zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2006 październik przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Burza wokół górniczych emerytur
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2006.10.30
Ministerstwo Pracy i Polityki Socjalnej chce, by górnicy urodzeni po 31 grudnia 1968 roku stracili prawo do wcześniejszych emerytur. Ma to przynieść budżetowi wielomilionowe oszczędności. Górnicy nie chcą nawet o tym słyszeć.
Urzędnicy uważają, że górnik pod ziemią może pracować dłużej niż 25 lat. Ministerstwo Pracy i Polityki Socjalnej zastanawia się, czy młodym górnikom nie zabrać części przywilejów emerytalnych. Od 2008 roku mieliby przechodzić na emerytury pomostowe, tak jak inni pracownicy zatrudnieni w szczególnych warunkach: kolejarze, energetycy czy hutnicy.
To oznacza, że pracowaliby do 60. roku życia, a więc dłużej niż obecnie. Gazeta Prawna napisała, że dotyczyłoby to górników urodzonych po 31 grudnia 1968 roku.
Dziś górnicy mogą przechodzić na emeryturę po 25 latach pracy na dole, bez względu na wiek. Gwarantuje im to osobna ustawa emerytalna, która jednak mogłaby zniknąć po wejściu w życie nowej ustawy pomostowej. Górnicy nie chcą nawet o tym słyszeć. Zapowiadają, że niczego nie będą bronić tak zaciekle, jak przywilejów emerytalnych. - Powiem brutalnie: wara od naszych emerytur, nigdy nie zgodzimy się na żadne zmiany - mówi Dominik Kolorz, szef górniczej Solidarności. Przekonuje, że całe zamieszanie związane jest z kampanią wyborczą. - Do sześćdziesiątki to mogą pracować najwyżej dyrektorzy kopalń, a nie ci, którzy tyrają na dole - dodaje wzburzony.
- Ten, kto to wymyślił, ma chyba coś z głową. W pewnym wieku trudno być już przedszkolanką i opiekować się dziećmi, a co dopiero fedrować węgiel. Ale może nawet i dobrze. Ten idiotyczny pomysł znów zjednoczy nas, górników. Pokażemy, że dalej jesteśmy na tyle silni, by bronić swego - mówi Andrzej Powała z kopalni Budryk w Ornontowicach.
Związkowcy alarmują, że nowa ustawa zagrozi całemu górnictwu. Składki na emerytury pomostowe miałyby płacić bowiem kopalnie, a wiadomo, że nie mają na to pieniędzy. - Wiedzą, że nie mogą uderzyć we wszystkich górników, więc chcą odbierać przywileje po kawałku. Ale jesteśmy czujni. Mamy wtyki u naszych posłów i jeżeli tylko dowiemy się, że te głupie pomysły mają w Sejmie jakieś szanse, wychodzimy na ulicę - ostrzega Wacław Czerkawski, wiceszef Związku Zawodowego Górników w Polsce.
Ze wstępnych wyliczeń wynika, że gdyby ustawa pomostowa objęła górników, prawo do wcześniejszych emerytur straciłoby ok. 30 tys. pracowników kopalń.


O Ślůnsko godka powalczy w Sejmiku?
Ślůnske Nowiny, (ar) 2006.10.30
Jeden z najbardziej zaangażowanych kodyfikatorów pisowni śląskiej, zdecydował się kandydować w obecnych wyborach samorządowych na urząd posła Sejmiku Wojewódzkiego i chce promować pisownię śląską za pomocą oświaty i administracji samorządowej.
Rafał Adamus, mieszkaniec Chorzowa, od wielu lat zajmuje się coraz głośniejszą wśród Ślązaków kodyfikacją pisowni śląskiej. Jest on administratorem forum dyskusyjnego, na którym powstały zręby tej kodyfikacji. Opracowano już śląski alfabet oraz przejrzyste zasady oznaczania śląskich głosek. Trwają prace nad szczegółowym opisaniem śląskich zasad ortograficznych oraz nowością na rynku wydawniczym, jakim jest Słownik Polsko-Śląski (dotychczas wydawano niewielkie słowniki śląsko-polskie).
Niejeden internauta śledząc strony o Śląsku zdziwił się na pewno, kiedy odwiedził strone Adamusa www.gorny.slask.pl. Okazało się, że ten zaangażowany kodyfikator śląskiego, kandyduje w wyborach samorządowych na urząd posła Sejmiku Wojewódzkiego. W swoim programie przedstawionym na stronie jasno wskazuje, że chce promować pisownię śląską przy współpracy m.in. oświaty i administracji samorządowej. Jeśli zostanie wybrany, dialekt śląski może więc zyskać mocne wsparcie ze strony reprezentanta na wysokim szczeblu samorządu śląskiego. Czy nadchodzą lepsze dni dla ślůnskij godki? Czas pokaże.


Znicz na drodze
Dziennik Zachodni, (ika) 2006.10.30
Co najmniej 144 pijanych kierowców złapali w miniony weekend śląscy policjanci. To efekt wzmożonych kontroli drogowych w rozpoczynającej się w piątek wieczorem akcji Znicz. W całej Polsce porządku będzie strzegło 15 tys. policjantów, głównie w okolicach cmentarzy i dróg dojazdowych do nich.
Do wczoraj, do godz. 11, na śląskich drogach zanotowano aż 35 wypadków i 304 kolizje. - Zginęły dwie osoby, a 39 zostało rannych - mówi Adam Jachimczak z zespołu prasowego KWP w Katowicach. Kierowcom nie sprzyja pogoda - mgła i mżawka.
W tym roku akcja Znicz ruszyła znacznie wcześniej niż w latach poprzednich. Tegoroczny Dzień Wszystkich Świętych wypada bowiem w środę, więc wielu kierowców wyjechało w drogę już w weekend.
Najwięcej patroli jest na trasach krajowych. Dotyczy to szczególnie dróg dojazdowych do miast, okolic kościołów i cmentarzy. - Policjanci zwracają i będą zwracać szczególną uwagę na prędkość, z jaką poruszają się kierowcy. Będą również badać ich trzeźwość, stan techniczny aut i sposób przewożenia dzieci. Do tego celu wykorzystają m. in. policyjne wideorejestratory zarówno w oznaczonych, jak i nieoznaczonych radiowozach - mówi policjanci z Komendy Głównej Policji.
Policja zaleca, aby podróżujący śledzili w prasie lokalnej, bądź na policyjnych stronach internetowych, na której trasie można napotkać utrudnienia w ruchu. Informacje o remontach dróg i objazdach można również znaleźć na stronach internetowych regionalnych dyrekcji dróg.
Warto sprawdzić również gdzie w najbliższych dniach postawione będą radary. Lista dostępna jest na stronach internetowych policji.


Ślązacy coraz bardziej chorzy
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 2006.10.25
Mieszkańcy Śląska coraz częściej niż w innych regionach kraju umierają z powodu gruźlicy czy nowotworów - wynika z raportu Śląskiego Centrum Zdrowia Publicznego Raport przedstawiono wczoraj w Urzędzie Wojewódzkim na specjalnej konferencji z udziałem konsultantów wojewódzkich z niemal wszystkich dziedzin medycyny. Dane są alarmujące. Jeśli dziś w województwie śląskim mieszka ponad 4,6 mln ludzi, to według prognoz demograficznych w 2030 r. będzie nas już mniej niż 4 mln. Powód? Szybciej się starzejemy i coraz więcej wśród nas ludzi chorych.
Ale problemy zaczynają się już na starcie. Umieralność niemowląt, o czym Gazeta alarmowała już pół roku temu, jest na Śląsku najwyższa w kraju. Na każde 1000 rodzących się dzieci w pierwszym roku życia umiera ponad 7, podczas gdy średnia dla kraju wynosi 6.
- To skutek braku rozwiniętej opieki okołoporodowej - mówi prof. Urszula Godula-Stuglik, wojewódzka konsultantka w dziedzinie neonatologii. W województwie śląskim nie ma ani jednego ośrodka perinatologicznego, czyli szpitala, który w jednym budynku mieściłby i oddział dla kobiet z zagrożoną ciążą, i oddział patologii noworodka. Wcześniaki czy dzieci, które rodzą się bardzo chore, trzeba więc przewozić ze szpitala do szpitala.
- Nawet przy świetnie wyszkolonych lekarzach to ogromne obciążenie dla noworodków - podkreśla prof. Godula-Stuglik. Jej zdaniem sytuacja szybko się nie poprawi. - Być może pierwszy ośrodek perinatologii uda się stworzyć w Szpitalu Miejskim w Rudzie Śląskiej, ale nie wiadomo, czy znajdziemy do niego dosyć lekarzy specjalistów. Chętnych, by specjalizować się z neonatologii, jest niewielu, bo to nie jest dyscyplina, która przynosi lekarzom profity - dodaje.
Według raportu najczęstszymi przyczynami zgonów na Śląsku są choroby serca i całego układu krążenia (48 proc.) oraz nowotwory (25 proc.). Podobne proporcje są w całym kraju, jednak wskaźnik zachorowalności na nowotwory jest u nas wyższy. O ile średnio w kraju co roku odnotowuje się 317 nowych przypadków chorych na raka, o tyle na Śląsku jest ich 335. Najczęściej występujące nowotwory to rak płuc, piersi, macicy i jelita grubego.
Więcej niż gdzie indziej jest też u nas przypadków gruźlicy. Wskaźnik umieralności z jej powodu na Śląsku wynosi 3,5 na 100 tys. mieszkańców i jest o dwie trzecie wyższy od średniej dla kraju.
Jak twierdzą specjaliści chorób płuc, nie chodzi tu o szczepienia. Kilka lat temu zniesiono szczepienie przeciw gruźlicy u 18-latków, a od tego roku pozostawiono w kalendarzu szczepień tylko noworodki. Powód: badania wykazały, że szczepienie w późniejszym wieku nie mają istotnego wpływu na zachorowalność. Prof. Jerzy Kozielski, wojewódzki specjalista w dziedzinie chorób płuc, zwraca uwagę raczej na warunki życia i dystans cywilizacyjny, jaki dzieli nas od krajów Zachodu. Tam na gruźlicę zapadają przede wszystkim osoby z odpornością obniżoną (np. chorzy na AIDS). Na Śląsku najwięcej chorych jest tam, gdzie występują duże bezrobocie i bieda, a ludzie mieszkają w starych i wilgotnych domach.
Paradoksalnie jednak na wysokie wskaźniki zachorowań w województwie śląskim może mieć także wpływ dobrze rozwinięta opieka medyczna. Śląski NFZ ma wprawdzie najniższe w kraju stawki za porady specjalistyczne, ale za to zawiera najwięcej kontraktów na ten rodzaj świadczeń. Mieszkańcy Śląska mają więc stosunkowo łatwy dostęp do specjalistów. Liczy się także dostęp do wielkich centrów medycznych dysponujących nowoczesną aparaturą. - To na pewno odgrywa ważną rolę, bo w ten sposób udaje nam się wykryć więcej przypadków zachorowań np. na raka - mówi prof. Barbara Jarząb z Centrum Onkologii w Gliwicach, regionalna konsultantka w dziedzinie endokrynologii.


Odnaleziono domniemaną agentkę gestapo
Gazeta Wyborcza, Piotr Płatek, Józef Krzyk 2006.10.27
Helena Mathea, zwana Matejanką, domniemana agentka gestapo, przez którą mieli zginąć dowódcy antyhitlerowskiego podziemia na Śląsku, żyje w Londynie. Od kilkudziesięciu lat jest poszukiwana przez polski wymiar sprawiedliwości, a odnalazł ją dziennikarz Gazety.
Mathea obok Salomona Morela (byłego komendanta komunistycznych obozów) i stalinowskiej prokurator Heleny Wolińskiej jest osobą najdłużej poszukiwaną przez polskich prokuratorów.
W 1941 roku była łączniczką i najbliższą współpracownicą Karola Kornasa, szefa Sztabu Okręgu Śląskiego Związku Walki Zbrojnej (poprzedniczki Armii Krajowej). Wraz z nim i kilkuset innymi wpadła w ręce gestapo. Większość pozostałych została przez hitlerowców osadzona w obozach koncentracyjnych i zgładzona, ale ona wyszła na wolność. Dla wielu osób już w czasie wojny był to wystarczający dowód, żeby oskarżyć ją o zdradę. Krwawą Julką (od jej konspiracyjnego pseudonimu) miał ją podobno nazwać w przemyconym z więzienia liście sam Kornas.
Wyrok śmierci na nią wydał Wojskowy Sąd Specjalny Śląskiego Okręgu ZWZ, ale nie zdołano go wykonać. Wyjechała do Lipska, a potem do Wiednia, gdzie jako wolny słuchacz studiowała medycynę, zaś po zakończeniu wojny przez prawie rok pracowała w szpitalu w Katowicach, zanim przez Austrię wyjechała do Wielkiej Brytanii. Polska wystąpiła w 1949 roku o jej ekstradycję, ale spotkała się z odmową. W 2001 roku śledztwo w sprawie Mathei podjęła Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach, ale po czterech latach postępowanie zawiesiła, gdyż nie udało się jej ustalić adresu podejrzanej kobiety.
Przez kilkadziesiąt lat nazwisko Mathei było symbolem zdrady. Dom jej krewnych w dzielnicy Katowic Ligocie swego czasu ktoś wymalował swastykami i niemieckimi obraźliwymi napisami. Nasi rozmówcy na hasło Matejanka podnoszą głos, niektórzy jakby szykowali się do plunięcia czy przeklinania. Czarna legenda Heleny cały czas obrasta dodatkowymi historiami - ktoś zaklina się, że Krwawa Julka współpracowała z Niemcami jeszcze przed wojną, ktoś inny jest przekonany, że dziewczyna nie jest bratanicą księdza kanonika, ale jego... córką! Niektórzy dają głowę, że pracowała dla Niemców jako szpieg w Hiszpanii i Portugalii. A przy tym są przekonani, że Helena jest winna śmierci nie kilku zarzucanych jej przez prokuratora osób, ale kilkuset członków Sił Zbrojnych Polski! Są i tacy, którzy widzieli, jak paradowała w niemieckim mundurze wśród więźniów. W kilku gazetach określono ją mianem diabła w ludzkiej skórze.
O przeszłość kobiety spierali się historycy i prawnicy, film o jej losach - Na straży swej stać będę - nakręcił Kazimierz Kutz.
Po latach starań do mieszkającej w Londynie 85-letniej Mathei dotarł Piotr Płatek, dziennikarz katowickiej Gazety Wyborczej. Przekonał też ją do rozmowy. Tylko przez telefon, pod warunkiem że nie podamy jej obecnego nazwiska. Kobieta mówi piękną polszczyzną, mimo że od 60 lat mieszka za granicą. Zapewnia, że jest niewinna, ale nie ma zamiaru przyjeżdżać do Polski.
- Wcale się nie ukrywam. W pewnym momencie otrzymałam wezwanie do komisariatu policji. Oficer śledczy wypytywał mnie o zdarzenia z okresu wojny, najwidoczniej to był efekt działań polskiego sądu. Wszystko opowiedziałam, na koniec dodałam, że albo mogą mi wierzyć, albo nie. Dobrze zapamiętałam zdanie angielskiego policjanta: My pani wierzymy! - mówi Gazecie Mathea.
Prokurator Ewa Koj, szefowa pionu śledczego Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach: - Mam nadzieję, że Gazeta ujawni nam adres Heleny Matejanki. Dopiero wtedy będziemy mogli podjąć następne kroki. Dziś nie przesądzam, że będzie to wniosek o ekstradycję. Wpierw może postaramy się ją przesłuchać, ale na to też potrzebujemy zgody strony brytyjskiej - mówi.


Śląscy sprzedawcy inni od tych w stolicy?
Dziennik Zachodni, Grażyna Kuźnik 2006.10.25
Jeśli chcesz dowiedzieć się, czy spodnie naprawdę dobrze na Tobie leżą - zapytaj sprzedawcę z woj. śląskiego. Według raportu firmy badającej w całym kraju poziom obsługi klientów metodą Mystery Shoppers, czyli tajemniczych klientów, to właśnie nasi pracownicy sklepów są najbardziej szczerzy.
- Ma to dobre i złe strony - wyjaśnia Magdalena Czajkowska z firmy ISSP Perspecto, która wysyła tajnych klientów do śląskich sklepów. - Pracodawcy nie zawsze są zadowoleni z takiej szczerości. Niektórzy wymagają, żeby pracownicy ściśle trzymali się procedur. A o to w waszym regionie niełatwo. Sprzedawcy pozwalają sobie na luz.
Kim są tajni klienci? Wyglądają na zwykłych kupujących, ale to zatrudnieni przez specjalne firmy audytorzy. Po każdej wizycie w sklepie wypełniają drobiazgowe ankiety. Pracownicy sklepów boją się ich jak ognia.
- Czasem mam gorszy dzień i nie jestem zbyt miła. Ale staram się uważać, żeby nie trafić na tajnego klienta. To ostatnio plaga. Czasem rozpoznaję ich po badawczym spojrzeniu - mówi ekspedientka sklepu z odzieżą w Silesia City Center.
Tajni klienci, tak jak inni kupujący oglądają towar, zadają pytania. Później jednak ich wnioski analizuje pracodawca. Zdarzają się przykre konsekwencje - nagany, a nawet zwolnienia.
- Miałam sprawdzić, czy obsługa była uprzejma, kompetentna, czy doradzała kupno dodatków - opowiada Joanna Kowolska, studentka, która właśnie zatrudniła się w Perspecto jako tajny klient. Jej pierwszym zleceniem było sprawdzenie jednego ze sklepów obuwniczych w Silesii.
Tajny klient, zależnie od zlecenia, może być trudny albo zwyczajny. Trudny wywołuje konflikty, ma pretensje i roszczenia. Pracodawca chce wiedzieć, jak sprzedawcy zachowują się w sytuacjach kryzysowych. Częściej jednak chodzi o zwykłego klienta.
- Ja miałam zachowywać się normalnie. Zauważyłam, że obsługa jest bardzo młoda. Była spontaniczna, grzeczna, ale nie zawsze wiedziała, jak doradzić starszym klientom - dla nich nie była zbyt wiarygodna. A przecież sklep nie był przeznaczony tylko dla młodzieży - stwierdza Joanna.


Komentarze na temat decyzji Kutza
Gazeta wyborcza, not. pj 2006.10.23
Henryk Waniek, pisarz:
Z jednej strony RAŚ niewątpliwie zasługuje na poparcie, i to im większych autorytetów, tym lepiej. Uważam, że Kutz powinien ich poprzeć. Byłbym zbulwersowany, gdyby tego nie zrobił. To, że senator popiera RAŚ, bardzo mnie cieszy, ponieważ znaczenie Ruchu w życiu społecznym regionu powinno się wzmacniać.
Ingmar Villqist, dramaturg, reżyser:
Pan senator jest wybitnym artystą i reżyserem. W swojej twórczości stworzył uniwersalny wizerunek Śląska, odczytywany w Polsce i za granicą jako wartość osobna, o niezwykle silnych kulturowych korzeniach. Kutz jest także wytrawnym politykiem, któremu na sercu zawsze leżało dobro naszej ojczyzny - Górnego Śląska. Jestem przekonany, że działania Kutza, zmierzające do rozpoczęcia myślenia o autonomii, są przede wszystkim głęboko uczciwe i wynikają z wieloletniej refleksji o całym bagażu bardzo złożonych historycznie i emocjonalnie problemów Górnego Śląska.
prof. Marek Szczepański, socjolog:
Nie jestem zaskoczony decyzją senatora. Spodziewałem się tego, ponieważ to naturalne, że człowiek, który jest ikoną regionu, chce wesprzeć jedyną organizację, która skupia ludzi oddanych tej ziemi. Podkreślam jednak, że jej chodzi o autonomię, a nie o separatyzm. Autonomia oznaczałaby zatem restytucję w nowoczesnym kształcie Sejmu Śląskiego i Skarbu Śląskiego. Jestem przekonany, że Kutz, popierając RAŚ, wybiera opcję samorządową bliską większości tych osób, które podczas spisu powszechnego w 2002 roku zadeklarowały narodowość śląską. Mam nadzieję, że jeśli RAŚ odniesie sukces wyborczy, to wykorzysta te 173 tys. deklaracji o narodowości do mobilizacji działań tych ludzi na rzecz swoich małych ojczyzn.
dr Marek Mazur, politolog:
Wydaje mi się, że Kutz jest ciągle autorytetem dla wielu Ślązaków i to, co zrobi, jak najbardziej wspomoże kandydatów RAŚ. To jednak nie przesądzi o wyniku wyborów, bo Ruch ma zbyt małe poparcie, by odegrać większą rolę w regionie. Decyzja Kutza o poparciu RAŚ jest dla mnie wyrazem jego rozczarowania polityką. Tylko że to rozczarowanie przychodzi dosyć późno. Kutz jest przecież obecny w polityce od kilkunastu lat. Jego decyzja to może wyraz większej potrzeby budowania tożsamości Śląska. Nie wiem jednak, czy to najlepsza droga, ponieważ cele polityczne RAŚ są kontrowersyjne.


Kutz wspiera Ruch Autonomii Śląska
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2006.10.23
Senator Kazimierz Kutz wspiera kampanię wyborczą Ruchu Autonomii Śląska. - Śląsk zawsze był wyzyskiwany i trzeba się temu przeciwstawić. Trzeba zacząć starać się o autonomię regionu - mówi senator.
W ostatnich miesiącach Kutz wiele razy krytykował partie polityczne za lekceważenie i przedmiotowe traktowanie Śląska, ale unikał deklarowania się po jakiejkolwiek stronie. W końcu postanowił zrobić wyjątek dla Ruchu Autonomii Śląska. Zdecydowało kilka powodów, ale najważniejszy okazał się jeden: przeświadczenie, że bez autonomii nie da się rozwiązać stojących przed Śląskiem problemów.
Zdaniem Kutza polityka PiS-u zmierza do upartyjnienia samorządów.
- Im zależy na ich opanowaniu, a to przecież dorobek 17 lat demokracji w Polsce. Należy się temu przeciwstawić. To samorządy są istotą demokracji - uważa Kutz.
- Dziś mamy centralizm partyjny i ręczne sterowanie. Wszyscy uznali, że to normalne, iż partie rządzą nawet na poziomie samorządów. Ale to normalne nie jest! Autonomia rozbije ten układ, pojawią się nowi liderzy, urodzi się energia społeczna - zapewnia.
Ruch Autonomii Śląska po raz pierwszy wystawił kandydatów na radnych Sejmiku Województwa Śląskiego we wszystkich okręgach wyborczych, także w Częstochowie, Sosnowcu oraz Bielsku-Białej, gdzie dotąd swoich sił nie próbował.
- Nie będziemy oddawali pola innym komitetom w okręgach nieśląskich. Tam bliskie nam ideały samorządności też na pewno mają swoich zwolenników - mówi Jerzy Gorzelik, lider RAŚ.
Na Śląsku autonomiści stawiają na znane w lokalnym środowisku osoby. Radnymi RAŚ chcą zostać m.in.: Janusz Wita, zastępca wójta Mszany, Henryk Mercik, miejski konserwator zabytków w Rudzie Śląskiej, czy Krzysztof Karwat, znany publicysta. Startują również sam Gorzelik oraz reprezentujący mniejszość niemiecką Dietmar Brehmer, piłkarz Polonii Bytom. Głównym atutem RAŚ ma być jednak poparcie Kutza.
- Senator zabiera głos w najważniejszych sprawach regionu, w przeciwieństwie do wielu polityków nie tkwi w partyjnym układzie i jest suwerenny w swoich opiniach. Jego poparcie to dla nas szansa, bo Kutz cieszy się na Śląsku wielkim autorytetem. Faktem jest jednak, że do tej pory osoby, które nas wspierały, zachowywały pewną powściągliwość w swoich działaniach, więc mamy wyraźny przełom - uważa Gorzelik. Zapowiada, że informacja o poparciu RAŚ przez Kutza znajdzie się na plakatach i ulotkach organizacji, a także w jej wyborczym biuletynie.
- Czas zacząć działać w kierunku autonomii pojętej jako nowoczesna europejska samoistna dzielnica. Nie ma to nic wspólnego z separatyzmem. Tą drogą powinny pójść też inne dzielnice. Przecież państwo powinno być tylko dodatkiem dla obywateli - dodaje senator.
Wtóruje mu Gorzelik: - Autonomia jest realna, ale jej osiągnięcie będzie procesem rozciągniętym w czasie. Jego zdaniem organizacje społeczne powinny wywrzeć nacisk na establishment, by ten zmienił konstytucję. - Bo establishment, który boi się utraty władzy, działa tak jak chcą jego wyborcy. Autonomia musi stać się centralnym tematem, tylko w strachu przed wyborcami, którzy zażądają autonomii, politycy się ugną - podkreśla Gorzelik.
Ruchowi Autonomii Śląska nigdy dotąd nie udało się wprowadzić swojego przedstawiciela do sejmiku wojewódzkiego. Liderzy tej organizacji liczą jednak na to, że pomoże im zblokowanie list z Platformą Obywatelską i PSL-em.


Ślązakiem roku został katowiczanin
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2006.10.23
Leszek Jęczmyk zamiast na 92. urodziny swojej teściowej pojechał w niedzielę na konkurs o miano Ślązaka Roku. Teściowa może da się udobruchać, bo zajął pierwsze miejsce i w nagrodę dostał 15 tysięcy złotych.
Wczoraj w Katowicach odbył się 16. finał konkursu Po naszymu, czyli po śląsku wymyślonego przez senator Marię Pańczyk. Profesorowie Dorota Simonides, ks. Jerzy Myszor i Jan Miodek zwracali uwagę nie tylko na to, jak uczestnicy radzą sobie ze śląską godką. Liczyły się też umiejętności aktorskie i dobry refleks przy zadawanych przez jurorów pytaniach.
Takimi umiejętnościami wykazali się Józef Jędruś z Miasteczka Śląskiego i Damian Drybusz z Ornontowic. Obaj przedstawili pełne humoru monologi.
Ślązakiem Roku został jednak Leszek Jęczmyk z Katowic, który ujął publiczność i sędziów swoją wzruszającą opowieścią o Burowcu - hutniczym osiedlu, z którego pochodzi. Jęczmyk opowiadał o mieszkaniu w familoku, w którym spędził dzieciństwo, o niezapomnianym smaku radiski (rzodkiewki) prosto z ogródka, płukanej pod kokotkiem (kranem), i o swojej radości z tego, że z okna mieszkania w Bogucicach codziennie może swój Burowiec oglądać, a na koniec zapewnił, że nie wyobraża sobie życia poza Katowicami, bo jest drzewem, które trudno przesadzić. Mówił, że mógłby co najwyżej pojechać do Paryża na wycieczkę, ale o wyjeździe na stałe nigdy nie myśli. - No to teraz może rzeczywiście pojadę? - zwierzał się w chwilę po ogłoszeniu werdyktu dziennikarzom.
Ślązak Roku ma 57 lat, jest teletechnikiem w Centralnym Ośrodku Informatyki Górnictwa. Jego hobby to robienie pisanek. Już dwukrotnie zwyciężał w konkursie na najładniejszą pisankę, jaki organizuje Muzeum w Gliwicach. - Lubię też robić zdjęcia z wędrówek po moim ukochanym Śląsku, a także Zagłębiu, bo to przecież blisko, a ja nie mam żadnych uprzedzeń - mówił Jęczmyk. Jego rodzina od pokoleń mieszka w Katowicach, ale wywodzi się z Bojszów. Stamtąd pochodzi też Alojzy Lysko, poseł PiS-u, pisarz i społecznik, który wczoraj otrzymał godność Honorowego Ślązaka Roku.
Młodzieżową Ślązaczką Roku została z kolei 12-letnia Marysia Galwas z Wodzisławia Śląskiego, która wygłosiła napisany przez mamę monolog o kozach. Prof. Miodek miał po jej występie tylko jedną prośbę: żeby zamiast słowa wkurzać się, którego w gwarze nie ma, mówiła po prostu nerwować.


Cd. polskich obozów koncentracyjnych
Dziennik Zachodni, Marek Świercz 2006.10.21
Będzie ciąg dalszy sporu między niemieckim historykiem Ewaldem Stanisławem Pollokiem a śląskim radnym Rajmundem Pollakiem. Redakcja gazety internetowej www.silesia-schlesien.com poinformowała mailem DZ, że w najbliższym wydaniu zamieści ostry list otwarty do Pollaka. - Jeśli znowu zostanę poniżony, na pewno zareaguję - uprzedza śląski radny.
Relacjonowany obszernie przez DZ spór dotyczył prawa do nazywania powojennych obozów dla wysiedlanych Niemców polskimi obozami koncentracyjnymi. Pollak chciał, by czyn taki był ścigany przez prokuraturę, ale ta odmówiła wszczęcia śledztwa. Redakcja portalu Polloka zapowiada przedruk tekstu z DZ na ten temat oraz zamieszczenie listu do radnego z Bielska-Białej. Znajdzie się w nim zarzut, że Pollak przeciąża polskie sądy niepotrzebnymi donosami.
Zgłoszony przez niego pomysł zorganizowania prokuratorom przyśpieszonych kursów historii zostanie porównany do działań z czasów komunistycznych. Przeczytamy między innymi: Za tamtych czasów, które Pan dobrze pamięta, takiego rodzaju kursy prowadzono, i to z takim skutkiem, że teraz trzeba polską historię odkłamywać.
Jestem oburzony, od 25 lat należę do Solidarności, całe życie walczyłem z komunizmem - ripostuje radny Pollak. - To pan Pollok działa na rzecz komunistów, bo próbuje wmówić ofiarom powojennych obozów, że byli prześladowani przez Polaków. Tymczasem padli ofiarą komunistycznych zbrodniarzy, którzy są dziś ścigani przez Instytutu Pamięci Narodowej. To on działa w interesie komunistów i stosuje ich metody!
Zdaniem radnego, triumfalizm niemieckiego historyka, wywołany korzystnymi dla niego decyzjami prokuratury, jest zdecydowanie przedwczesny. - Bielska Prokuratura Rejonowa umorzyła śledztwo, ale odwołałem się do Prokuratury Okręgowej. Sprawa jest więc otwarta - mówi DZ Pollak.
Redakcja www.silesia-schlesien.com podtrzymuje swoją opinię, że nazywanie powojennych obozów obozami pracy jest nieadekwatne. Powtarza też, że dochodziło w nich do zbrodni przeciw ludzkości, a dopuszczali się ich obywatele polscy, tacy jak Salomon Morel czy Czesław Gęborski. Informuje też, że zaproponuje radnemu Pollakowi udział spotkaniu i debacie na ten temat.
Bardzo chętnie zmierzę się z moimi oponentami. Nie obawiam się takiej konfrontacji, kiedyś w Bibliotece Śląskiej sam jeden wystąpiłem przeciwko tłumowi zwolenników Związku Ludności Narodowości Śląskiej. Możemy się zmierzyć przed kamerami - mówi śląski radny.
Jeśli portal Polloka nie wniesie poprawek, zamieszczony w sieci list otwarty zakończy się prowokacyjnym stwierdzeniem: Już z radością oczekujemy na Pana kolejny pozew o pomówienie.
- Cóż, to wszystko jest tylko kolejnym dowodem na to, jak daleko może się posunąć ktoś, kto czuje się bezkarny. Niestety, decyzje naszych organów ścigania utwierdzają go w tym poczuciu bezkarności - komentuje Pollak.


The Rolling Stones na Stadionie Śląskim
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki, Marcin Babko 2006.10.22
Mick Jagger znowu wystąpi na Stadionie Śląskim! Koncert ma się odbyć w maju. W czerwcu w tym samym miejscu fani będą mogli posłuchać Genesis z Philem Collinsem.
Obydwa koncerty są już niemal pewne. Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego, mówi, że rozmowy z firmami z branży koncertowej w sprawie przyszłorocznych imprez prowadzi już od dłuższego czasu.
- Dostaliśmy już dwie propozycje rezerwacji terminów. W maju ma zagrać na stadionie The Rolling Stones, a w czerwcu Genesis razem z Philem Collinsem - mówi Szczerbowski. Dodaje, że w organizacji koncertów nie przeszkodzi planowana budowa zadaszenia nad Śląskim.
- Bardzo zależy nam na tych imprezach. To promocja stadionu, ale i całego regionu. Może dzięki temu warszawscy dziennikarze nie będą zamykać notatników, gdy się chwali to miejsce, a tak było po meczu Polski z Portugalią - dodaje dyrektor.
Majowy koncert Rolling Stonesów będzie trzecim występem grupy Micka Jaggera w Polsce. W 1967 r. zagrali w warszawskiej Sali Kongresowej, a w 1998 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie. W czerwcu zespół miał zagrać w Warszawie, ale grupa musiała odwołać część koncertów w Europie. Wszystko przez wypadek gitarzysty Keitha Richardsa. Podczas swojego urlopu na Fidżi spadł bowiem z palmy i na dotrzymanie terminów nie pozwoliła przeciągająca się rehabilitacja 62-letniego muzyka.
The Rolling Stones to największa rock\\\'n\\\'rollowa grupa na świecie. Zespół zaczynał w latach 60. jako największy rywal The Beatles. Już w latach 70. stał się ikoną muzyki pop, a Jagger i Richards okupowali czołowe miejsca na liście muzyków, którzy nie dożyją następnego roku, bo zbyt ochoczo wprowadzają w życie hasło sex, drugs & rock\\\'n\\\'roll. Rolling Stonesi wciąż istnieją, nagrywają nowe płyty i koncertują na całym świecie. Dziś są symbolem witalności i nieprzemijalności rocka, a przebojów mają tyle, że prawdziwym problemem jest wydać składankę największych hitów grupy. Zawsze coś się nie zmieści.
Również przyjazd Genesis z Philem Collinsem wcale nie jest nierealny. Collins opuścił grupę w 1993 r., ale zespół znów gra razem. Już 7 listopada muzycy ogłoszą na konferencji prasowej szczegóły dotyczące trasy koncertowej Turn It On Again - Tour 2007 i przede wszystkim skład zespołu. Wiadomo, że znajdą się w nim Collins oraz Tony Banks i Mike Rutherford. Do zespołu mają też powrócić muzycy, którzy opuścili go w latach 70. - Peter Gabriel i Steve Hackett. Nie jest jednak pewne, czy pojawią się obaj, czy tylko jeden z nich.
Genesis był gwiazdą rocka progresywnego lat 70. Płyty Foxtrot i Selling England By The Pound to już dziś klasyka. W 1974 r. od grupy odszedł wokalista Peter Gabriel i wydawało się, że dni zespołu są policzone, ale za mikrofonem stanął dotychczasowy perkusista Phil Collins. Zespół dość szybko porzucił progrockową tradycję dla muzyki bardziej komercyjnej. W latach 80. i na początku kolejnej dekady Genesis był jedną z największych gwiazd pop na świecie - do dziś sprzedał ponad 200 milionów płyt. Wiele z tych sukcesów zespół zawdzięcza Collinsowi, który od lat odnosi także wielkie sukcesy jako solista.
Przedstawiciele branży koncertowej na razie nie chcą mówić o szczegółach koncertów.
- Zrobiliśmy kilka rezerwacji na Stadionie Śląskim na lato przyszłego roku. Lato to zawsze gorący okres, zawsze coś się dzieje. Mamy zamiar zorganizować jakieś wydarzenie. Jednak za wcześnie, żeby mówić o konkretnych nazwach czy zespołach. Na razie pracujemy nad innymi projektami. Jak tylko będziemy mieć konkretne informacje na temat koncertów organizowanych przez Odyssey na Stadionie Śląskim, zaraz ich udzielimy - powiedziała nam Marta Wuczyńska z Live Nation Poland.
Szczerbowski jest jednak dobrej myśli: - Tylko u nas może zmieścić się 60 tys. fanów muzyki. W Polsce nie ma drugiego takiego stadionu.


Człowiek grający na liściu
Gazeta Wyborcza, Beata Łabutin, Opole 2006.10.23
Józef Broda, pochodzący z Ustronia pedagog, muzyk, folklorysta i konstruktor instrumentów, oraz Jerzy Moskal - artysta plastyk, scenograf i współtwórca Centrum Scenografii Polskiej Muzeum Śląskiego w Katowicach, zostali wczoraj uhonorowani Nagrodami im. Karola Miarki.
Uroczystość odbyła się wczoraj w sali Senatu Uniwersytetu Opolskiego. Było sztywno i bardzo oficjalnie do czasu, aż wszyscy zobaczyli Brodę. Ubrany w skromny góralski strój, z długą siwą brodą, ujął wszystkich bezpośredniością. Najpierw śpiewał a capella, a potem zagrał na patyczku i... na liściu kawy arabskiej, którą znalazł w kącie sali. Szczególnie ten ostatni wyczyn zrobił na wszystkich duże wrażenie, bo Broda liścia nie zerwał! - Nie niszcząc niczego, można siebie i świat ubogacić - powiedział po występie Broda.
Laureatami ustanowionej w 1983 roku Nagrody im. Karola Miarki są osoby zasłużone dla rozsławiania Śląska.
- Czy możliwy jest trwały rozwój bez kultywowania edukacji, pielęgnowania tożsamości i kultury? Nie, dlatego ludzie pracujący w tych obszarach muszą być dostrzegani i doceniani - mówił marszałek województwa opolskiego Grzegorz Kubat, który wraz z Michałem Czarskim, marszałkiem województwa śląskiego, przyznał nagrody Miarki.
Oprócz Brody i Moskala nagrody odebrali: Krzysztof Spałek z Opola i Janusz Hereźniak z Częstochowy.


Z gwary śląskiej nie będzie języka?
Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2006.10.19
16. finał konkursu Ślązak Roku odbędzie się w niedzielę w katowickim Górnośląskim Centrum Kultury. - Śląski śląskiemu nie jest równy. Inaczej mówi mieszkaniec Cieszyna niż Opola, czy Rudy Śląskiej. Moglibyśmy popracować nad czymś wspólnym, ale byłby to sztuczny twór - mówi senator Maria Pańczyk, organizatorka konkursu.
Co się dzieje ze śląską gwarą? Odchodzi do lamusa?
- Skąd, ma się całkiem dobrze! Do naszego konkursu Po naszymu, czyli po śląsku zgłasza się coraz więcej ludzi. Jak zaczynałam przygotowania do tegorocznej edycji, to od paru osób usłyszałam: Marysia, ten konkurs, to już skansen, kto ci przyjdzie?. A tu proszę, na brak zainteresowania narzekać nie możemy.
Zgłaszają się młodzi ludzie?
- Coraz więcej. Na Śląsku są całe miasteczka, w których gwarą ludzie posługują się wszędzie. W domu, na ulicy, w sklepie czy w kościele. Tak jest np. w Kobiórze, Przyszowicach, Marklowicach czy Radzionkowie. Tam młodych ludzi nie brakuje. I ostatnio jest tak, że ślonsko godka to już nie wstyd, a pewna nobilitacja. Znam wielu młodych ludzi, którzy myślą: No tak, znam literacką polszczyznę, ale jak trzeba to ze swoimi też się dogadam, porozmawiam.
Czy śląski ma szansę na funkcjonowanie jako język regionalny, tak jak to jest na Kaszubach?
- Jestem realistką i wiem, że to niemożliwe. No bo niby jaki miałby być to język? Śląski śląskiemu nie jest równy. Inaczej mówi mieszkaniec Cieszyna niż Opola, czy Rudy Śląskiej. Moglibyśmy popracować nad czymś wspólnym, ale byłby to sztuczny twór. W różnorodności śląskiej gwary tkwi jej piękno. Różny jest akcent, różne nazewnictwo. Taka zwykła deska do prania w Rudzie była nazywana waszbretem, a już na Opolszczyźnie mówiono na nią prołdło. W Cieszynie na drogę mówi się cesta. Jak więc to wszystko połączyć, skodyfikować?
- Regionalizmu powinno się uczyć w szkołach?
Już się uczy. Wiem, że w wielu szkołach prowadzone są zajęcia z tego, co nam najbliższe, z najbliższej okolicy. Przoduje w tym zwłaszcza miejscowość Osina koło Żor. Do tamtejszej świetlicy są zapisy ze szkół z całego regionu. Zajęcia prowadzone są w gwarze, ale też z odpowiednią oprawą, scenografią.
A co Ślązakom daje udział w konkursie?
- Poczucie siły. To ludzie prości, proszę nie mylić z prostactwem. Prości znaczy mądrzy, z zasadami. Przed udziałem w konkursie mogli mieć poczucie anonimowości. A tu nagle publiczność, scena, jupitery. To wzmacnia. Spośród uczestników wyrosła całkiem spora nieformalna grupa, po naszymu czelodka. Spotykamy się kilka razy w roku. To aktywni ludzie. Organizują pogadanki w szkołach, publikują, angażują się w działalność zespołów folklorystycznych. Gołym okiem widać, że to nie tylko Ślonzocy, co znają gwarę, ale też prawdziwe osobowości. Konkurs tylko pomógł im tę osobowość potwierdzić. Bo już nie wystarczy tylko płynnie mówić, ale też ważne jest, o czym się mówi. Trzeba mówić mądrze i ciekawie.


Robimy śląską olimpiadę!
Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak, Józef Krzyk 2006.10.19
Szkoła, której uczeń wygra Olimpiadę Wiedzy o Regionie, wzbogaci się o pracownię multimedialną za ok. 30 tys. zł! Taką nagrodę ufundował koncern Mittal Steel Poland. Najlepsi uczniowie dostaną stypendia.
Od roku wydajemy Niezbędniki Śląskie - encyklopedię wiedzy o regionie. Po 11 zeszytach poświęconych m.in. historii, sportowi i kulturze przyszedł czas na kolejne, tym razem opisujące największe miasta regionu. W każdy piątek można je znaleźć w Gazecie. Ich autorami są głównie naukowcy i muzealnicy.
Niezbędniki podobają się Czytelnikom. Wzbogaciły domowe biblioteczki i szkolne czytelnie. Popularnością cieszą się też w internecie, gdzie zamieściliśmy teksty i testy sprawdzające wiedzę. Forumowicze gorąco dyskutują o wątkach, spierają się o interpretację faktów, proponują własne pomysły na kolejne edycje. Przekonaliśmy się, że regionalizm jest żywy wśród mieszkańców Śląska, Podbeskidzia, Zagłębia.
Tydzień temu zaprosiliśmy uczniów gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych, by wzięli udział w Olimpiadzie Wiedzy o Regionie. Olimpijczycy wybrani podczas eliminacji szkolnych i wojewódzkich spotkają się 27 listopada w Katowicach, by walczyć w finale zorganizowanym na wzór telewizyjnej Wielkiej Gry.
Katarzyna Gides, nauczycielka historii w Zespole Szkół nr 2 w Jastrzębiu Zdroju, pomaga przygotować się kilkorgu swoim uczniom. Zgromadzili wszystkie zeszyty Niezbędników, czytają je uważnie i uczą się pilnie. O tym, że są naprawdę zainteresowani dziejami swojej najbliższej okolicy, można było przekonać się w trakcie szkolnych warsztatów historycznych - przynosili m.in. pamiątki z górniczych strajków w 1980 roku. - Dla nas, jastrzębian, regionalizm jest bardzo ważny - tłumaczy Katarzyna Gides.
Termin nadsyłania pisemnych wypracowań na naszą olimpiadę przesunęliśmy o tydzień, do 3 listopada. - To fantastyczne, zdążymy się porządnie przygotować - mówi Gides.
Honorowy patronat nad warsztatami i olimpiadą objął dr Marian Drosio, śląski kurator oświaty. - Zainteresowanie historią regionu nie jest wyłącznie domeną starszych. Wiem, że wielu młodych ludzi również bada dzieje swoich miast, tworzy genealogię własnej rodziny. To jest obecnie bardzo potrzebne. Zdają sobie z tego sprawę również dorośli, którzy organizują wielopokoleniowe zjazdy - mówi śląski kurator oświaty, z wykształcenia nauczyciel historii.
Zainteresowanie tradycją wśród młodzieży zauważa również Maria Pańczyk, organizatorka i pomysłodawczyni konkursu Po naszymu, czyli po śląsku. - W małych miejscowościach i miasteczkach ta chęć poznania przeszłości swoich przodków jest bardzo silna. Każdego roku na eliminacje do konkursu zgłasza się coraz więcej dzieci. Mają piękne stroje po babkach i potrafią pięknie godać. Trzeba jednak wiedzieć, że gwara nie jest tym najważniejszym wyznacznikiem, który pozwala czuć się Ślązakiem. Najważniejsze są wiedza i świadomość tego, skąd się pochodzi. Niestety, naukowcy ze Śląska nie popisali się, więcej zrobili nauczyciele - mówi Pańczyk.
Piotr Hnatyszyn, muzealnik, autor Niezbędnika Miejskiego - Zabrze uważa, że brakuje na Śląsku konkursów wiedzy o regionie, który wykraczałby poza granice szkół, miast i powiatów. - Uczniowie rzadko mają okazję podzielić się wiedzą zdobytą nie tylko na lekcjach, ale i w swoich domach. A przecież powinno nam chodzić o to, żeby tę wiedzę poszerzali, zaczęli od poznania swojej miejscowości, która z kolei będzie wstępem do szerszej wiedzy - o historii Śląska. Dlatego podoba mi się pomysł zorganizowania olimpiady - mówi.
Na najlepszych uczniów czekają atrakcyjne nagrody - Mittal Steel Poland za 30 tys. zł ufunduje wyposażenie pracowni multimedialnej dla szkoły. Przewidzieliśmy również nagrody dla nauczycieli i indywidualne dla uczniów. Dwaj najlepsi dostaną stypendia.
Udział w olimpiadzie można zgłosić pod nr. tel. 032 32 52 770 lub 773 (dział promocji katowickiej redakcji Gazety Wyborczej). Prace uczniów (na jeden z opublikowanych obok tematów) prosimy wysyłać do 3 listopada na adres: Gazeta Wyborcza, Tychy, ul. Towarowa 4, z dopiskiem Olimpiada.
Tematy wypracowań dla uczniów, którzy chcą wziąć udział w olimpiadzie:
Gdybyś miał uhonorować pomnikiem, nazwą ulicy, imieniem szkoły jakiegoś wybitnego mieszkańca Twojego miasta, kogo byś wybrał? Swój wybór uzasadnij.
Z którym ze słynnych mieszkańców swojego miasta lub regionu chciałbyś się spotkać? O czym rozmawialibyście? Możesz wybrać formę wywiadu.
Miejsca, których już nie ma. Przedstaw w formie mapy z rozbudowaną legendą ciekawe miejsca, zabytki, obiekty, które kiedyś istniały w Twoim mieście i są wciąż pamiętane.
O jakim ciekawym wydarzeniu z historii Śląska nakręciłbyś film? Przygotuj scenariusz krótkiego dokumentu.
Historia i genealogia Twojego rodu. Pracę zilustruj drzewem genealogicznym.
Wyobraź sobie, że wehikuł czasu przenosi Cię w przeszłość. Opisz swoje przygody w codzienności przełomu XIX i XX wieku na Śląsku. Pracę możesz zilustrować w dowolnej formie plastycznej.
Wytycz ścieżkę rowerową w swojej okolicy. Narysuj ją i opisz z uwzględnieniem miejsc ciekawych przyrodniczo, zabytków i atrakcji turystycznych.
Sprawdź, na ile Twój ród jest różnorodny pod względem kulturowym, wyznaniowym i narodowym. Poszukaj w swojej rodzinie obecności członków różnych grup etnicznych, narodowych, wyznaniowych. Swoje poszukiwania utrwal w formie kartki z pamiętnika.


Lekcje i wykłady z wiedzy o Śląsku
Gazeta Wyborcza, aim 2006.10.19
W kilku śląskich szkołach odbyły się w czwartek lekcje nauczania o regionie. Ich pomysłodawcą jest Ruch Autonomii Śląska, który zwrócił się nawet do ministra edukacji, by wprowadzić do szkół nauczanie o regionie.
Jak mówi dr Jerzy Gorzelik, szef RAŚ, nie chodzi o wiedzę encyklopedyczną, tylko o żywy kontakt z tradycją regionu. Szef RAŚ, historyk sztuki i pasjonat kultury regionalnej, spotkał się w czwartek z katowicką młodzieżą w Wyższej Szkole Zarządzania Ochroną Pracy w Katowicach. Jego wykład dowodził europejskiego wymiaru sztuki Górnego Śląska. - Wielu nauczycieli przeprowadziło również tego dnia wykłady i lekcje o regionie, m.in. w miejscowościach Wielowieś i Wojska. Będziemy takie spotkania powtarzać, a gdy dopisze pogoda, postaramy się je zorganizować w terenie - mówi Gorzelik.


Śląsk zaczyna promować atrakcje turystyczne
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.10.19
Już wkrótce Ruda Śląska, Zabrze czy Gliwice przestaną być tylko mijanymi miastami przy autostradzie. Staną się ważnymi przystankami na Szlaku Zabytków Techniki, który w czwartek uroczyście otwarto.
Taki szlak mógł powstać tylko na Śląsku, w najbardziej uprzemysłowionym regionie kraju. - Mamy czym się chwalić, jednak dotychczas nie korzystaliśmy z potencjału, jaki tkwił w zabytkowych obiektach przemysłowych. Szlak Zabytków Techniki odmieni nasze spojrzenie na region. Odkryjemy zadziwiające obiekty - mówi Adam Hajduga, główny specjalista z wydziału promocji regionu, turystyki i sportu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.
Urzędnicy wspólnie ze specjalistami ze Śląskiego Dziedzictwa Kulturowego wytypowali 100 najciekawszych obiektów. Potem była selekcja - niektóre nie były bezpieczne, inne zbyt niedostępne, wiele nie ma potrzebnej infrastruktury okołoturystycznej.
W końcu wybrano 29 miejsc, które tworzą szlak. Część z nich to już znane atrakcje turystyczne, jak skansen kopalni Królowa Luiza czy Muzeum Piwowarstwa w Tychach. Jednak wiele z nich dopiero teraz zaistnieje w świadomości turystów, jak osiedle Ficinus w Rudzie Śląskiej czy Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach.
Najodleglejsze miejsca dzieli 100 km, ale większość jest zlokalizowana w miastach aglomeracji. Szlak będzie przeznaczony głównie dla osób zmotoryzowanych, już wkrótce na drogach pojawią się biało-granatowe znaki, zachęcające do zjechania z autostrady i wstąpienia do zabytkowej kopalni, odwiedzenia osiedla robotniczego czy browaru z tradycją. Już teraz przy obiektach pojawiły się wielkie tablice z opisami historycznymi, najważniejszymi informacjami oraz z mapką całego szlaku.
- Szlak Zabytków Techniki będzie najbardziej rozpoznawalnym produktem turystycznym w Polsce. Wpisuje się w nowy sposób myślenia o turystyce, tworzy kompleksową ofertę - mówi Tomasz Majka, wiceprezes Polskiej Agencji Rozwoju turystyki.
Tomasz Stemplewski, szef wydziału promocji Urzędu Marszałkowskiego, dodaje: - Czas przemysłu ciężkiego minął, teraz szansą dla Śląska jest przemysł turystyczny. Mamy unikatowe obiekty, które mogą przyciągać turystów. Szlak da wiele miejsc pracy. Dawna kopalnia będzie zatrudniać przewodników, którzy będą przybliżać zwiedzającym pracę górników.
Szlak ma formułę otwartą, będzie więc motywować obecnych zarządców do dbania o lepszy stan budynków czy tworzenie udogodnień w postaci sklepów z pamiątkami czy parkingów dla gości. W zamian mogą liczyć na promocję. Jak na razie Urząd Marszałkowski wydał na ten projekt 200 tys. zł.
Do Gazety Wyborczej 30 października dołączymy mapkę szlaku wydaną przez Urząd Marszałkowski. Rozpoczniemy także plebiscyt na największą atrakcję turystyczną Śląska.


Samochodem między zabytkami
Dziennik Zachodni, (mit) 2006.10.19
29 wyselekcjonowanych obiektów, zlokalizowanych od Częstochowy po Żywiec, związanych z tradycją górniczą i hutniczą, energetyką, kolejnictwem, łącznością, wodociągami oraz przemysłem spożywczym - tworzy Szlak Zabytków Techniki, który zostanie dziś otwarty w Tychach.
- To pierwszy w Polsce, tematyczny, samochodowy szlak turystyczny o zasięgu regionalnym, obejmujący obiekty dziedzictwa przemysłowego naszego regionu. Chcemy, by stał się on markowym produktem turystycznym województwa śląskiego. Żeby charakteryzował Górny Śląsk tak na turystycznej mapie Polski, jak i Europy - mówi Daniel Tresenberg, rzecznik Urzędu Marszałkowskiego.
Na szlaku znalazły się m.in. Muzeum Produkcji Zapałek w Częstochowie, dworzec PKP w Sosnowcu, katowickie osiedle Nikiszowiec, radiostacja gliwicka oraz Tyskie Muzeum Piwowarstwa.
Projekt zrealizowany został przez Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego, przy wsparciu Śląskiego Centrum Dziedzictwa Kulturowego w Katowicach i Śląskiej Organizacji Turystycznej.


Politechnika bez Pstrowskiego
Gazeta Wyborcza, jm 2006.10.18
Sejm zmienił nazwę gliwickiej uczelni. Politechnika nie będzie już nosić imienia Wincentego Pstrowskiego, ikony peerelowskiego współzawodnictwa pracy.
Od teraz oficjalna nazwa to Politechnika Śląska. - Wreszcie, po szesnastu latach, udało nam się zakończyć całą procedurę formalną. W ten sposób wróciliśmy do starej, historycznej nazwy - komentuje decyzje posłów Paweł Doś, rzecznik gliwickiej uczelni.
Politechnika nosiła imię Wincentego Pstrowskiego od 1951 roku. I choć przez ostatnich kilkanaście lat taką nazwą nikt się już nie posługiwał, wciąż pozostawała w oficjalnych dokumentach. Nie wszyscy już wiedzą, że Pstrowski był rębaczem w zabrzańskiej kopalni Jadwiga. W 1947 roku wezwał do współzawodnictwa pracy. Wielu górników go nie cierpiało, bo śrubował normy. Już po śmierci (zmarł na białaczkę w kilka miesięcy po ustanowieniu rekordu) Pstrowski kojarzył się ze stalinowskim zakłamaniem. Jego nagrobek i pomnik nieznani sprawcy wiele razy oblewali farbą.
Z prośbą o usunięcie kontrowersyjnego patrona z oficjalnej nazwy uczelni Senat Politechniki Śląskiej wystąpił w 1990 roku. Powoływał się na względy historyczne oraz na fakt, że patron został nadany odgórnie decyzją władz centralnych. Pokonanie drogi od Ministerstwa Edukacji Narodowej, przez rząd, aż do parlamentu zajęło 16 lat. Posłowie sprawą zajęli się kilka dni temu. Decyzję podjęli zdecydowaną większością głosów, choć nie obyło się bez gorącej dyskusji. Przeciwko usunięciu patrona protestował śląski poseł Rajmund Moric z Samoobrony.


Premiera Helmucika w Teatrze Rozrywki
Aleksandra Czapla-Oslislo 2006.10.17
Ingmar Villqist po raz pierwszy stanął za filmową kamerą i zrealizował niezależną produkcję - Helmucika wg własnego dramatu.
Teatr zamknięty w sceniczne ramy nie narzuca nachalnie swojej optyki. Filmowe kadry zawsze robią z nas niewidzialnych podglądaczy. Trzecie oko kamery widzi więcej, eksponuje detale, zbliża do tego, wobec czego chcielibyśmy zachować dystans. Ingmar Villqist po raz pierwszy stanął za filmową kamerą i mocne słowa swojego dramatu Helmucik zamienił na intensywne obrazy inspirowane śląskim krajobrazem. Dyszące miasto dramatu ma w tle pokopalniane ruiny. W domu państwa Wilde nad drewnianymi łóżkami wiszą święte obrazy, zaś komisje klasyfikujące ludzi do kasacji mieszczą się w ogromnych, marmurowych salach katowickiego Urzędu Wojewódzkiego. Niedookreślone gdzieś zyskało wyraźne kształty.
Villqistowi udała się rzecz podwójna. Po pierwsze: trzymający w nieustannym napięciu, porażający spektakl, budowany z długich ujęć statycznej kamery, gdzie filmowym obrazom towarzyszy albo przerażająca cisza albo obijający się echem pustych sal i korytarzy ludzki krzyk. W filmowej wersji Helmucika zagrali wszyscy aktorzy biorący udział w teatralnej realizacji w Gdańsku, z wyśmienitym w roli głównej Maciejem Zabielskim, aktorem, który liczy sobie zaledwie 130 cm wzrostu.
Po drugie wyimaginowana historia Villqista o Departamencie Zdrowa, w którym komisje lekarsko-wojskowe dokonują segregacji ludzi (zalecenia są klarowne: wszyscy odbiegający od ustalonych norm, czyli chorzy, kalecy, o odmiennych preferencjach seksualnych itp. idą do kasacji) prowokuje do pytania o pozycję innego tu i teraz, na Śląsku. Co myśli się o innych w domach z widokiem na dyszące miasta? Czy każdy inny to zawsze obcy i gorszy? Wracając z poniedziałkowego pokazu, mijałam ulice Chorzowa i Katowic, gdzie na billboardach widniały plakaty promujące kampanię Pełnosprawni w pracy. Kto zatrudni Helmucika?


Będzie Pyrsk, Tereska?
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 2006.10.16
- Od czasów filmów Kazimierza Kutza nie było filmów o Śląsku - twierdzi reżyser Robert Gliński i od początku października kręci w Katowicach, Bytomiu i Chorzowie swój najnowszy film Benek
Orkiestra, piwo i krupnioki - na boisku Górnika MK w katowickiej Kostuchnie ekipa filmowa zafundowała mieszkańcom w sobotę prawdziwy festyn. Powstała nawet dziecięca orkiestra grająca festynowe szlagiery. W takiej atmosferze powstawały kolejne sceny nowego filmu Glińskiego.
Tytułowy Benek to górnik, który stracił pracę. Nie poddał się jednak i szuka nowego zajęcia. I choć jego świat legł w gruzach, wciąż stara się utrzymać na powierzchni. Rolę Benka kreuje Marcin Tyrol, dla którego jest to filmowy debiut. - Pochodzę ze Śląska, urodziłem się w Tarnowskich Górach i mieszkałem m.in. w Nakle Śląskim - mówi. Los Benka jest metaforą losu całego regionu. Dlatego też bezrobotny Ślązak staje się głównym bohaterem filmu. Gliński (m.in. Cześć, Tereska i Wróżby kumaka) korzysta ze scenariusza Ireny i Jerzego Morawskich, znanych m.in. z serialu dokumentalnego Serce z węgla.
- Moi bohaterowie to górnicy, ale gdy ktoś mówi mi, że to kolejny film o Śląsku, mocno się przeciwstawiam. Uważam, że od czasów filmów Kutza nie było filmów o Śląsku. Powstawały wprawdzie filmy na Śląsku, który był jednak wyłącznie w tle. Ich akcja mogła toczyć się gdziekolwiek: w Białymstoku, Gdańsku czy Poznaniu - deklaruje reżyser.
W jedną z ról wcielił się Andrzej Mastalerz, którego zobaczymy też w Co słonko widziało Michała Rosy i Z odzysku Sławomira Fabickiego. - W Benku gram postać Chrystusika - bezrobotnego w średnim wieku, który ima się różnych, nie zawsze uczciwych zajęć, a tak naprawdę okazuje się, że poszukuje swojego miejsca w życiu. Ten film opowiada o poszukiwaniu tożsamości. Mój bohater tę tożsamość odnajduje w chwili, gdy otrzymuje pracę. Praca na Śląsku zawsze osadzała ludzi w rzeczywistości. Benek to film, który daje nadzieję, pokazuje, jak wiele zależy od nas samych - mówi Mastalerz.
Choć Benek opowiada o sprawach trudnych i smutnych, reżyser chce uniknąć tylko takich tonów. - Śląsk ma fantastycznych ludzi i ich energia przebija się na ekran. Jesteśmy tu już od kilku tygodni i wszyscy są na tak - energia bije nawet od ekspedientek w sklepie. Ślązacy mają fantastyczne poczucie humoru, które chciałbym wykorzystać w filmie. Miejscami Benek jest smutny, często bywa jednak i zabawny. Postaci charakteryzuje bardzo pozytywna energia i to ciepło odnajduję właśnie tutaj, mimo że czasami jest szaro i brudno. W scenie finałowej następuje pogodzenie bohaterów, którzy wcześniej się rozeszli. Postawiliśmy na zakończenie, które jest bardzo ciepłe i ludzkie - zdradza reżyser.


Jak to z Hindenburgiem było
Gazeta Wyborcza, Piotr Hnatyszyn 2006.10.16
Nazwa Zabrze (pierwotny zapis Sadbre) wywodzi się od miejsca za debrami, czyli porosłymi dołami z płynącym wśród wzgórz strumieniem. Nie ma ona niemieckiego rodowodu i jej wymowa sprawiała Niemcom zawsze sporo kłopotów. Dlatego też w marcu 1913 roku, na posiedzeniu Rady Gminy Zabrze poświęconym trzeciej z kolei próbie uzyskania praw miejskich, ówczesny burmistrz Zabrza Alexander Held zaproponował zmianę nazwy Zabrze na Hochberg. Leopold von Hochberg und Güttmannsdorff (1768-1829) był właścicielem folwarku w Starym Zabrzu. Część radnych stwierdziła, że Leopold von Hochberg nie jest postacią zasługującą na to, by uwiecznić go w nazwie przyszłego miasta. O sprawie zrobiło się na tyle głośno, że redakcja miejscowej gazety Zabrzer Anzeiger zaapelowała do czytelników o nadsyłanie swoich propozycji nowej nazwy. Napłynęło ich ponad 40, a najciekawsze były te, które inspirowane były zabrzańskimi realiami górniczo-hutniczymi. Do powszechnych w tym czasie hałd nawiązywały: Halden, Haldenheim, Haldental i Hochenhalden.
Z hutnictwa wywodziły się: Hochöfen, Hohenschlotheim, Funkental, Funkenhausen, Rauchtal, Frischhammer. Również górnictwo uhonorowane zostało w nadesłanych nazwach: Kohlstätt, Kohlhausen, Schürffeld, Schürftal, Schachtheim, Schachthausen, Stollensteine, Gruben, Grubenort, Grubenheim, Grubental, Bergmannshort. Poza tym pojawiły się i takie propozycje, jak: Wilhelmshütte, Deutschestadt, Neu-Leipzig czy Blüchersruhm oraz nawiązujące do historii Zabrza: Dorotheenstadt, Luisenstadt, Andreasstadt i Donnersmarck.
Rok później rozpoczęła się I wojna światowa, a jednym z jej bohaterów został feldmarszałek Paul von Beneckendorff und von Hindenburg. Dowodzone przez niego wojska niemieckie dwukrotnie (w sierpniu i we wrześniu 1914 r.) rozbiły w Prusach Wschodnich nacierające armie rosyjskie. W Niemczech wybuchł ogromny entuzjazm, którego ukoronowaniem było nazwanie kilku miejscowości nazwiskiem zwycięskiego wodza. Wniosek o zmianę nazwy gminy i powiatu Zabrze na Hindenburg postawiony został na posiedzeniu Rady Gminy Zabrze 3 grudnia 1914 r. Rada uchwaliła ten wniosek jednogłośnie, zaś 21 lutego 1915 r. cesarz Wilhelm II zezwolił na tę zmianę. Nazwa Hindenburg O.-S. (O.-S. - skrót od Oberschlesien) pojawiła się na oficjalnych dokumentach, pieczęciach, mapach i drogowskazach na następnych 30 lat. W latach 1920-1922, kiedy częścią Górnego Śląska administrowała Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa, używano podwójnej nazwy Zabrze (Hindenburg O.-S.), po czym wrócono do zapisu Hindenburg O.-S. Dwa lata później, w 1924 r., w 48-osobowej Radzie Miejskiej aż 15 miejsc zajmowali członkowie Komunistycznej Partii Niemiec. Na posiedzeniu rady, odbywającym się 11 lipca tegoż roku, zgłosili wniosek o zmianę nazwy miasta z Hindenburg na Leninburg. Chcieli w ten sposób uhonorować zmarłego pół roku wcześniej wodza światowego proletariatu. Na szczęście wniosek ten nie zdobył wystarczającej większości w czasie głosowania i nasze miasto pozostało Hindenburgiem przez następnych ponad 20 lat. Po zdobyciu Zabrza przez armię radziecką w styczniu 1945 r. ustanowiona została w mieście komendantura wojenna, która w swoich dokumentach i na pieczątkach również posługiwała się nazwą Hindenburg. Dopiero władze polskie, które przejęły Zabrze z rąk radzieckich 19 marca 1945 r., powróciły do pierwotnej nazwy.


Mecz bokserski Śląsk - Polska
Gazeta Wyborcza, lb 2006.10.13
W małej hali Spodka odbędzie się w sobotę mecz bokserski Śląsk - Polska z okazji jubileuszu stulecia Kleofasa Katowice. W reprezentacji Polski wystąpi m.in. Krzysztof Cieślak, który jest jednym z najzdolniejszych polskich bokserów, ale rozgłos zdobył z innych powodów. W zeszłym roku pobił się na zgrupowaniu kadry ze swoim kolegą z reprezentacji Rafałem Kaczorem. Cieślak trafił wtedy do szpitala z trzema ranami kłutymi. W reprezentacji Śląska wystąpią głównie młodzi pięściarze, m.in. bracia Patryk i Marcin Cichoccy z Rybnika.
Gośćmi imprezy będą m.in. Henryk Średnicki, jedyny bokserski mistrz świata w amatorstwie, który walczył m.in. w GKS-ie Katowice (klub kontynuował tradycje Kleofasa) oraz Marcin Walas, czterokrotny mistrz Polski.
Katowicki klub powstał 23 sierpnia 1906 roku jako Sportverein Zalenze. Pierwsze walki bokserskie w Katowicach odbyły się 14 lat później, a sekcja bokserska Kleofasa została utworzona w 1957 roku.
Impreza rozpocznie się o godz 16 prezentacją byłych trenerów i pięściarzy. Pierwsze walki zaplanowane są na godz. 16.45.
Wstęp na zawody jest darmowy.


Po naszymu w urzędzie
Dziennik Zachodni, Grażyna Kuźnik 2006.10.13
Kaszubi się doczekali - ich mowa została wpisana do rejestru języków regionalnych i mniejszościowych. Są pierwsi w Polsce. Niektórzy śląscy politycy też starają się o taki awans dla śląskiej gwary, ale w tym przypadku sukces nie jest pewny.
Oficjalne uznanie kaszubskiego za odrębny język daje sporo korzyści. Można ubiegać się o europejskie dotacje na promocję tej mowy, regionalną kulturę i edukację, na wydawanie książek i czasopism. Kaszubi chcą także, żeby ich językiem można było oficjalnie posługiwać się w sądzie. Zeznającemu po kaszubsku ma przysługiwać tłumacz z urzędu.
Ile osób posługuje się tym językiem? Szacuje się, że rdzennych Kaszubów jest ponad 340 tys., a ponad 150 tys. to pół-Kaszubi, którzy też związani są z tą kulturą. W pomorskich gminach kaszubskiego uczy się około 4 tys. dzieci. Dane potwierdza Główny Urząd Statystyczny, według którego rocznie przybywa 4 tys. Kaszubów. Skąd aż tylu? W regionie pomorskim przyrost naturalny jest bardzo wysoki, sięga czasem ponad 10 promili. Dzieci tutaj nie brakuje.
Oficjalne uznanie kaszubskiego za język to wielki sukces tej ludności. Przez wieki szydzono z ich mowy, urzędy obsadzano ludźmi z innych regionów. W 1933 miejscowy historyk Jan Trepczyk pisał:Język nasz spycha się do rzędu gwar polskich, pomimo że uczeni już dawno zaliczyli go w poczet samodzielnych języków słowiańskich. Kaszubów się polonizuje i kolonizuje, urzędy obsadza się ludźmi występującymi przeciw nam i wszystkiemu, co kaszubskie.
Po wojnie sytuacja się nie zmieniła, w szkołach nie wolno było mówić po kaszubsku. A jednak Kaszubi obronili swój język w najmądrzejszy sposób; opracowali reguły pisowni, gramatyki i fonetyki, unormowali wymowę. W tym języku powstają dzieła literackie, ich mowa żyje w piśmie i... stale się rozwija!
Za i przeciw
Maria Pańczyk, organizatorka konkursuPo naszymu, czyli po śląsku:
Gwara śląska jak najbardziej zasługuje na wpisanie jej do Europejskiej Karty Języków Regionalnych, ale dokonanie tego nie będzie łatwe. Nie jest tak jak język kaszubski ujednolicona, nie ma skodyfikowanych zasad, które można wykorzystać przy pisaniu. Mamy trudności, gdy trzeba utrwalić pisemnie monologi osób, które zgłaszają się do naszego konkursu. To właściwie język mówiony, w dodatku różni się w zależności od terenu, gdzie się go używa. Inaczej brzmi gwara w Opolu, w Cieszynie, i w Tarnowskich Górach, skąd pochodzę. Możemy się nawet nie rozumieć. Ta różnorodność jest piękna, ale będzie przeszkodą w uzyskaniu przywilejów, jakie daje wpisanie do rejestru języków regionalnych.
Dr hab. Aldona Skudrzyk, językoznawca z Uniwersytetu Śląskiego:
Gwara wtedy staje się językiem, gdy potrafi obsłużyć różne formy aktywności człowieka - nie tylko jego sferę prywatną, ale także działalność artystyczną, literacką, naukową. Gwara śląska nie ma takich możliwości, nie ma przecież odpowiedniego słownictwa, na przykład abstrakcyjnych pojęć, nie ma ustalonej fonetyki. Jest językiem rodzinnym, używanym w gronie bliskich i przyjaciół. Posługują się nią raczej niewielkie wspólnoty, z których każda ma własne odmienności. Gwara śląska oczywiście zasługuje na szacunek i wsparcie, ale pomysł wpisania jej do europejskiego rejestru języków regionalnych uważam raczej za niefortunny, podszyty ambicjami politycznymi.


Silesia Miners, czyli Śląscy Górnicy
Gazeta Wyborcza, Wojciech Todur 2006.10.10
Silesia Miners, czyli Śląscy Górnicy, to pierwszy zespół futbolu amerykańskiego na Śląsku. Działa już od pięciu miesięcy, jednak dopiero teraz doczekał się zawodowego gracza i trenera.
33-letni Mirosław Banasik o trenującym w Katowicach Piotrowicach zespole dowiedział się z Gazety. - Gdy przyszedłem na pierwszy trening, to złapałem się za głowę. Nikt nie miał kasku, nie mówiąc o pozostałym sprzęcie. Nie było szatni, zero wody. Po prostu szok, ale w żyłach zawrzało. Tego potrzebowałem - puszcza oko Banasik.
Pan Mirosław mieszka od czterech lat w Rudzie Śląskiej, wcześniej przez 25 lat uczył się i pracował w Bochum. To właśnie w Niemczech pierwszy raz zobaczył trening futbolistów. - Dyscyplinę znałem wcześniej tylko z telewizji. Wiedziałem, że to kontaktowy sport dla twardzieli. Raz przez przypadek trafiłem na trening Bochum Cadets. Zagadał do mnie Niemiec o imieniu Uwe i już tam zostałem. W kąt poszła nawet piłka nożna, którą za bajtla trenowałem jeszcze w GKS-ie Żory - opowiada.
W drużynie grali lekarze, bankowcy, budowlańcy i rzemieślnicy. - Przeważali Niemcy, ale byli też Węgier, Turek, a także kolejny Polak - Adam z Zabrza - wspomina.
Banasik grał w obronie. - Na początku liczyłem, że może uda się z tego utrzymać rodzinę, ale z czasem pozbyłem się złudzeń. By coś osiągnąć w tym sporcie, trzeba było mieć znajomości albo być wybitnym. Takim człowiekiem był mój kolega Ronald - skinhead, ale w gruncie rzeczy porządny człowiek. Na boisku agresywny. Trafił do silnej drużyny Panthers z Düsseldorfu i zaczął robić pieniądze - wyjaśnia.
Banasik już dawno przestał się łudzić, że futbol może być jego sposobem na życie, gra jednak nadal sprawia mu frajdę. - Moje doświadczenia chcę teraz przekazać tym chłopakom. Powoli kompletujemy sprzęt, przydają się moje niemieckie kontakty. Szukamy też boiska, gdzie mielibyśmy do dyspozycji chociaż małą szatnię i prysznic. Zimą czeka nas dużo pracy, bo wiosną chcemy wystartować w lidze - podkreśla.
Grający trenerMinersówma ostatnio jeszcze jeden problem - nogę w gipsie. - Kolega przeszarżował na treningu. Żona powiedziała, że jeszcze jedna kontuzja i zabroni mi tutaj przychodzić - śmieje się.


Zabrze stolicą turystyki przemysłowej?
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.10.11
Centrum, które będzie tworzyło listę światowego dziedzictwa przemysłowego, powstaje w Zabrzu. Spis ma być odpowiednikiem listy UNESCO.
Światowa stolica turystyki na Górnym Śląsku? Już w przyszłym roku to marzenie się spełni! Nie chodzi wcale o to, żeby udowadniać, iż rodzime zabytki poprzemysłowe są atrakcyjniejsze od innych. Pomysł polega na tym, aby w Zabrzu powstał ośrodek, który będzie zajmował się monitorowaniem światowego dziedzictwa przemysłowego i uaktualnianiem listy jego najcenniejszych obiektów. Ma być przemysłowym odpowiednikiem listy UNESCO.
UNESCO to elitarny spis najważniejszych miejsc kultury na świecie. Kryteria wyboru są tutaj bardzo rygorystyczne, ale wpisanie na listę to ogromny prestiż i promocja oraz - co ważniejsze - stała opieka państwa i lokalnych społeczności.
- Od roku pracujemy nad podobnym systemem, który ma się odnosić do zabytków przemysłowych. Oprócz zasad tworzenia spisu chodzi również o promocję produktu turystyki przemysłowej i stworzenie światowego szlaku zabytków techniki. To wszystko będzie zarządzane z Zabrza - tłumaczy dr Tadeusz Burzyński, przewodniczący zespołu naukowców, którzy pracują nad projektem. W jego skład wchodzą historycy, konserwatorzy zabytków, architekci i specjaliści od marketingu turystycznego. Wśród kryterium - oprócz walorów historycznych, kulturowych czy architektonicznych - równie ważne są dostępność dla zwiedzających i zaplecze turystyczne.
Dr Joanna Sokołowska-Moskwiak, historyk architektury, członek zespołu: - Wybór jest oparty na wielu kryteriach. Czasem niezwykle cenny obiekt nie znajdzie się na liście, bo jego stan jest katastrofalny i nie da się go uratować. Albo znajduje się w szczerym polu i turyści nawet nie wiedzą, jak tam dojechać.
Inicjatywa jest wspólnym przedsięwzięciem Urzędu Miejskiego w Zabrzu, Górnośląskiej Wyższej Szkoły Handlowej w Katowicach i Światowej Organizacji Turystyki (WTO). To właśnie WTO, jako organizacja wyspecjalizowana ONZ, będzie swoim szyldem firmować całe przedsięwzięcie. - Prace są już na ukończeniu, teraz ich efekty przesyłaliśmy już grupie międzynarodowych konsultantów z WTO - wyjaśnia dr Burzyński.
Dlaczego akurat Zabrze zostało wybrane na centrum turystyki przemysłowej? - Jesteśmy miastem turystyki przemysłowej. Od dłuższego czasu promujemy się na tym rynku. Nasze wysiłki dostrzegła WTO - mówi Anna Urbanowicz z zabrzańskiego magistratu.
Ośrodek Dokumentacji i Badań Dziedzictwa Przemysłowego dla Turystyki - tak będzie nazywało się centrum. Siedzibę znajdzie na terenie zabytkowej kopalni Guido, która zostanie udostępniona turystom w przyszłym roku.


Stało się! Śląski szczęśliwy!
Gazeta Wyborcza, Paweł Czado 2006.10.11
Ten mecz przejdzie do historii polskiego futbolu! Śląscy kibice będą z dumą opowiadać wnukom, że na nim byli.
To był prawdziwy kocioł czarownic, jak w latach 70. Kiedy Ebi Smolarek strzelał w pierwszej połowie dwa piękne gole, wydawało się, że wypełniony po brzegi Śląski eksploduje. Ponad 40 tys. ludzi zdzierało gardła przez 90 minut. Obcy ludzie padali sobie w objęcia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przybijałem piątkę zupełnie nieznajomemu mężczyźnie, który wrzeszczał mi do ucha: Ebiiii!!!. To piękna rodzinna historia, bo poprzedniego gola Portugalczykom strzelił ojciec Ebiego, Włodzimierz, 20 lat temu podczas mistrzostw świata w Meksyku.
Na Śląskim panowała fantastyczna atmosfera, co chwilę na trybunach przelewała się meksykańska fala, a w mieszkaniach na pobliskim osiedlu Tysiąclecia drżały podłogi. Polacy, uskrzydleni tym dopingiem, grali z minuty na minutę coraz lepiej. Już przed przerwą mogli prowadzić 3:0, ale pechowy ostatnio Maciej Żurawski trafił w słupek. Pełne zawodu: jeeuuu słychać było chyba koło Spodka. Grupka nielicznych siedzących przede mną portugalskich kibiców zamarła, niektórzy zakrywali twarze, inni po cichu miotali portugalskie przekleństwa.
Mecz był porażką krytyków Stadionu Śląskiego. Wszystkie opinie o pechowym obiekcie, słabej akustyce, kapryśnych kibicach można wyrzucić do kosza. To był popis dopingu. Kiedy po drugim golu rozentuzjazmowani kibice ryknęli Mazurka Dąbrowskiego, chyba wszystkim obecnym na stadionie przeszedł po plecach dreszcz.
W przerwie dopchałem się do uszczęśliwionego Gerarda Cieślika, który przyszedł obejrzeć mecz w towarzystwie małżonki. Dopchałem się, bo tłumy kibiców robiły sobie z nim zdjęcia jak z niedźwiedziem w Zakopanem. Legendarny piłkarz Ruchu, który 49 lat temu strzelił dwa gole w historycznym meczu ze Związkiem Radzieckim na tym samym stadionie, był wzruszony.
- Nie spodziewałem się tak fantastycznej gry Polaków, a ten młody Smolarek to superklasa - mówił.
A atmosfera na Śląskim taka jak w 57? - spytałem. Cieślik się żachnął: - No, niech pan nie przesadza, jest głośno, ale wtedy było niepowtarzalnie.
Kiedy w ostatniej minucie Portugalczycy strzelili gola kilka osób koło mnie złapało się w okolicach serca, żeby po kilkudziesięciu sekundach, po gwizdku sędziego, wyrzucić ręce do góry w szale radości. I 40 tys. ludzi zawyło We are the Champions!


Cieszyn nie był pod zaborem!!!
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski 2006.10.11
W Cieszynie rozdzwoniły się ostatnio telefony. - Ratujcie dobre imię Najjaśniejszego Pana Franciszka Józefa! - apelowali ludzie z całej Polski na wieść o tym, że burmistrz chce zdjąć z sali sesyjnej magistratu portrety Habsburga. Na razie eksmisja monarchy została odłożona do końca kadencji.
Spór o wizerunek cesarza w cieszyńskim magistracie opisaliśmy przed tygodniem. Jego portret wraz z innymi przedstawicielami dynastii Habsburgów powieszono w sali sesyjnej. Chodziło o przywrócenie jej historycznego wyglądu z 1906 r., gdy uroczyście otworzył ją właśnie Franciszek Józef I.
Okazało się jednak, że monarcha z bokobrodami długo nie powisi. Burmistrz Bogdan Ficek zapowiedział, że poleci zdjąć portrety Habsburgów tuż po obchodach stulecia sali, które odbyły się kilka dni temu. Dlaczego? Zdaniem burmistrza wizerunki władców obcego państwa nie powinny wisieć w sali, gdzie uchwalane jest lokalne, polskie prawo. Ficek w miejscu cesarza widziałby raczej działaczy, którzy krzewili polskość.
Takiemu postawieniu sprawy sprzeciwiła się część radnych, którzy tłumaczyli, że to fragment historii miasta, a Habsburgowie na Śląsku Cieszyńskim nie byli zaborcami, bo przypadł im on legalnie po wygaśnięciu linii cieszyńskich Piastów. Radni przekonywali, że legenda cesarza to świetna lokalna atrakcja.
Gdy o sprawie portretów zrobiło się głośno, w Cieszynie rozdzwoniły się telefony.
- W ostatnich dniach dzwoniło do mnie kilkadziesiąt osób, nawet z Warszawy, Gdańska i Zielonej Góry. Wszyscy pytali, o co chodzi z tym cesarzem i dlaczego go nie chcą w Cieszynie. Jeden pan apelował, żeby ratować dobre imię Najjaśniejszego Pana Franciszka Józefa, bo wiele dobrego zrobił dla tej ziemi i nie zasługuje na takie traktowanie. Ludzie mówili, że jego osoba to przecież świetny chwyt turystyczno-marketingowy, którego nam zazdroszczą - mówi Mariusz Makowski z Muzeum Śląska Cieszyńskiego, który był autorem niedawnej wystawy o wielkich manewrach z 1906 r., którymi dowodził Franciszek Józef. Na wernisaż przyjechał nawet prawnuk monarchy.
Kolegom po fachu z Polski, a nawet z Niemiec, musiał się tłumaczyć Władysław Orszulik, znany cieszyński przewodnik. - Mówili mi, że to zakłamywanie lokalnej historii. Dziwili się, że trzy tygodnie wcześniej w czasie rekonstrukcji wizyty cesarza burmistrz jeździł z nim dorożką, a teraz chce go wyrzucić z ratusza. To chyba trochę popsuło nam wizerunek - mówi pan Władysław.
W Cieszynie można też nieoficjalnie usłyszeć, że zamieszanie z portretami może się wiązać z nadchodzącymi wyborami i naciskami od zwolenników i przeciwników Habsburgów.
Póki co eksmisja cesarza z ratusza została odłożona w czasie. - Po rozmowie z przewodniczącym rady postanowiłem, że portrety będą wisieć do końca tej kadencji - mówi burmistrz Ficek.


Drzyjmy gardła w interesie Stadionu!
Gazeta Wyborcza, Paweł Czado 2006.10.10
Powszechnie wiadomo, że poprzedni selekcjonerzy - Janusz Wójcik i Paweł Janas - nie przepadali za Stadionem Śląskim. Na szczęście Leo Beenhakker - jako cudzoziemiec - nie ma żadnych uprzedzeń. Już raz był na chorzowskim stadionie, ale było to tak dawno, że mógł zapomnieć. W 1988 r. jego Real Madryt w obecności 60 tys. rozwrzeszczanych śląskich kibiców pokonał Górnika Zabrze w Pucharze Mistrzów. Teraz jest okazja, żeby przypomnieć mu ten kocioł. Również po to, żeby po zawstydzającej kibicowskiej mizerii na stadionie Legii podczas ostatniego meczu z Serbią udowodnić, gdzie jest stadion numer 1 w Polsce.
Głos selekcjonera w wyborze obiektów, na których ma grać kadra ważne mecze międzypaństwowe, jest istotny. Udowodnił to Wójcik, który w 1999 r. doprowadził do zabrania nam meczu z Anglią (odbył się on w Warszawie w obecności 13 tys. osób).
Dlatego warto dziś zdzierać gardła - także po to, żeby po meczu Beenhakker mógł się złapać za głowę i rzec: Rany boskie, dlaczego nie graliśmy w Chorzowie z Finlandią i Serbią?!.


Do Jaworza do wód termalnych
Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 2006.10.10
Włodarze Jaworza postanowili przywrócić tej miejscowości uzdrowiskowe tradycje. Liczące zaledwie kilka tysięcy mieszkańców Jaworze znane jest z pięknych krajobrazów, ciszy i dobroczynnego klimatu. Status uzdrowiska już w 1862 roku nadał Jaworzu Śląski Urząd Krajowy w Opawie. Przyjeżdżały tu takie sławy, jak Maria Dąbrowska i Wincenty Pol. Kuracjuszy leczono m.in. borowinami, inhalacjami, hydroterapią. Miejscowość rozkwitła, powstały: park dla kuracjuszy, stylowe wille dla gości, kręgielnia. Kolejni właściciele Jaworza nie byli jednak zainteresowani kontynuacją uzdrowiskowych tradycji. Na początku XX wieku miejscowość straciła status uzdrowiska, a po jej dawnej świetności zostały tylko ślady. Teraz urzędnicy postanowili wrócić do tradycji. Wykorzystają do tego odkryte w Jaworzu solanki. - To dla nas ogromna szansa. Wystarczy zobaczyć, jakie jest zainteresowanie basenami termalnymi na Słowacji - mówi Roman Greń, zastępca wójta Jaworza.
Woda z dwóch odwiertów nieopodal urzędu gminy została już przebadana. To lecznicze solanki, pomagające m.in. w leczeniu chorób układu oddechowego, a także zaburzeń trawienia. Ich dodatkową zaletą jest temperatura - wynosi od 23 do 32 stopni Celsjusza.
Urzędnicy pracują teraz nad zamianą planu zagospodarowania przestrzennego, która ma umożliwić budowę termalnych basenów. Na obszarze około 7 hektarów mają także powstać: nowoczesny hotel dla turystów i kuracjuszy oraz kompleks sportowo-rekreacyjny. Koszt całej inwestycji to 80-100 mln zł.
- To kwota poza naszym zasięgiem. Będziemy się jednak starali o zdobycie unijnych funduszy - mówi Greń. Gmina liczy też na prywatnych inwestorów. Choć to na razie tylko plany, zainteresowanie jest spore. Zgłaszają się nawet firmy z zagranicy.
Mieszkańcom Jaworza pomysł bardzo się podoba. - Baseny termalne to turyści, czyli pieniądze dla nas wszystkich - mówi Krystyna Wróbel, jedna z mieszkanek.


Śląsk ma własny krój pisma!
Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 2006.10.09
Dyplomy, zaproszenia i inne oficjalne dokumenty Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego nie będą już drukowane byle jaką, komputerową czcionką. Śląsk jako jedyny region w Polsce ma swój własny, niepowtarzalny krój pisma.
Wymyślenie odpowiedniego kroju pisma dla województwa śląskiego nie było proste. Najpierw zatrudnieni do tego zadania Artur Frankowski, typograf, i Henryk Sakwerda, śląski mistrz kaligrafii, tygodniami przeglądali zabytkowe druki i rękopisy w katowickiej Bibliotece Śląskiej oraz w Książnicy Cieszyńskiej.
- W drukach i rękopisach z minionych stuleci szukałem nie tyle inspiracji, co przede wszystkim odpowiedzi na pytanie, na czym ma polegać owa śląskość nowego kroju pisma - tłumaczy Frankowski.
Dopiero po badaniach twórcy zadecydowali, że powinno być pochyłe i wywodzić się z tradycyjnej kaligrafii. Śląska czcionka czerpie z dokonań Hieronima Wietora, żyjącego na przełomie XV i XVI wieku drukarza i księgarza, twórcy oryginalnej italiki, oraz z tzw. kurrenty, odręcznego pisma o gotyckich korzeniach, powszechnie stosowanego na Śląsku w XVII-XIX wieku. Znaki śląskiego pisma wykreślił Sakwerda, natomiast Frankowski przeniósł krój na formę cyfrową. Śląską czcionkę nazwano silesiana 2006.
- Świetnie oddaje ona charakter Śląska. Jej kanciastość przypomina o industrialności regionu, natomiast pochylenie liter ma charakter uroczysty - mówi Ewa Trzcionka ze Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie, który był organizatorem akcji.
Po raz pierwszy śląska czcionka zostanie zaprezentowana 17 października na wystawie w Bibliotece Śląskiej, pokazane będą tam także dla porównania historyczne druki z Książnicy Cieszyńskiej. W listopadzie wystawę będzie można obejrzeć w Śląskim Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie, natomiast w marcu przyszłego roku - w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwicach.
Zainteresowanie śląską czcionką jest bardzo duże. - Może także moglibyśmy jej używać? - zastanawia się Bogdan Ficek, burmistrz Cieszyna.
Najprawdopodobniej silesiana 2006 zostanie udostępniona wszystkim chętnym. Będzie ją można ściągnąć do komputera i przy jej użyciu pisać e-maile czy prowadzić internetowe blogi.


Konferencja o kulturze przemysłowej
Organizatorzy GDD, 2006.10.05
W dniu 10 października 2006 (wtorek), w ramach tegorocznej edycji Górnośląskich Dni Dziedzictwa w Wyższej Szkole Zarządzania Ochrona Pracy w Katowicach przy ul. Bankowej 8 odbędzie się konferencja Zachowanie i promocja dziedzictwa kultury przemysłowej. Początek o godzinie 10.00. Wstęp wolny.
Program konferencji:
10.00-10.30 - Anna Kulpa-Ogdowska (Szkoła Główna Handlowa w Warszawie, Katedra Socjologii) - Miasta wobec swoich tradycji przemysłowych
10.30-10.45 - dyskusja
10.45-11.00 - Henryk Mercik (Górnośląski Oddział Stowarzyszenia Konserwatorów Zabytków) - Dziedzictwo kultury przemysłowej w Rudzie Śląskiej okiem konserwatora
11.00-11.15 - dyskusja
11.15-11.45 - Henryk Zubel (Politechnika Śląska, Wydział Architektury) - Nieznany Śląsk na poziomie -1. Prace dyplomowe studentów Wydziału Architektury Politechniki Śląskiej
11.45-12.00 - dyskusja
12.00-12.15 - przerwa
12.15-12.45 - Jan Gustaw Jurkiewicz (Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu - skansen Królowa Luiza) - Piękna maszyna
12.45-13.00 - dyskusja
13.00-13.30 - Adam Hajduga (Wydział Promocji Regionu, Turystyki i Sportu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego) - Prezentacja projektu Szlak Zabytków Techniki Województwa Śląskiego
13.30-14.00 - dyskusja i podsumowanie.


Raport o psychice mieszkańców Śląska
Gazeta Wyborcza, PAP 2006.10.08
Z okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego Śląskie Centrum Zdrowia Publicznego w Katowicach przygotowało raport dotyczący zdrowia psychicznego mieszkańców woj. śląskiego.
Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego, którego głównym celem jest upowszechnianie wiedzy na temat zdrowia psychicznego i edukacja społeczna, po raz czternasty obchodzony będzie w najbliższy wtorek, 10 października. W tym roku odbędzie się pod hasłem Budowanie świadomości - redukowanie ryzyka. Choroba psychiczna i samobójstwo.
Z raportu wynika, że w ubiegłym roku pod opieką lekarzy psychiatrów w regionie śląskim było ponad 140 tys. , osób, z czego blisko 40 tys. zgłosiło się do nich po raz pierwszy w życiu.
Niepokojącym zjawiskiem jest to, że wzrasta liczba dzieci i młodzieży do 18 roku życiaborykających się z problemami psychicznymi - ocenił Robert Grzesiński ze Śląskiego Centrum Zdrowia Publicznego.
Najbardziej rozpowszechnione problemy związane ze zdrowiem psychicznym to zaburzenia nerwicowe związane ze stresem, organiczne zaburzenia psychiczne, schizofrenia, zaburzenia nastroju, depresje oraz zaburzenia zachowania i emocji rozpoczynające się zwykle w dzieciństwie i w wieku młodzieńczym.
W ubiegłym roku w szpitalach psychiatrycznych i oddziałach psychiatrycznych szpitali ogólnych w regionie hospitalizowano ponad 30 tys. pacjentów, z czego ponad 3 proc. stanowiły osoby, które nie ukończyły 18 lat. Najczęstsze przyczyny hospitalizacji, to - obok schizofrenii, nerwic wywołanych stresem oraz zaburzeń nastroju - zaburzenia zachowania spowodowane używaniem środków psychoaktywnych.
Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), do 2020 roku choroby psychiczne staną się jednym z poważniejszych problemów zdrowotnych w populacji europejskiej. Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego (World Mental Health Day) po raz pierwszy zorganizowano 10 października 1992 r. Myśl przewodnią obchodów co roku wyznacza Światowa Federacja Zdrowia Psychicznego.
Śląskie Centrum Zdrowia Publicznego jest instytucją podległą wojewodzie śląskiemu. Do jej zadań należy m.in. zbieranie i opracowywanie danych statystycznych oraz przygotowywanie analiz z zakresu zdrowia mieszkańców województwa i funkcjonowania systemu ochrony zdrowia, a także obsługa konsultantów wojewódzkich w dziedzinie medycyny i farmacji oraz kontrola zakładów opieki zdrowotnej w regionie.


UE daje pieniądze na śląski sport
Gazeta Wyborcza, Maciej Blaut 2006.10.05
Prawdopodobnie aż 15 mln euro województwo śląskie będzie mogło wykorzystać na budowę lub remonty obiektów sportowych.
Do naszego województwa pieniądze popłyną w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2007-2013. Jedno z tzw. działań programu zakłada możliwość dofinansowania lokalnej infrastruktury sportowej. Finansowe wsparcie dostaną inwestycje dotyczące zarówno budowy nowych, ogólnodostępnych obiektów sportowych, jak i modernizacji lub remontów już istniejących: boisk, kortów, basenów i hal.
Na ten cel w naszym województwie zostanie przeznaczonych w ciągu najbliższych sześciu lat prawdopodobnie aż 15 mln euro! Istnieją jednak ograniczenia: maksymalna kwota dofinansowania jednego projektu wyniesie 2 mln zł i może stanowić 85 proc. ogólnej kwoty inwestycji. Beneficjantami tych pieniędzy będą przede wszystkim jednostki samorządu terytorialnego, stowarzyszenia i towarzystwa sportowe oraz organizacje pozarządowe.
- Projekty związane z inwestycjami w infrastrukturę sportową można znaleźć również w innych działaniach programu. W dziale turystyki przewiduje się inwestycję w stoki narciarskie w rejonie Bielska-Białej. Jej koszt wyniesie 40 mln euro. Z kolei w ramach programu rozwoju dużych miast w Gliwicach powstanie hala widowiskowo-sportowa - wylicza Anna Słupina z wydziału programowania rozwoju i funduszy europejskich śląskiego Urzędu Marszałkowskiego. Gliwicka hala Podium, która będzie porównywalna z katowickim Spodkiem, powstanie kosztem aż 51 mln euro!
O tym, że warto walczyć o pieniądze z UE, przekonuje przykład Stadionu Śląskiego. Kluczowa inwestycja na tym obiekcie, czyli zadaszenie widowni wraz z przebudową i modernizacją wieży, zostanie aż w 37,5 proc. (kwotą 33,75 mln zł) sfinansowana ze środków europejskich. Co ciekawe, stadion, który był beneficjentem poprzedniej puli pieniędzy dzielonych przez Unię, otrzymał je w ramach wsparcia... kultury. Pieniądze z Unii wspomogły też m.in. budowę basenu w Rajczy czy ośrodka sportów wodnych w Pszczynie.
- Ostateczny kształt naszego programu zostanie jeszcze w październiku zaprezentowany Ministerstwu Rozwoju Regionalnego. Po tym, jak zaakceptuje go rząd, trafi do Komisji Europejskiej. Oceniamy, że konkursy na przyznanie pieniędzy europejskich ruszą w połowie przyszłego roku - mówi Słupina.


TVP Katowice promuje ślůnsko godka!
Gazeta Wyborcza, jk 2006.10.04
Nowe programy dla dzieci i młodych ludzi, a także program propagujący gwarę śląską - to niektóre propozycje TVP Katowice w nowej, jesiennej ramówce.
Wczoraj szefowie TVP Katowice przedstawili na konferencji prasowej zmiany na najbliższe miesiące. Młodzi dziennikarze będą robić programy dla młodych ludzi. I tak np. Monika Nawrot, Magdalena Hajda i Michał Bebło, w co drugi poniedziałkowy wieczór, przedstawiać będą osoby, które zdecydowały się robić karierę zawodową w Polsce, a nie na emigracji. W nowej formule kontynuowany będzie cykl Tropiciele. Andrzej Buchowski i Jacek Kaczor, którzy latem przedstawiali w tym programie miejsca ciekawe i niezwykłe, teraz skupiać się chcą na tropieniu życiowych absurdów. Z myślą o najmłodszych widzach w sobotnie ranki ukazywać się ma Cukierenka dziadka Benka, zaś w niedzielę o podobnej porze - Bajki dla Majki. W pierwszym programie dziadek - jedna z największych gwiazd śląskich scen, Bernard Krawczyk - częstować będzie dzieci słodyczami i swoimi gawędami, zaś w drugim Mirosław Neinert - aktor i szef teatru Korez - będzie czytać i opowiadać śląskie baśnie, legendy i przypowieści.
Dla tych, którzy lubią gwarę śląską, TVP Katowice przygotowuje program Fajniste fafloki. Będzie ukazywać się w co drugą niedzielę i wypełniony będzie konkursami i rozrywką. Uzupełnieniem Niedzieli w Bytkowie mają być Wice i godki śląskiej czelodki.


Tylko dlaczego na Śląsku???
Gazeta Wyborcza, kapi 2006.10.04
Poszukiwania polskiego Cycerona trwają. W piątek finał regionalny w konkursie Mówca Znakomity. Za tydzień finał dla najlepszych krasomówców z całej Polski.
Pięć osób będzie jutro walczyć o tytuł śląskiego Mówcy Znakomitego w konkursie, który organizuje Gazeta Wyborcza. Tylko najlepszy weźmie udział w konkursie ogólnopolskim, który już za tydzień odbędzie się w katowickim Spodku.
- W wyborze najlepszego mówcy będziemy się kierować kryteriami regulaminu - mówi przewodnicząca jury dr Danuta Opacka-Walasek z Uniwersytetu Śląskiego. - Dla mnie liczyć się będzie również ogólne wrażenie. Na pewno będę zwracała uwagę na dynamiczność wypowiedzi. Czy jest przekonywujący, potrafi skupić uwagę słuchaczy. Będzie musiał się również wykazać określoną kulturą mówienia, wyrażającą się między innymi w rezygnacji z przesadnej ekspresji.
Regulamin przewiduje pojedynki na słowa w parach, mowy do różnych audytoriów, np. zachęcanie sportowców do czytania gazet, a w finale przemówienia na ustalone wcześniej tematy, m.in.: Lew królem zwierząt, Bić się czy się nie bić? czy Pijcie mleko. Przewodnicząca jury przyznaje, że nie będzie to łatwy konkurs.
Zwycięzca regionalnej edycji otrzyma 2 tys. zł brutto, a Mówca Znakomity, który pokona wszystkich w krajowej batalii na scenie Spodka - 10 tys. zł brutto.
Inicjatorką konkursu Mówca Znakomity jest Krystyna Bochenek, która od lat organizuje Dyktando. Obydwie imprezy zostały uchwałą Senatu ustanowione częścią Roku Języka Polskiego. Patronat honorowy objął nad nimi marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. (...)


Ślązacy poskarżyli się na Polskę
Gazeta Wyborcza, jk 2006.10.03
Działacze Związku Ludności Narodowości Śląskiej wysłali skargę na postępowanie władz polskich do sekretarza generalnego Rady Europy. Słynna odmowa zarejestrowania ich organizacji była tylko jednym z kilku poruszonych w liście wątków.
Autorzy pisma - Andrzej Roczniok, Dariusz Jerczyński i Grzegorz Kozubek - chcą, by Rada Europy uwzględniła kwestię Ślązaków przy ocenie realizacji przez poszczególne kraje Konwencji Ramowej o Ochronie Mniejszości Narodowych. Ich zdaniem Ślązacy są dyskryminowani i poddani odgórnej asymilacji.
Jako przykład negatywnego nastawienia polskich władz do Ślązaków podali przebieg Spisu Powszechnego w 2002 roku. Ponad 173 tys. osób zadeklarowało wówczas narodowość śląską, ale - jak twierdzą autorzy listu - rachmistrze początkowo odmawiali wpisywania narodowości śląskiej do kwestionariusza. W ten sposób - zdaniem sygnatariuszy listu - dopuścili się fałszerstw. O sprawie powiadomiono prokuraturę, ale ta odmawiała wszczęcia dochodzenia - i to też zostało opisane w liście jako przykład złej woli władz polskich.
Kolejnym przykładem złej woli jest definiowanie w publikacjach Głównego Urzędu Statystycznego narodowości śląskiej jako grupy społecznej narodowości polskiej, czyli niezgodnie z wolą samych zainteresowanych. - Tym samym największą mniejszość etniczną w Polsce skazuje się na oficjalny niebyt - podkreślono w liście.
Roczniok i jego koledzy zwrócili ponadto uwagę na to, że w szkołach nie uczy się historii Śląska i przemilcza się lub fałszuje fakty historyczne. Przykładem takich działań jest, ich zdaniem, kwestia obozów koncentracyjnych dla Ślązaków, które funkcjonowały od lutego 1945 r.
Pomimo, że swego czasu Rada Europy zaleciła Polsce prowadzenie dialogu ze Ślązakami, jak na razie ze strony polskiej Ślązacy słyszą tylko negację wszelkich swoich działań związanych z akceptacją, kultywacją i rozwojem swej tożsamości etnicznej i narodowej, poszerzoną ostatnio o negację faktów historycznych - napisali.
Autorzy listu przypomnieli też sprawę rejestracji Związku Ludności Narodowości Śląskiej. Napisali, że choć spełnili wszystkie warunki sądu, również te dotyczące nazwy, spotkali się z odmową.


Były zomowiec zezna o Wujku!
Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 2006.10.03
Sensacyjny zwrot w procesie pacyfikacji kopalni Wujek. Do prokuratury zgłosił się były zomowiec, który twierdzi, że wie, kto strzelał do górników. Prawdopodobnie zostanie on przesłuchany jako świadek incognito. - Ten człowiek stwierdził, że chce umrzeć z czystym sumieniem - tłumaczył we wtorek prokurator Zbigniew Zięba.
Katowicka prokuratura nie chce ujawnić tożsamości mężczyzny. Potwierdza tylko, że to były funkcjonariusz oddziałów ZOMO, które w grudniu 1981 r. pacyfikowały kopalnię Wujek. Kilka dni temu zgłosił się on do innej prokuratury w kraju i powiedział, że wie, kto strzelał do górników.
- Wcześniej bał się ujawnić i zeznawać, bo miał odwiedziny ludzi, którzy zabronili mu kontaktów z sądem. Teraz stwierdził jednak, że chce umrzeć z czystym sumieniem - tłumaczył we wtorek prokurator Zbigniew Zięba z Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Przyznał jednak, że nie wie dokładnie, co były zomowiec ma do powiedzenia. - To się okaże dopiero podczas przesłuchania - podkreślił prokurator.
Na razie nie wiadomo, kiedy do niego dojdzie. Sąd wyda decyzję w tej sprawie 10 października. Wiadomo już jednak, że na prośbę byłego zomowca jego przesłuchanie będzie utajnione.
Mecenas Janusz Margasiński, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, nie chce na razie spekulować, czy zeznania byłego zomowca mogą mieć kluczowe znaczenie dla wyjaśnienia tajemnicy, kto strzelał do górników. - Musimy poczekać i wysłuchać tego człowieka. Wielkich nadziei sobie jednak nie robię, choć chciałbym się mile zaskoczyć - podkreślał adwokat.
We wtorek w procesie Wujka zeznania złożyła Zofia F., była działaczka podziemnej Solidarności. Sąd przesłuchał ją po raz pierwszy w 13-letniej historii procesu. Kobieta potwierdziła, że do działaczy związku trafił tajny raport opisujący tragiczne wydarzenia w kopalni Wujek. To miał być gruby zwitek papieru zapisanego drobnym maczkiem. - Z tego co wiem, został sporządzony w Tatrach przez kogoś, kto miał kontakt z zomowcami i był związany ze środowiskiem GOPR-u - mówiła we wtorek kobieta. Nie potrafiła jednak powiedzieć, co się z raportem stało.
Zeznania Zofii F. mają ogromne znaczenie dla sprawy. - Potwierdzają bowiem, że tzw. raport taterników nie był tworem wyobraźni jego autora Jacka Jaworskiego - tłumaczył mecenas Margasiński. Takie zarzuty stawiają bowiem oskarżeni zomowcy.
Raport miał powstać tuż po pacyfikacji kopalni Wujek, podczas szkolenia wysokogórskiego w Tatrach. Uczestniczący w nim członkowie plutonu specjalnego ZOMO podczas imprez mieli opowiadać instruktorom o tragicznych wydarzeniach w kopalni. Chwalili się też, kto strzelał do górników. Ich opowieści spisał Jacek Jaworski, instruktor górski, i przekazał je działaczom Solidarności. W stanie wojennym dokument gdzieś jednak zaginął. Jaworski odtworzył go z pamięci podczas drugiego procesu Wujka. Sąd uznał go za niewiarygodny i uniewinnił zomowców. Ten wyrok został jednak uchylony.


Spór o cesarza Franciszka Józefa
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski 2006.10.03
Sędziwy monarcha stał się kością niezgody w Cieszynie. Burmistrz Bogdan Ficek uznał, że portretu austriackiego cesarza Franciszka Józefa I nie powinno być w sali sesyjnej Urzędu Miasta. Radni oponują, że to przecież część historii miasta.
Wizerunek cesarza w cieszyńskim magistracie pojawił się nieprzypadkowo. Właśnie mija sto lat od otwarcia sali sesyjnej, w której obradują miejscy radni. To jedno z najpiękniejszych tego typu pomieszczeń w Polsce, z dębową boazerią, zegarem, kaflowymi kominkami i szlacheckimi herbami. Z tej okazji władze miasta postanowiły przywrócić sali wygląd sprzed wieku. Dlatego oprócz konserwacji drzwi i dorobienia stylowych stołów na ścianach zawieszono kopie starych portretów. W jednym rzędzie wiszą ambasadorowie, którzy w 1779 roku podpisali tu tzw. Pokój Cieszyński, a naprzeciwko nich przedstawiciele dynastii Habsburgów z cesarzową Marią Teresą na czele. Tuż nad krzesłem burmistrza zawisł potężny portret cesarza Franciszka Józefa I, charakterystycznego władcy z siwymi bokobrodami, który w 1906 roku osobiście otwierał cieszyńską salę.
- To wierny i autentyczny wygląd sali sprzed wieku. Można ją było odtworzyć na podstawie licznych fotografii. Sala jest teraz prawdziwą perełką historyczną. Marzyłam o tym jeszcze w latach 80., gdy prowadziłam jej pierwszą gruntowną renowację - tłumaczy Irena Kwaśny, cieszyńska radna i konserwatorka zabytków.
Okazuje się jednak, że sala będzie tak wyglądać tylko do soboty, kiedy odbędą się główne obchody rocznicy. Burmistrz Ficek zapowiedział, że potem portrety austriackich monarchów zostaną zdjęte. - W ich miejscu powinni pojawić się ci, którzy krzewili polskość na tej ziemi. Franciszek Józef jest wspominany z nostalgią, ale za czasów monarchii austriackiej za odezwanie się po polsku w urzędzie bito w twarz - mówi Ficek.
W ostatnich latach w Cieszynie cesarz zaczął być traktowany jako atrakcja turystyczna. Można tu kupić jego portrety, popiersia, filiżanki z jego wizerunkiem, zjeść jego ulubiony deser. Niedawno zorganizowano nawet rekonstrukcję jego przejazdu bryczką po mieście i odwiedzin ratusza. Dlatego u części radnych decyzja burmistrza wywołała spore niezadowolenie. - Cieszyn długie lata był pod panowaniem Habsburgów, to fragment naszej lokalnej historii. Portrety są elementem wystroju historycznego tej sali. Nasz orzeł w koronie wisi na swoim miejscu. Ja nie mam przez to żadnych problemów z polskością. Cieszyn zawsze szczycił się tolerancją dla innych narodowości - argumentuje Marian Dembiniok, dyrektor Muzeum Śląska Cieszyńskiego i miejski radny.
Kwaśny: - Niektórzy krzyczą, że to zaborcy. To przekłamywanie historii. Śląsk Cieszyński dostał się Habsburgom legalnie, po wygaśnięciu linii cieszyńskich Piastów. Ja czuję się Polką, ale taka jest mała historia mojego regionu. Poza tym monarchowie w sali sesyjnej trochę dyscyplinują to całe towarzystwo - ironizuje radna.
Ficek twierdzi, że co innego cesarz na filiżankach, a co innego na portretach w sali sesyjnej. - Konsultowałem się z radczynią prawną. Wizerunki władców obcego państwa nie powinny wisieć w siedzibie władz terenowych. Przecież tu jest uchwalane nasze lokalne prawo. To tak, jakby w Pałacu Prezydenckim pojawił się portret cara Aleksandra II albo carycy Katarzyny - mówi burmistrz.


Rawa Blues na wrocławskim Rynku
Gazeta Wyborcza, Rafał Zieliński 2006.10.02
Organizatorzy tegorocznej, XXVI Rawa Blues Festival w Katowicach postanowili osobiście zareklamować imprezę w kilku większych miastach Polski. Na trasie promującej znalazł się też Wrocław.
W poniedziałek przez kilka godzin po Rynku spacerowali ubrani na czarno ludzie z wielkimi plakatami na plecach, rozdawali ulotki, a informacji udzielał sam Ireneusz Dudek, organizator i kierownik artystyczny Rawy.
- Nie mogliśmy pominąć Wrocławia, to jedno z najbardziej zarażonych bluesem miast w Polsce - mówi Ireneusz Dudek. - Może bez wielkich nazwisk, ale zawsze na Rawie zjawia się silna ekipa z waszego miasta. W zeszłym roku na przykład był bardzo ciekawy zespół ze świetną wokalistką, a na basie grał w nim Mietek Jurecki. W tym roku na scenie bocznej będzie bluesowy zespół rodzinny z Wrocławia, czyli Mizia & Mizia - dodaje.
Dudek nie przewiduje jednak we Wrocławiu koncertów pod szyldem Rawy. - Ćwierć wieku temu zapoczątkowaliśmy granie bluesa w Polsce i Wrocław, jak kilka innych miejsc, dorobił się własnego festiwalu [Blues Brothers Day - przyp. red.] - stwierdził Dudek. - Czujemy się raczej matką takich imprez, a po co wchodzić na teren, gdzie świetnie radzą sobie nasze dzieci - dodaje.
Na tegorocznej Rawie nie zabraknie gwiazd bluesa - w najbliższą sobotę 7 października w katowickim Spodku wystąpią między innymi: Roy Rogers & The Delta Rhythm Kings, Nora Jean Bruso i Paul Geremia. Ale będzie też pozamuzyczna atrakcja festiwalu. - Wszystkie kupione bilety wezmą udział w losowaniu mitsubishi pajero, rocznik 1991, który jeszcze do soboty należy do mnie - mówi Ireneusz Dudek. - Teraz stoi w garażu i czeka na kolejnego właściciela, mam nadzieję, że również fana bluesa - dodaje.


Zabytkowa szyna tramwajowa z Cieszyna
Gazeta Wyborcza, mac 2006.10.02
Muzeum Śląska Cieszyńskiego wzbogaciło się o zabytkową... szynę. To jedna z niewielu zachowanych pamiątek po tramwaju, który do dzisiaj jest wspominany z nostalgią przez mieszkańców miasta.
Patrząc na wąskie i pochyłe uliczki Cieszyna, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś kursowały po nich wagony. Tymczasem tak było od 1911 do 1921 roku. Gdy miasto zaczęło rozwijać się gospodarczo, zapadła decyzja o stworzeniu wygodnej komunikacji pomiędzy starym centrum a dworcem kolejowym (dziś znajduje się po czeskiej stronie). Wybudowana przez wiedeńską firmę trasa liczyła niespełna 1,8 km.
Tramwaj był chlubą Cieszyna. Wszystko skończyło się tuż po podziale miasta na część polską i czechosłowacką, gdy jazdę po mieście uniemożliwiły skomplikowane kontrole graniczne. Ale mieszkańcy miasta do dzisiaj wspominają wagoniki z sentymentem. - Niestety, nie zachowały się po tramwaju prawie żadne pamiątki. W muzeum mamy tylko jeden bilet i żetony, którymi płaciło się za przejazd. Same wagony trafiły do Łodzi, gdzie jeździły jeszcze wiele lat - mówi Marian Dembiniok, dyrektor Muzeum Śląska Cieszyńskiego.
Niedawno muzealne zbiory wzbogaciła jeszcze jedna pamiątka: zabytkowa szyna, po której ponad 80 lat temu jeździły wagony. Odnalazł ją syn dyrektora Maciej Dembiniok, wielki pasjonat tramwajów. Szyna była zakopana na brzegu rzeki przy ul. Sarkandra, gdzie właśnie trwają prace umocnieniowe. Drogowcy pomogli ją wydobyć i przetransportować na dziedziniec muzeum.
Szyny cieszyńskich tramwajów zlikwidowano jeszcze w latach 20. Niektóre ich fragmenty wykorzystano do budowy mostu, a krótki odcinek zalano asfaltem w ulicy. Odnaleziony fragment ma charakterystyczny dla tutejszej linii profil. Po oczyszczeniu i konserwacji trafi na ekspozycję.
Miłośnicy cieszyńskich tramwajów chcieliby, żeby specjalnymi tabliczkami oznakować trasę, którą jeździły wagony, zarówno po polskiej, jak i czeskiej stronie. - To byłaby ciekawa atrakcja dla turystów. Warto rozważyć ten pomysł - mówi Bogdan Ficek, burmistrz Cieszyna.


Górale Śląscy za Oceanem
Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 2006.09.29
Ponad sto lat temu mieszkańcy beskidzkiej Trójwsi kupili bilety na statek i popłynęli do Ameryki. Wielu nigdy nie wróciło do kraju. Teraz ich potomkowie zaczęli szukać przodków za Oceanem.
Jako pierwsza na odwiedziny w Istebnej, Jaworzynce i Koniakowie zdecydowała się rodzina Miechów, których pradziadowie osiedlili się w Górach Skalistych. Jim, Donald i Bob Miechowie zabrali żony, siostrę, kuzynkę i we wrześniu zeszłego roku przyjechali na parę dni w Beskidy po to, by odszukać żyjących jeszcze krewnych. Na odnalezienie bliskich nie mieli wielkiej nadziei, bo w beskidzkiej Trójwsi próżno dzisiaj szukać takiego nazwiska. Jednak ich marzenie nieoczekiwanie się spełniło. Gdy kupowali koniakowskie koronki u Legierskich, okazało się, że to właśnie ich daleka rodzina.
- To niewiarygodne! - cieszyli się Amerykanie.
Jakby tego było mało, górale zaprowadzili ich na miejsce, gdzie przed laty stał dom Miechów. Goście z Ameryki wrócili za Ocean wzruszeni i szczęśliwi. Na tym jednak poszukiwania śladów przodków przez potomków emigrantów z Trójwsi na pewno się nie zakończą. Na przełomie XIX i XX wieku z tej części Beskidów wyjechało najprawdopodobniej około tysiąca górali, głównie na Dziki Zachód, do pracy w kopalniach Gór Skalistych. Najprawdopodobniej, bo temat istebniańskiej emigracji nie doczekał się naukowego opracowania. Od minionego roku historię próbuje odtworzyć miejscowy Oddział Górali Śląskich przy pomocy Magdaleny Górskiej, nauczycielki angielskiego. Na strychach udało się znaleźć wiele cennych pamiątek, m.in. listy pisane przez emigrantów do rodzin w kraju, kolekcje amerykańskich znaczków, stare ulotki zachęcające górali do taniej podróży statkiem.
Górska napisała artykuł, który Oddział Górali Śląskich zamieścił na swojej stronie internetowej, ma też już gotową książkę, czeka na jej wydanie. Artykuł przeczytał mieszkający w Stanach Zjednoczonych Carl Morris i postanowił odszukać rodzinę. Choć nie mówi po polsku, Carl ma istebniańskie korzenie, a jego przodkowie nosili przed laty nazwisko Kawulok. Góral zza Oceanu wiedział, że brat jego pradziadka nazywał się Jan Kawulok i w wypadku stracił nogę. Najstarszym mieszkańcom Istebnej udało się ustalić, o których Kawuloków Amerykaninowi chodzi. Carl dostał adres rodziny, koresponduje z nią przez internet, korzystając z elektronicznego, polsko-angielskiego słownika.
- Morris odkrył, że w Colorado mieszkają jeszcze inni Kawulokowie. Niewykluczone, że to także jego rodzina - mówi Józef Michałek z Oddziału Górali Śląskich, który pomaga góralom zza Oceanu w odnalezieniu krewnych.
Zachęcony powodzeniem Carl postanowił założyć stronę internetową www.trojwies.us. Strona jest w budowie, a gdy będzie gotowa, posłuży nawiązywaniu kontaktów pomiędzy góralami po obu stronach Atlantyku.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Współpraca  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry