitalizacyjny. Stale walczymy o większe dotacje z funduszy unijnych czy kasy miejskiej. Jednak w tym roku uda nam się wyremontować jeszcze jeden charakterystyczny obiekt dla dzielnicy Rudy, kamienicę przy Wolności 33. Ma ona w narożniku wielką wnękę z krzyżem. To już inna kolonia, która nam również podlega.
Lokatorzy mogą być spokojni: nikt nie każe im się wyprowadzać, w wyremontowanych, estetycznych budynkach nie pojawią się ani banki, ani biura, ani restauracje. - Działamy małymi krokami. Nie wyrzucamy ludzi z budynków, nie szukamy na siłę nowych funkcji dla obiektów. O tożsamości osiedli stanowią jego mieszkańcy. Nie psujmy tego, co jest. Kolonie mają wspaniały klimat, który potrafił oddać w swoich filmach Kazimierz Kutz. Notabene wiele scen do jego śląskiej trylogii powstało na terenie naszego miasta. Ruda Śląska była miastem górniczym i nie wstydzimy się tego. Nasze osiedla robotnicze to wspaniały znak minionych czasów - mówi z entuzjazmem Mercik.
Z renowacji cieszą się mieszkańcy. Na parterze od strony małego placyku mieści się zakład fryzjerski, od 28 lat prowadzi go Lidia Maszota. - Ciszę się, że coś się tu zmienia - mówi fryzjerka. - Ten zakład ma długą historię, jest tu od zawsze. Nigdzie bym się stąd nie wyprowadziła. Dom ma grube mury, w lato mam tu przyjemnie chłodno. Może dzięki odnowionej elewacji zajrzy tu do mnie więcej ludzi?
W Rudzie Śląskiej znajduje się prawie 30 kolonii robotniczych. Odnowiony narożny budynek wchodzi w skład dawnej kolonii Carl-Emanuel. Zbudowane przez Ballestremów osiedle było przewidziane dla robotników pobliskiej kopalni Brandenburg (później Wawel), wówczas największej kopalni węgla kamiennego w Europie. Kolonia powstawała od końca XIX w. aż po lata 20. XX w. Każdy narożnik skrzyżowania wypełniała zabudowa. Niestety, przez lata wyburzono znaczną część osiedla. Kilka lat temu pod Drogową Trasę Średnicową wyburzono kolejne budynki. Dziś ostała się jedynie zwarta zabudowa w narożniku północno-wschodnim, co stanowi jedną czwartą pierwotnej wielkości osiedla.
Obecnie w Rudzie Śląskiej trwają renowacje jeszcze trzech innych kolonii robotniczych. Największy prace remontowe objęły osiedle Kaufhaus, wyczyszczono tu elewacje starych familoków, stojących wzdłuż ul. Niedurnego, wymienia się nawierzchnię dróg, również nowe obiekty mieszkalne. W dawnej piekarni ma w najbliższym czasie zostać utworzona świetlica środowiskowa. Projekt już pochłonął 2 mln zł.
Ruda Śląska powinna być wzorem dla innych śląskich miast. Jako jedyna przeprowadza kompleksowe renowacje robotniczych osiedli, patrzy inwestorom na ręce, pilnuje, by nie popełniano kompromitujących błędów. Dowodem na to, jak łatwo je zrobić, są buble renowacyjne w Katowicach: dewastacja kamienicy na rogu św. Jana i Dworcowej, przebudowane kino Kosmos czy wybrukowanie zabytkowych uliczek Nikiszowca kostką betonową.
Dobrze, że w końcu powstał Górnośląski Oddział Stowarzyszenia Konserwatorów Zabytków. Są w nim architekci, konserwatorzy, historycy sztuki. Skoro nie da się inaczej, to oni powinni piętnować konserwatorskie gnioty.


Elka w zawieszeniu
Gazeta Wyborcza, Małgorzata Goślińska 13.06.2006
Najbardziej atrakcyjny odcinek śląskiej kolejki linowej będzie w tym roku nieczynny. Dwa pozostałe też wymagają remontu.
Elka - najdłuższa w Europie nizinna kolejka liniowa - jeździła nad Wojewódzkim Parkiem Kultury i Wypoczynku po trójkącie. Najwięcej amatorów miała na trasie między wesołym miasteczkiem a Stadionem Śląskim. Zachwycał ich widok z góry na rosarium i kanał. Tego lata nikogo nie zachwyci. - Musimy wymienić wszystkie podpory na tym odcinku - mówi Andrzej Włoszek, prezes WPKiW.
Elka to jedno z trzech jedynych, obok Hali Wystaw Kapelusz i wesołego miasteczka, źródeł dochodu parku. Można by liczyć na to, że amatorzy fruwania przesiądą się na krzesełka, które przez stację pod planetarium suną nad ogrodem zoologicznym. Niestety, otwarcie tych tras również stoi pod znakiem zapytania. Włoszek: - Podpory na pozostałych trasach są do uratowania. Dwa odcinki Elki ruszyłyby w tydzień, ale czekamy na zatwierdzenie dokumentacji wykonawczej.
Dokumentację musi zatwierdzić dozór techniczny z Warszawy, który zlecił ekspertyzę śląskiej kolejki Marianowi Wójcikowi, specjaliście transportu linowego z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Wójcik już w kwietniu przeczuwał katastrofę. - Podpory nadwerężył ząb czasu - mówił.
Elka ma prawie 40 lat. 600 krzesełek w trzy kwadranse pokonuje 6 kilometrów, przesuwając się po linach rozciągniętych na 60 słupach. - Trzeba wzmocnić podpory dodatkowym połączeniem z fundamentem i Elka ruszy - pocieszał. - Ale długo nie pojeździ. Cała konstrukcja jest mocno przestarzała.
Krakowski specjalista proponował wymienić wszystko, czyli zbudować kolejkę od nowa, z gondolami zamiast sezonowych krzesełek. Koszt: 30 mln zł.
Prezes Włoszek zgadza się z ekspertem Wójcikiem. Znalazł jednak rozwiązanie trzy razy tańsze, pozostając przy krzesełkach.
Niektórym Czytelnikom, którzy śledzą w Gazecie perypetie z Elką, wersja Włoszka bardziej się podoba. Piszą na forum gazeta.pl, że w zamkniętych kabinach zniknąłby cały urok podróży Elką.
Na wymianę 20 filarów od lunaparku do stadionu potrzeba 2 mln zł.


Reorganizacja w śląskiej oświacie
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 09.06.2006
Rozpoczęła się reorganizacja w Śląskim Kuratorium Oświaty. - Urzędnicy będą częściej zaglądać do szkół. Pójdą w teren, bo musimy wzmocnić nadzór pedagogiczny - zapowiada Artur Warzocha, wicewojewoda.
Pierwsze zmiany już nastąpiły. Odwołani zostali dwaj dyrektorzy delegatur Śląskiego Kuratorium Oświaty w Częstochowie i Sosnowcu. Następna będzie dotyczyła głównej siedziby ŚKO przy ul. Jagiellońskiej. Dotychczasowy wydział strategii i analiz edukacyjnych zostanie wchłonięty przez wydział koordynacji nadzoru pedagogicznego. Dział zajmował się do tej pory m.in. wszelkimi sprawami związanymi z organizowaniem starej matury, która powoli wygasa, konkursami, profilaktyką sportu i wypoczynku.
- Wzmocnienie nadzoru pedagogicznego nad szkołami jest sprawą priorytetową. Potem przyjrzymy się delegaturom kuratorium - tłumaczy Artur Warzocha, wicewojewoda śląski odpowiedzialny za edukację w regionie.
Czy będą zwolnienia? Anna Zamora, rzeczniczka ŚKO: - Ruchy kadrowe są w planach, ale nie będę niczego uprzedzać.
Warzocha: - Zwolnienia będą dotyczyły zwłaszcza tych osób, które mają zapewnione świadczenia emerytalne lub dorabiają sobie w innych instytucjach. Jest ich wstępnie kilkanaście - mówi. Dodaje, że datą przełomową jest 1 lipca. Wtedy rozpoczną się zapowiadane przetasowania kadrowe i ewentualne cięcia.
Jeszcze w tym miesiącu ma być wybrany nowy kurator oświaty. Wakat na tym stanowisku jest od lutego. Artur Dzigański, dyrektor niepublicznego ogólniaka z Krakowa, który wygrał pierwszy konkurs, nigdy nie przekroczył progu gabinetu kuratora. Marta Malik, rzeczniczka wojewody śląskiego Tomasza Pietrzykowskiego, powiadomiła 19 kwietnia o powtórce konkursu, powołując się na uchybienia formalne w procedurze konkursowej.
Data drugiego konkursu została wyznaczona na 29 czerwca. Kandydaci mają dwa tygodnie, żeby złożyć dokumenty. Jedno z pytań, którego z pewnością mogą się spodziewać, będzie dotyczyło reorganizacji kuratorium. - Podczas pierwszego konkursu odpowiadali na to pytanie dyplomatycznie. Tym razem będziemy wymagać od nich konkretów, ponieważ jest sporo do zrobienia - tłumaczy wicewojewoda.


Świtoń lustruje kościół na Śląsku
Gazeta Wyborcza, A. Klich, J. Krzyk 09.06.2006
Kazimierz Świtoń umieszcza w internecie informacje o rzekomych agentach wśród księży. Oskarża ich o to, że donosili na niego w czasach PRL-u. To reakcja na list, który dostał z katowickiej kurii. - Nie tego się spodziewałem - mówi.
Kazimierz Świtoń, w PRL-u opozycjonista, w wolnej Polsce znany m.in. z antysemickich wystąpień, napisał w kwietniu list do arcybiskupa Damiana Zimonia. Zażądał, by ten przeprosił go za księży, którzy mieli na niego donosić w latach 70. i 80.
Dane o nich Świtoń znalazł w swojej teczce w IPN. Zapowiedział też, że ujawni nazwiska - jak to ujął - kapusiów w sutannach. Treść listu i wiele informacji z teczki Świtonia opublikowała dwa dni temu Rzeczpospolita.
Wczoraj Świtoń dostał odpowiedź z kurii. Podpisał się pod nią nie abp Zimoń, ale kanclerz kurii. - Nie tego się spodziewałem, same ogólniki, żadnych przeprosin. W związku z tym będę robił to, co zamierzyłem. Zaczynam zamieszczać w internecie nazwiska księży-agentów - powiedział nam były opozycjonista.
List kurii do Świtonia jest utrzymany w stanowczym tonie. Kanclerz przypomniał, że śląscy księża wielokrotnie pomagali Świtoniowi. Duża część odpowiedzi jest poświęcona przypomnieniu zasług biskupa Herberta Bednorza w walce z komunizmem. - To głównie on był przedmiotem inwigilacji - przypominał kanclerz. Stwierdził też, że sprawą rozliczenia Kościoła z własną przeszłością zajmują się kompetentni historycy.
Kuria tak wiele miejsca poświęca w swoim liście osobie biskupa Bednorza, bo to głównie do niego Świtoń ma pretensje. - Nie był agentem SB, ale mówił o mnie, że jestem niezrównoważony psychicznie i twierdził, że to ja jestem agentem. W ten sposób pomagał upowszechniać zalecenia SB - tłumaczy Świtoń swój żal.
- Biskup Bednorz nie podzielał radykalnych przekonań Świtonia. Nie znosił jego porywczości i antysemityzmu. Upominał więc księży przy różnych okazjach, żeby się od niego dystansowali. Te informacje docierały do SB i Świtoń zapewne znalazł je w swoich teczkach - mówi jeden ze śląskich księży.
Po otrzymaniu listu z kurii Świtoń zaczął wczoraj wieczorem zamieszczać w internecie informacje ze swojej teczki. Są tam raporty oficerów SB i pseudonimy agentów.
- Teraz dopiero się zacznie! - zapowiada.


Prawnuk cesarza Franciszka w Cieszynie
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski 08.06.2006
Cesarskie manewry 1906 roku były wielkim wydarzeniem dla Śląska Cieszyńskiego. Dzięki otwartej w czwartek wystawie można je przeżywać na nowo. Tym bardziej że wydarzeniu patronuje prawnuk miłościwie panującego Franciszka Józefa.
Według Mariusza Makowskiego, historyka z Muzeum Śląska Cieszyńskiego, tamte manewry można trochę porównać do współczesnych igrzysk olimpijskich. Do Cieszyna i okolic przyjechało aż 50 tys. ludzi z całej monarchii austriacko-węgierskiej. Wydawano specjalne widokówki, bito medale i ordery. Kwitł handel, a gospody liczyły zyski.
Zorganizowane z rozmachem ćwiczenia zakładały przedarcie się korpusu wiedeńskiego przez Przełęcz Jabłonkowską do armii węgierskiej, zaatakowanej przez wrogi korpus krakowski. W bitwie kawalerii, ochranianych atakiem artyleryjskim, korpus krakowski stracił w oskrzydleniu wiedeńczyków wszystkie działa i przegrał potyczkę.
Największym jednak wydarzeniem były ostatnie i najdłuższe na tej ziemi odwiedziny cesarza Franciszka Józefa I. Miłościwie panujący nie tylko osobiście nadzorował wojska, ale też odwiedził podwładnych w wielu miejscowościach, otworzył budynek Sądu Okręgowego i nowe skrzydło ratusza.
Wydarzenia sprzed stu lat postanowiono upamiętnić specjalną wystawą, otwartą wczoraj w muzeum. W jej urządzeniu pomogło wielu mieszkańców miasta. Przekazywali rodzinne pamiątki z tamtych czasów. Rusznikarz Jerzy Wałga naszykował starą broń, a krawcowa Wanda Radwańska uszyła rekonstrukcję sukni, w jakich 150 cieszyńskich panien witało cesarza na moście. - Wiernie odtworzyliśmy też pokój Franciszka Józefa, w którym nocował na zamku, oraz pokój sztabowy. Wystawa opowiada o jego podróżach po okolicy - tłumaczy Makowski.
Cieszyńskiej wystawie patronuje prawnuk cesarza - Markus Salvator von Habsburg-Lothringen, który specjalnie z tej okazji przyjechał do Cieszyna. - W rodzinnym domu często opowiadało się o Cieszynie, ale jestem tu pierwszy raz. Nie zdawałem sobie sprawy, że to miasto jest takie duże. Bardzo mi się podoba. Cieszę się, że mimo upływu lat, zachowała się tu pamięć o Franciszku Józefie i tamtych wydarzeniach - powiedział nam arcyksiążę.
Podobnie jak jego pradziadek Markus Salvator nocuje w Zamku Habsburgów na cieszyńskim wzgórzu i bardzo mu się tam podoba. Zachwycał się też polskim barszczem z uszkami. Wczoraj ze wzruszeniem oglądał zdjęcia cesarza na wystawie. - Mam mało czasu na prywatne podróże, ale skoro przekonałem się, jak łatwo dotrzeć do Cieszyna, może uda mi się jeszcze tu przyjechać - obiecał.


Śląsk Cieszyński promuje swoje rarytasy
Gazeta Wyborcza, mac 07.06.2006
Kabotki, koronki, cieszynki, strudle i inne tutejsze rarytasy dostaną metkę ze specjalnym godłem, będą dostępne w katalogach i internecie. W ten sposób Śląsk Cieszyński zaczyna promować swoje lokalne produkty.
Oscypek prawie wszystkim automatycznie kojarzy się z Zakopanem, lajkonik z Krakowem, a chlebowe koguty z Kazimierzem Dolnym. - To produkty, które mają swoją markę, można na nich zarabiać, a jednocześnie świetnie promują region, w którym są wytwarzane. My chcemy osiągnąć to samo - mówi Bogdan Kasperek, sekretarz Euroregionu Śląsk Cieszyński.
Powstaje tutaj wiele rarytasów, ale poza regionem niewiele osób o nich wie. Lokalni jubilerzy specjalizują się w cieszyńskiej biżuterii - pięknych kolczykach, pierścionkach i broszkach z motywem cieszynianki wiosennej, czyli rosnącego tylko tutaj kwiatu. Rusznikarz Jerzy Wałga słynie z cieszynek - pięknych strzelb wykańczanych drewnem gruszy lub orzechem kaukaskim. Koniakowskie i cieszyńskie koronczarki potrafią wykonać z koronki prawdziwe cuda. W wielu domach powstają jeszcze elementy stroju cieszyńskiego - czepce i kabotki, a nierzadko charakterystyczne smakołyki jak strudel.
Ma je wypromować akcja Produkt lokalny, która właśnie rozpoczyna się w regionie. Wytwórcy mogą już zgłaszać swoje wyroby. Spośród nich specjalnie utworzona kapituła, składająca się z fachowców od turystyki, etnologa i antropologa wybierze kilkanaście produktów, najlepszych i najbardziej charakterystycznych dla regionu. Dostaną godło promocyjne Śląska Cieszyńskiego - przedstawiające symbolicznie Olzę, wieżę piastowską i słońce. - To znak, który pozwoli je zidentyfikować i będzie gwarancją dla turystów, że wybrali nasze najlepsze produkty - tłumaczy Kasperek.
Godło zostanie umieszczone na metce lub opakowaniu. Zaś wybrane produkty będą prezentowane w katalogach i internecie, gdzie będzie je można kupić. Będą także dostępne w informacjach turystycznych, hotelach, sklepikach z pamiątkami. Euroregion będzie je promował w Polsce i za granicą, m.in. na targach turystycznych. Wybrane produkty, które dostaną godło, poznamy za kilka tygodni.


Raport o prawach ucznia na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 07.06.2006
Uczniowie, rodzice i nauczyciele mają mgliste pojęcie o prawach ucznia - wynika z raportu sporządzonego przez Śląskie Kuratorium Oświaty. Jednak nauczyciele, w przeciwieństwie do pozostałych respondentów, są przekonani, że w szkołach wszystko jest w porządku.
Pół roku czekaliśmy na wyniki pierwszego raportu dotyczącego przestrzegania praw ucznia w województwie śląskim. Zleciły go jeszcze poprzednie władze resortu oświaty. 55-stronicowy dokument pojawił się w końcu na stronach internetowych ŚKO.
Z jego analizy wynika, że wszyscy mają problem, żeby wymienić prawa ucznia. Żaden z nauczycieli poproszonych o wskazanie tych praw, o których w szkole mówi się najczęściej, nie uczynił tego (cytat z raportu). Ale na pytanie, czy są przestrzegane: 100 proc. nauczycieli odpowiedziało, że tak. Podczas gdy co dziewiąty uczeń odpowiedział, że nie są przestrzegane, a 14 proc. wybrało opcję trudno powiedzieć.
- Nauczyciele mylą prawa ucznia z przywilejami. Sądzą, że uczniowie mają na przykład prawo do automatu z napojami chłodzącymi (37 proc.), palarni (8 proc.), jedzenia w czasie lekcji (12 proc.) - dziwi się Maciej Osuch, społeczny rzecznik praw ucznia.
Na większość pytań w tej ankiecie nauczyciele odpowiadają w taki sposób, że wyłania się niemal idylliczny obraz szkoły, podczas gdy rodzice i uczniowie widzą problem inaczej. Na przykład: 100 proc. nauczycieli uważa, że uczeń ma swobodny dostęp do informacji o pracach samorządu uczniowskiego (28 proc. uczniów jest innego zdania), również wszyscy twierdzą, że uczeń może chronić swoją prywatność (14 proc. uczniów uważa, że szkoła ujawniła informacje dotyczące spraw osobistych).
Nauczyciele są także przekonani, że uczniowie mogą swobodnie wyrażać swoje opinie (14 proc. uczniów się z tym nie zgadza). Co piąty uczeń zaznaczył, że wypowiedziana przez nich opinia miała wpływ na ocenę.
- Czy do takich optymistycznych odpowiedzi nauczycieli można mieć zaufanie? A może nauczycielom się wydaje, że już wszystko zrobili? To byłoby niepokojące - mówi Osuch.
- Piętnaście lat uczestniczę jako rodzic w aktywnym życiu szkoły i wiem, że nie jest tak różowo. Odpowiedzi nauczycieli podważają wiarygodność ankiety - uważa Elżbieta Kaczmarek-Huber, przewodnicząca Zabrzańskiej Międzyszkolnej Rady Rodziców.
Podstawową wadą tego raportu jest fakt, że został on sporządzony na podstawie wyników w zaledwie 20 szkołach. - W Zabrzu jest ponad sto szkół, a oni przepytali uczniów i nauczycieli z 20 placówek województwa śląskiego! Jak tak mizerna grupa może odzwierciedlić stan faktyczny? - zastanawia się Kaczmarek-Huber.
Anna Zamora z ŚKO tłumaczy, że takie dostali dyrektywy z resortu oświaty. - Przebadalibyśmy więcej szkół, gdyby były takie wymagania. To, co zrobiliśmy, jest zgodne z założeniami - tłumaczy.
Andrzej Jarema Suchorowski z Młodzieżowej Rady Miasta Gliwice jest jednym z inicjatorów gliwickiego programu Mediacja szkolna. W tym miesiącu przeprowadzą własne badania w szkołach ponadgimnazjalnych w Gliwicach. - Prawa ucznia są łamane, nie można udawać, że jest inaczej. Nauczyciele jednak nie rozumieją, że postępują źle, kiedy mówią: a teraz do odpowiedzi ten bezczelny Nowak. Podobnie jest z dyrektorami szkół, którzy powiadomieni przez uczniów o problemach z nauczycielem, zdradzają ich przed nim - opowiada Suchorowski.
MRMG uważa, że wiele spraw mogą rozwiązać szkolni mediatorzy. Dlatego wyszkolili w Gliwicach kilkudziesięciu uczniów, którzy zajmują się rozwiązywaniem problemów. - To wszystkich zmobilizowało do tego, żeby poznać prawa i obowiązki ucznia, bo kolejek do czytania statutu szkolnego nie było - przekonuje Kamil Polok, uczeń-mediator w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 4 w Gliwicach.
Nowe władze w Ministerstwie Edukacji na razie są zajęte innymi problemami. Ponieważ w resorcie trwa reorganizacja, raportami z poszczególnych regionów jeszcze nikt się nie zajął.
Stanisław Drzażdżewski, nowa osoba w ministerstwie oraz dyrektor departamentu wychowania, powiedział szczerze, że zdążył tylko rzucić okiem na śląski raport. - To dobrze, że w ogóle coś powstało - mówi. Uważa, że można go traktować jako wstęp do szerszej analizy problemu. - Na to jednak potrzeba pieniędzy - dodaje Drzażdżewski.
Tymczasem w ŚKO zastanawiają się, czy nie wykorzystać jednak ankiet we wszystkich szkołach.


Śląski samorząd grozi rządowi sądem
Dziennik Zachodni, Michał Tabaka 07.06.2006
Chcemy rozwoju lotniska w Pyrzowicach, a dwa przedsiębiorstwa państwowe skutecznie nam to uniemożliwiają. Jak tak dalej pójdzie, to spotkamy się z przedstawicielami odpowiednich resortów w sądzie - grozi Marian Jarosz, wicemarszałek województwa śląskiego.
Samorządowi województwa nie podoba się zachowanie Węglokoksu SA (100 procent akcji ma Skarb Państwa) oraz Przedsiębiorstwa Państwowego Porty Lotnicze - akcjonariuszy Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego; kontrolujących odpowiednio 40 i 17 procent akcji.
- Podczas ostatniego głosowania akcjonariuszy Węglokoks i Porty Lotnicze sprzeciwiły się przejęcia od samorządu aportem działki na rzecz lotniska, co pozwoliłoby na budowę nowej bazy cargo i poszerzenie pasa startowego - oburza się Jarosz.
Przedstawiciele GTL uspokajają. Ich zdaniem sprawa jest niepotrzebnie rozdmuchiwana. Wszystko zaczęło się od wniosku Węglokoksu w przeddzień walnego zgromadzenia akcjonariuszy. Spółka poprosiła o wycofanie z porządku obrad punktu o przejęciu aportem 18-hektarowej działki. Szefowie Węglokoksu tłumaczyli, że potrzebują jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji.
- Jeszcze w styczniu nikt nie zgłaszał zastrzeżeń do naszego pomysłu. Teraz jest on torpedowany - twierdzi Jarosz.
Urzędnicy po cichu mówią, że sprawa może mieć związek z rywalizacją między katowickim lotniskiem, a krakowskimi Balicami.
Zarząd województwa nie zamierza odpuścić. Jak najszybciej urzędnicy chcą spotkać się z ministrem gospodarki oraz ministrem transportu i budownictwa. Wczoraj zarząd wystąpił o zwołanie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w tej sprawie.
Wojna o niebo
Minister gospodarki powołał na szefa Rady Nadzorczej Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego Bogusława Wojciechowskiego z Krakowa. Tym samym na nowo odżył temat rywalizacji między Pyrzowicami a Balicami. Ślązacy od dawna złośliwie mówią o krakowskim lotnisku jako pupilku Warszawy. Wojna rozgorzała na dobre po pojawieniu się tanich linii lotniczych - w Katowicach pół roku wcześniej niż w Krakowie. A pyrzowicki Wizz Air przez dwa lata sprzedał aż 4 mln biletów! Do tego dochodzi prowadzona obecnie rozbudowa tutejszego terminalu, co pozwala sądzić, że dynamika liczby lotów w Pyrzowicach dalej będzie wyższa niż w Balicach. Kraków nie ma zamiaru pozostawać w tyle. Tutaj też planowane są kolejne inwestycje. W spotach reklamowych zaś można usłyszeć, że balicki port znajduje się w regionie, gdzie mieszka 9 mln ludzi. Nikt słowem nie wspomina, że to razem z mieszkańcami Śląska, którym bliżej jednak do Pyrzowic.


Czy pieniądze z UE trafią na Śląsk?
Dziennik Zachodni, 07.06.2006
Rząd RP w ubiegłym tygodniu miał podjąć decyzję w sprawie podziału środków pomocowych z Unii Europejskiej na lata 2007-2013. Rada Ministrów zawiesiła jednak werdykt. Dla województwa śląskiego to niezwykle ważna rozgrywka - w zależności od przyjętego rozwiązania możemy w tym okresie otrzymać pół miliarda euro więcej. Albo pół miliarda mniej.
Eksperci rządu przygotowali trzy warianty podziału środków pomocowych - w pierwszym z nich na każdego mieszkańca naszego regionu przypaść ma w tym okresie 339 euro, w drugim - 377, a w trzecim - najkorzystniejszym - 420 euro. Problem polega jednak na tym, że jeśli my otrzymamy więcej, to inni dostaną mniej i teraz trwa właśnie walka o znalezienie złotego środka. Zgodnie z pierwotnymi założeniami, nasze województwo miało otrzymać na głowę 339 euro, bo uznano, że najwięcej należy się pięciu najbiedniejszym polskim regionom - warmińsko-mazurskiemu, świętokrzyskiemu, lubelskiemu, podlaskiemu oraz podkarpackiemu. Do takiego rozwiązania najbardziej przekonywał rząd szef Klubu Parlamentarnego PiS - Przemysław Gosiewski, który pochodzi z Pomorza, mieszka w Warszawie, ale jest posłem Kielecczyzny i ma mandat z województwa świętokrzyskiego. W tych działaniach wspiera Gosiewskiego wicepremier Andrzej Lepper i cała Samoobrona, bo najbiedniejsze rejony Polski są dla niej największym zagłębiem wyborczym.
Nasi posłowie Prawa i Sprawiedliwości, o dziwo, w tej sprawie nie zasypiają gruszek w popiele. Troje tutejszych parlamentarzystów PiS - Izabela Kloc, Grzegorz Tobiszowski oraz Michał Wójcik zostało wytypowanych, jako osoby odpowiedzialne za wywalczenie dla nas jak najkorzystniejszego rozwiązania. Za takimi już od dawna opowiadają się wszyscy tutejsi parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej, którzy pierwsi zabrali głos w tej sprawie, jak i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
W tej chwili rząd, obawiając się jakiekolwiek decyzji, postanowił scedować odpowiedzialność na struktury samorządowe. Podziałem pieniędzy zajmuje się więc na przykład Związek Województw Polskich czy Konwent Marszałków. Już teraz jednak wiadomo, że działania tych ciał nie przyniosą żadnych efektów. Żaden z przedstawicieli poszczególnych regionów nie odpuści własnych interesów. Jest to bardzo istotne zwłaszcza w obecnym czasie, gdyż lada chwila czekają nas wybory samorządowe.
Już teraz jednak część samorządowców naszego województwa zapowiada, że jeśli zostaniemy skrzywdzeni przy podziale środków, to podejmą oni działania, które będą dotkliwe dla rządu.
Środki finansowe z pomocy zagranicznej to:
- bezzwrotne środki przekazane polskim podmiotom przez rządy państw obcych lub organizacje międzynarodowe udzielające pomocy na podstawie umów zawartych z Rządem RP lub jednostronnych deklaracji rządów i organizacji międzynarodowych udzielających pomocy.
- środki pochodzące ze wspólnego budżetu Unii Europejskiej, które zostały przekazane polskim podmiotom na sfinansowanie programów naukowo-badawczych oraz środki przekazane w ramach innych programów Unii Europejskiej,
- środki pochodzące z budżetu Organizacji Traktatu Północno-Atlantyckiego (NATO) przekazane na sfinansowanie programów badawczych, wykonywanych przez podmioty polskie realizujące te programy w RP.


Kto ze śląskich naukowców donosił?
Dziennik Zachodni, tes 06.06.2006
To śledztwo powinno wstrząsnąć środowiskiem naukowym śląskich uczelni. Prokuratorzy pionu śledczego IPN w Katowicach próbują wyjaśnić, kto w stanie wojennym stał za czystkami politycznymi wśród naukowców. Kto wchodził w skład sądów kapturowych, które wyrokowały: Nie gwarantuje pan/pani socjalistycznego wychowania młodzieży. To pierwsze tego typu śledztwo w Polsce. Czystki objęły co najmniej stu naukowców nieprzydatnych na froncie ideologicznym.
- Nie mam żadnych wątpliwości, że były to zwolnienia z pobudek politycznych - mówi prokurator Zbigniew Woźniak.
Dr Mirosława Błaszczak-Wacławik wyrzucona została z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Śląskiego: z uwagi na negatywne oddziaływanie wychowawcze na studentów. - Nie wiem, kto stał za tym zwolnieniem, ale sądzę, że byli to koledzy z uczelni - wyjaśnia. Liczy, że wiele prawdy odkryje także w swojej teczce w IPN.
Niektórzy rektorzy już nie żyją, a to wyłącznie ich podpisy widnieją na wypowiedzeniach. Decyzje o rugach nie były jednoosobowe. Są dowody świadczące o tym, że na poszczególnych wydziałach funkcjonowały sądy kapturowe. Prokuratorzy IPN usiłują odnaleźć ich personalne składy, ale same uczelnie nie są zbyt zainteresowane wyjaśnieniem tej drażliwej przeszłości.
Weryfikacje wśród naukowców przeprowadzono w pierwszych miesiącach stanu wojennego. Potem przyszła kolej na osoby internowane. Wszystkich internowanych pracowników UŚ wyrzucono następnie z pracy, a na przykład z Politechniki Śląskiej - zostawiano. Jak to tłumaczyć? Nie wiadomo. Łaskawiej potraktowana została kadra katowickiej Akademii Ekonomicznej, a to chyba z uwagi na rektora, który był wówczas partyjnym dygnitarzem.
Prawdopodobnie czystki polityczne w Politechnice Śl., Uniwersytecie Śl. oraz Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu były poligonem doświadczalnym dla ówczesnej władzy.
Prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach przesłuchują naukowców, którzy w stanie wojennym stracili pracę na śląskich uczelniach za działalność w Solidarności. Śledztwo toczy się w sprawie przekroczenia uprawnień i złośliwego naruszania praw pracowniczych przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego, za co grozi do 3 lat więzienia.
Najpierw przesłuchano pokrzywdzonych z Uniwersytetu Śląskiego, gdzie czystek dokonywano od kwietnia do czerwca 1982 roku. Dr Mirosławę Błaszczak-Wacławik z Instytutu Filozofii pierwszą poproszono na przesłuchanie. Ta znana w środowisku działaczka Solidarności (Komitet Zakładowym NSZZ S, ekspert Solidarności w Hucie Katowice) została zwolniona z pracy z uwagi na negatywne oddziaływanie wychowawcze na studentów. - Nie wiem, kto stał za moim zwolnieniem, w jaki sposób weryfikował pracowników uczelni - mówi dr Błaszczak-Wacławik. - Pod zwolnieniem jest podpis tylko rektora UŚ, jednak nie sądzę, by w tej sprawie decyzja zapadała jednoosobowo. Za tą czystką nie stał ktoś z zewnątrz, tylko koledzy z uczelni.
Prokurator Zbigniew Woźniak z IPN przypuszcza, że na wydziałach funkcjonowały specjalne komisje weryfikujące naukowców, ale ostateczna decyzja należała do komisji uczelnianej. - Próbuję ustalić skład personalny tych komisji, do nazwisk jednej z nich udało mi się dotrzeć, rozszyfrowuję podpisy. Poprosiłem o pomoc Uniwersytet Śląski i otrzymałem odpowiedź, że dokumentów nie ma, a jeśli były, zabrała je rzeka Rawa, kiedy zalała archiwum. IPN zajrzał do teczek personalnych pracowników zwolnionych w 1982 r. - Zawierały pozytywne opinie o wynikach pracy naukowej i dydaktycznej, o nagrodach, awansach i publikacjach - dodaje prokurator. - To byly zwolnienia polityczne za przynależność do Solidarności.
Wielu naukowców wyjechało za granicę albo do innych miast. Musieli zmienić zawód, bo wilczy bilet zamykał im wstęp do szkół wyższych. Po 1989 r. niektórzy wracali na uczelnię. Od tego samego rektora, który ich wcześniej zwolnił - prof. Sędzimira Klimaszewskiego - otrzymywali pismo, w którym czytali: W związku z ustawą o szczególnych uprawnieniach niektórych osób do ponownego nawiązania stosunku pracy przeprowadziłem analizę decyzji podjętych w warunkach stanu wojennego i stwierdzam, że miały one charakter polityczny. Rektor sam się przyznał w 1989 r., że w 1982 r. wyrzucał z przyczyn politycznych.
IPN zwrócił się do kolejnych zakładowych komisji Solidarność z prośbą o informacje. Odpowiedziała tylko Politechnika Śląska. W wykazie osób zwolnionych i represjonowanych jest ponad 70 nazwisk. Motywy zwolnień są podobne jak na Uniwersytecie Śląskim: negatywne oddziaływanie wychowawcze na studentów. Wypowiedzenia podpisywał ówczesny rektor Politechniki Śląskiej prof. Marian Starczewski. Niektórzy nie czekali na formalne wypowiedzenie. Nazbyt wyraźnie dawano im do zrozumienia, że czas się rozstać, że droga awansu jest zamknięta. - Atmosfera była nie do zniesienia, trzeba było odejść - mówi dr inż. Jan Czaja, który współtworzył Solidarność na Wydziale Górniczym PŚ. - Rozstałem się z uczelnią po 12 latach pracy, porzucając ambicje i marzenia o karierze naukowej.
To pierwsze tego typu śledztwo w kraju. Niektórzy pokrzywdzeni już zapowiadają, że wystąpili do IPN o dostęp do swoich teczek i ujawnią kolegów-donosicieli.
Zbigniew Woźniak, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Katowicach:
Na razie ustaliłem, że z pobudek politycznych zwolniono 15 naukowców, ale dotarłem do kolejnych materiałów, z których wynika, że na liście pokrzywdzonych jest jeszcze co najmniej 20 osób. Czy uda się przedstawić zarzuty osobom, które stały za złośliwymi zwolnieniami? Trudno powiedzieć. Może to być odpowiedzialność symboliczna. Niektórzy nie żyją. Dostęp do materiałów archiwalnych mam utrudniony.


Strajk ostrzegawczy w śląskich kopalniach
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 05.06.2006
Przez dwie godziny strajkowały w poniedziałek prawie wszystkie śląskie kopalnie. Górnicy domagają się wypłaty nagród z zeszłorocznych zysków, które wypracowały kopalnie. - Nie damy się szantażować - ucina Paweł Poncyljusz, wiceminister gospodarki.
Związkowcy szacują, że w strajku wzięło udział 40 tys. górników. Nie protestował jedynie Zakład Górniczy Piekary, w którym masówki odbędą się dzisiaj. Według wyliczeń ministerstwa, górnicy chcą do podziału 223,1 mln zł, rząd proponuje im znacznie mniej - 116 mln zł.
O szóstej rano górnicy z kopalni Polska-Wirek w Rudzie Śląskiej zbierają się w cechowni na masówce. Związkowcy zapewniają, że nie ma żadnego przymusu. Kto nie chce strajkować, może zjechać na dół do pracy. Nikt nie rusza się z miejsca. - Jak pojedziemy do Warszawy, to nie będziemy na kolanach błagać o pieniądze, ale oni na kolanach nam je oddadzą - mówi do mikrofonu Marcel Morawski, szef zakładowej komisji Sierpnia '80.
Jerzy Kowalczyk w kopalni pracuje od 22 lat. Przygotowuje ściany do wydobycia, więc wykonuje jedną z najcięższych prac na dole. - Chcę spokojnie dotrwać do emerytury, więc zamiast strajkować, wolałbym normalnie pracować. Ale jeżeli nie upomnimy się o swoje, to nikt nie zrobi tego za nas. Strajkowałem za komuny i strajkuję teraz, ale wcale przez to nie mam lepiej. Robotnik zawsze dostaje po dupie - wzdycha Kowalczyk.
Mówi, że przywileje i wysokie zarobki w kopalniach to mit. Dlatego górnikom tak bardzo zależy na wypłacie zysków. - Po dwudziestu latach pracy zarabiam ze wszystkimi dodatkami 1800 zł na rękę. Mogę panu pokazać pasek - dodaje.
Robert Socha jest cieślą na dole. I on, podobnie jak i jego koledzy, narzeka za zarobki. - Owszem, mogę zarobić więcej niż dwa tysiące, ale wtedy muszę przepracować dwie soboty i niedziele w miesiącu. A w kółko tylko słyszę, jakie to my, górnicy, mamy kokosy - mówi.
Decyzja o strajku w kopalniach zapadła po czwartkowym spotkaniu związkowców z wiceministrem Pawłem Poncyljuszem. Wiceminister powtórzył, że rząd zgodzi się na wypłatę zysków w kopalniach, ale dużo mniejszych, niż liczyli górnicy.
Rząd zaproponował 2 tys. zł dla pracowników Jastrzębskiej Spółki Węglowej i bony wartości 600 zł dla górników z Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Związkowcy żądali 3 tys. zł dla górników z JSW i bonów po 1000 zł dla dwóch pozostałych spółek węglowych.
Związkowcy zapowiedzieli, że po strajku, 14 czerwca, przyjadą na manifestację do Warszawy. W lipcu 2005 roku, gdy protestowali w sprawie górniczych emerytur, kilkadziesiąt osób zostało rannych, 69 zatrzymano, zdemolowano okolice Sejmu. Związkowcom zagrożono wtedy, że będą musieli zapłacić za szkody, ale ostatecznie budżet nie upomniał się o pieniądze.
- Strajk pokazał, że górnicy są gotowi do manifestacji w stolicy. Mamy już dość tego optymizmu premiera, który krzyczy yes, yes, yes, ale nic z tego nie wynika. Górnictwo co roku odprowadza do budżetu 7,5 mld zł, a gdy chcemy uczciwego podziału zysków, to okazuje się, że pieniędzy nie ma. Czas to zmienić - mówi Wacław Czerkawski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce.
Paweł Poncyljusz stwierdził wczoraj, że rząd nie da się zastraszyć i nie ugnie się pod presją górników. Związkowcy powtórzyli natomiast, że cały czas są gotowi na wznowienie rozmów. Postawili jednak jeden warunek: premier musi wyznaczyć innego negocjatora, bo nie chcą już rozmawiać z ministrem Poncyljuszem.
W poniedziałek wieczorem w TVN 24 premier Kazimierz Marcinkiewicz powiedział, że nie widzi powodów do dymisji wiceministra Poncyljusza. - Minister jest od tego, by kierować sprawami górniczymi na poziomie rządy, by podejmować odpowiednie decyzje i Paweł Poncyljusz wszystko to wykonuje. A jednocześnie nie jest zamieszany - jak bywało w wielu innych rządach - w różne sprawy, które toczą się na poziomie Śląska - mówił premier.


Do łask wracają regionalne stroje
Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 04.06.2006
Uważany przez lata za coś gorszego niż ubranie panoczków tradycyjny, regionalny strój w wielkim stylu wraca na salony. Pierwszy dostaje się na roczek, ostatni - do trumny.
W cieszyńskim parku Pokoju mimo deszczu zaroiło się w niedzielę od ludzi ubranych w kolorowe, regionalne stroje z całego Śląska Cieszyńskiego. W takich strojach występowali muzycy z regionalnych zespołów, ale ubrali się w nie także tłoczący się pod parasolami widzowie. Zachęciło ich do tego Koło nr 6 Macierzy Ziemi Cieszyńskiej. Nie było to trudne, bo na Śląsku Cieszyńskim taki strój jest w bardzo wielu domach. - Czasem jest przekazywany z pokolenia na pokolenie - mówi Mariusz Makowski, historyk z Muzeum Śląska Cieszyńskiego.
Pokazywanie się w tradycyjnym stroju zrobiło się bardzo modne. Anna Belko-Hajek pochodzi z Warmii. Podczas studiów poznała rodowitego cieszynianina, kształcił się na weterynarza na tej samej uczelni. Pobrali się, dziesięć lat temu zamieszkali w Cieszynie. - Moje rodzinne strony to trochę taka Ameryka: mało jest u nas miejscowych, większość to ludzie, którzy zjechali tam z najróżniejszych stron. Przez lata strój regionalny widziałam tylko w muzeum i u koleżanki tańczącej w zespole ludowym. Tutaj, w Cieszynie, gdy ktoś chce się odświętnie ubrać, nie wkłada garsonki czy garnituru, ale właśnie regionalny strój - opowiada Anna.
Takie okazje to msze z okazji roczku, komunie, wesela, a nawet wyjścia do teatru na występy regionalnych zespołów. Pięcioipółletnia Marysia, córka Anny, podczas swoich pierwszych urodzin wystąpiła po raz pierwszy w życiu w regionalnym, wypożyczonym stroju. Jej niespełna trzyletni brat Staś jako pierwsza osoba w rodzinie doczekał się własnego stroju. Spodnie i kamizelkę uszyła dla niego miejscowa krawcowa, wzięła za to 100 zł. Staś wyrósł już z ubrania, ale zostanie ono w rodzinie. Dla następnych pokoleń.
Także w okolicach Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa tradycyjne stroje wracają do łask. Różnią się od tych z Cieszyna, bo to typowe stroje góralskie. Józef Michałek, gospodarz z istebniańskiej Andziołówki, wspomina spotkanie Jana Pawła II z góralami w Zakopanem. Podczas transmisji kazania kamera kilka razy zatrzymała się na jego nieżyjącej już, ubranej w regionalny strój mamie. Widać operatorowi kamery jej ubiór bardzo się spodobał. - Może to, co dzieje się teraz, ma właśnie związek ze słowami Papieża? On przecież nieraz powtarzał: Nie wstydźcie się swojej tożsamości - mówi Michałek. - Mnie ostatnio zaczepiła sąsiadka. Powiedziała, że właśnie zamówiła sobie tradycyjny strój. Do trumny...
Górale przestali się wstydzić, znowu zaczęli chodzić w regionalnych strojach. Dla siebie, a nie po to, żeby przypodobać się turystom. Nie zraża ich, że wełniane gacie drapią, a cepry nie potrafią zapamiętać, że chustka na głowę to szatka, a nie szmatka.
Zbyszek Wałach ze słynnej istebniańskiej kapeli Wałasi uważa, że tradycję noszenia regionalnego stroju zabiły lata PRL-u. Choć dzięki licznym Cepeliom ludowa kultura wtedy kwitła, zaczęła się kojarzyć z wiejskością w negatywnym znaczeniu tego słowa. Strój zaczął być postrzegany jako niemodny ubiór, w którym poza dożynkami i występami na scenie chodzić nie wypadało. - Teraz jest zupełnie inaczej - mówi Wałach.
Nawet młodzież dała się przekonać, że warto czasem zamienić dżinsy i bawełniane koszulki na regionalne stroje. Strój ma np. Zuzanna Juroszek z Jaworzynki, uczennica Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Wiśle. Dostała go w prezencie od babci, nie lubi nikomu pożyczać. - U nas w Jaworzynce, jak tylko jest jakaś okazja, jeden drugiego pyta: czy idziemy w stroju? - opowiada Zuzanna.
Wielu młodych z beskidzkiej Trójwsi wyjeżdża teraz za chlebem do Irlandii czy Londynu. Niektórzy proszą: Mamo, proszę, przyślij mi w paczce naszą istebniańską koszulę, bez niej jest jakoś głupio.


Topniejący Śląsk
Gazeta Wybrcza, Michał Smolorz 02.06.2006
Po raz kolejny w swej historii Górny Śląsk się wyludnia. I nie warto wygłaszać uspokajających wyjaśnień, że opuszczają go ci, którzy tu przyjechali za chlebem w latach PRL-u. To tylko część prawdy. Region wyludnia się z kilku powodów - także dlatego, że mamy ujemny przyrost naturalny, bo już nikomu nie chce się płodzić i rodzić dzieci, nawet w dzietnych dotąd śląskich rodzinach. Ale też dlatego, że wyjeżdżamy za chlebem - nie tylko z powodu braku pracy, ale z powodu niskich wynagrodzeń. Zresztą niskie wynagrodzenia to również ukryte bezrobocie; gdyby podnieść wydajność pracy, a za nią i płace, to stanowisk pracy byłoby jeszcze mniej.
Nie jest to sytuacja nowa. Pomijam dość oczywiste i dotkliwe upływy krwi z lat 1922, 1946, 1957, 1973 i z końca lat 80., spowodowane przez politykę, która bezwzględnie przetaczała się nad naszymi głowami. Obok nich co jakiś czas pojawiały się fale emigracji zarobkowej. Bodaj największa miała miejsce w poprzednim fin de siecle XIX/XX. Z zachodniej, rolniczej części regionu ludzie wyjeżdżali do Ameryki, ze wschodniej - przemysłowej - kierowali się przede wszystkim do Zagłębia Ruhry. Do dziś takie miasta jak Bottrop zamieszkane są przede wszystkim przez potomków tamtych Górnoślązaków, którzy zresztą ciągle pielęgnują swoją tożsamość.
Warto więc przypomnieć, jakim sposobem zatrzymano ówczesną falę emigracji. Płace tu były rzeczywiście gorsze niż na zachodzie Niemiec, gdzie oferowano średnie wynagrodzenia o 25-30 proc. wyższe niż na Górnym Śląsku. Tego nie można było zmienić administracyjnie, więc mądra polityka ówczesnych władz regionalnych, współdziałających z zarządami miejscowych koncernów, polegała na tym, aby żywot górnośląskiego robotnika uczynić po prostu przyjemniejszym. Realizacją tego zamierzenia była właśnie budowa bajkowych osiedli robotniczych, takich jak Nikisch czy Gieschewald (Nikiszowiec i Giszowiec), które po dziś dzień zachwycają wspaniałością zamysłu, głębokim humanizmem architektów i inwestorów. Chodziło o to, aby miejscowy robotnik, zachwycony jakością życia w takim otoczeniu, pozostał na Śląsku. Można zapytać: po co ten wysiłek, przecież wystarczyłoby podnieść płace i emigracja zostałaby zatrzymana? A wreszcie, jeśli robotnik chce wyjechać, to niech wyjeżdża, natychmiast na jego miejsce znajdzie się nowy. Oczywiście nie posądzajmy tamtejszych inwestorów o jakiś szczególny altruizm, choć i tego nie można wykluczyć. Sądzę, że o wszystkim zdecydował prosty rachunek ekonomiczny, inwestycja w dobrą przestrzeń do życia była po prostu tańsza niż tak znaczący wzrost płac, który sprostałby konkurencji Zagłębia Ruhry. Ale ta inwestycja była również tańsza niż ciągłe szkolenie i przekształcanie niewykwalifikowanych przybyszów w sprawnych fachowców. Nie bez powodu tak ceniło się tu zasadę Übung macht den Meister (ćwiczenie czyni mistrza) - to oczywiste, że doświadczenie w pracy jest ważną kwalifikacją, podobnie jak ustabilizowane życie osobiste i rodzinne.
Niestety, nie widać dziś takich wizjonerskich pomysłów na zatrzymanie Górnoślązaków na ich ziemi. Można wręcz odnieść wrażenie, że po raz kolejny wielu ludziom zależy, aby ten nieznośny ludek jak najszybciej wyniósł się stąd i wyemigrował bodaj na Księżyc. Ile kłopotów ubyłoby politykom i urzędnikom, ile zmartwień spadłoby z porządku dziennego ciał samorządowych i organów państwa! Krótkowzroczna to polityka, oparta na doraźnym rachunku, wyzuta z jakiegokolwiek mądrego wizjonerstwa, którego nie brakowało dawnym elitom. Nie widać następców Baildona, Goduli, Gieschego, Redena, Grundmanna, którym choć trochę zależałoby na tutejszej ludności. Nie brakuje za to gorliwców, którzy te wspaniałe postacie usiłują wymazać z naszej pamięci. Już wiem dlaczego.


Strajk w kopalniach, protesty w Warszawie
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 01.06.2006
Rozmowy górników z rządem, w sprawie wypłaty nagród z zeszłorocznych zysków, zakończyły się fiaskiem. Z tego powodu w poniedziałek w śląskich kopalniach odbędzie się dwugodzinny strajk ostrzegawczy, 14 czerwca górnicy przyjadą zaś manifestować do Warszawy.
Negocjacje związkowców z wiceministrem gospodarki Pawłem Poncyljuszem trwały zaledwie 45 minut. Poncyljusz powtórzył, że rząd godzi się na wypłatę zysków w kopalniach, ale mniejszą, niż żądali górnicy. Tym z Jastrzębskiej Spółki Węglowej rząd proponował po 2 tys. zł brutto, pracownicy Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego mieliby otrzymać bony wartości 600 zł. Związkowcy żądali odpowiednio 3 tys. zł i 1000 zł w bonach. W zeszłym roku te trzy spółki zarobiły w sumie 1,34 mld zł, z czego ok. 800 mln Jastrzębska Spółka Węglowa.
Wychodzącego ze spotkania wiceministra żegnały gwizdy. - To nie były rozmowy, ale atak przedstawiciela rządu na górnicze związki zawodowe - uważa Dariusz Trzcionka, szef związku Kadra. Związkowcy błyskawicznie przeszli do kontrataku. Ogłosili, że w poniedziałek w kopalniach odbędzie się dwugodzinny strajk ostrzegawczy, zaś 14 czerwca, dzień przed Bożym Ciałem, górnicy przyjadą do Warszawy na wielką manifestację.
To już druga wizyta górników w stolicy w czasie niespełna roku. Gdy w lipcu 2005 roku protestowali w sprawie emerytur, kilkadziesiąt osób zostało rannych, 69 zatrzymano, zdemolowano okolice Sejmu. W ruch poszły wtedy drzewce, bryły węgla, butelki i płyty chodnikowe. - Zrobimy wszystko, aby dobrze zorganizować demonstrację. Nie mogę jednak zapewnić stuprocentowego spokoju. Górnicy są zdesperowani - nie ukrywa Wacław Czerkawski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce.
Strajku w kopalniach chce aż ponad 94 proc. górników, którzy w niedawnym referendum odpowiadali na pytanie, czy przystąpią do protestu, jeżeli nie otrzymają wypłat z ubiegłorocznych zysków. W głosowaniu wzięło udział ponad 57 tys. osób (70 proc. uprawnionych), za strajkiem opowiedziało się 53 269 osób.
Wysokość dywidend to nie jedyna kwestia sporna. Ministerstwo uzależniło ich wypłatę od zawarcia jednolitego układu zbiorowego pracy w górnictwie (tylko w Kompanii Węglowej obowiązuje obecnie 14 różnych układów, przez co płace w kopalniach na tych samych stanowiskach różnią się nawet o 400 zł) oraz zgody na zwolnienie do końca roku 1300 emerytów, którzy pracują dziś w kopalniach. Wśród nich jest 270 związkowców.
- Przedstawiłem związkowcom uczciwą ofertę podziału zysków, adekwatną do tego, co w 2005 roku zarobiły spółki węglowe. Moim zdaniem związkowcy przedkładają swoje interesy nad dobro całego górnictwa. Zawarcie jednolitego układu zbiorowego pracy oznaczałoby dla nich zmniejszenie o połowę związkowych etatów. Tylko w Kompanii Węglowej ta liczba zmalałaby ze180 do 52 - tłumaczył Gazecie wiceminister Poncyljusz.
Związkowcy nie pozostają ministrowi dłużni. Wczoraj przesłali do premiera petycję, w której domagają się jego natychmiastowego odwołania, zarzucając mu niekompetencję i arogancję. - Możemy wrócić do rozmów, ale premier musi wyznaczyć innego negocjatora. Z panem ministrem nie będziemy się już więcej spotykać - zapowiadają związkowcy.


Zabytkowa sala będzie atrakcją Cieszyna
Gazeta Wyborcza, mac 02.06.2006
Przed stu laty otwierał ją sam cesarz Franciszek Józef. Teraz cieszyńscy urzędnicy chcą udostępnić piękną salę sesyjną turystom.
Mariusz Makowski, historyk z Muzeum Śląska Cieszyńskiego nie ma wątpliwości: - Sala sesyjna w cieszyńskim ratuszu jest jedną z najpiękniejszych w Polsce. Urządzono ją na wzór podobnej w zamku w czeskim Frydku. Sufit pokryły sztukaterie, a ściany - dębowe boazerie. Ustawiono ceramiczne kominki oraz potężny zegar. Wszystko z herbami miasta. Najważniejsze jest jednak ozdobienie ścian: 39 malowanych na deskach herbów szlachty cieszyńskiej oraz 24 drewniane płaskorzeźby z godłami cechów cieszyńskich. Miały symbolizować szlachecko-gospodarczy charakter ówczesnego Cieszyna. Nową salę w 1906 roku otwierał sam cesarz Franciszek Józef. - Z okazji stulecia chcemy ją uczynić atrakcją miasta i pokazać turystom - mówi Renata Karpińska, szefowa biura promocji cieszyńskiego magistratu.
W sali trwają prace: renowacja drzwi, starych, żeliwnych grzejników, czyszczone są herby. Makowski przygotowuje dla zwiedzających specjalny przewodnik po sali z opisem wszystkich atrakcji. Przygotowano też wystawę o 500-letniej historii całego ratusza.
Salę i wystawę będzie można zwiedzać w godzinach pracy urzędu.


Festiwal Rysowania w Zabrzu
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 01.06.2006
Malowanie to świetna zabawa - twierdzą organizatorzy IX Międzynarodowego Festiwalu Rysowania. Podobnie uważa tysiąc uczestników imprezy.
Witold Berus, absolwent katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, zastanawiał się, jak przekonać ludzi, że rysowanie to nie tylko zajęcie dla wybranych. Wpadł na pomysł zorganizowania lekcji plastyki dla wszystkich: - Zaczynaliśmy skromnie w sali gimnastycznej SP nr 1, w której wówczas uczyłem. Sam nie wiem, kiedy impreza nabrała rozmachu i przerosła moje wyobrażenia - przyznaje Berus, dziś nauczyciel w Liceum Plastycznym w Zabrzu.
Od kilku lat festiwal odbywa się w olbrzymiej sali MOSiR-u przy ul. Matejki. Uczestniczy w nim ok. tysiąca osób. Do Zabrza ściąga młodzież nie tylko ze Śląska, ale nawet z zagranicy. Josep Maria Padrol przyjechał z przyjaciółką z hiszpańskiej Barcelony. Właśnie maluje wielki, granatowy portret: - Dowiedziałem się o festiwalu przypadkowo. Rzuciłem wszystko i przyjechałem tutaj - mówi. Obok niego leży już siedem gotowych mniejszych obrazów.
Zabrzański festiwal to przegląd wszelkich technik malarskich i rysunkowych. Są obrazy olejne, akwarele, zwykłe plakatówki, nie brakuje pasteli, kredek, sepii. Jednak największą popularnością cieszy się ołówek. Rysuje nim Magda Lazar. - Jestem już czwarty raz, za każdym razem udało mi się wywieźć jakąś nagrodę. Raz było to nawet Grand Prix! - chwali się Magda, tegoroczna absolwentka liceum plastycznego w Katowicach. Właśnie przygotowuje się do egzaminu na krakowską ASP. Marzy o grafice.
Festiwal to przede wszystkim dobra zabawa. Bawią się starsi i młodsi. Trzyletni Rafał Kowalczyk z Zabrza przyjechał z babcią i kuzynem. Narysował traktor, który widział podczas wizyty u wujka na wsi.
Rysownikom pozowali modele - uczniowie zabrzańskiego Liceum Plastycznego. Ci, którzy nie chcieli malować ludzi, mogli rysować pojazdy, np. wóz bojowy. - To dla nas idealny obiekt. Rysowanie postaci jest dla nas za trudne. Chcemy zdawać na architekturę - tłumaczą Magdalena Żak i Sabina Spyrka, uczennice Technikum Budowlanego w Tychach.
Prace ocenia profesjonalne jury - profesorowie ASP i artyści. Zwycięskie prace zostaną zaprezentowane jesienią na wystawie w Górnośląskim Centrum Kultury w Katowicach.


Hokej przyciąga śląskie dziewczyny
Gazeta Wyborcza, Maciej Blaut 01.06.2006
Liczba chętnych dziewczyn do gry jest olbrzymia. Żeński zespół Polonii ma być 11. tego typu w Polsce. W naszym regionie podobne drużyny działają już w Tychach i Janowie. Pomysłodawczynią powołania nowego zespołu w Bytomiu jest Anna Brabańska, członkini zarządu TMH Polonia. - Ten pomysł rzuciłam dość spontanicznie i właściwie żartem. Tymczasem okazało się, że zainteresowanie nim jest olbrzymie. Na pierwszym spotkaniu organizacyjnym pojawiło się 25 dziewczyn, a wciąż napływają kolejne zgłoszenia. Tymczasem oficjalna rekrutacja do drużyny nawet jeszcze się nie zaczęła - mówi Brabańska, która ma być kierowniczką zespołu. Docelowo w Polonii zostanie utworzony zespół liczący około 40 hokeistek w wieku od 6 do 33 lat. - Na początek nie wymagamy nawet umiejętności jazdy na łyżwach - zaznacza Brabańska. Drużyna ma na razie utrzymywać się ze składek. O pieniądze dla hokeistek Brabańska chce jednak walczyć nawet w Ministerstwie Sportu.
Trenerem drużyny ma być dyrektor klubu Sławomir Budziński. W pracy szkoleniowej pomoże mu kapitan męskiej drużyny Polonii Andrzej Banaszczak. - Żadnych złośliwych komentarzy na razie nie słyszałem. Nie mam obaw przed tą pracą. Zresztą moja siostra Anna była kiedyś w podobnej sytuacji, gdy trenowała... męską drużynę koszykówki w Katowicach. Na początku treningi dla dziewczyn będą raczej zabawą. Zaczniemy je uczyć wszystkiego od podstaw - mówi Banaszczak, który kończy właśnie kurs trenerski na katowickim AWF-ie.
Inicjatorka powołania kobiecego zespołu Polonii nie ukrywa, że chce także... sama trenować z zespołem, i to razem z córką. - Na lodowisku przy ul. Puławskiego trenowałam kiedyś jazdę figurową. Grać raczej nie będę, choć... byłabym dobrym napastnikiem - uśmiecha się Brabańska.
Wśród dziewcząt, które zgłosiły się do drużyny, jest m.in. 18-letnia Aleksandra Frycz - córka kierownika męskiej drużyny Polonii. - Tata zabrał mnie na mecz sześć lat temu. Od tamtej pory regularnie chodzę na mecze Polonii, także wyjazdowe. W moim środowisku hokejem raczej nikt się nie interesuje, więc często mają mnie dość, że ciągle o tym opowiadam - mówi młoda zawodniczka.
Jeśli budowa drużyny będzie przebiegać zgodnie z planem, to w lipcu zespół rozpocznie treningi, a pod koniec przyszłego sezonu rozegra pierwsze sparingi. Kibice w Bytomiu, którzy bardzo zainteresowali się ideą powstania kobiecego zespołu, zapowiadają, że będą przychodzić nawet na treningi.
- Chcę wreszcie spełnić swoje marzenie: wyjść na lód w stroju hokeisty przy wielkiej widowni - wzdycha Frycz.
Informacje na temat naboru do drużyny można znaleźć na stronie internetowej www.polonia.hokej.pl lub w sekretariacie klubu przy ul. Puławskiego 71 w Bytomiu.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry