zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2006 sierpień przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Ślązacy chcą edukacji regionalnej
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki, dp 2006.08.31
Jerzy Gorzelik, szef Ruchu Autonomii Śląska, poprosił ministra edukacji Romana Giertycha, by wprowadził w szkołach obowiązkowe lekcje nauczania o regionie: - To mają być prawdziwe, interaktywne lekcje, a nie edukacja na papierze.
Ruch Autonomii Śląska chce, by Roman Giertych, minister edukacji, wprowadził nowy przedmiot o nazwie edukacja regionalna. - Nie chodzi o wiedzę encyklopedyczną, tylko o żywy kontakt z tradycją regionu - mówi Gorzelik, na co dzień historyk sztuki i pasjonat kultury regionalnej.
Taki przedmiot miałby się pojawić we wszystkich rodzajach szkół - od podstawówek począwszy, a na liceach skończywszy. Gorzelik przyznaje, że pomysł na edukację regionalną nie jest nowy, ale - jego zdanie - nauka o małych ojczyznach kuleje. - Dziś jest to upchnięte po różnych przedmiotach i wiele zależy od inwencji nauczycieli. Edukacja regionalna powinna być osobnym przedmiotem - mówi.
Podkreśla, że nie chodzi mu o kolejny przedmiot w planie lekcji, który będzie drętwym przypominaniem historii regionu czy przyrody. - To muszą być zajęcia interaktywne. Dzieci muszą wyjść ze szkoły i zobaczyć miejsca związane z dziedzictwem kulturowym, przemysłowym i przyrodniczym Górnego Śląska - dodaje Gorzelik.
W apelu do ministra Giertycha Gorzelik napisał, że edukacja regionalna jako osobny przedmiot szkolny łączyłaby elementy wychowania patriotycznego oraz historii Polski. Trudno wyobrazić sobie nowoczesny patriotyzm nieoparty na znajomości swojego bliskiego otoczenia i znajomości historii Polski, bez wiedzy na temat własnego regionu, położonego w granicach Rzeczpospolitej - argumentuje lider RAŚ.
Gorzelik zapewnia, że nikt nie będzie zmuszał dzieci spoza śląskich miast, by uczyły się o Górnym Śląsku. Na przyklad w Sosnowcu dzieci miałyby poznawać tradycję Zagłębia Dąbrowskiego.
- Z kolei w Częstochowie nauka będzie dotyczyła ziemi częstochowskiej. Musimy respektować historyczne podziały. Mieszkańcy województwa mają różniącą się od siebie tożsamość i należy to uszanować - dodaje Gorzelik.
Senator i reżyser Kazimierz Kutz przyznaje, że bardzo podoba mu się pomysł Gorzelika: - To nie jest żadne dziwactwo. W wielu szkołach na Śląsku nauczyciele uczą historii regionu na własną rękę, bo młodzi ludzie chcą wiedzieć, gdzie żyją, skąd się biorą i co się działo.
Podobnie myśli socjolog prof. Marek Szczepański. - Żeby ten przedmiot mógł być dobrze realizowany, potrzebni są też pasjonaci. Takich osób na szczęście nie brakuje. Piszą dziś przewodniki i mają dobre pomysły na żywe pokazywanie regionu i w dodatku potrafią pokazać jego zróżnicowanie - mówi prof. Szczepański.
MEN nie ustosunkował się jeszcze do pomysłu Gorzelika.
Komentuje Aleksandra Klich:
Trzymam kciuki za edukację regionalną w szkołach. To mogą być prawdziwe lekcje patriotyzmu. Nie papierowe, centralnie sterowane i hurrapatriotyczne, ale rozumne, uczące mądrej miłości Ojczyzny.
Poznawanie regionu niejednokrotnie wymaga zrozumienia skomplikowanych losów pogranicza. Historia małych ojczyzn uczy, że państwo nie jest jednolitym tworem narodowym, ale tyglem kulturowym i narodowym, częścią bogatej europejskiej tradycji. Na Podlasiu, Mazurach, w Małopolsce, na Pomorzu, na Górnym Śląsku. Edukacja regionalna to prawdziwe umacnianie tożsamości, głębokie przywiązanie do kraju, w którym się żyje. Z niezbędnym dystansem.
Nie pojmą tego ci, dla których nauczanie patriotyczne to wkuwanie haseł ze sztandarów i papierowy patriotyzm.
Miejmy nadzieję, że resort edukacji narodowej nie wrzuci pomysłu Jerzego Gorzelika do kosza tylko dlatego, że ten szefuje ugrupowaniu z autonomią w nazwie.


Herbert Hupka nie żyje
Dziennik Zachodni, Ryszard Parka 01.09.2006
Hupką straszyło się dzieci. Siedział na kapitalistycznym Zachodzie i knuł, jak oderwać Śląsk od socjalistycznej ojczyzny. Jego poglądy były bardzo radykalne. Nawet w Niemczech zasłużył sobie na miano rewanżysty, z racji swoich wypowiedzi na temat powrotu Niemców na tzw. Ziemie Odzyskane.
To za jego sprawą Bundestag przyjął słynną rezolucję zawierającą stwierdzenie przyjęcie nowych członków do Unii Europejskiej musi się wiązać z uznaniem prawa wypędzonych do powrotu i odszkodowań.
Herbert Hupka pochodził ze śląskiej rodziny. Matka była... żydówką ze Strzelec Opolskich. Ojciec urodził się w Żorach. On sam przyszedł na świat w obozie dla internowanych na Cejlonie w 1915 r. Jego ojciec udawał się do Chin, ale po wybuchu I wojny światowej statek, którym podróżował, został zatrzymany przez Anglików.
Do Niemiec wrócili w 1919 r. Osiedlili się w Raciborzu. Pochodzenie matki stało się niebezpieczne po 1933 roku. Hupka był obywatelem II kategorii. W czasie wojny w wehrmachcie awansował na podporucznika, ale został zdegradowany, gdy wyszło na jaw pochodzenie matki. Koniec wojny zastał go w Raciborzu. Matkę odnalazł w obozie w Terezinie. Wyjechali do Monachium.
Po wojnie Hupka został dziennikarzem, germanistą i działaczem politycznym. W Polsce był kojarzony wyłącznie jako przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków i niezłomny obrońca wielkich Niemiec w starych granicach. Twierdził jednak, że nie jest wrogiem Polaków, ale przekonanym demokratą i antykomunistą.
Przez 18 lat był posłem do Bundestagu i znaczącą postacią w życiu powojennych Niemiec. Nie pogodził się z traktatem granicznym z Polską z 1990 r., skłócił się z tego powodu z kanclerzem Helmutem Kohlem.
Po powodzi w 1997 r. wspomógł Racibórz. Władze miasta przyznały mu tytuł honorowego obywatela. Herbert Hupka zmarł w czwartek 24 sierpnia.


Co dalej z turystyką przemysłową?
www.konferencja.zabrze.pl, 31.08.2006
Międzynarodowa konferencja pt. Dziedzictwo kultury przemysłowej jako szansa rozwoju turystyki europejskiej będzie trzecią już z cyklu konferencji organizowanych przez Urząd Miejski w Zabrzu we współpracy z Górnośląską Wyższą Szkołą Handlową im. Wojciecha Korfantego w Katowicach, poświęconych dziedzictwu przemysłowemu jako nowemu produktowi turystycznemu. Tematyka konferencji cieszy się wielkim zainteresowaniem wśród przedstawicieli branży turystycznej, administracji publicznej i środowisk naukowych w Polsce i za granicą. Świadczy o tym m.in. udział w dotychczas organizowanych konferencjach z tego cyklu przedstawicieli Światowej Organizacji Turystyki, Międzynarodowego Komitetu Ochrony Dziedzictwa Przemysłowego (TICCIH) oraz Europejskiego Komitetu Gospodarczo-Społecznego.
Na miejsce konferencji wybrano ponownie Zabrze ze względu na specyfikę miasta, jak i całego regionu Górnego Śląska charakteryzującą się dużym nasyceniem obiektami dziedzictwa przemysłowego, które stwarzają potencjalne możliwości dla ich wykorzystania w turystyce.
Głównym celem konferencji jest kontynuacja dyskusji nad rozwojem produktu turystycznego w postaci turystyki w obiektach zabytkowych dziedzictwa przemysłowego w kontekście członkostwa Polski w Unii Europejskiej, a więc w kontekście turystyki europejskiej. Opracowania i referaty dotyczyć więc będą w głównej mierze kwestii doświadczeń europejskich w zakresie rozwoju tego produktu turystycznego, problematyki tworzenia europejskich szlaków dziedzictwa przemysłowego, szans i możliwości rozwoju i poprawy jakości usług turystycznych w obiektach dziedzictwa przemysłowego w Polsce.
Rynek Polski, w tym rynek usług turystycznych stanowi obecnie część Europejskiego Rynku Wewnętrznego (ERW) dlatego organizacja i promocja turystyki przemysłowej na naszym rynku wymaga obecnie wymiany doświadczeń w skali europejskiej. Stąd też głównym rezultatem, jaki chcą osiągnąć organizatorzy konferencji jest rozpowszechnienie rozwiązań europejskich w zakresie turystyki w obiektach poprzemysłowych oraz wymiana doświadczeń w tym zakresie pomiędzy przedstawicielami organizacji międzynarodowych, europejskich, regionalnych i przedstawicielami polskiej gospodarki turystycznej, w tym branży turystycznej, organizacji turystycznych i administracji publicznej. Dalsze rozpowszechnienie rezultatów konferencji nastąpi poprzez bezpłatne rozdawnictwo wydawnictwa pokonferencyjnego, które obejmować będzie wszystkie wystąpienia na konferencji.


Hałda zamieni się w stok narciarski!
Dziennik Zachodni, Jacek Bombor 29.08.2006
Jastrzębska Spółka Węglowa chce zamienić hałdę Pochwacie w potężny kompleks rekreacyjno-sportowy. Będą tam trasy croossowe, rowerowe, a co najciekawsze, stok narciarski z prawdziwego zdarzenia. Gigantyczne zwałowisko rozciąga się na 138 hektarach i jest położone na styku Mszany i Jastrzębia Zdroju.
- W grę wchodzi budowa miejsc startowych dla motolotniarzy i dróg dla konnej szkółki jeździeckiej. Projekt zagospodarowania hałdy opracowuje dla nas Główny Instytut Górnictwa - potwierdza Roman Olma, główny inżynier d/s przygotowania produkcji i rozwoju w KWK Zofiówka.
Inżynier Olma przyznaje, że będzie to śmiałe zagospodarowanie pogórniczej hałdy. Na świecie podobne pomysły realizuje się w Niemczech i Francji. Do końca tego roku GIG ma przesłać koncepcje zagospodarowanie terenu, później przyjdzie czas na wybór projektu, wykonawcy i można ruszyć z robotą. Optymistyczna wersja zakłada, że hałda zmieni się już w przyszłym roku.
57 hektarów hałdy leży po stronie Mszany, 82 hektary po stronie Jastrzębia Zdroju. Już teraz ze sztucznego wzniesienia korzystają motolotniarze, którzy na jednym ze szczytów urządzili sobie miejsce startowe. Mieszkańcy obydwu gmin są zadowoleni z pomysłu. Wójt Mszany Jerzy Grzegoszczyk najbardziej liczy na stok narciarski. - Po północnej strony hałdy mógłby mieć długość 500-600 metrów. Chętnych z pewnością nie będzie brakowało - dodaje wójt Grzegoszczyk.
Władze Mszany będą optować za umiejscowieniem tam toru do samochodowych wyścigów. - To będzie recepta na nielegalne wyścigi tuningowanych aut, jakie w weekendy są organizowane w naszej gminie. To bardzo niebezpieczna zabawa, a na przygotowanym terenie wszystko będzie pod kontrolą - mówi wójt Grzegoszczyk.
Wiadomo, że stok narciarski może przeżywać oblężenie mieszkańców z całego Śląska. Adam Skorupa, uczeń Zespołu Szkół Technicznych z Rybnika od dziecka jeździ na nartach, a od dwóch lat na snowboardzie. - Nie każdego stać na to, aby jeździć w góry, dlatego uważam, że to naprawdę świetny pomysł - uważa Adam.
Jego koleżanka, Gosia Kuźmienko, być może pierwszą lekcję nauki jazdy na nartach odbędzie właśnie na hałdzie. - Chcę się nauczyć jeździć, a w górach bym się bała - śmieje się dziewczyna.
Inwestycja będzie kosztować miliony złotych. Koszt samej rekultywacji, czyli zazielenienia i ukształtowania olbrzymiego obszaru, weźmie na siebie kopalnia.


Powstaje filmowa baśń o Śląsku
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 29.08.2006
Młodzi filmowcy niezależni łączą siły. Trwają ostatnie zdjęcia do obrazu Leon Piotr. Piotr Leon Wojciecha Szwieca oraz Michała Gajdy o pokoleniu 1200 zł brutto.
Aleksandra Karaś i Mateusz Eichner na planie filmu To pierwsze wspólne przedsięwzięcie mikołowianina Michała Gajdy (23 lata) oraz Wojciecha Szwieca (28 lat) z Łazisk Górnych. Obaj je reżyserują, są autorami zdjęć i montażu. Szwiec to już rozpoznawalna postać śląskiego kina niezależnego - w tym roku otrzymał Grand Prix na Ogólnopolskim Konkursie Filmów Amatorskich w Koninie. Z kolei Gajda, działający w Amatorskim Klubie Filmowym IKS w Mikołowie, jak dotąd ma na koncie jeden autorski projekt zatytułowany Ćmy w słoiku.
- Spotkaliśmy się wiosną tego roku i szybko zapadła decyzja, by zrobić coś razem. To doskonała odskocznia od tego, czym na co dzień się zajmujemy. Wspólna realizacja sprawia, że więcej się dzieje, zwłaszcza na planie filmowym pojawia się zdecydowanie więcej osób - opowiada Szwiec, związany z Młodzieżowym Klubem Filmowym w Łaziskach Górnych.
Tytułowy Leon Piotr ma 25 lat i po 10 latach pobytu w Warszawie powraca Śląsk. To jego pierwsza wizyta w rodzinnych stronach od czasu wyjazdu do stolicy. W Warszawie posługiwał się imieniem Piotr, bo wstydził się Leona. Po powrocie przeżywa przemianę i wyrusza na poszukiwania swojego dziadka. Autorem scenariusza jest Gajda. Szwiec przetłumaczył go na śląską gwarę. Obaj interesują się tzw. pokoleniem 1200 zł brutto. Jego problemom, zagubieniu we współczesnym świecie konsumpcji Gajda poświęcił swój pierwszy film. - Widzowie po projekcjach twierdzili jednak, że był zbyt przygnębiający. Teraz chciałem zmienić klimat i nie skazywać bohatera na wieczne potępienie - deklaruje młody reżyser.
Twórcy nie stronią od metafizyki: w kilku scenach pojawia się choćby dziewczyna-anioł. Bo Leon Piotr. Piotr Leon to filmowa baśń osadzona w magicznych krajobrazach. - Pojawiają się w naszym filmie cudowne przestrzenie Śląska, choć konkretne lokacje nie są najważniejsze. Chodzi raczej o nastrój, jaki wytwarzają. Śląsk to taka - w pozytywnym znaczeniu słowa - nisza, w którą jeśli raz wejdziesz, szybko przekonujesz się, ile filmowo jest tutaj do zrobienia - twierdzi Szwiec, który zrealizował już kilka śląskich filmów.
Film będzie trwać ok. 30 minut. Zdjęcia kręcono w Warszawie, Mikołowie, Orzeszu, Ornontowicach, Łaziskach i Bujakowie. - Gdziekolwiek się nie pojawiamy, zawsze możemy liczyć na życzliwość i zainteresowanie. Zdarzały się sytuacje, że ludzie do nas podchodzili i oferowali pomoc - wspomina Gajda. Główne role grają: Mateusz Eichner jako Leon Piotr oraz Aleksandra Karaś jako dziewczyna-anioł. W filmie występują także obaj reżyserzy oraz rodzina Szwieca.


Kopalnie przynoszące straty do likwidacji?
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2006.08.28
Rząd chce zamknąć nierentowne kopalnie. - Żaden z górników nie zostanie bez pracy - obiecał w poniedziałek w Katowicach Paweł Poncyljusz, wiceminister gospodarki. Jeszcze w tym tygodniu pod obrady rządu trafi nowa strategia dla górnictwa na lata 2007-2015, która określi przyszłość spółek węglowych i całego górnictwa. Paweł Poncyljusz, wiceminister gospodarki, zdradził wczoraj w Katowicach, że resort chce zlikwidować trwale nierentowne kopalnie, te, które od lat przynoszą straty i mają małe zapasy węgla.
Poncyljusz nie chciał powiedzieć, o jakie kopalnie chodzi, twierdząc, że lista nie jest jeszcze gotowa. Nieoficjalnie wiadomo, że jedną z pierwszych kopalń przeznaczonych do zamknięcia ma być kopalnia Silesia, połączona niedawno z kopalnią Brzeszcze, która do 2008 roku ma przejść w stan uśpienia. W praktyce oznacza to wstrzymanie wydobycia.
W nowej strategii dla górnictwa znajdzie się zapis, że o tym, które kopalnie zakończą wydobycie, ma decydować nie Ministerstwo Gospodarki, ale zarządy poszczególnych spółek węglowych. - Żaden z górników nie straci jednak pracy. Zostaną przeniesieni do innych kopalń - stwierdził minister Poncyljusz.
Spółki węglowe będą mogły od przyszłego roku wypłacać też jednorazowe odprawy górnikom, którzy będą chcieli odejść z pracy (chodzi przede wszystkim o pracowników powierzchni). Pod jednym warunkiem: spółki węglowe muszą same je sfinansować. Nieoficjalnie mówi się, że chodzi o 75 tys. zł brutto, ale jeżeli spółkę będzie na to stać, może zaproponować górnikom znacznie więcej. - Chcemy też, aby część pracowników powierzchni przekwalifikowała się. Człowiek, który dziś obsługuje np. kopalniane zwały, może przecież pracować na przeróbce - ocenia Poncyljusz.
Nowy program dla górnictwa zakłada uzdrowienie Kompanii Węglowej, największej górniczej firmy w Europie. Spółka ma do 2015 roku spłacić swoje zadłużenie wobec ZUS-u, płacąc 172 mln zł rocznie. Rozbudowany zostanie też dział marketingu, który skupi się głównie na szukaniu nowych klientów indywidualnych.
Spółki węglowe będą również pozbywać się swoich spółek niezwiązanych bezpośrednio z wydobyciem. Szacuje się, że jest ich ponad 250.


Remont pomnika Powstańców Śląskich
Gazeta Wyborcza, pj 2006.08.25
Rozpoczął się remont pomnika Powstańców Śląskich przy katowickim rondzie. Jego konstrukcja była tak zniszczona, że mógł się zawalić. Wkrótce skrzydła będą jak nowe.
Remont pomnika powstańców śląskich Charakterystyczne skrzydła pomnika Powstańców Śląskich to jeden z symboli miasta. Urzędnicy chcieli je w zeszłym roku odnowić, ale podczas prac okazało się, że podtrzymująca je konstrukcja jest w fatalnym stanie. W środku zbierała się woda, a wewnętrzna część pomnika w ogóle nie była zabezpieczona przed korozją. Gdyby nie ciekawość robotników, którzy zajrzeli do środka, skrzydła mogłyby się zawalić. Do czasu generalnego remontu konstrukcję zabezpieczono metalowymi prętami. Teraz miasto zleciło zadanie uratowania pomnika Gliwickim Zakładom Urządzeń Technicznych.
Prace już się rozpoczęły. Zostaną wymienione elementy konstrukcji w środku, tak by pomnikowi już nic nie groziło. Potem skrzydła zostaną oczyszczone i pokryte specjalną powłoką w kolorze patyny. Remont będzie kosztował 400 tys. zł i powinien zakończyć się we wrześniu.
Odsłonięty 1 września 1967 r. pomnik jest dziełem prof. Gustawa Zemły i Wojciecha Zabłockiego. Na pomniku umieszczono napis: Warszawa Powstańcom Śląskim, a w jego otoczeniu na tablicach wypisano m.in. miejsca walk powstańczych z lat 1919-1921.


Muzeum Śląskie przyspiesza
Dziennik Zachodni, Teresa Semik 25.08.2006
Plany budowy Muzeum Śląskiego w Katowicach nigdy nie były tak bliskie realizacji w powojennej historii. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego uznało inwestycję za kluczową dla regionu, zgodnie z sugestiami władz wojewódzkich, i rezerwuje na nią około 40 mln euro z unijnych dotacji. Skorygowano już dotychczasowy harmonogram robót na budowie.
- Przyspieszymy przede wszystkim budowę głównego gmachu muzeum i jeszcze w tym roku, w czwartym kwartale, ogłoszony zostanie otwarty, międzynarodowy konkurs - mówi Lech Szaraniec, dyrektor Muzeum Śląskiego. - W pierwszym etapie planowane były przede wszystkim roboty ziemne oraz rewitalizacja poprzemysłowych, zabytkowych obiektów z przełomu XIX i XX wieku, ale w tej sytuacji zmieniamy kolejność. Najpierw budowa głównej siedziby i korekta planów zagospodarowania pomieszczeń.
Do głównego budynku przeniesiona zostanie m.in. galeria wystaw czasowych, dla której rezerwowano miejsce w jednym z poprzemysłowych budynków, a także sala konferencyjna i siedziba dyrekcji. Nowoczesna budowla stanie w południowej części 6-hektarowej działki po dawnej kopalni Katowice. Widoczna będzie od strony Spodka i ronda. Jej zakończenie zapowiedziano na 2011 rok.
Za priorytetową dla regionu uznano również rozbudowę Międzynarodowego Portu Lotniczego Katowice w Pyrzowicach oraz Drogową Trasę Średnicową.


Coraz mniej lekarzy pracuje na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 2006.08.24
Według Śląskiego Centrum Zdrowia Publicznego w ciągu ostatniego roku ze szpitali i przychodni uciekł co dziesiąty lekarz i co piąty dentysta. W wielu miejscowościach zaczyna brakować anestezjologów, chirurgów i pediatrów.
Śląskie Centrum Zdrowia Publicznego zebrało informacje z większości szpitali i przychodni w całym województwie. Wynika z nich, że w 2004 roku pracowało w nich prawie 11,4 tys. lekarzy, a w 2005 niespełna 10 tys. O ponad 20 proc. zmniejszyła się liczba dentystów. Najmniej ubyło natomiast pielęgniarek i położnych - zaledwie 2 proc.
Co się z nimi stało? Nie wiadomo - Centrum dopiero zamierza tę sprawę zbadać. - Na pewno znaczna część wyjeżdża do pracy za granicę. To skutek żenująco niskich zarobków i trudności w zrobieniu kariery naukowej. Zbyt często o tej karierze decyduje wola profesora lub ordynatora, który jest szefem lekarza, a nie zdolności - ocenia dr Halina Kulik, socjolog z Wydziału Opieki Zdrowotnej Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach.
Dotąd w samej Śląskiej Izbie Lekarskiej (obejmuje tylko lekarzy z dawnego woj. katowickiego) wydano prawie 800 zaświadczeń uprawniających do pracy w krajach Unii Europejskiej. Najwięcej - ponad 120 - pobrali ich anestezjolodzy. Pracy za granicą szukają też chirurdzy ogólni, ortopedzi, psychiatrzy i radiolodzy.
Ci, którzy nie wyjeżdżają za granicę, czasami w ogóle rezygnują z leczenia. Zatrudniają się jako menedżerowie albo przedstawiciele firm farmaceutycznych. Jeśli nawet utrzymują małą prywatną praktykę, to tylko po to, by zupełnie nie zrywać z wyuczonym zawodem. Ich źródło utrzymania jest już jednak całkiem inne.
Spadek liczby lekarzy sprawił, że dziś na jednego przedstawiciela tej profesji czeka 480 mieszkańców Śląska. To nieco lepiej niż w innych regionach Polski, ale dla porównania w Niemczech na jednego lekarza przypada 326 osób. Jeszcze gorzej wypada porównanie liczby osób czekających na dentystę: na Śląsku - 3002, zaś w Niemczech -1415.
- Nasze dane są niepełne, bo nie obejmują wszystkich placówek, ale i tak pokazują, że mamy do czynienia z niepokojącym zjawiskiem - mówi Mariola Rejdak z Działu Analiz i Statystyki Medycznej ŚCZP.
Adam Kozierkiewicz z Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego uspokaja - lekarzy w ogóle nie zabraknie. Po chwili jednak dodaje, że braki będą odczuwalne w niektórych specjalnościach - np. anestezjologii i radiologii. - To zaś będzie paraliżować pracę innych specjalistów i tu grozi chorym prawdziwe niebezpieczeństwo - ostrzega Kozierkiewicz. Jego zdaniem państwo może temu zapobiec pod warunkiem stworzenia nowych miejsc do specjalizacji. Lekarze muszą widzieć szanse na karierę i dobre zarobki.
- Wielka Brytania, dokąd emigrują dziś lekarze z Niemiec i Polski, właśnie to robi: po latach niedoborów teraz inwestuje pieniądze w szpitale i lekarzy, by stworzyć dobrze funkcjonującą opiekę zdrowotną. Polska nie jest tak bogata, ale stopniowo i znacząco podnosząc zarobki niektórych specjalistów, można ich jednak zatrzymać - dodaje Kozierkiewicz.


Nie zgadzamy się!!!!!
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 2006.08.23
Huta Metali Nieżelaznych z Katowic Szopienic zwróciła się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o skreślenie z rejestru zabytków obiektów ponad stuletniej Huty Cynku Uthemann. Na odzyskanych terenach chcą rozpocząć działalność gospodarczą.
Do skreślenia z rejestru zabytków wytypowano kilka obiektów huty Uthemann, która na początku XX wieku była częścią prawie 200-hektarowego kompleksu hutniczego koncernu Giesche. Wszystkie stojące tu budynki zostały zaprojektowane przez braci Zillman, tych samych, którzy stworzyli na desce kreślarskiej Nikiszowiec i Giszowiec.
Wybrano: estakadę na betonowych słupach, którą dowożono rudę cynku i węgiel, budynek, w którym formowano ceramiczne piece z gliny (tzw. mufle), magazyn rudy oraz zawaloną kilkanaście miesięcy temu halę z piecami muflowymi. Była to ostatnia z trzech takich hal w hucie. Na jej widok znawcom techniki z całego świata zapierało dech w piersiach. Stalową konstrukcję hali podcięli kilkanaście miesięcy temu złomiarze. Roztrzaskane mufle zostały przysypane gruzami.
Zbigniew Przebindowski, prezes zarządu katowickiej spółki HMN, mówi, że to fatalny stan techniczny, zamkniętych 30 lat temu obiektów, zmusił hutę do starania o skreślenie budynków z listy zabytków. Twierdzi, że wtedy teren mógłby być przeznaczony pod działalność gospodarczą.
- Nie ma sensu podtrzymywać zabytkowej fikcji. Te budynki nie są żadnym rarytasem architektonicznym, nie można ciągle na nas zrzucać odpowiedzialności za stan obiektów - mówi Przebindowski.
Członkowie Stowarzyszenia na rzecz Powstania Muzeum Hutnictwa Cynku, które od lat próbuje ratować zabytki techniki, uważa, że to cios wymierzony w ich działalność. - Od wielu lat trąbimy, że należy ratować te obiekty. Pod gruzami zawalonej hali znajduje się półtora tysiąca mufli. Można jeszcze coś z tego uratować. Staramy się, by różne instytucje i urzędy pomogły nam zorganizować muzeum, w którym moglibyśmy pokazywać zabytki techniki. Na próżno. Nawet wojewoda śląski nie odpowiedział na naszą petycję wysłaną przed wakacjami - denerwuje się Stefan Kmiecik, członek stowarzyszenia w Szopienicach, który przed laty opracował projekt powstania tu skansenu przemysłowego.
W biurze wojewódzkiego konserwatora zabytków tłumaczą, że trudno zliczyć pisma stowarzyszenia w sprawie zabytkowych budynków huty. - W tej sprawie muszą spotkać się przedstawiciele wojewody, urzędów miasta i marszałkowskiego. Osobiście podpisuję się obiema rękami pod pomysłem zbudowania muzeum, jednak trzeba realnie ocenić sytuację - mówi Adam Szewczyk z biura wojewódzkiego konserwatora zabytków. - W kontekście ochrony zabytków obiekty poprzemysłowe stanowią największą skalę trudności. Dawne tereny huty są w opłakanym stanie. Przyczynili się do tego złomiarze.
Łukasz Łata ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego zapewnia, że dojdzie do spotkania. - Petycję też dostaliśmy. Potrzebujemy tylko czasu na zbadanie sprawy - twierdzi.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie podjęło jeszcze decyzji o skreśleniu obiektów huty z rejestru zabytków. Na razie zwróciło się o opinię do Krajowego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków.


Eugenia Korfantowa nie żyje
Gazeta Wyborcza, Barbara Szmatloch 2006.08.23
Synowa Wojciecha Korfantego zmarła 22 sierpnia w Dallas w Teksasie.
Urodziła się w 1913 roku w Kadijewce (teraz Ukraina). Wyszła za mąż za Zbigniewa Korfantego, urodziła bliźniaki Wojciecha i Feliksa. Gdy w sierpniu 1939 roku umarł Wojciech Korfanty, dzień po jego pogrzebie, w obliczu nieuniknionej agresji Niemiec, opuściła Polskę. Była Korfantową i wiedziała, że wrogowie nie zapomną o rodzinie tego, który zabrał im Górny Śląsk.
Z małymi dziećmi i dobytkiem spakowanym w dwóch walizkach uciekła na Wschód, potem przez Austrię, Włochy, Francję i Anglię do Kanady, by osiąść w Ameryce. Jej mąż przyjechał do Stanów Zjednoczonych dopiero w 1949 roku i natychmiast, na podstawie fałszywego oskarżenia, trafił do więzienia pod Nowym Jorkiem. Zwolniono go po pół roku za poręczeniem Stanisława Mikołajczyka. Już wtedy poważnie chorował na serce. Żona została więc głową rodziny.
W 1953 roku zamieszkali w Teksasie. Po śmierci męża pani Eugenia przeniosła się do dwupokojowego mieszkania w Dallas i utrzymywała się z emerytury. Doskonale znała języki obce, ale do synów mówiła tylko po polsku, starała się stworzyć polski dom. Podnosząc słuchawkę telefonu, zawsze odzywała się w ojczystym języku. Ostatni raz rozmawiałam z Nią 15 sierpnia. Była już bardzo słaba. Powiedziała, że czeka na spotkanie z mężem.
Pani Eugenia nie miała łatwego życia, ale nigdy się nie skarżyła. Zawsze pogodna, traktowała życie jak służbę wobec rodziny i kraju. Kiedyś zapytałam Ją, czy była szczęśliwa. Odpowiedziała: - Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Zawsze wszystko było podporządkowane teściowi i Polsce. Widać Bóg tak chciał.


Pieniądze dla Śląska podzieliła Warszawa
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 2006.08.22
Nie dość, że pieniędzy z Unii Europejskiej dostaniemy znacznie mniej niż chcieliśmy, to jeszcze nie mamy wpływu na ich podział.
Urzędnicy w Warszawie wyliczyli, że Śląskowi w ciągu najbliższych siedmiu lat należy się tylko nieco ponad 1,5 mld euro. Protesty samorządowców i parlamentarzystów, którzy liczyli na 2 mld euro, nie pomogły. Teraz okazuje się, że o podziale tych pieniędzy także zdecydowało już Ministerstwo Rozwoju Regionalnego.
- Na razie nie wiemy, jak będzie to wyglądało w szczegółach, ale wiemy, że wyznaczono procentowe limity - mówi Sergiusz Karpiński, wicemarszałek województwa.
Według ministerstwa większość pieniędzy - 60 proc. - powinna być przeznaczona na budowę nowoczesnej gospodarki opartej na wiedzy. - To oznacza między innymi wspieranie budowy dróg, bo dzięki temu można przyciągnąć inwestorów, czy tworzenie szerokopasmowych łącz internetowych, łatwo dostępnych dla mieszkańców - wyjaśnia Monika Niewinowska, rzeczniczka ministerstwa.
Na zdrowie wyznaczono limit - maksimum 3 proc. To oznacza, że szpitale i przychodnie np. na przystosowanie sal operacyjnych do unijnych standardów dostaną ok. 45 mln euro, podczas gdy na tzw. budowę społeczeństwa informacyjnego ma być przeznaczona kwota czterokrotnie wyższa. Karpiński tłumaczy, że chętnie odwróciłby te proporcje, ale nie ma na to wpływu.
- Nie wierzę, że pieniądze na budowę społeczeństwa informacyjnego zostaną w pełni wykorzystane, natomiast inwestycje w szpitalach przyniosłyby konkretne efekty. Unia narzuca nam wprawdzie pewne ramy, ale nie są one aż tak sztywne - twierdzi Anna Knysok, wicedyrektorka Zespołu Szpitali Miejskich w Chorzowie.
Całej sprawie nie dziwi się prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca. - Kiedyś wygraliśmy unijny konkurs na realizację programu pomocy dzieciom z wadami serca z Kosowa. Pieniędzy na ich leczenie musieliśmy szukać w Ameryce, bo Unia odmówiła. Najwyraźniej teraz także nie widzi, jak bardzo ochrona zdrowia jest u nas zaniedbana - mówi prof. Zembala.


Feminizm bez szans?
Gazeta Wyborcza, kai, kapi 2006.08.20
Rodzina na Śląsku to potęga - mówił abp Damian Zimoń do kobiet zgromadzonych w sanktuarium Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Piekarach Śląskich.
Dziesiątki tysięcy kobiet i dziewcząt zebrało się wczoraj w sanktuarium piekarskim na dorocznej pielgrzymce. - Rodzina na Śląsku to potęga. Feminizm nie ma u nas specjalnych szans, gdyż kobieta ma swoją ważną rolę do odegrania, ona nie jest lekceważona - powiedział do pątniczek abp Zimoń.
Metropolita katowicki mówił o zjawiskach niszczących współczesną rodzinę: bezrobociu, biedzie, presji ekonomicznej, wyjazdach za chlebem za granicę, konfliktach pokoleniowych.
W homilii bp Stefan Cichy, ordynariusz diecezji legnickiej, nawiązując do słów papieża Jana Pawła II zachęcał do troski o ubogich, bezrobotnych i chorych: Jan Paweł II, pisząc o przywracaniu nadziei ubogim, mocno zwracał uwagę na to, że poważnie trzeba podchodzić do zjawiska bezrobocia, które w wielu krajach Europy stanowi poważną plagę społeczną. Prosił, by przypominać, że praca jest dobrem, za które jest odpowiedzialne całe społeczeństwo - mówił.


Szczyt Młodzieży Trójkąta Weimarskiego
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.08.20
Francuzi, Niemcy i Ślązacy zasiedli w niedzielę do stołu w galerii Kronika w Bytomiu. Jednak nie by debatować o polityce, ale by poprzez wspólną zabawę lepiej się poznać. Przez najbliższy tydzień młodzi uczestnicy szczytu będą zastanawiali się nad rolą kultury poprzemysłowej w rozwoju europejskich regionów.
Przez najbliższy tydzień uczestnicy Szczytu Młodzieżowego Trójkąta Weimarskiego będą zastanawiali się nad rolą kultury poprzemysłowej w rozwoju europejskich regionów.
Jednym z uczestników spotkania jest Dariusz Kryczka, student prawa i politologii Uniwersytetu Śląskiego. - O całym projekcie dowiedziałem się z Akademii Młodych Liderek i Liderów. Szczyt to świetna okazja, by poznać młodych Europejczyków. Rozmawiamy dużo ze sobą, ten pierwszy dzień to głównie poznawanie się nawzajem. Problem z językiem rozwiązał się sam. Rozmawiamy we wszystkich trzech językach, posiłkując się angielskim - mówi Kryczka.
W Kronice odbyły się wczoraj warsztaty integracyjne. Jednym z ćwiczeń było wspólne siedzenie przy stole zaprojektowanym przez pracownię architektoniczną medusa group. To raczej nie stół, a blat z tworzywa bez nóg, który opiera się na kolanach siedzących. Zasiadały przy nim dwie osoby z różnych krajów i musiały się przedstawić sobie, odkryć w czasie krótkiej rozmowy wspólne zainteresowania. Trzeba było ciągłej współpracy, by nie wywrócić stołu i nie wylać szklanek z wodą, stojących na blacie. Ten sposób kojarzenia w pary był dobrą zabawą dla uczestników.
- Szczyt to świetny pomysł. Idealne forum wymiany myśli. Program jest bardzo bogaty. Grupa się bardzo szybko zintegrowała - mówi Julie Ray, opiekunka młodzieży z Nord-Pas de Calais.
Dzisiaj młodzi uczestnicy szczytu odbędą wędrówkę industrialną po Bytomiu, zajrzą m.in. na osiedle robotnicze Bobrek i do osławionego Bolko-loftu. Jutro w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej, który jest organizatorem tegorocznego edycji imprezy, odbędzie się seminarium Dziedzictwo kultury technicznej w regionach partnerskich Trójkąta Weimarskiego. Niemcy i Francuzi opowiedzą o swoich doświadczeniach w zakresie restrukturyzacji przemysłu i rekultywacji terenów poprzemysłowych. Seminarium poprowadzą eksperci. Wykłady są otwarte dla wszystkich zainteresowanych. Więcej informacji na www.haus.pl.


Zamek w Toszku w dawnym wyglądzie
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.08.20
Toszecki zamek może wkrótce bardziej przypominać swój średniowieczny pierwowzór. Powstaje właśnie projekt rewitalizacji wieży. Oprócz przywrócenia historycznego charakteru zamku, plan przewiduje utworzenie centrum turystycznego-ekspozycyjnego.
Zamek w Toszku pozostawał malowniczą ruiną przez prawie 150 lat, od czasu wielkiego pożaru, który strawił jego zabudowania na początku XIX wieku. Decyzję o jego częściowej odbudowie podjął wojewoda śląski Jerzy Ziętek. Prace, które rozpoczęły się w 1957 r., trwały pięć lat. Konserwatorzy i historycy byli zgodni - efekt jest zadowalający, ale tylko z zewnątrz.
- Wnętrze wieży wyglądem bardziej przypomina blok z czasów Gomułki. Zresztą porównanie wcale nie jest takie naciągane, bo przez kilka lat naprawdę był tutaj hotel robotniczy. Czasem widać, że turyści są rozczarowani, bo okazuje się, że w środku nie ma co zwiedzać - przyznaje Joanna Karweta, dyrektorka Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury, administratora i użytkownika zamku.
Koncepcja rewitalizacji baszty, oprócz przywrócenia jej średniowiecznego wyglądu, zakłada także zagospodarowanie pomieszczeń tak, by przyciągnęły turystów. W lochach będzie można zwiedzać salę tortur i zbrojownię, a na kolejnych piętrach będą sale przeznaczone na prezentacje audiowizualne i wystawy. Część eksponatów być może uda się znaleźć podczas badań archeologicznych, które zostaną przeprowadzone wraz z pracami renowacyjnymi.
Na razie znalazły się pieniądze na badania architektoniczne oraz wykonanie szczegółowego projektu. Razem to już wydatek ponad 65 tys. zł. - Na razie szacujemy, że na wszystkie działania rewitalizacyjne będziemy potrzebować od 1,7 do 2 mln zł. Już teraz wiemy, że bez pomocy unijnej nie mamy o czym marzyć - mówi Karweta.
Aby starać się o pieniądze z Unii, 15 proc. potrzebnej kwoty musi wygospodarować budżet gminny. - Ta decyzja zapadnie już pewnie w następnej kadencji samorządu. To niemała kwota, ale samorządowcy zawsze przychylnie rozpatrywali wszystkie projekty związane z naszym zamkiem. Miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie - mówi Maria Nowak-Kowalska, zastępczyni burmistrza Toszka.


Śląscy filmowcy na festiwalu w Gdyni
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 2006.08.20
Dzieła rybnickiego Klubu Filmu Niezależnego oraz Franciszka Dzidy rywalizować będą w konkursie na najlepszy film niezależny podczas festiwalu filmowego w Gdyni.
Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni to od 31 lat największe święto dla rodzimych filmowców. Obok głównego konkursu, gdzie rywalizują profesjonalne produkcje, imprezie towarzyszą też zmagania twórców niezależnych. W tym roku pośród 21 zakwalifikowanych obrazów znalazły się też produkcje z naszego regionu: Wędrowiec Franciszka Dzidy z Chybia oraz Jak przed wojną, zrealizowany przez rybnicki Klub Filmu Niezależnego.
Film Dzidy, nestora polskiego filmu offowego, powstał w zeszłym roku. Twórca nazywa go metafizyczną przypowieścią. - Pokazuję, że człowiek zbyt łatwo poddaje się presji rzeczywistości. A przecież, przestrzegając pewnych wytycznych, ziemska wędrówka niekoniecznie musi oznaczać taplania się w błocie. W filmie nie pouczam jednak i nie ganię. Jest tam wiele wątków pesymistycznych, które składają się w optymistyczne wnioski - opowiadał Gazecie o swoim filmie reżyser. Film powstał w zeszłym roku, a główną rolę zagrał Piotr Machalica. Wędrowiec jest siódmą pełnometrażową produkcją Dzidy i trwa 50 minut.
Drugi z naszych filmów, który będzie oceniany w Gdyni, to obraz Eugeniusza Klucznioka i Klubu Filmu Niezależnego. To prawdziwie śląski film: wszystkie dialogi są mówione gwarą, a na ekranie pojawiają się najczęściej amatorzy. W jedną z głównych ról wcielił się Grzegorz Stasiak, znany śląski kabareciarz. Jak przed wojną to tragikomedia, opowiadająca o współczesnym Śląsku i jego problemach. Jej bohaterami są bezrobotni, zarabiający na życie zbieraniem złomu. Film wyreżyserował Eugeniusz Kluczniok, były górnik. - Opowiadam o naszym regionie, bo go dobrze znam i ciągle obserwuję - deklaruje Kluczniok.
Jak przed wojną zrobił już prawdziwą furorę nie tylko w Rybniku, ale także daleko poza jego granicami. Do dziś płyty DVD z tym tytułem zamawiają u realizatorów widzowie w Niemczech. Film zachwycił też Kazimierza Kutza, który kilkanaście miesięcy temu zaprosił rybnickich twórców do swojego programu w Telewizji Kultura. - Gdy realizowaliśmy Jak przed wojną, nikt nie spodziewał się tak dużego oddźwięku. Był to przecież nasz pierwszy film o tematyce śląskiej - wspomina Mirosław Ropiak, szef KFN-u i zarazem autor zdjęć i montażysta filmu. Obecnie rybniccy filmowcy kończą trzecią produkcję poświęconą Śląskowi - jest zatytułowana Kant - Pol.
Festiwal filmowy w Gdyni potrwa od 11 do 16 września.


Korzystny wiatr historii
Gazeta Wyborcza, Kazimierz Kutz 2006.08.18
(...) Dziś walka o zaczepienie się przy władczym PiS-ie ujawnia się z dawno nieoglądanym impetem i zaczyna przypominać ponure partyjniactwo sprzed 20 lat. Zawiązują się kliki partyjnych urzędników i zawodowych nieudaczników i bez skrupułów wypierają ludzi z lepszej, kreatywnej materii. Zwłaszcza tu, jeśli są to Ślązacy. Znów wieje przedwojenny, polonocentryczny wiatr Grażyńskiego, przemieszany z antyśląskim ostracyzmem towarzysza Grudnia. Znów zaczyna śmierdzieć nowymi dozorcami polskości. Nieważne, czy ma się przeszłość tajemną, pezetpeerowską, eseldowską czy awuesowską, nieważne, ile razy zmieniało się partyjne przytułki i lizało kaprawe tyłki sezonowych bonzów: ważny jest aktualny - PiS-wski - żłób i ponętna perspektywa zbliżających się wyborów samorządowych.
Rankingi przedwyborcze są zachęcające, więc sezon podlizywania ruszył, bo będzie okazja zabrać się do nadjeżdżającego pociągu. Liczna na Górnym Śląsku mierzwa partyjnych kacyków i karierowiczów skrzykuje się, gdy tylko gdzieś gore lub jest okazja do przejęcia władzy. I wtedy działają bez skrupułów. Tu, na Śląsku, mamy do czynienia z dodatkowym politycznym dopalaczem, czyli historyczną zmową rządzących, by nie dopuścić do władzy miejscowych - czyli pnioków - bo zaczną realizować swoje stare marzenia o autonomii.
Tam, gdzie na takie niebezpieczeństwo się zanosi, jejmoście ci pojawiają się niczym straż pożarna i gaszą rzecz w zarodku. W instytucjach publicznych i organizacjach pozarządowych wykorzystują demokratyczne przepisy i naginają je do swoich interesów. Scenariusz jest prosty: wystarczy w ciałach decyzyjnych zabezpieczyć większość swoimi ludźmi i mieć na czele instytucji zorientowanego człowieka. To stara technika politycznych manipulacji na Górnym Śląsku, zrodzona jeszcze w bismarckowskich Niemczech, potem udoskonalona w II RP, a w PRL-u doprowadzona do perfekcji.
Technikę tę wypraktykowano w państwach kolonialnych i przeniesiono w nasze strony. Przedmiotowe traktowanie Górnego Śląska i jego mieszkańców jest utrwaloną tradycją importowanych specjalistów od rządzenia - swoistym nawykiem - i każdy, kto tu dostaje władzę, uważa jej kontynuację za obowiązek patriotyczny. Tak było w II RP, tak było podczas okupacji, w PRL-u, tak było w III RP, a w IV RP nie będzie inaczej.
Nieważne, jak historia się toczy i jak nazywają się partie polityczne, parcie do segregacji społecznej i poddaństwa podobne. Tak, niedopuszczanie Ślązaków do władzy było i jest rodzajem lokalnego patriotyzmu polityków. Ta forma polonocentryzm została wypróbowana przed wojną, potem wyćwiczona przez komunistów i w znacznej mierze zachowana w III RP (wystarczy sprawdzić, skąd pochodzili śląscy wojewodowie i marszałkowie), ale dziś, w wolnym i demokratycznym kraju, pora, aby podważyć stare patenty do rządzenia na Śląsku. Już nie wolno na to przystawać. Zwłaszcza że tendencje serwilistyczne wyraźnie zwyżkują i nie są skrywane, bo otrzymały świeżą ideologiczną pożywkę: PIS jest partią narodowo-katolicką, zmierzającą do scentralizowania władzy, a jej głównym programowym zadaniem w nadchodzących wyborach jest zawłaszczenie samorządów.
Na Górnym Śląsku program ten jest szczególnie dramatyczny i groźny, bo oznacza kontrolowanie i likwidowanie w zarodku jakichkolwiek ciągot odśrodkowych czy etnicznych Górnego Śląska. To byłaby ich kastracja. Oto, skąd wieje dla karierowiczów korzystny wiatr, który zmierza do reanimacji wypróbowanych mechanizmów trzymania Ślązaków za mordę. Partyjne zaanektowanie samorządów na Górnym Śląsku ma kapitalne znaczenie dla PIS-u i jest pryncypialnym pociągnięciem politycznym państwa historycznego IV RP. Dlatego program ten staje się żerem dla cyników i serwilistów wszelkiego asortymentu. A wiedzieć trzeba, że dla nich nie ma nic lepszego nad okazję, by móc utożsamić się z objawionym interesem państwa i wepchnąć swoje tyłki na intratne fotele. Ich moralną dewizą jest parafraza niemieckiego filozofa: Niebo nad nami, a morale w PiS-ie!.
Patrzę na tych moralnych cwergów - nie tylko na Śląsku - z obrzydzeniem, bo przypominają mi mękę obcowania z ferajną Grudnia czy Wilhelmiego (ministra kultury w tym czasie). Chciałbym z nimi mieć jak najmniej do czynienia, nie musieć się o nich ocierać i znosić ich cynizmu gorszego od złośliwości małp. Ale nie mam też zamiaru stać z opuszczonymi rękami i milczeć. Milczeniem i biernością oddaje się nie tylko władzę, ale i poczucie nędznego luksusu patriotycznej misji. Ci ludzie psują nie tylko państwo, ale i bezczeszczą postawy obywatelskie i ich dokonania, które są dobrem wspólnym. Czy może dziś być coś bardziej nagannego?
Dlatego trzeba mobilizować się do nadchodzących wyborów samorządowych. Trzeba reanimować istniejące organizacje lokalne, poniechać starych urazów i tworzyć nowe organizacje społeczne. Trzeba szykować się do organizowania obywatelskich komitetów wyborczych i ustalać swoich kandydatów. Nie wolno popierać kandydatów rządzącej koalicji, bo to droga do martwego trwania. Polityczne zmajoryzowanie samorządów przez PiS, Samoobronę i LPR będzie cofnięciem Górnego Śląska w czasy i obyczaje PRL-u. Wróci strach i samowola partyjnej władzy - w propagandowym opakowaniu Michała Grażyńskiego.
Samorząd gminny jest największą zdobyczą nowego ustroju. Jaki był, taki był - idzie o to, aby był lepszy i nasz, obywatelski. Nie wolno dopuścić, aby zawłaszczony został przez kogokolwiek.
Na Górnym Śląsku idzie czas żegnania się z mentalnością Siuksów.


Wojna o apteki na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 2006.08.17
Apteki upadają, bo jest ich za dużo - twierdzą śląscy aptekarze. Chcą prawa, które zablokuje tworzenie nowych aptek. Zapewniają, że skorzystają na tym także pacjenci.
- Od kilku lat nie zdarzyło mi się dostać moich leków od ręki. Zawsze czekam na wykupienie recepty jakieś dwa dni, aż apteka sprowadzi lek z hurtowni - mówi Józef Twardak, prezes Śląskiego Stowarzyszenia Osób Dotkniętych Chorobą Parkinsona. - Wielu z nas praktycznie nie jest w stanie funkcjonować bez leków, dlatego od dawna radzę, żeby mieć w domu zapas na co najmniej dwa tygodnie - dodaje.
Nie tylko chorzy na parkinsona mają kłopoty. W wielu aptekach trzeba czekać na wszystkie rzadziej stosowane antybiotyki, a pacjenci z nowotworami mogą od ręki dostać swoje leki praktycznie tylko w aptekach przy szpitalach onkologicznych.
Dlaczego tak jest? - To proste. W ciągu kilku lat aptek tak się namnożyło, że obroty spadły mi o połowę. Aby się nie narażać na straty, zamawiam z hurtowni tylko najczęściej kupowane leki. Inaczej poszedłbym z torbami - wyjaśnia Ryszard Jasiński, właściciel apteki na katowickim osiedlu Ptasim.
Lidia Czajka, która od prawie 20 lat ma aptekę na os. Witosa w Katowicach, narzeka jeszcze bardziej. - Najpierw były tu trzy apteki, potem cztery. Żyliśmy w zgodzie, dopóki miasto nie zgodziło się na jeszcze jedną, w przychodni, jakieś 15-20 m od mojej. Prosiłam w urzędzie, by tego nie robili. Po co tu druga apteka? Na nic. I obroty spadły mi o 80 proc. - opowiada farmaceutka. Dziś chętnie rzuciłaby wszystkim, ale jest w potrzasku. Jej apteki nikt nie chce kupić. Nie może jej też zlikwidować, dopóki nie spłaci długów w hurtowni. Nie ma jednak z czego, bo obroty spadają...
Rozwiązaniem ma być ograniczenie liczby aptek. Według projektu ustawy przygotowywanej właśnie w Ministerstwie Zdrowia, jedna apteka nie powinna przypadać na mniej niż 4 tys. mieszkańców.
Jeśli przepis zostanie wprowadzony w życie, w województwie śląskim nie powstanie już żadna nowa apteka. Powód: na wsiach i tak nie opłaca się ich zakładać, a w miastach już teraz jest ich o jakieś 300 za dużo (prawie 1500 na 4,7 mln mieszkańców).
- Nie chcemy likwidowania aptek, które już działają, ale każda nowa sprawia, że już istniejące stają na skraju bankructwa - tłumaczy Stanisław Piechula, prezes Okręgowej Izby Aptekarskiej.
Samorząd aptekarski chce też innych zabezpieczeń: jeden aptekarz powinien prowadzić tylko jedną aptekę, poza tym apteki nie powinny łączyć się w wielkie sieci.
Te z sieci są silne dzięki powiązaniom z wielkimi hurtowniami farmaceutycznymi. Stać ich na twardą walkę o pacjenta i promocje w stylu Leki za złotówkę czy fundowanie kosztownych nagród. Chętnych, by z nich skorzystać, nie brakuje. Kłopot w tym, że promocje dotyczą także leków refundowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Skuszeni nagrodami lub niskimi cenami chorzy wykupują je w nadmiarze. Fundusz zamiast na leczenie, zwiększa wydatki na leki.
- Nie chodzi tylko o interes drobnych aptekarzy. Zmiany będą korzystne dla pacjentów i całego systemu ochrony zdrowia. W krajach takich jak Niemcy czy Finlandia, dawno to dostrzeżono i podobne przepisy obowiązują już od lat - przekonuje Piechula.
Ministerstwo Zdrowia zgadza się z aptekarzami. Pacjenci są sceptyczni. - Jak aptekarze już raz nauczyli się oszczędzać na zamawianiu naszych leków, to nie wierzę, że z tego zrezygnują. Wolę, żeby aptek było więcej, bo chodzić też nam ciężko - komentuje Twardak.


Okradają zabytkowe śląskie drogi?
Dziennik Zachodni, Katarzyna Wolnik 18.08.2006
Na śląskich drogach trwa istne remontowe szaleństwo. Roboty utrudniają nam życie, choć trudności znosimy dzielnie w nadziei, że będzie się lepiej jeździło i chodziło. Ale nie tylko prace inwestorskie interesują obserwatorów. Mieszkańcy bardzo wnikliwie przyglądają się ekipom prowadzącym remonty i modernizacje jezdni i chodników. Ludzie widzą, gdzie przerwy są zbyt długie, a gdzie niszczy się coś, co należałoby chronić.
Betonowe łaty
- Przy alei Wojciecha Korfantego, głównie w okolicach katowickiego Ronda oraz na odcinkach dróg, gdzie powstaje teraz Drogowa Trasa Średnicowa, położone były piękne, granitowe krawężniki. Robotnicy je wyrwali i zastąpili betonem - ubolewa katowiczanin Tadeusz Stana.
Arkadiusz Taleński z Bytomia też od lat obserwuje, jak z jego miasta bezpowrotnie giną granitowe elementy nawierzchni dróg. - Dużo jeżdżę po świecie. Na zachodzie Europy nie byłoby do pomyślenia, aby podczas remontu ulic niszczyć coś, co ma historyczną wartość - mówi pan Arkadiusz. - Dziś na naszych oczach dewastowane są śląskie miasta.
Tadeusz Stana, mieszkaniec Katowic Bogucic, przypomina sobie sytuację z końca lat 90. ubiegłego wieku, gdy po protestach mieszkańców jego dzielnicy na ulicę Markiefki powróciły granitowe krawężniki. Teraz naszemu Czytelnikowi serce się kroi, gdy widzi, jak w czasie remontu ulicy Warszawskiej niszczone są stare granity. - Koparka dźwiga półtorametrowy krawężnik, zrzuca go na ziemię, a robotnicy rozbijają go młotkami - opowiada pan Tadeusz. - Granit się marnuje, a brakujące fragmenty krawężnika ekipa wypełnia betonem.
Materiał z odzysku
Henryk Bula, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Ulic i Mostów w Katowicach, odpiera argumenty naszych rozmówców. - Granitowe krawężniki, które nie są zniszczone, zawsze staramy się ponownie wykorzystać. Takie - pochodzące z odzysku krawężniki - zostały spożytkowane na przykład wzdłuż niezabudowanej części ulicy Szarych Szeregów. Obecnie kładziemy granitowe krawężniki wzdłuż ulicy Józefy Kantorówny w Szopienicach - wyjaśnia Henryk Bula.
Ulicę Warszawską Miejski Zarząd Ulic i Mostów przekazał inwestorowi. - Wszyscy wykonawcy mają jednak obowiązek wykorzystać stare granity, a niezużyte kamienie przewieźć do naszej bazy składowej, która mieści się przy ulicy Milowickiej w Dąbrówce Małej. Granit wykorzystujemy ponownie, nie jest on natomiast na pewno przedmiotem żadnego handlu - zaznacza Bula.
Trwały, lecz drogi
Niestety, nie zawsze wystarcza cennych kamieni, którymi już były okładane chodniki, na wykonanie całego krawężnika wzdłuż drogi. - Wtedy musimy też wykorzystać krawężniki betonowe, choć szlachetne kamienie trwałością przewyższają wielokrotnie tradycyjne materiały, na przykład modne ostatnio kostki brukowe. Granit jest jednak zbyt drogi, aby używać go powszechnie - przyznaje Henryk Bula.
Dodaje też, że często na skutek decyzji konserwatora zabytków, MZUiM zobowiązany jest zachować starą nawierzchnię drogi, uzupełnić nie tylko granitowe krawężniki, ale i granitowe kostki. Przywołuje w tym miejscu ulice Jordana i PCK w centrum Katowic oraz wiele ulic w Nikiszowcu i Giszowcu.


Sierpniowa pielgrzymka do Piekar
Dziennik Zachodni, (sb) 17.08.2006
Tradycyjna Pielgrzymka Kobiet do Sanktuarium Maryjnego w Piekarach pod hasłem Przywracajmy nadzieję ubogim odbędzie się już w najbliższą niedzielę.
- Jak co roku pójdę na pielgrzymkę kobiet do Piekar - zapowiada Anna Romanowska z Bytomia. - Pielgrzymowanie niesie w sobie nadzieję, że nadejdzie lepszy czas, a na pewno nie gorszy. Będę prosić o siłę i nadzieję - dodaje.
Jeszcze w sobotę przed pielgrzymką o godz. 17.00 dobędzie się nabożeństwo maryjne wraz z różańcem. O godz. 18.00 zaplanowano mszę św., po której nastąpi procesja z obrazem na szczyt Kalwarii.
W dniu pielgrzymki o godz. 8.30 rozpocznie się Godzina Różańcowa, a na godz. 9.20 zaplanowano powitanie księży biskupów w bazylice i procesję na Kalwarię. O godz. 10.00 mszę św. pontyfikalną na szczycie odprawi ks. Kardynał Henryk Gulbinowicz, natomiast o godz. 14.00 odbędzie się godzina młodzieżowa przy wieczerniku. Na godz. 15.00 zaplanowano nieszpory na szczycie Kalwarii i procesję z obrazem MBP do bazyliki.
Autobusy jak w święta
Autobusy wszystkich linii obsługujących teren Piekar Śl. kursować będą wg rozkładu jazdy obowiązującego w niedziele i święta, z tym iż do obsługi linii nr 114 i 192 skierowane zostaną autobusy przegubowe. Podobnie jak w latach ubiegłych trasy objazdowe dla linii nr 5, 53, 73, 114, 164 w kierunku do dworca autobusowego przebiegać będą ulicami: Bytomską, Ziętka i Jana Pawła II, a w kursach powrotnych ulicami: Śląską, Konstytucji 3-Maja, Ziętka, Jana Pawła II i dalej po stałej trasie. Linia 700 kursować będzie ulicami: Bytomską, Ziętka, Jana Pawła II i dalej po stałej trasie. Linia nr 780 przerwana zostaje na os. Wieczorka (kursować będzie tylko w relacji: St. Tarnowice GCR Repty Śl. - os. Wieczorka). Autobusy linii nr 164 w godz. 7.00 - 17.00 nie będą obsługiwać przystanków w rejonie os. Wyzwolenia. Objazdy będą obowiązywać w godz. od 7.00 - 17.00.
Uwaga kierowcy!
Wyłączony z ruchu zostanie odcinek ul. Bytomskiej (od skrzyżowania z ul. Jana Pawła II do ul. Gen. Ziętka). Ruch tranzytowy od strony Bytomia i Chorzowa będzie prowadzony ul. Obwodową. Od strony Kozłowej Góry objazd będzie prowadzony w prawo na skrzyżowaniu z ul. Jana Pawła II do ul. Obwodowej i następnie w lewo w kierunku Bytomia. Ruch lokalny zostanie poprowadzony ul. Jana Pawła II i ul. Gen. Ziętka.


Mathias atrakcją turystyczną Zabrza
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.08.15
Wpisany na listę zabytków techniki województwa śląskiego szyb Maciej (org. Mathias - przyp. red.) to kolejny poprzemysłowy zabytek, który można zwiedzać w Zabrzu. Miastu w realizacji projektu Zabrze - miasto turystyki przemysłowej pomógł prywatny właściciel, udostępniając zabytkową wieżę wyciągową turystom.
- Kiedy już udało nam się uratować szyb i przebudować go na ujęcie wody pitnej, pomyśleliśmy, że można by z tego miejsca uczynić atrakcję turystyczną - mówi Śliwka.
Choć trwają jeszcze prace adaptacyjne, do szybu można wejść. Wizyta jest bezpłatna, tylko wcześniej trzeba umówić się telefonicznie (032 2712449). Największą atrakcją jest ponadsiedemdziesięcioletnia elektryczna maszyna wyciągowa. Mimo sędziwego wieku składający się z dwóch olbrzymich bębnów kolos jest w pełni sprawny. Maszyna zajmuje osobny budynek, a część mechanizmu sięga aż do piwnicy. Na stanowisku maszynisty, który za pomocą trzech drążków obsługuje mechanizm, stoi Andrzej Wandiger, kierownik Zakładu Szyb Maciej, który pełni również funkcję przewodnika. - To bezawaryjna maszyna, która pracuje w tzw. układzie Leonarda, jednym z najbardziej ekonomicznych - wyjaśnia Wandiger. Po chwili bębny, przy akompaniamencie ogromnego huku, szybko nawijają grube stalowe liny, wprawiając tym samym w ruch klatkę górniczą. Tego jednak nie możemy zobaczyć. Informuje o tym tylko strzałka na szybowskazie.
Kolejną atrakcją jest budynek szybu. Tutaj można zobaczyć klatki, w których zjeżdżali pod ziemię górnicy i którymi wyjeżdżały na górę wózki z urobkiem. Piękny widok na miasto roztacza się ze szczytu 38-metrowej wieży wyciągowej.
- Liczymy na to, że do końca roku uda nam się wypiaskować ściany, a część nadszybia zaadaptować na sale wystawiennicze, gdzie zaplanowaliśmy ekspozycję sprzętu związanego z górnictwem. Najważniejsze, że projekt nie koliduje z obecną funkcją szybu jako ujęcia wody, a w przyszłości może będzie choć w małym stopniu zarabiał na swoje utrzymanie - mówi Śliwka.
Pomysł właścicieli Demeksu chwalą miłośnicy Zabrza. - W mieście, które promuje się jako miasto turystyki przemysłowej, wszystkie działania związane z zachowaniem poprzemysłowych zabytków idą bardzo opornie. Na remont i przystosowanie dla ruchu turystycznego czekają zabudowania kopalni Królowa Luiza. Nie wiadomo, kiedy zostanie uruchomiony podziemny skansen Guido. Może inicjatywy prywatnych właścicieli wpłyną dopingująco na działania miasta - mówi Dariusz Walerjański, zabrzański przewodnik i historyk.


Złoty zamek w Pszczynie
Dziennik Zachodni, Sylwia Plucińska 16.08.2006
Pszczyna jako jedno z nielicznych miast w Polsce może pochwalić się własnymi monetami.
Ich łączna wartość to 2 mln 200 tys. zł. Złoto Północy tak można przetłumaczyć nazwę stopu Gold Nordic, który posłużył do wybicia monety dwuzłotowej z wizerunkiem zamku pszczyńskiego. Można ją nabyć w oddziałach okręgowych Narodowego Banku Polskiego, w wybranych urzędach pocztowych, tzn. w Pszczynie, Rybniku, Raciborzu, Wodzisławiu i w Żorach. W Pszczynie można ją również otrzymać w Banku Spółdzielczym. Od dyrektora Romana Chrószcza dowiedzieliśmy się, że jego bank ma 8 tysięcy sztuk tych monet.
- Łączny nakład pszczyńskiej dwuzłotówki - poinformowała nas Beata Rozmus z działu promocji Urzędu Miasta w Pszczynie - wyniósł milion sto tysięcy sztuk!
Jest ona najnowszą z serii 32 monet o nominale 2 zł wydawanej przez Narodowy Bank Polski pod nazwą Historyczne miasta Polski. Emisja rozpoczęła się we wrześniu 2005 roku i potrwa do kwietnia 2008. Mają one upamiętnić miasta liczące ponad 500 lat, które wniosły wyjątkowy wkład w rozwój poszczególnych regionów i państwowości Polski.
- Historycy, pod przewodnictwem prof. Henryka Samsonowicza, typowali miasta, do samorządów należało określenie jego symbolu. W przypadku Pszczyny nikt nie miał wątpliwości, że tą ikoną ma być zamek książąt pszczyńskich - mówi Beata Rozmus.
Historycznie rzecz biorąc jest on najstarszą budowlą w mieście. Kiedy w 1327 roku pojawiła się pierwsza wzmianka o Pszczynie, była ona grodem z zamkiem warownym. Od czasów Thurzonów, w których ręce przeszła w 1517 r., została majątkiem dziedzicznym, który przekształcił się w pszczyńskie państwo stanowe. Jego zasobność i znaczenie gospodarczo-polityczne powiększały kolejne rody: Promnitzów, Anhaltów i Hochbergów. Ten ostatni, należący do najmożniejszych rodów w Europie, przyjął nawet przydomek von Pless. Na zamku pszczyńskim w czasie I wojny światowej cesarz niemiecki Wilhelm II miał swoją kwaterę główną. Tutaj w 1916 roku wspólnie z cesarzem Austro-Węgier Franciszkiem Józefem wydał Akt 5 Listopada, który powoływał do istnienia zależny od nich zalążek państwa polskiego. Pszczyna od kilku dni jest już w obiegu, ale jej oficjalne powitanie na tutejszym rynku szykuje się 31 sierpnia. NBP wraz z samorządem miejskim przygotowują z tej okazji wiele atrakcji dla mieszkańców i gości. Znajdziemy się W świecie mincerzy i denarów. Na czas tego widowiska historycznego rynek zamieni się w średniowieczną osadę, gdzie zobaczymy pokazy walk rycerskich, rzemiosła, ówczesnych gier i zabaw, posłuchamy koncertu na dawnych instrumentach, a także poznamy sposób, w jaki bito monety.
W trakcie imprezy ogłoszone zostaną wyniki konkursu związanego z pszczyńską dwuzłotowką, a nagrody zwycięzcom wręczy Leszek Balcerowicz. Prezes NBP spotka się wcześniej z pszczyńskimi przedsiębiorcami i młodzieżą. Każdy, kto tego dnia wymieni zwykłe 2 złote na bohaterkę dnia, otrzyma pudełko pszczyńskich oblatów ze specjalnie na tę okazję wydanej serii.


Mumia muchy do muzeum
Gazeta Wyborcza, Teresa Rączka 13.08.2006
Do Muzeum Śląska Cieszyńskiego trafiły niezwykłe eksponaty. W zbiorach rodziny Saint Genois d'Anneaucourt odnaleziono m.in. mosiężną szpilkę z 1796 roku, kłos zboża datowany na 1844 rok, a nawet mumię... muchy z końca XVIII wieku.
Te wszystkie cuda znaleziono w archiwach rodziny Saint Genois d'Anneaucourt, jednego z najstarszych i najbardziej znanych europejskich rodów arystokratycznych. Przez ponad sto lat od 1792 roku hrabiowie byli właścicielami leżącego pod Bielskiem Jaworza. To oni doprowadzili do rozkwitu tej pięknej miejscowości. Wystarali się dla niej o status uzdrowiska, otwarli przypałacowy park dla kuracjuszy, wybudowali wille, dom zdrojowy i kręgielnie. W 1906 roku sprzedali Jaworze, a gdy wyjeżdżali do Baden pod Wiedniem, zabrali ze sobą kilka metalowych skrzynek z rodzinnymi pamiątkami. Archiwum dziesiątki lat przeleżało na strychu córki ostatniego właściciela Jaworza. Latem zeszłego roku wróciło do Cieszyna. Zbiory poddano gruntownej konserwacji i podczas badań okazało się, że kryją niecodzienne eksponaty.
- Nigdy nie spodziewałem się, że w dawnych dokumentach odnajdę takie zabawne przedmioty - śmieje się Mariusz Makowski z cieszyńskiego muzeum. W dawnych archiwaliach znalazły się ręcznie wykonane mosiężne szpilki z 1796 roku, którymi niegdyś spinano arkusze, kłos zboża datowany na 1844 rok, a nawet XVIII-wieczna... zasuszona mucha. Na wielu pergaminach zachowały się oryginalne rysunki kopistów, którzy przepisywali księgi. Niektóre z nich, jak na przykład dopięta do dokumentów heraldycznych twarz z 1778 roku, przypominają trochę współczesne emotikony [internetowe symbole, np. uśmiechu - przyp. red.]. - Zabawiali się pewnie z nudów w szkicowanie różnych esów-floresów lub w ten sposób rozpisywali gęsie pióra. Później tę umiejętność wykorzystywali, ozdabiając inicjały - wyjaśnia Makowski. Wśród dokumentów znajdują się również takie, które sprawiają wrażenie, jakby pisane były wczoraj. Na przykład nierozpieczętowany, oryginalnie zaklejony list - aneks do testamentu z 1778 roku. Na podstawie zbiorów łatwo także domyślić się, kiedy i jak powstawały. Oprócz dokładnych dat odnaleźć można na nich ślady wosku i ziarenka piasku.
Dawne zbiory będzie można oglądać na wystawie w Jaworzu od 2 do 5 września


Coraz mniej pieniędzy dla Śląska
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 13.08.2006
Nasze województwo dostanie jeszcze mniej unijnych pieniędzy, niż zapowiadano. Niekorzystną zmianę odkryli pracownicy Urzędu Marszałkowskiego. Tracimy kolejnych 26 mln euro.
Przypomnijmy, że chodzi o podział ok. 16 mld euro unijnych dotacji między wszystkie województwa w ramach tzw. regionalnych programów operacyjnych na lata 2007-2013. Z tych pieniędzy można np. budować nowe drogi, kanalizacje, remontować zabytki czy budować biblioteki. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego już dawno przygotowało trzy sposoby podzielenia tych pieniędzy. Mieliśmy szansę dostać nawet blisko 1,9 mld euro, ale ostatecznie wybrano wariant, który miał nam zagwarantować zaledwie 1,6 mld euro. Przeciwko takiemu podziałowi pieniędzy protestowali zarząd województwa śląskiego, politycy PO, SLD, ale także PiS-u. Ci ostatni prosili nawet premiera o zmianę sposobu rozdziału unijnych funduszy. Nic jednak nie wskórali. Co gorsza, właśnie się okazało, że w najbliższych latach nie dostaniemy 1,596, tylko 1,570 mld euro. Różnica wynosi 26,1 mln euro, czyli około 100 mln zł! Co ciekawe, niekorzystną dla Śląska zmianę odkryli sami pracownicy Urzędu Marszałkowskiego, gdy zajrzeli do jednego z dokumentów na stronie internetowej MRR.
- Nikt nas o tym nie poinformował. Nie wiemy nawet, dlaczego dostaniemy mniej pieniędzy - mówi Elżbieta Bieńkowska, dyrektorka wydziału programowania rozwoju i funduszy europejskich w UM. Dodaje, że za 100 mln zł można by np. wybudować Drogową Trasę Średnicową z Katowic do Mysłowic, dokończyć rozbudowę lotniska w Pyrzowicach czy kupić nowoczesne karuzele do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku.
- Z danych MRR wynika, że spadła nam liczba ludności i to może być wyjaśnieniem zmian, ale nie aż tak dużych - dziwi się Bieńkowska.
Marian Jarosz, członek zarządu województwa, komentuje: - Czarno na białym widać, że jest stosowana polityka dziel i rządź. 26 mln euro dla naszego województwo to spora kwota. Nie wykluczam, że rząd wymyśli jeszcze coś innego i dostaniemy jeszcze mnie. Mogą przecież odrzucić nasze projekty kluczowe, np. budowę nowej siedziby Muzeum Śląskiego. Przecież o przyznaniu pieniędzy będzie decydowało MRR - mówi Jarosz.
Roman Chmielewski, który w resorcie zajmował się obliczaniem sposobu podziału pieniędzy z UE, nie ma wiele do powiedzenia. Stwierdził jedynie, że wcześniej resort posługiwał się starymi danymi o ludności województw i bezrobociu. To m.in. od nich zależy, które województwo ile dostanie. Chmielewski twierdzi, że teraz te dane zostały zaktualizowane.


Małe śląskie szpitale do likwidacji...
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 10.08.2006
Co najmniej kilkanaście szpitali na Śląsku może zostać zamkniętych. Ministerstwo Zdrowia tłumaczy, że dzięki temu pieniądze na leczenie będą lepiej wykorzystane, ale w powiatach o żadnej likwidacji nie chcą słyszeć.
Ministerstwo Zdrowia chce stworzyć tzw. sieć szpitali publicznych, czyli niezbędnych dla pacjentów. Publiczne szpitale, które się w niej nie znajdą, powinny - zdaniem ministra Zbigniewa Religi - być zamknięte. Minister nie podaje ani liczby szpitali do zamknięcia, ani dokładnych kryteriów, na jakich będą wybierane. Wystarczyło jednak, że zapowiedź powtórzył na oficjalnych spotkaniach kilka razy, by w śląskich powiatach zawrzało. Zwłaszcza, że to Śląsk uważany jest w resorcie za region, w którym najwięcej szpitalnych łóżek trzeba zlikwidować.
- Mają zamykać publiczne szpitale poniżej 250 łóżek! Wszystkie - dwa, jakie mamy w Knurowie i Pyskowicach, spełniają to kryterium. To znaczy, że obydwa nam zamkną? - denerwuje się Michał Nieszporek, starosta gliwicki.
- 250 łóżek? Ja słyszałam, że zamykać mają tylko szpitale poniżej 150! - niepokoi się Lucyna Majewska, naczelniczka wydziału zdrowia w bielskim starostwie. Kłopot w tym, że podległy starostwu Szpital Pediatryczny w Bielsku-Białej wszystkich łóżek ma i tak tylko 120, a na dodatek jest stary, ma wielki dług i kłopoty z personelem. - I tak zrobimy wszystko, by go utrzymać - zapiera się Majewska.
Denerwują się też w Katowicach. Tu miasto ma aż pięć małych szpitali. Dwa z nich to placówki specjalistyczne - urologiczna i geriatryczna. Te na pewno uda się wybronić. Gorzej z pozostałymi. - Czy zlikwidujemy jakiś szpital? Może mnie pani zwolnić z odpowiedzi na to pytanie? - prosi Jerzy Laczkowski, naczelnik wydziału zdrowia w Urzędzie Miejskim.
Pomysły ministra nie podobają się też w szpitalach. - W tym kraju nic się nie da zaplanować. Przez kilka lat ministrowie powtarzali, że trzeba się dostosować do nowoczesnych standardów. Miasto wydało miliony na remonty, a teraz co? Każą nas zamknąć?! - denerwuje się Włodzimierz Sieradzki, wicedyrektor szpitala w Katowicach Murckach.
- Kryterium liczby łóżek nie może być jedyne. Czasami pięć łóżek w zapadłej dziurze jest bardziej potrzebnych chorym niż 50 w wielkim mieście, zwłaszcza w przypadkach nagłych zachorowań - uważa prof. Lech Poloński, wojewódzki konsultant w dziedzinie kardiologii.
- Nie liczba łóżek, ale ich wykorzystanie będą decydującym kryterium - uspokaja Paweł Trzciński, rzecznik resortu. Kłopot w tym, że województwo śląskie ma nie tylko największy w kraju odsetek łóżek szpitalnych (58 na 10 tys. mieszkańców przy średniej 48 - dane za GUS-em). Także pod względem ich wykorzystania jesteśmy na samym końcu. Średnio na jednym szpitalnym łóżku leczy się u nas rocznie 32 pacjentów, podczas gdy w innych województwach to 40, a nawet 45 chorych.
- Nie chodzi tylko o likwidację. Chcemy skłonić samorządy do decyzji, które usprawnią gospodarowanie pieniędzmi na leczenie. Szpitale mogą być łączone albo przekształcane w placówki opiekuńcze - wyjaśnia Trzciński.
Pierwsze szczegóły na temat sieci szpitali Religa ma przedstawić rządowi na przełomie sierpnia i września. Projekt samej ustawy trafi jednak do Sejmu najwcześniej w listopadzie, już po wyborach samorządowych. - Ta sprawa nie powinna być elementem politycznej gry przed wyborami - tłumaczy Trzciński.
Zasady likwidacji opracowane zostaną w resorcie, jednak listę placówek do zamknięcia mają sporządzać komisje powołane przez wojewodów.


Które miasto przygarnie śląską sztukę?
Dziennik Zachodni, (tm) 11.08.2006
Jest wola znalezienia siedziby dla wielkiej kolekcji śląskiej sztuki nieprofesjonalnej - taki wniosek można wysnuć na podstawie telefonów, które od tygodnia odbieramy w redakcji. Może w Rudzie Śląskiej, może w Tarnowskich Górach, może w Mikołowie albo Tychach?
Przypomnijmy sprawę. W ubiegły piątek napisaliśmy, że największa w Polsce kolekcja śląskiej sztuki nieprofesjonalnej z obrazami Teofila Ociepki, braci Wróblów czy Erwina Sówki na czele, nie może znaleźć godnego miejsca. Na razie dzieła te przechowywane są u ich właściciela Gerarda Trefonia - kolekcjonera, który zbiera je od 50 lat. Teraz postanowił je przekazać jakiejś galerii czy muzeum, by wszyscy mogli poznać ich wartość. Tyle że śląskie samorządy nie chcą w tym przedsięwzięciu pomóc.
Od ubiegłego piątku dzwonią do nas ludzie zainteresowani kolekcją. Sporo przedstawicieli firm, którzy chcieliby w jakiś sposób pomóc. Odbieramy telefony z samorządów. Wielokrotnie spotykamy się z prośbą, by na razie o takim czy innym telefonie nie pisać - sprawę bowiem próbuje rozpoznać prezydent, burmistrz czy starosta, który nie chce palić tematu w radzie miejskiej czy powiatowej. Ujawniło się Starostwo w Tarnowskich Górach. Z kolei w Rudzie Śląskiej doszło do spotkania z kolekcjonerem, na którym przedstawiono kilka pomysłów pozytywnego zakończenia sprawy. Wielkie nadzieje można wiązać zwłaszcza z jednym domem kultury. Dzwonią posłowie, którzy całkiem prywatnie na razie podpytują o szczegóły. Niektórzy biznesmeni nie rozumieją istoty sprawy - chcieliby kupić niektóre dzieła do prywatnych domów czy siedzib firm. Ale nie o to chodzi - kolekcja ma być udostępniona wszystkim i w całości.
Generalnie niemal wszystkim trudno zrozumieć, że na dzień dobry nie muszą wykładać pieniędzy za obrazy. Wystarczy, że zapewnią porządne warunki ich ekspozycji.


Wielka woda na Dolnym Śląsku
Gazeta Wyborcza, Karolina Łagowska, Marian Maciejewski 08.08.2006
Fala powodziowa zalała wczoraj kilkanaście miejscowości w powiecie jeleniogórskimi. Na szczęście synoptycy przewidują, że najgorsze już minęło. Ma mniej padać, a zbiorniki retencyjne mogą przyjąć jeszcze dużo wody.
- Jest gorzej niż w 1997 roku - mówią ludzie. - Pozalewało te miejsca, które wtedy były suche.
Drogi zarzucone połamanymi gałęziami, w rowach śmieci naniesione przez wodę.
We wsi Mlądź koło Rębiszowa w powiecie lwóweckim rzeka podmyła i oderwała pół domu. 80-letnia lokatorka na szczęście spała w drugim pokoju. Ewakuowali ją strażacy.
Dramatycznie noc przebiegała też nad środkowymi dopływami Odry i rzeką Kamienną w powiatach jeleniogórskim i kłodzkim.
Do Piechowic w powiecie jeleniogórskim ponadtrzymetrowa fala dotarła o świcie. Przerwała fragment muru, którym okolone było koryto rzeki i zalała dolną część wsi - kilkanaście domów i podwórek.
Andrzej Gawluk wczoraj wynosił z domu zalany sprzęt i meble. - Woda przyszła w ciągu kilku minut - opowiada - Na podłodze mam pół metra błota. Wody było półtora metra. Dobrze, że zdążyliśmy odpiąć psa i się nie utopił. Suka sąsiadów resztka sił pływała ze szczeniakiem w zębach. Też ją uratowaliśmy.
Tej nocy z Piechowic ewakuowano 50 osób.
W Cieplicach woda zalała kilkadziesiąt gospodarstw i cmentarz. Ludzie przychodzili tam od samego rana. Niektórzy płakali.
Rano w jednym z mieszkań przy ul. Ludowej w Cieplicach policjanci znaleźli ciało starszej kobiety.. W nocy w mieszkaniu było pół metra wody. Edyta Bagrowska, oficer prasowy jeleniogórskiej policji: - Sprawdzamy, czy to był naturalna śmierć czy utopienie. Wyjaśni to sekcja zwłok.
Bardzo zła sytuacja nadal jest w kilku gminach powiatu wałbrzyskiego, m.in. w Walimiu, ekipy ratownicze usuwają zatory pod mostami i przepustami drogowymi. W Rybnicy Leśnej została zalana posiadłość w pobliżu drewnianego kościółka, osuwa się skarpa, którą prowadzi droga do świątyni. W gminie Czarny Bór nieprzejezdne są drogi Witków - Jabłów i Jaczków - Sędzisław.
Od wczoraj stan alarmu powodziowego obowiązuje też w Świdnicy.
Ok. godz. 13 przejazd z Wrocławia do Kłodzka przed Bardem Śląskim blokowała policja. - W tej okolicy najbardziej zalane są Olbrachcice Wielkie koło Ząbkowic Śląskich - mówi jeden z policjantów.
Płynąca przez środek Olbrachcic mała rzeczka Jadkowa wydostała się z koryta i zamieniła w rwąca rzekę, płynącą główną asfaltową drogą.
Za Kłodzkiem poziom Nysy Kłodzkiej zbliżył się do poziomu szosy. W paru miejscach na odcinku do Lądka Zdroju przekroczył go. - Ale w Lądku już opada - uspokajali nas wracający stamtąd strażacy.
Najgorsza sytuacja była w Krosnowicach koło Kłodzka. Nysa Kłodzka połączyła się ze spływającą z gór małą rzeczką Duną i utworzyły rwącą szeroką rzekę, w obrębie której znalazło się ponad trzydzieści domów. Kilka rodzin trzeba było ewakuować. W akcji pomagali żołnierze i strażacy. Niewielu gospodarzy było ubezpieczonych. - My kupiliśmy polisę, bo mamy nauczkę po powodzi z 1997 r. - mówi Małgorzata Marcinowska. - Ale kto wie, jak nam oszacują szkody.


Czy Ślązacy gineli w polskich obozach?
Dziennik Zachodni, Marek Świercz 09.08.2006
Trwa debata na temat powojennych obozów pracy dla wysiedlanych z Polski Niemców. - Jeśli Polska uważa, że nazwa obozy koncentracyjne powinna być używana tylko w stosunku do obozów niemieckich, powinna wystąpić z taką propozycją do odpowiednich komisji międzynarodowych - pisze niemiecki historyk Ewald Pollok w najnowszym wydaniu swojej internetowej gazety www.silesia-schlesien.com.
Ale sprawa jest już chyba załatwiana na gruncie rodzimego prawa - w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej znalazł się paragraf zakazujący takich sformułowań.
W Polsce o poglądach Polloka zrobiło się głośno, gdy napisało o nich Życie Warszawy, cytując oburzonego prof. Witolda Kuleszę z pionu śledczego IPN. Na Górnym Śląsku taka debata toczyła się już wcześniej. Przypomnijmy: gdy Andrzej Roczniok z Ruchu Autonomii Śląska użył określenia polskie obozy koncentracyjne, radny sejmiku śląskiego Rajmund Pollak zawiadomił prokuraturę, że doszło do znieważenia narodu polskiego. Śledztwo jest w toku. Gdy Pollok zarzucił Pollakowi kłamstwo w relacjonowaniu śledztwa, ten drugi zawiadomił ponownie prokuraturę.
- Sprawą zainteresowało się Ministerstwo Sprawiedliwości. Trafiła do bielskiej Prokuratury Rejonowej, Pollok będzie ścigany - mówi radny Pollak.
Internetowa debata trwa. Pollok sugeruje w swym najnowszym tekście, że polska opinia publiczna jest niedoinformowana, bo przez 60 lat terminu koncentracyjny używano tylko w odniesieniu do obozów hitlerowskich. Podobno wśród 1.457 internautów komentujących publikację Polloka tylko 87 wiedziało, że po wojnie istniały w Polsce jakieś obozy. Pollok zamieścił też na swojej stronie własny list do prof. Kuleszy, w którym pisze: Pozostaje sprawa nazwy obozy koncentracyjne, o którą p. Profesor i zapewne kilku innych będzie kruszyć kopie. Włos zawsze można dzielić na czworo (...). Nie mogą przecież nazywać się obozami pracy, kiedy osadzano w nich dzieci od 1 do 13-go roku życia i starców.
Pollok podkreśla, że nie doczekał się odpowiedzi profesora Kuleszy. Jak się okazuje, Kulesza przebywa do września na urlopie i DZ nie był w stanie poprosić go o komentarz. Na urlopie przebywa też rzecznik prasowy IPN.
Tymczasem okazuje się, że to właśnie nowa ustawa o IPN może mieć kluczowe znaczenie dla tego rodzaju historycznych sporów. Jeden z jej paragrafów przewiduje bowiem do 3 lat więzienia za publiczne pomawianie Narodu Polskiego o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie.
- Taki przepis to przejaw totalitarnego myślenia, które ogranicza wolność słowa zarówno w rozmowach potocznych, jak i w naukowym dyskursie - komentuje Jerzy Gorzelik z Ruchu Autonomii Śląska. - Pytanie, co to znaczy pomawianie narodu o zbrodnie? Zbrodni dokonują jednostki, które - rzecz jasna - do jakiegoś narodu należą. Próba zakazywania dyskusji na takie trudne tematy jest niedorzecznością.
Innego zdania jest radny Pollak: - Gdy oskarżyłem komisarza Verheugena o nazwanie Polaków leniami i pijakami, wszyscy byli oburzeni, ale okazało się, że nie ma na to paragrafu. I to był sygnał, że trzeba poprawić prawo w taki sposób, by znieważanie narodu polskiego nie było możliwe. I na pewno nie jest to żaden zamach na wolność słowa, tylko obrona naszego interesu narodowego. Oczekuję, że w tym sporze po mojej stronie staną posłowie i prawodawcy.
Sprawa, rzecz jasna, nie jest przesądzona. Ustawa o IPN, w której najwięcej emocji budzą oczywiście zapisy lustracyjne, trafiła na razie do Senatu. Głośno mówi się o tym, że czeka ją wiele różnych poprawek. Czy poprawiony zostanie i ten artykuł, na razie nie wiadomo.


Pijani kierowcy tracą samochody
Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 08.08.2006
Od czerwca do lipca na Śląsku zatrzymano 3282 pijanych kierowców. 113 z nich zabrano samochody, a pozostali mają policyjne dozory lub musieli wpłacić poręczenia majątkowe. Wkrótce gazety opublikują też nazwiska pijaków. - Walka o trzeźwość na drogach dopiero się zaczyna - zapowiadają stróże prawa.
Na ten parking policja zwozi auta po wypadkach, a także te odebrane kierowcomPółtora miesiąca temu Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości, wypowiedział wojnę pijanym kierowcom. - Kto będzie jeździł pod wpływem alkoholu, straci samochód - ostrzegał. Patrząc na policyjne statystyki, można odnieść wrażenie, że do śląskich kierowców ta informacja nie dotarła. Tylko w czerwcu i lipcu na naszych drogach zatrzymano aż 3282 osoby, które prowadziły po kielichu. - To o sto więcej niż w tym samym czasie w zeszłym roku i o ponad tysiąc więcej niż w 2004 r. - przyznaje podinspektor Andrzej Gąska, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.
Policja i prokuratura ostrzegają, że żarty się skończyły. 12 pijanych kierowców trafiło za kratki, 180 ma policyjny dozór. 109 kierowcom, którzy mieli poniżej promila alkoholu w wydychanym powietrzu, na poczet grzywny, która zwykle nie jest bardzo wysoka, zabrano telewizory, laptopy i kina domowe. Ci, którzy byli mocno pijani stracili samochody. Takich przypadków było aż 113. Auta odholowano na policyjne parkingi, gdzie poczekają na zakończenie procesów właścicieli. W naszych realiach oznacza to czekanie przez kilkanaście miesięcy, a doba postoju kosztuje średnio 10 zł.
- Jeżeli kierowca nie zapłaci zasądzonej grzywny, definitywnie straci samochód - ostrzega prokurator Leszek Goławski, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. Takie wozy trafią do komornika, który wystawi je na licytację. Z pieniędzy ze sprzedaży spłacone zostaną zasądzona grzywna oraz koszty procesu.
Recydywiści przyłapani na jeździe po pijanemu mogą od razu pożegnać się z wozem. Zgodnie z zaleceniem ministra prokuratorzy żądają bowiem automatycznego przepadku auta na rzecz Skarbu Państwa. Taki wóz od razu pójdzie pod młotek, a pieniądze z jego sprzedaży zasilą konta fundacji pomagających ofiarom wypadków drogowych. - Właściciel takiego wozu nie będzie mógł wziąć udziału w jego licytacji - podkreśla jeden z oficerów policji.
To nie koniec restrykcji. Wkrótce poznamy także nazwiska 206 kierowców, którzy jeździli po śląskich drogach pod wpływem alkoholu. Prokuratura chce nakłonić sędziów, by zgadzali się na ujawnianie ich danych osobowych. W 11 ekstremalnych przypadkach policja nalega natomiast na pokazanie wizerunku takich kierowców. Wkrótce sąd zajmie w tej sprawie stanowisko. - Na tym nie koniec. Walka o trzeźwość na drogach tak naprawdę dopiero się rozpoczyna - zapowiadają policjanci.


Śmiertelnie niebezpieczna bakteria
Dziennik Zachodni, Agata Pustułka 09.08.2006
Siedem przypadków zachorowań w Bytomiu, trzy w województwie opolskim, w tym jedno zakończone zgonem 57-letniego opolanina, kilkadziesiąt osób objętych opieką sanitarną to dotychczasowy bilans nieoczekiwanego ataku meningokoków, śmiertelnie niebezpiecznych bakterii, wywołujących zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i posocznicę. Służby sanitarne ogłosiły alarm 21 lipca, gdy do Państwowego Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego w Katowicach trafiła z Bytomia informacja o dwóch przypadkach zarażenia meningokokami.
Pierwsza dziewczyna zachorowała 25 czerwca, druga 5 lipca. Obie trafiły na oddziały intensywnej terapii w stanie bardzo ciężkim - z gorączką powyżej 40 stopni, potwornymi bólami głowy. Lekarze zlecili wykonanie wymazów bakteryjnych. Gdy już zdrowiały przyszły wyniki niepozostawiające żadnych wątpliwości jakie bakterie są sprawcami choroby. Inspektorzy sanitarni jak detektywi musieli błyskawicznie zlokalizować źródło zakażeń. Okazało się, że nastolatki były przyjaciółkami. Razem z grupą znajomych chodziły do dyskoteki Egipteka w Tarnowskich Górach. Wkrótce do inspektorów dotarły informacje o kolejnym przypadku zachorowania. Do szpitala - 19 lipca - trafił znany chorym dziewczynom chłopak. Wszyscy bawili się w Egiptece. Kolejne wiadomości były porażające: w drugim końcu miasta, przy ulicy Siemianowickiej odkryto kolejne ognisko bakterii. W różnym czasie od maja do lipca zachorowały trzy siostry 2-, 5- i 10-letnia, a także pięciolatka, mieszkająca dwie klatki dalej od sióstr.
- Na razie nie udało się nam powiązać tych dwóch ognisk - mówi dr Anna Sachs, zastępca wojewódzkiego inspektora sanitarnego w Katowicach.
W Bytomiu ludzie na własną rękę robią sobie badania na nosicielstwo bakterii. Rodzice małych dzieci żyją w strachu. - Nie możemy objąć dużej populacji antybiotykoterapią, bo zaciśniemy sobie pętlę na szyi i wyhodujemy szczep oporny na wszystkie leki - wyjaśnia Sachs. - Teraz lekarze i rodzice muszą zachować szczególną czujność i natychmiast reagować na niepokojące objawy, takie jak bardzo wysoka gorączka, wysypka.
To jeszcze nie epidemia, ale natychmiast trzeba przerwać łańcuch zachorowań - mówi prof. Andrzej Zieliński, krajowy konsultant ds. epidemiologii, który przyjechał wczoraj do Katowic, by wziąć udział w specjalnej konferencji, poświęconej alarmującej liczbie zachorowań na zapalenie opon mózgowych i posocznicę w Bytomiu oraz Opolu.
Sytuacja jest niezwykle poważna, bo rozprzestrzenienie się bakterii może doprowadzić do licznych zachorowań i zgonów. W 2003 roku w województwie zachodniopomorskim w wyniku zakażenia meningokokami zmarło aż dziewięcioro dzieci, w tym ośmioro poniżej czwartego roku życia. Na szczęście wtedy udało się zastopować epidemię.
Menigokoki są jednak niezwykle przebiegłe. Zidentyfikowano kilka ich typów i podtypów. Trzeba też dodać, że bytomski łańcuch zachorowań sięga znacznie dalej niż dyskoteka w Tarnowskich Górach.
Gdy kilka miesięcy temu w jednostce wojskowej w Skwierzynie czterech żołnierzy zachorowało na zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych nikt nie łączył tego ze Śląskiem.
Dziś już wiadomo, że dwóch żołnierzy służących w Skwierzynie pochodzi z Bytomia. Obaj bywali w Egiptece. Wprawdzie nie zachorowali, ale najpewniej byli nosicielami. W tarnogórskiej dyskotece na 2 tysiącach metrów jednorazowo bawi się od 150 do 300 młodych ludzi z całego województwa. Co tydzień w zmienionym składzie, skrzykują się esemesami, za pośrednictwem czatów. Często nie znali swoich nazwisk, nie mówiąc już o adresach.
Służbom sanitarnym mimo to udało się odkryć sześciu nosicieli ze Śląska i dwóch z Opolszczyzny. Ideałem byłoby znalezienie wszystkich dyskotekowiczów i zbadanie ich. To niemożliwe, chyba że sami się zgłoszą do lekarza.
Przecięcie dróg szerzenia choroby polega na zastosowaniu antybiotyków u osób chorych i tych z tzw. bliskiego kontaktu nosicieli. Przede wszystkim z rodziny i znajomych oraz dezynfekcji przedmiotów zanieczyszczonych wydzieliną z dróg oddechowych chorego. Meningokoki rozmnażają się tylko w organizmie człowieka i w jamie nosowo-gardłowej. Okres wylęgania to średnio 3-4 dni.
- Źródłem zakażeń jest tylko inny człowiek. Kontakt ze śliną nosiciela powoduje przeniesienie bakterii - mówi dr Anna Sachs. - Nasza kontrola w Egiptece zakończyła się nałożeniem mandatu na właściciela, bo stwierdziliśmy uchybienia sanitarne. Opieką medyczną objęliśmy pracowników dyskoteki.
Sytuację traktuję bardzo poważnie. Zastosowaliśmy się do zaleceń inspektorów - powiedział na właściciel Egipteki. Dodaje, że nastolatkowie często po kilkoro piją z jednego kufla, całują się. - Mieliśmy falę upałów. Też sprzyjały rozmnażaniu się bakterii. A tu przecież bywają tłumy.
Wystąpieniu zachorowań sprzyja też bieda i wiążące się z nią fatalne warunki sanitarne. Np. w przypadku trzech małych sióstr z Bytomia były one bardzo złe. Na prośbę służb sanitarnych interweniował Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej.
W Polsce na zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych i mózgu wywołanych przez meningokoki w 2004 zachorowało 119 osób, a rok później już 126. W 2005 odnotowano też 128 przypadków posocznicy, w tym 17 w naszym województwie.
Apel do lekarzy. Gdy cień podejrzenia padnie na meningokoki należy jeszcze przed otrzymaniem wyników wymazu podać odpowiedni antybiotyk - ocenia prof. Waleria Hryniewicz, kierownik Zakładu Epidemiologii i Mikrobiologii Klinicznej Narodowego Instytutu Zdrowia w Warszawie. - Cały świat jest nastawiony na szybkie eliminowanie zagrożeń menigokokami. Gdy po pielgrzymce do Mekki wybuchła w tamtym rejonie świata epidemia ze Światowej Organizacji Zdrowia mieliśmy telefon, czy czasem wśród uczestników nie było Polaków. Okazało się, że uczestniczyło w niej kilkunastu studentów arabistyki. Byli jednak zaszczepieni na typ bakterii, który wywołał ognisko choroby.
Zwykle zachorowania wywołują typy C i B. Obecnie są dostępne szczepionki na typy A i C. Podczas epidemii zaś najwyższa zapadalność notowana jest wśród młodzieży i młodych dorosłych. Śmiertelność w przypadku zapalenia opon wynosi 10 proc., a posocznicy nawet 70 proc. Bywa, że tzw. choroba meningokokowa ma przebieg piorunujący i zabija w kilkadziesiąt minut do kilku godzin.
Mężczyzna z Opola, jedyny jak dotąd śmiertelny przypadek, zmarł w ciągu kilku godzin. Choć znalazł się w szpitalu to po obniżeniu temperatury na własne żądanie wypisał się do domu. W mieszkaniu poczuł się znów fatalnie. Żył jeszcze dwie godziny.


Śląska grupa wygrała Festiwal w Sopocie
Gazeta Wyborcza, mao 07.08.2006
Zespół zdobył dwie nagrody. W piątek jego piosenkę Między nami ogłoszono najlepszą w konkursie Przeboje Lata Jedynki - Sopot 2006. Muzycy otrzymali nagrodę pieniężną w wysokości 30 tys. zł. W sobotę wystąpili w konkursie międzynarodowym. Zdobyli drugie miejsce (15 tys. dolarów), a konkurs wygrał duński Outlandish.
Button Hackers to trzech absolwentów katowickiej Akademii Muzycznej (Paweł Steczek, Piotr Chołołowicz i Jakub Mietła). Na Akademii wciąż studiuje wokalista Marcin Jajkiewicz. Przed rokiem nakładem Polskiego Radia ukazała się ich debiutancka płyta To mój anioł.


Na rower w góry z Ustronia
Gazeta Wyborcza, Teresa Rączka 07.08.2006
W Ustroniu przygotowano przewodnik po ścieżkach rowerowych. Wszystkie trasy prowadzą beskidzkimi szlakami. Przewodnik opracowuje Stowarzyszenie Promocji i Rozwoju Ustronia. - Chcemy w ten sposób zatrzymać w naszych okolicach jak najwięcej turystów i zachęcić ich do uprawiania sportu - mówi Andrzej Nowiński, prezes Stowarzyszenia.
Znalazło się w nim szesnaście propozycji wycieczek po Beskidach.
Wszystkie rozpoczynają się i kończą na rynku w Ustroniu. Najkrótsza liczy 21 kilometrów i prowadzi przez bulwary nad Wisłą do Wisły Obłaziec, a najdłuższa, 68-kilometrowa, biegnie przez Czechy m.in. wzdłuż Olzy. Do każdej trasy - oprócz dokładnego opisu - przygotowano mapę, podano różnicę wzniesień, odległości. Wycieczki podzielono według stopnia trudności.
Przewodnik jeszcze w tym tygodniu pojawi się na stronie internetowej Ustronia. Później ukaże się drukiem i będzie można go kupić w Biurach Informacji Turystycznej Śląska Cieszyńskiego.


Ostrawa modna wśród młodych Ślązaków
Gazeta Wyborcza, Marcin Babko 06.08.2006
Na Stodolną ściągają młodzi ludzie z całej Europy. Ale najwięcej jest Polaków: ulica, która nigdy nie śpi, to najlepsza zabawa na letnie weekendy. Zapraszamy do Ostrawy! (...)
Ulica, która nie zasypia
Z pewnością każdy, kto w ostatnich kilku latach był w Ostrawie, słyszał o Stodolnej. Ulica, która nigdy nie śpi, stała się symbolem dobrej i niedrogiej, całonocnej zabawy. Nocną wizytówką miasta. W sobotni wieczór ta, za dnia prawie nieuczęszczana ulica, staje się centrum Ostrawy, jej gorącym punktem.
Na ulicy tłumy ludzi. W każdej z ciasno przytulonych do siebie kamienic przynajmniej jeden lokal - zwykle dwa, czasem i więcej. Co ciekawe, w ogóle nie ma tu mieszkań. Na piętrach są biura i kancelarie, na dole kluby. Jedni goście zmieniają lokale co chwilę, wstępując na jednego drinka i wędrując dalej. Inni w jednym miejscu siedzą aż do rana. Wszyscy świetnie się bawią.
Kluby prześcigają się w promocjach. W Desperado kupisz dwa drinki w cenie jednego, a gdy zamówisz bacardi, dostaniesz za darmo colę. Ale nawet bez promocji jest taniej niż w Polsce. Przed Sherlocks' Pub opalone hostessy zachęcają do udziału w konkursie. Jedna z nich podchodzi do nas i daje nam papierowe krążki. Przełamuję swój i widzę ukryty w środku napis drink. Teraz wystarczy tylko ustawić się w krótkiej kolejce, a barman po krótkiej ekwilibrystyce shakerami zapełnia nam szklanki mieszanką lodu, sprite'a, kolorowych likierów i fernetu. Słyszę okrzyki i wiwaty. Ktoś właśnie wygrał konkurs: dostał telefon komórkowy za to, że najszybciej przebiegł z piwem na głowie dystans jakichś 20 metrów.
W każdym lokalu gra inna muzyka - to też dziwi Polaka przyzwyczajonego, że polskie puby puszczają dwie, najwyżej trzy stacje radiowe i katują nimi bywalców jak kraj długi i szeroki.
Na ul. Stodolnej króluje muzyka dance, bardzo głośna. Rządzi clubbing, ale są tu też kluby rockowe, gdzie odbywają się koncerty. Najsłynniejszy to Boomerang, od niedawna konkuruje z nim otwarty zaraz obok Templ.
Głośna muzyka, ludzie tańczą na ulicach. Nie jest to wprawdzie euforia na poziomie karnawału w Rio, przypomina bardziej uliczne dance-party. Choćbyś nie chciał, jesteś w środku imprezy. Uczestniczysz w niej od chwili, gdy wszedłeś na tę ulicę.
W tłumie słychać zadowolone głosy: Stodolni nikdy nezklame, nikdy nespi (nigdy nie zawodzi, nigdy nie śpi). Chłopcy i dziewczyny w koszulkach Pepsi rozdają za darmo puszki z napojami. W klubie Drink dudni techno-remix starego hitu Shaggy'ego Boombastic. Dwie skąpo ubrane dziewczyny w wysokich butach na obcasach tańczą przy rurkach na barze, a między ich nogami barmani podają drinki i piwo. Obok jednej z dziewcząt grupka pięciu, sześciu młodych mężczyzn. Jeden z nich wyciąga rękę i klepie dziewczynę w pośladek. Ta krzywi się, odsuwa, przechodzi na drugi koniec baru.
- Co jest k..., tańczyć mi tu - krzyczy podpity śmiałek. Niestety, po polsku. Jego kolega ryczy: GKS miszczem jes!.
Polaków tu nie brakuje, ale jakoś wcale mnie to nie cieszy. Należą tu do najbardziej agresywnych i najgłośniejszych osób. Na szczęście nie wszyscy. 30-letni Tomek z Opola przyjechał tu z kilkunastoma kumplami na wieczór kawalerski. Nie chce podać swojego nazwiska, bo jeszcze przyszła żona mogłaby przeczytać. Robią sobie z nami wspólne zdjęcia, przybijają piątki i zapraszają na imprezę.
- Jak już skończycie ten swój reportaż, to musimy się razem napić. My tu będziemy przynajmniej do 6 rano - mówi Tomek, jeszcze kawaler.
Nazwy klubów nie zawsze rzetelnie informują, jaki klimat panuje w środku. Większość sięga po egzotykę: Corrida, Desperado, Escobar, Kongo, La Senorita, Mexicana, Sydney, U Pirata. Ale mało tu konsekwencji: przed pubem Dublin wejścia strzeże wojownik Jedi z mieczem świetlnym. Pomieszanie z poplątaniem. Najważniejsze, żeby klient wszedł do środka.
Czeszki tylko topless
W niedzielę wstajemy wcześnie rano, rześcy jak młodzi bogowie. Upał straszliwy, a reklama ostrawskiego kąpieliska Sareza na Porubie, największego w Europie Środowo-Wschodniej, kusi. Wsiadamy w samochód i jedziemy. Droga jest prosta. Trzeba przejechać pół miasta, kierując się na dzielnicę Paruba. Ze starówki trwa to niewiele ponad 10 minut.
Parking przy kąpielisku kosztuje 60 koron za cały dzień. Tyle samo trzeba zapłacić za wstęp na kąpielisko (dzieci 40 koron). Jest otwarte codziennie od godz. 8 do 20. Stoimy w kolejce i wszędzie słyszymy polskie głosy. Rejestracje pokazują, że większość letników przyjechała tu z okolic Rybnika i Raciborza.
Wchodzimy do środka, przy drodze krany z wodą pitną. Najpierw mijamy brodziki i baseny dla dzieci do lat 10. Dokoła huśtawki, zjeżdżalnie, indiańskie wioski. Obok można pograć w siatkówkę, tenisa, piłkę nożną i wodną. Tu też wszędzie jest bardzo czysto. Idziemy dalej - do głównego, wielkiego basenu. Na nim kilkumetrowe pontony do wynajęcia, na środku zbiornika kilka drewnianych wysepek, na które można wejść po drabince, poleżeć i poopalać się albo skoczyć na główkę. Woda jest idealna.
Czeszki dużo chętniej i śmielej niż Polki pokazują swoje wdzięki. Niemal wszystkie opalają się topless. Wiele z nich to prawdziwe piękności, więc na wrażenia estetyczne nie można narzekać.
Wszędzie budki z piciem i jedzeniem, stragany z pamiątkami i upominkami. Oferta gastronomiczna bogata: pizza, kukurydza, kiełbaski, frytki, pączki, ciastka, lody, owoce, słynne parki w rohliku, czyli czeskie hot-dogi, herbata, kawa, woda, cola, soki, drinki i oczywiście piwo. Gdy sprzedawczyni słyszy, jak głośno zastanawiamy się, co zjeść, radzi: Weźcie gyros na bramboraku, Polakom to smakuje, mówią na to ziemniakowe naleśniki. Rzeczywiście, gyros na placku ziemniaczanym to świetny wybór (z sałatką, keczupem, musztardą i słynną tatarską omaczką).
Kultura na weekend
Z Poruby wracamy do centrum i jedziemy do ostrawskiego zoo (ul. Michalkovicka). Parking 30 koron, wstęp do zoo dwa razy tyle. Ten ogród wygląda znacznie lepiej niż chorzowski. Całe zoo można objechać mini-pociągiem. Są dwa: jeden w kształcie zebry, drugi żyrafy. Przejażdżka tym wlaczkiem kosztuje 25 koron.
Ostrawską ciekawostką jest też Miniuni, czyli muzeum miniatur na terenach wystawowych Czerna Louka. Wstęp kosztuje 70 koron. W środku można zobaczyć miniatury siedmiu cudów świata, a od niedawna również modele 50 miast z najwyższymi drapaczami chmur na świecie. Nie powinniśmy zapomnieć o Muzeum Górniczym OKD (Pod Landekem) - można tam zjechać do starych sztolni i pokładów, można zwiedzić ekspozycję osiedla łowców mamutów, którzy tu, na wzniesieniu Landek, żyli przed 25 tys. lat. Ostrawa ma bogatą historię (miasto istnieje od XIII wieku) i kulturę (m.in. pięć scen teatralnych ze stałymi zespołami opery, dramatu, baletu i operetki, wystawy w Domu Sztuki oraz coroczne imprezy muzyczne, jak Janaczkovy Hukvaldy czy Colours Of Ostrava).
Warto wjechać windą na wieżę widokową ostrawskiego ratusza (Prokeszovo Namniesti). Wieża ma ponad 85 metrów, dziesięć metrów niżej znajduje się taras widokowy, z którego widać nie tylko całą Ostrawę. Można też podziwiać Beskidy, pogranicze Polski, a przy dobrej pogodzie nawet górę Pradied w Parku Narodowym Jeseników.
Co najlepsze, do zobaczenia tego wszystkiego wystarczy sobota i niedziela, bo w weekendy wszystkie opisane miejsca są otwarte.
Goło i wesoło (na plaży SCSN)
Dopiero gdy wróciłem z Ostrawy, dowiedziałem się, że to miasto słynie także z plaży naturystów. Plaża istnieje już od 25 lat. Bywalcy mają własną organizację SCSN (Stowarzyszenie Czesko-Słowackich Naturystów), która - jak podkreślają - jest całkowicie apolityczna i samowystarczalna. Liczy około tysiąca członków. Jej głównym celem jest szerzenie idei naturyzmu.
Sama plaża leży w Ostrawie-Antoszowicach. Dojazd samochodem: z centrum Ostrawy w kierunku na Bohumin, przed Bohuminem trzeba skręcić na Koblov. Potem kierować się na Antoszowice. Szczegółowy plan dojazdu na stronie (www.scsn-ostrava.cz). Jadąc z Polski, nie trzeba nawet wjeżdżać do Ostrawy. Wystarczy za przejściem granicznym w Chałupkach (ale nie głównym, tylko tym mniejszym, za dworcem) skręcić na Antoszowice. Jak obliczył jeden ze śląskich naturystów, odległość z centrum Katowic na plaże wynosi dokładnie 77 km.
Są Polacy, którzy na ostrawską plażę naturystów jeżdżą od kilkunastu lat. Na tysiąc członków SCSN około czterystu to Polacy. W weekendy stanowią nawet do 80 proc. plażowiczów. Plaża przeznaczona jest głównie dla członków SCSN. Roczny karnet członkowski kosztuje 200 koron - dzięki niemu można wchodzić na plażę bezpłatnie. Kto nie ma karnetu, musi zapłacić jednodniowy bilet - kosztuje 30 koron. Plaża jest otwarta od maja do końca września. Przez resztę roku naturyści spotykają się w weekendy na basenie Sareza w centrum Ostrawy.


Tak się promuje Śląsk!
Gazeta Wyborcza, Teresa Rączka 04.08.2006
Od kilku tygodni na ulicach Podbeskidzia można spotkać samochód z naklejką Jo je stela!!!. To znaczy: jestem stąd, czyli z Cieszyna.
Naklejki wymyśliła grupa pasjonatów działających w Bractwie Księstwa Cieszyńskiego przy Kole Macierzy Ziemi Cieszyńskiej. Miłośnicy Śląska Cieszyńskiego od kilku lat promują swój region, starając się podkreślić jego historyczno-kulturowe walory. Organizują spotkania tematyczne albo wycieczki. Biało-niebieskie naklejki z orłem piastowskim to ich kolejny pomysł, który cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Można je przykleić na szybę samochodu albo na plecak.
- Zmodyfikowaliśmy herb powiatu cieszyńskiego i umieściliśmy na nalepce gwarowy napis: Jo je stela!!!, czyli jestem stąd - opowiada Aleksander Górka, wiceprezes stowarzyszenia.
Naklejki kupują nie tylko ludzie zakochani w Cieszynie. Można je zobaczyć na samochodach spoza Śląska Cieszyńskiego.
- Zainteresowani są nimi także turyści, którzy często pytają, co to znaczy Jo je stela - mówi Władysław Orszulik, przewodnik po Cieszynie. - To świetna promocja miasta i naszego pięknego regionu - dodaje.
Nalepki można kupić w Cieszynie w sklepie pamiątkarskim przy ul. Fredry (obok teatru), w księgarni ewangelickiej Słowo na ul. Wyższa Brama, w saloniku prasowym przy ul. Menniczej (przy Starym Targu), w kwiaciarni w Kończycach Małych oraz podczas spotkań Bractwa Księstwa Cieszyńskiego. Kosztują 2-3 zł.


Ciężki los maszyn na Baildonie
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 04.08.2006
Na terenie likwidowanego zakładu znajduje się jeszcze kilkanaście zabytkowych maszyn. Część z nich zaniedbano i padły łupem złomiarzy. Na szczęście najcenniejsza z nich - maszyna parowa z 1905 roku - uniknęła całkowitego zniszczenia.
Gdy w 2001 roku rozpoczęto likwidację Huty Baildon, powstał plan przestrzennego zagospodarowania, który następnie został uchwalony przez radę miasta Katowic. Zapisano w nim, które zabytkowe maszyny należy objąć ochroną. Dzięki temu miały uniknąć dewastacji czy zezłomowaniu tak, by w przyszłości można je było wyeksponować dla zwiedzających. - Niestety, prawo okazało się martwe, bo wiele maszyn zostało bezpowrotnie zniszczonych. Zburzono budynki kuźni i młotowni i był to koniec dla urządzeń tam pracujących - prasy parowej oraz młotów parowych - choć maszyny pochodziły z 1917 roku - mówi Andrzej Karol, przewodniczący komisji międzyzakładowej NSZZ Solidarność Huty Baildon.
Budynki wykupił prywatny właściciel, dwa młoty sprzedał centrum handlowemu Silesia City Center. Stoją teraz na placu przed wejściem. Jeden pomalowano na żółto, drugi na niebiesko. Prasa została jednak zniszczona, bo nie udało jej się zdemontować.
Prawdziwą perłą Huty Baildon jest maszyna parowa z 1905 roku, zbudowana w Erhardt Sehmer Saarbrucken. Pracowała w walcowni bruzdowej do samego końca, czyli do momentu ogłoszenia upadłości zakładu 16 maja 2001 roku. Była w idealnym stanie. Gdy w 1998 roku oglądali ją inżynierowie-muzealnicy z Wielkiej Brytanii, byli zachwyceni. Nie mogli się nadziwić, że wciąż sprawnie działa. Niestety, ostatnio maszyna została ogołocona z dużej części oprzyrządowania. Szabrownicy rozkradli tłoki, zawory, pasy transmisyjne. Dziś maszyna jest w dużej mierze pordzewiała. Jej losem zainteresował się zarząd Solidarności Huty Baildon. - Na tej maszynie parowej wykształciło się parę pokoleń baildonowców, dbali o nią, chuchali, dmuchali. Każdy jej element wręcz lśnił. Strasznie martwi nas jej obecny stan - mówi Andrzej Karol.
Nie wiadomo jednak, kto dopuścił do takiego stanu rzeczy: syndyk masy upadłościowej czy obecny właściciel BGH Polska. Ta firma o niemieckim kapitale wykupiła 11 ha terenu huty i buduje tutaj potężny zakład. Zaczęła w zeszłym roku od wyburzenia starych hal hutniczych. Kilka miesięcy temu rozpoczęła demontaż walcowni i pozostawiła tylko fragment budynku nad maszyną parową. Zdaniem Karola nie zabezpieczyła dobrze maszyny i doszło do kradzieży elementów wykonanych z metali kolorowych.
BGH oponuje. - Od początku maszyna była zabezpieczona. Dostaliśmy ją już w takim stanie - zapewnia Tadeusz Imiolczyk, prezes firmy.
Jadę zobaczyć maszynę. Po na pół zrujnowanej hali oprowadza mnie Andrzej Biernacki, inspektor nadzoru budowlanego BGH. Pokazuje zabezpieczenia hali. Ogrodzono ją... powiewającą na wietrze biało-czerwoną taśmą. W ciągu dnia pracują tu ludzie przy demontażu, ale nocą nikt nie pilnuje.
Maszyna znajduje się w dobudówce. Żeby do niej dojść, musi nam pomóc koparka, która przesunie kupę złomu blokującego wejście. Dodatkowym zabezpieczeniem jest kłódka. W środku znajduję jednak otwarte okienka, przez które spokojnie przeciśnie się dorosły człowiek. - Zależy nam na zachowaniu maszyn. Rozbieramy halę, pozostawimy jednak na miejscu maszynę parową oraz maszynę o silniku elektrycznym z lat 30. XX wieku. Cały teren od strony ulicy Żelaznej będzie zielonym skwerem, otwartym dla mieszkańców. Główną atrakcją będą zabytkowe urządzenia przykryte lekkimi daszkami. Pojawią się opisy historyczne. Projekt będziemy konsultować z wojewódzkim konserwatorem zabytków - wyjaśnia Biernacki.
Czy maszyny uległy poważnym uszkodzeniom? - Są w całkiem dobrym stanie. Gdyby tak wyglądały wszystkie maszyny, byłoby dobrze - mówi Piotr Wybraniec, konserwator wojewódzki, zajmujący się zabytkami techniki.
Nie przekonuje to jednak hutniczej Solidarności. Działacze zawiadomili prokuraturę o popełnieniu przestępstwa i liczą na wykrycie winnych obecnego stanu maszyny parowej.
- Nasze prawodawstwo w znikomej formie chroni zabytki ruchome, jak np. urządzenia techniczne. Tylko właściciel może się starać o wpisanie ich na listę zabytków, co oczywiście się prawie nie zdarza, bo to tylko dla niego kłopot i zmartwienie. Także likwidacja dużych zakładów przebiega u nas chaotycznie, są zagmatwania własnościowe, a jak coś jest niczyje, to się tego nie chroni. Stąd często urządzenia techniczne znikają, a my nie możemy nawet interweniować - mówi Wybraniec.
W województwie śląskim jest tylko dwóch konserwatorów zajmujących się zabytkami techniki.


Świadkowie Jehowy na Stadionie Śląskim
Gazeta Wyborcza, Małgorzata Goślińska 04.08.2006
Łukasz i Ewa z katowickich zborów przyjmą w sobotę chrzest na murawie Stadionu Śląskiego. Z trybun będzie na nich patrzeć 55 tys. ludzi z 14 krajów. Syna Ewy i ojca Łukasza nie będzie.
Taki zjazd w Polsce ostatnio miał miejsce w 1989 roku. Na Stadionie Śląskim chrzest przyjęło ponad 2 tys. ludzi. Dziś liczba kandydatów będzie pewnie podobna.
Trzydniowe spotkanie zaczęło się wczoraj, przygotowania trwały cztery weekendy. 15 tys. społeczników ze śląskich zborów sprzątało stadion, myło krzesła, malowało płoty. Na murawie ustawili sześć basenów.
W piątek na trybunach zasiadło prawie 48 808 osób (spodziewanych jest 55 tys.). Sektory podzielono na języki, w których przemówienia przez megafony tłumaczono na polski, rosyjski, ukraiński, angielski, migowy. Dominowali Polacy z południa (w Poznaniu w tym samym czasie odbywa się taki sam kongres). 15 tys. wyznawców przyjechało ze Stanów Zjednoczonych, krajów byłego Związku Radzieckiego i Mołdawii. Luba Bilik podaje Oksanie Mirożnikowej tabletki na wzmocnienie. Koleżanka omdlała po długiej jeździe autokarem z Ukrainy.
Aigul Ibraeva wsiadła w Ałma Acie w pociąg, który z przesiadkami w Moskwie i Przemyślu dowiózł ją do Katowic w cztery dni. Tyle samo trwała podróż z Gruzji. Asmik Makvetsyan z córką Sofiko i synem Ovikiem dostał się do Kijowa samolotem, ale wielu nie było na to stać. Całą drogę pokonali autobusem przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Słowację. Czteroletni Asadbek płacze. Hamida i Otabek Nijazalijewowie jechali z synkiem z Uzbekistanu ładą 11 dni. - Żeby się spotkać z braćmi, oddać hołd Jehowie - mówią.
Będą w Polsce do czwartku, gdy skończy się wiza. Satenyk, kuzynka Sofiko, dziesięć lat temu została na zawsze. Na obozie pionierskim dla głosicieli jehowy poznała Jacka Janczaka, wyszła za niego i wyrwała się z szarpanej wojnami Gruzji.
Z wyjątkiem Amerykanów, którzy śpią w hotelach, wszyscy goszczą w domach polskich braci i sióstr. Opatuleni kocami, pod ogrodowymi parasolami, w przerwie piątkowej uroczystości jak na komendę wyciągną kanapki i termosy. Ci, co wyjdą na spacer do parku, zostawią na miejscu cały ekwipunek. Patrzą zdziwieni, gdy pytam, czy się nie boją kradzieży. - Wśród nas nie ma złodziei - mówią.
Mężczyźni w garniturach i krawatach, nawet mali chłopcy. Kobiety w spódnicach za kolano, nie tylko dlatego, że chłodno. Z zasady nie odsłaniają ramion, brzuchów, ud. Wyznawcy ze Wschodu włożyli ludowe stroje. - Nie każdy odczyta z plakietki, skąd jestem - tłumaczy Ukrainka Luba. Aigul włożyła kazachski strój weselny panny młodej, Hamida - kosztowny, ręcznie tkany, zakładany w Uzbekistanie od wielkiego święta. Każdy chce się z nimi uwiecznić na zdjęciu. - Internaszional, internaszional! - biali nawołują do obiektywu czarnoskórych braci.
Tylko chrzczeni rozbiorą się do strojów kąpielowych. Ewa ze zboru w Katowicach Piotrowicach przygotowywała się do tego cztery lata. Studiowała Biblię i uczyła się głoszenia zasad wiary.
Urodziła się w domu katolickim, już na studiach zerwała z rodzinną religią. Czuła się w kościele jak w tłumie. Syna ochrzciła dla rodziców, ale nie zaprowadzała do kościoła. Nie świętowała narodzin Bożych i własnych, więc nie było jej trudno przyjąć surowszy kalendarz nowej wiary. Dziś czci tylko dzień śmierci Chrystusa. Świętem jest jeszcze rocznica ślubu, ale Ewa nie ma męża. Zbór przywitał ją serdecznie. Palenie rzuciła dużo wcześniej, alkohol spożywała sporadycznie. Musiała tylko odstawić potrawy z krwi i nauczyć się hamować impulsywność. Ojciec nigdy nie zaakceptował jej wyboru. Syna też nie będzie dzisiaj na trybunie stadionu.
- Wierzy w Boga, ale nie praktykuje żadnej religii - mówi Ewa.
Ojcu Łukasza trudno się było pogodzić, że syn wybrał religię matki. - Mierniki biblijne, które mi wpajała, to przepaść między wartościami katolickimi ojca. Mówił tylko: idź do kościoła.
Świeży magister turystyki wciąż mieszka z rodzicami. - Mama przygotowuje potrawy na wigilię, nie sprzeciwiając się woli męża. Ale nie dzielimy się opłatkiem. Siadamy do stołu jak do zwykłej kolacji.
Bracia i siostry ze Wschodu wychowywali się w rodzinach muzułmańskich, prawosławnych, grekokatolickich, ateistycznych. Asmik zetknęła się z nową religią, szukając Biblii, która w komunistycznej Gruzji była zakazana. - Ja Boga kochałam od dziecka i pytałam, kto to jest?
Ewa i Łukasz zanurzą się dzisiaj po czubek głowy w basenie. To tylko symbol, bo już wybrali. Staną się świadkami Jehowy.
- Nie ograbiamy się z przyjemności - zaznacza Łukasz.
Ewa pokazuje różnicę: - Nie upijamy się, nie obżeramy.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Współpraca  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry