zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2006 listopad przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Warszawa nie chce oddać śląskiego lwa
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.11.29
Władze stolicy nie zamierzają zwrócić rzeźby lwa, która przed laty zniknęła z Bytomia.
O śpiącym lwie - rzeźbie, którą zaprojektował wybitny górnośląski artysta Theodor Erdmann Kalide - pisaliśmy wiele razy. W 1873 roku postument pojawił się na bytomskim rynku. Najpierw zdobił pomnik ofiar wojny prusko-francuskiej, potem został przeniesiony do parku miejskiego, w okolice palmiarni. Na przełomie lat 50. i 60 dzieło zniknęło. Rok temu bytomscy historycy Zdzisław Jedynak i Przemysław Nadolski odnaleźli dzieło Kalidego przy bocznym wejściu do warszawskiego zoo. Od tego czasu miasto stara się o odzyskanie lwa.
Wiosną tego roku władze stolicy zgodziły się oddanie rzeźby, pod warunkiem że potwierdzą się informacje o jej pochodzeniu. Nadolski przygotował szczegółową ekspertyzę dotyczącą lwa. W archiwach znalazł m.in. koszty budowy, listy darczyńców, którzy ofiarowali w sumie 1799 talarów na stworzenie monumentu (6786 talarów pochodziło z budżetu powiatu).
- Bezsprzecznymi dowodami pochodzenia rzeźby jest umieszczona na niej data i miejsce jej odlania: 1873 rok, Gladenbeck w Berlinie. Obie te informacje przemawiają na korzyść Bytomia. Co więcej, w tamtej odlewni tylko raz wykonano dzieło Kalidego - argumentuje Nadolski.
Dokumentację wysłano do Warszawy, ale nie przekonała ona tamtejszych urzędników, którzy domagają się bardziej jednoznacznych dowodów.
- Rzeźba jest u nas od 1956 roku. Gdyby pojawiła się w latach 40., można by podejrzewać szabrownictwo, ale później musiała trafić tu legalnie. Podobno w latach 60. lew stał jeszcze w Bytomiu, więc nie ma pewności, że to ta sama figura - mówi Włodzimierz Konrad, zastępca dyrektora warszawskiego zoo.
Barbara Klajmon, bytomski miejski konserwator zabytków: - Nie wiemy, kiedy lew zniknął, dlatego apelujemy do mieszkańców - jeśli mają jakieś zdjęcia albo pamiętają ostatnie lata rzeźby, prosimy, by się z nami skontaktowali. Warszawa jest ostrożna, bo oddanie rzeźby byłoby precedensem. W stolicy jest wiele zabytków pochodzących z innych miast, może urzędnicy boją się fali żądań dotyczących ich zwrotu.
Do akcji odzyskania lwa od początku włączył się Ruch Autonomii Śląska. - W odzyskanie zagrabionej figury powinni zaangażować się ludzie, którym leży na sercu sprawa dziedzictwa kulturowego naszego regionu. Dlatego apelujemy o wysyłanie do władz Warszawy protestów - mówi Jerzy Gorzelik, historyk sztuki i przewodniczący RAŚ.
Formularz z treścią protestu można znaleźć na www.raslaska.org.


Magda wie wszystko o Śląsku!
Gazeta Wyborcza, Aleksandra Klich, Katarzyna Piotrowiak 2006.11.27
Magda Niedbał z Zabrza zdobyła główną nagrodę Olimpiady Wiedzy o Regionie. Do jej szkoły - Gimnazjum nr 9 - trafi nowoczesna, multimedialna pracownia językowa. - Jaka fajna śląska szcziga z tej dziołchy - zachwycał się Superjuror Kazimierz Kutz.
Finał olimpiady zaplanowaliśmy na godz. 11. Jednak pierwsi uczniowie pojawili się w siedzibie Radia Katowice przy ul. Ligonia już przed dziewiątą. Z wypiekami na twarzy, lekko stremowani, powtarzali materiał: - Co to jest jakla? Czym się różni karminadel od guminklyjzy? Gdzie stoi śląski Wersal? - przepytywali się wzajemnie.
Z finalistami przyszli koledzy. Przynieśli transparenty i ogromne szkolne godła. Magda, Magda, nie daj się, weź się w garść, pokonaj je - wymalowali na ogromnej planszy trzecioklasiści z Zabrza.
Stawka była wysoka. Najlepszy gimnazjalista i najlepszy licealista mieli dostać stypendium w wysokości 2 tys. zł. O główną nagrodę - nowoczesną, multimedialną pracownię językową, fundowaną przez koncern Mittal Steel Poland - mieli powalczyć w wielkim finale razem ze swymi nauczycielami. - Zrobię wszystko, by zdobyć te pieniądze. Pojechałabym za nie gdzieś daleko... Może do Paryża? A pani dyrektor nas ozłoci, jak wrócimy z pracownią za 30 tysięcy! - zwierzyła się nam jedna z dziewcząt.
Nauczyciele denerwowali się bardziej od uczniów. - Jak jurorzy będą nas przepytywać? Razem z uczniami, na scenie? A jak się skompromitujemy? - pytali roztrzęsieni.
Do finału dostały się... same dziewczęta. Prowadzący imprezę Michał Smolorz komentował: - To dowód na to, że na Śląsku panuje matriarchat. Rządzą kobiety.
Konkurs przypominał telewizyjną Wielką grę. Pięcioosobowe jury - przewodnicząca dr Maria Lipok-Bierwiaczonek, etnograf, dr Barbara Kluczewska, adiunkt na Uniwersytecie Jagiellońskim, dr Piotr Greiner, dyrektor Archiwum Państwowego w Katowicach, dr Jerzy Gorzelik, historyk sztuki i ks. dr Arkadiusz Wuwer, socjolog z UŚ - przepytywało uczniów sprawiedliwie, ale surowo. - Kim jest swojok? - pytała dr Lipok-Bierwiaczonek.
- To gospodarz - odpowiedziała stremowana uczestniczka.
- Nie. Za mało. Swojok to właściciel dużego gospodarstwa na ziemi pszczyńskiej. Niestety, nie zaliczamy - osądziła dr Lipok-Bierwiaczonek.
Finaliści musieli wiedzieć o Śląsku wszystko. Kim był najlepszy przedwojenny piłkarz, strzelec czterech bramek w meczu z Brazylią? Co to są nepomuki? A co bumelcugi?
Dziewczyny odpowiadały śpiewająco: piłkarz to Ernest Wilimowski, nepomuki to figury św. Jana Nepomucena, a bumelcug to pociąg towarowy z doczepionymi wagonami osobowymi.
Magda od początku radziła sobie świetnie. Mnóstwo pamiętała, a gdy coś wypadło jej z pamięci, kojarzyła fakty i ... strzelała. I to celnie! W drugiej turze spotkała się z Martyną Burzawą z liceum w Siewierzu. Obojgu podpowiadali opiekunowie. Monika Kassner, nauczycielka Magdy, bardzo się denerwowała. Aż Michał Smolorz stanowczo ją upomniał: - Proszę nie rozmawiać z uczennicą.
Znakomite przygotowanie i pasja opłaciły się. Magda wygrała. - Szwarna dziołcha z Magdy jest, wygro to, bo jest the best - krzyknęła Wiola Święty, koleżanka z III a.
Magda szlochała ze szczęścia: - Nie wierzę, nie wierzę, udało się! To wszystko dzięki moim kibicom. Byli najlepsi na świecie!
- Pani dyrektor, zwycięstwo! Mamy pracownię komputerową! - krzyczała Kassner do telefonu komórkowego.
Urszula Marażewska, dyrektorka zabrzańskiej dziewiątki: - To niemożliwe, ciągle nie potrafię uwierzyć, że dziewczyny wygrały. O Magdzie mówi: - Skromna, świetna uczennica. Bardzo wszechstronna, sportsmenka. Uczy się, biega i gra w tenisa.
Koledzy o Magdzie: - To nasz szkolny omnibus.
Monika Kassner uczy w dziewiątce historii (pisze z niej doktorat). Skończyła również polonistykę, a studiuje wiedzę o społeczeństwie. - Przez ostatni tydzień kułyśmy razem dniami i nocami. Bardzo się denerwowałyśmy - mówi Kassner.
Magda: - Czytałam Niezbędniki, jeden po drugim i na nowo. Rano bardzo się bałam, że na scenie przez tremę wszystko wypadnie mi z głowy - mówiła po wszystkim.
Olimpiada była nie tylko sprawdzianem wiedzy, ale i talentów artystycznych. Każda szkoła, której uczennica dostała się do finału, musiała przygotować film lub prezentację multimedialną na temat Wycieczka w przeszłość. Kazimierza Kutza, który oceniał młodzieńcze dzieła, zachwyciły dwa z nich: prezentacja Gimnazjum nr 3 z Mysłowic oraz film przygotowany przez dwóch uczniów z IV LO w Bytomiu. - To świetny autorski, prawie zawodowy film, z własną, wymyśloną estetyczną poetyką. Jesteście absolutnie utalentowani - mówił Kutz do autorów.
Krzysiek Leśniewski i Kuba Jankowski byli oszołomieni komplementami słynnego reżysera: - Dotychczas kręciliśmy teledyski hiphopowe. Ten dzisiejszy film to pochwała naszej szkoły. Tam się nie tylko kuje, ale i rozwija swoje talenty.
Uczestnicy finału Olimpiady Wiedzy o Regionie
Gimnazjaliści:
Magda Niedbał, Gimnazjum nr 9 w Zabrzu
Natalia Otlinger, Gimnazjum nr 3 w Mysłowicach
Dominika Apostel, Gimnazjum nr 6 w Mysłowicach
Licealiści:
Martyna Burzawa, Zespół Szkół im. Jana Pawła II w Siewierzu
Katarzyna Smaga, IV Liceum Ogólnokształcące w Bytomiu
Sandra Gołombek, VII Liceum Ogólnokształcące w Gliwicach
Skomputeryzowaną pracownię językową dla zwycięskiej szkoły oraz stypendia dla laureatów ufundował Mittal Steel Poland. Ten koncern hutniczy był również sponsorem cyklu Niezbędników Śląskich, które dodawaliśmy do Gazety od lutego do kwietnia. Patronat honorowy nad Olimpiadą Wiedzy o Regionie objął dr Marian Drosio, śląski kurator oświaty, a współorganizatorem imprezy był Regionalny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli WOM w Katowicach. Patronat medialny: Radio Katowice


Mecz reprezentacji Polski i Śląska
Gazeta Wyborcza, Maciej Blaut 2006.11.25
9 grudnia na stadionie Ruchu Chorzów odbędzie się mecz, w którym reprezentacja Polski zagra z reprezentacją Górnego Śląska. Dochód ze spotkania zostanie przekazany rodzinom ofiar tragedii w kopalni Halemba.
- To potworne nieszczęście sprawia, że takie rzeczy, jak sport, schodzą na daleki plan. Chcielibyśmy jednak właśnie poprzez ukochaną przez Ślązaków piłkę nożną zamanifestować solidarność z tragicznie zmarłymi górnikami i dołożyć choć małą cegiełkę do płynącego z całego kraju wsparcia - mówił Michał Listkiewicz, prezes PZPN-u. Piłkarski związek już drugi raz w tym roku decyduje się na podobny gest pod adresem Śląska. W maju Polska zagrała na Stadionie Śląskim z Kolumbią, a dochód z meczu został przekazany ofiarom katastrofy budowlanej na MTK.
Idea rozegrania meczu charytatywnego spotkała się z ogromnym poparciem selekcjonera kadry Leo Beenhakkera. Nasza reprezentacja 1 grudnia udaje się na zgrupowanie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, zakończone meczem towarzyskim z reprezentacją tego kraju. Następnie - via Frankfurt - kadra przyleci do Katowic. Na Górnym Śląsku spędzi dwa dni, by 9 grudnia rozegrać ten specjalny mecz.
Organizatorem spotkania będzie Śląski Związek Piłki Nożnej. - Rozważaliśmy różne koncepcje. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że mecz odbędzie się o godzinie 12 na stadionie Ruchu. Wybraliśmy ten obiekt, bo spodziewamy się około 15 tysięcy widzów - wyjaśnia Rudolf Bugdoł, prezes ŚZPN-u. Gdyby chętnych do obejrzenia spotkania było więcej, to władze Stadionu Śląskiego zapewniają, że największy polski stadion także będzie gotowy. - Jesteśmy przygotowani do tego, by zorganizować takie spotkanie - zapewnia Marek Szczerbowski, dyrektor Śląskiego.
Największym zmartwieniem organizatorów meczu może okazać się aura. Intensywne opady śniegu mogłyby zakłócić przebieg spotkania. - Rozmawiałem na ten temat z prezydentem Chorzowa Markiem Koplem. Obiecał, że stadion będzie nie tylko udostępniony za darmo, ale i w pełni przygotowany do tego, by na nim zagrać - przekonuje Bugdoł.
Wiadomo już, że kadra Beenhakkera zagra z reprezentacją Górnego Śląska. Śląski zespół ma poprowadzić Antoni Piechniczek, a pomagać mu będzie jeden z młodych trenerów z naszego regionu. Menedżerem drużyny ma zostać prezes Grunwaldu Halemba Teodor Wawoczny, zagrałoby w niej także kilku zawodników tego IV-ligowego klubu. Ślązaków mogliby też wesprzeć zawodnicy górniczych klubów z Łęcznej i Bełchatowa. Arbitrem meczu będzie prawdopodobnie Robert Małek z Zabrza.
Bilety na spotkanie będą mieć symboliczną cenę. Na stadionie pojawią się dodatkowo skarbonki, do których będzie można wrzucać pieniądze na szczytny cel. PZPN prowadzi także negocjacje ze stacją telewizyjną, która ma transmitować spotkanie.


Wieże wodne - śląskie dziedzictwo
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.11.24
Paryż ma wieżę Eiffla, Piza - krzywą wieżę, natomiast śląskie miasta mają las wież wodnych. To prawdziwe arcydzieła sztuki i techniki. Jednak wciąż nie traktuje się ich z należnym szacunkiem. A świetnie nadają się na punkty widokowe, lofty czy galerie.
Wieża w Rudzie Śląskiej przy ul. NiedurnegoŚląsk może się pochwalić Szlakiem Zabytków Techniki, jedyną tego typu trasą turystyczną w Polsce. Na turystów czekają stare kopalnie, elektrownie, a nawet zabytkowe browary. Jednak na tej bogatej liście zabrakło wież wodnych, a to one, obok szybów wyciągowych, są symbolem Śląska.
Na terenie województwa zachowało się prawie 40 wież ciśnień. Prezentują rozmaite style architektoniczne. Część z nich spełnia jeszcze swoją funkcję, jednak większość powoli popada w ruinę.
- W Europie można nawet mówić o renesansie wież wodnych. Adaptuje się je na przeróżne cele. Dobrym przykładem są Niemcy, w Bramsche w wieży powstały mieszkania, w Konstanz schronisko młodzieżowe, w Mulheim wieżę wykorzystano na muzeum wody. U nas ich nie zauważamy, pomimo tego że to charakterystyczne i wysokie obiekty - mówi Dariusz Walerjański, prezes zabrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, pasjonat wież wodnych.
Najdrastyczniejszym przykładem zaniedbania jest wieża ciśnień w Zabrzu przy ul. Zamoyskiej. Olbrzymia budowla z 1909 roku spoczywa na ośmiu ceglanych przyporach, które podtrzymują zbiornik o pojemności 2000 m sześc. Między przyporami wybudowano dwupiętrowe mieszkania, które decydują o unikatowości zabrskiej wieży. Obiekt sprawia wrażenie futurystycznej wizji szalonego architekta. W 2000 roku miasto odsprzedało zabytek obywatelowi Szwajcarii. Od tego czasu wieża jeszcze bardziej niszczeje, stała się łupem złomiarzy. Właściciel zobowiązał się w umowie, że do końca 2004 roku zaadaptuje budynek. - Nie dotrzymał umowy, teraz musi zapłacić karę 162 tys. zł, którą przyznał miastu sąd. Mamy nadzieję, że zobliguje to właściciela do szybkiej modernizacji wieży - mówi Katarzyna Kuczyńska, rzeczniczka zabrskiego magistratu.
Są jednak wyjątki. W Rudzie Śląskiej jedna z wież stoi przy skrzyżowaniu ulic: Niedurnego, Pokoju i Chorzowskiej. Wieża wciąż działa, ma prostą modernistyczną architekturę. Ostatnio miasto postanowiło ją podświetlić, razem z odnowionymi wkoło kamienicami tworzą jedno z najładniejszych skrzyżowań w aglomeracji. - Skoro mamy Szlak Zabytków Techniki, może warto też stworzyć Szlak Wież. Tylko dobra promocja może uratować je przed śmiercią techniczną - apeluje Walerjański.


Halemba - Pomyłki za miliardy
Dziennik Zachodni, Jacek Bombor 2006.11.24
Gdyby polskie górnictwo było odpowiednio restrukturyzowane już od początku lat 90., dzisiaj obraz śląskiej kopalni wyglądałby zupełnie inaczej. I być może na najbardziej niebezpieczne chodniki nie trafialiby ludzie z zewnętrznych firm, z małym doświadczeniem.
Chociaż w ciągu ostatnich 15 lat z górnictwa odeszło 240 tysięcy ludzi, zlikwidowano 34 kopalnie, a wydajność wzrosła 150 procent - w branży nadal jest źle. Brakuje fachowców, a dodatnie wyniki zapewnia jedynie dobra koniunktura na węgiel.
Gdzie w ostatnich latach naprawiacze polskiego górnictwa popełnili błąd?
Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki, obecnie dyrektor kopalni Budryk, wskazuje na lata 1998-2002, gdy z górnictwa na gwałt zaczęto zwalniać ludzi. Ze słynnego Górniczego Pakietu Socjalnego skorzystało 100 tysięcy osób, zlikwidowano niemal wszystkie szkoły górnicze.
- To był błąd, bo choć wiadomo, że zatrudnienie było za duże, pozwoliliśmy odejść fachowcom - zamiast zwalniać ludzi z obsługi, pracowników najmniej przydatnych, pozwoliliśmy odejść strzałowym, doświadczonych górnikom, kombajnistom - mówi Markowski. - Wtedy pojawiła się dziura na rynku, zaczęto wynajmować firmy z zewnątrz, świadczące usługi na rzecz kopalń. Dopiero od niedawna na nowo otwieramy szkoły górnicze, szkoląc przyszłe kadry. Sytuacja zmieni się za parę lat, gdy absolwenci będą kończyli szkoły i do pracy przyjdą następni.
Wówczas politycy argumentowali, że cięcia w zatrudnieniu trzeba było wykonać, bo właśnie do 1998 r. nie zrobiono tego, co było niezbędne dla górnictwa.
Analizując słupki ekonomiczne sektora z lat 90. można odnieść wrażenie, że kolejni naprawiacze, zamiast szukać skutecznych metod na uzdrowienie branży, woleli dokładać do górnictwa z budżetu, by nie narażać się na gniew górników i związkowców.
O tym, że polskie górnictwo było źle reformowane, trąbiła w 2002 r. Najwyższa Izba Kontroli. W głośnym raporcie zarzuciła kolejnym ministrom z lat 1990-2002 brak spójnego pomysłu na przywrócenie rentowności branży.
Za rządów Mazowieckiego, Olszewskiego i Pawlaka polskie kopalnie wydobywały ponad 180 milionów ton węgla rocznie, choć sprzedać można było zaledwie połowę tego urobku. Nie przygotowano wtedy skutecznego programu naprawy sektora w obawie przed masowymi strajkami. Kolejnym poważnym problemem było zatrudnienie - w 1990 roku w górnictwie pracowało ponad 391 tysięcy osób.
Według NIK, łączne straty netto poniesione przez górnictwo w latach 1990-2000 wyniosły 18 miliardów złotych. A łączna kwota wsparcia z budżetu w tych latach wyniosła 16,4 mld zł.
Kierownictwa kopalń nie wprowadzały pełnego rachunku ekonomicznego, a ich aktywność ograniczała się głównie do wykorzystywania umorzeń, zwolnień i odroczeń zobowiązań. Chociaż w okresie tym - w wyniku konkurencji na rynku - okazało się, które kopalnie są trwale nierentowne, zdecydowano o likwidacji jedynie 7 kopalń. Pozostałe nierentowne kopalnie utrzymywały się, nie płacąc długów - czytamy w raporcie NIK z 2002 roku.
Rząd Jerzego Buzka próbował zahamować postępującą zapaść. Powstał słynny Górniczy Pakiet Socjalny, w efekcie którego w latach 1998-2001 odeszło z kopalń łącznie 97.300 osób. Gdyby nie umorzenia długów sektora wobec m.in. ZUS, strata finansowa wyniosłaby wówczas 3 miliardy 383 miliony złotych!
Ostatnie lata to znakomita koniunktura na węgiel. Ustawa o górnictwie z grudnia 2003 roku całkowicie oddłużyła branżę, a to dało kopalniom oddech. Od tej chwili spółki węglowe próbują odkładać pieniądze na potrzebne inwestycje.
- Bez tego ani rusz. Trzeba szukać nowych pokładów węgla. Kopalnie drążą więc na największych głębokościach. A im głębiej, tym bardziej niebezpiecznie - wyjaśnia Markowski. - Tysiąc metrów pod ziemią panują naprawdę ekstremalne warunki. Sęk w tym, że w latach poprzednich zmarnowano na nietrafione pomysły grube miliardy. Remontowano kopalnie, które później były przeznaczane do likwidacji.
Obecnie na budowę nowych pokładów stać najbogatszych, na przykład Jastrzębską Spółkę Węglową, będąca w stanie sprzedać każdą ilości najlepszego węgla koksującego. W latach 2007-2009 rozpocznie się rozbudowa dwóch kopalń podlegających JSW - Zofiówki i Pniówka.
- Chodzi o udostępnienie i zagospodarowanie nowych złóż węgla: Bzie Dębina 1 - Zachód i Pawłowice1. W obrębie złoża Bzie do głębokości 1300 metrów do 2042 roku planowane jest wydobycie prawie 95 milionów ton węgla - wyjaśnia Edyta Tomaszewska, rzecznik Jastrzębskiej Spółki Węglowej. - Natomiast w obrębie złoża Pawłowice1 potencjalne wydobycie do 2042 roku szacuje się na prawie 60 milionów ton. To oznacza budowę nowych szybów kopalnianych.
Dla Pawła Poncyljusza, obecnego wiceministra odpowiedzialnego za górnictwo, jedną z najważniejszych spraw jest utrzymanie wyniku finansowego i gruntowne inwestycje. Oczywiście, konieczne jest dalsze ograniczenie wydobycia i restrukturyzacja zatrudnienia.
- Ale chcę skończyć z czasami, gdy o zatrudnieniu na danych kopalniach decydowała Warszawa. Po to tworzyliśmy na Śląsku spółki, by same reagowały na sytuację rynkową - zapewnia Poncyljusz.


Ponad 25 tys. zł odszkodowania od MTK
Gazeta Wyborcza, piet 2006.11.23
Katowicki sąd zdecydował wczoraj, że Międzynarodowe Targi Katowickie muszą wypłacić 25-letniej kobiecie z Bolechowic ponad 25 tys. zł odszkodowania. W styczniowej katastrofie hali wystawowej przygniotły ją fragmenty dachu. Z ruin wyszła o własnych siłach. Pod gruzami zginęło trzech jej współpracowników.
Pełnomocnik MTK złożył wniosek o zawieszenie postępowania do czasu zakończenia śledztwa prokuratury, ale sąd się nie zgodził. To drugi wyrok w sprawie styczniowej katastrofy. Kilka tygodni temu proces z MTK wygrał mieszkaniec Piekar Śląskich, któremu zasądzono 30 tys. zł odszkodowania.
Do katowickich sądów trafiło już ponad 30 pozwów przeciwko MTK.


Wszyscy górnicy nie żyją
Dziennik Zachodni, Aldona Minorczyk-Cichy, Agata Pustułka, (mit) 2006.11.23
Wszyscy 23 górnicy z kopalni Halemba, którzy we wtorek znaleźli się w strefie wybuchu metanu, nie żyją. Dzisiaj nad ranem, po blisko 38 godzinach prowadzonej 1030 metrów pod ziemią akcji, ratownicy dotarli do ciała ostatniej ofiary.
Najmłodszy zmarły górnik miał 21 lat, najstarszy 59. Nie mieli szans przeżycia. W chwili wybuchu temperatura w wyrobisku mogła sięgać 1500 stopni, a siła podmuchu była olbrzymia. W Rudzie Śląskiej obowiązuje żałoba. Przed kopalnią nieprzerwanie płoną dziesiątki zniczy.
Caritas włącza się do akcji
Jak zwykle w ciężkich chwilach poszkodowani mogą liczyć na pomoc Caritasu Archidiecezji Katowickiej. Uruchomiono tam konto, na które można wpłacać pieniądze na rzecz ofiar tragedii - numer 90 1560 1111 0000 9070 0011 6398 z dopiskiem Halemba.
Wysoka cena oszczędności
Ile kosztuje życie polskich górników? Tragedia na kopalni Halemba wystawia precyzyjny rachunek - to 70 mln złotych, bo tyle kosztował sprzęt, którego odzyskanie stało się celem piętnastu pracowników firmy Mard i ośmiu górników z kopalni Halemba, których w śmiertelnej pułapce, ponad kilometr pod ziemią, zamknął wybuch metanu.
Życie jest bezcenne, a to, co dzieje się obecnie w polskich kopalniach nazywamy zjawiskiem ekonomii za wszelką cenę - wyjaśnia Dominik Kolorz, szef górniczej Solidarności. - Jeszcze nie tak dawno dochodziło do zamykania ścian z powodu zbyt wielkiego ryzyka dla ludzi. Teraz już o tym nie słyszę. Tak miało się stać ze ścianą, gdzie zginęli górnicy z Halemby.
Według Kolorza sytuacja w rudzkiej kopalni ujawnia wszystkie patologie jakie rządzą obecnie górnictwem. Przykład idzie z góry.
- W Kompanii Węglowej panuje burdel organizacyjny. Nikt nie wie, za co odpowiada - mówi związkowiec.
Dwa dni temu na ręce górniczej Solidarności trafił raport zlecony przez Kompanię Węglową, z którego wynikało, że zatrudnienie w Halembie trzeba zredukować o 800 osób. - Brak fachowych rąk do pracy to główne źródło problemów - wyjaśnia Kolorz. - Potem zatrudnia się zewnętrzne firmy, w których dziś pracuje ok. 19 tysięcy pracowników. Właśnie taka firma wydobywała sprzęt z poziomu 506. (..)
Wielkie sprawdzanie
W najbliższym czasie rząd podejmie uchwałę o przeglądzie wszystkich kopalń w Polsce. W ramach tych działań odbędzie się także przegląd spółek zewnętrznych pracujących na rzecz kopalń - zapowiedział wczoraj minister gospodarki Piotr Woźniak.
Skontrolowane zostaną m.in. spółki takie jak ta, która prowadziła prace przy likwidacji ściany w kopalni Halemba. Tam w czasie wybuchu metanu pracowało 15 osób z prywatnego Górniczego Przedsiębiorstwa Usługowo-Handlowego Mard w Rudzie Śląskiej, zatrudniającego w sumie ok. 130 osób.
Jak powiedział Woźniak, wśród 15 pracowników tej spółki byli pracownicy doświadczeni (jeden z nich miał 59 lat), ale i dwóch 21-latków i praktykantów górniczych.
- Sprawdzimy, czy osoby te były zatrudnione prawidłowo - powiedział Woźniak.
Premier i prezydent
Premier Jarosław Kaczyński obiecał wczoraj, że każda z rodzin ofiar tragedii otrzyma dodatkowo po 30 tys. zł. Te pieniądze mają pochodzić z rezerwy budżetowej.
Natomiast prezydent Lech Kaczyński zapewnił, że każda z rodzin otrzyma od 10 do 12 tysięcy złotych. - To będą pieniądze z mojego funduszu dyspozycyjnego - powiedział prezydent.


Uczniowie pytają o górników
Gazeta Wyborcza, kapi 2006-11-22
W rudzkich szkołach żałoba. Uczniowie chcą wiedzieć, co wydarzyło się w Halembie.
Uczniowie SP nr 2 w Rudzie Śląskiej środowe lekcje rozpoczynali minutą ciszy. Uczcili w ten sposób pamięć górników, którzy zginęli w kopalni Halemba. W związku z tragedią zadawali nauczycielom wiele pytań. Chcieli wiedzieć: ilu osób jeszcze szukają ratownicy, dlaczego metan jest taki groźny, co było przyczyną tragedii. - Najmłodszym objaśnialiśmy problem krótko, bez szczegółów. Ze starszymi musieliśmy porozmawiać dłużej, bo ich pytania były bardziej szczegółowe. Opowiadaliśmy im również o ogromnej roli ratownictwa górniczego - tłumaczy Barbara Siemińska, dyrektorka podstawówki.
We wszystkich szkołach zostały odwołane wszelkie imprezy, koncerty, dyskoteki. Umilkły szkolne radiowęzły. - Szkoła jest bardzo wyciszona - mówi Aleksandra Tyszkiewicz, wicedyrektorka SP nr 1.
- Młodzież zachowała się bardzo dojrzale. Nie musieliśmy im nic mówić - dodaje Leszek Bytkowski, dyrektor LO nr 1.
Do żałoby przyłączyły się również szkoły w wielu innych miastach, w tym w Tychach. Na UŚ w Katowicach również odwołane zostały zaplanowane spotkania, w tym uroczystość wręczenia dyplomów wyróżniającym się studentom. - Bardzo proszę pracowników i studentów uczelni o duchową solidarność z rodzinami ofiar i osób poszkodowanych na skutek wybuchu metanu w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej - powiedział prof. Janusz Janeczek, rektor uniwersytetu.


Halemba. Ośmiu górników nie żyje...
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski, Katowice; PAP, IAR, pi 2006.11.21
Dotychczas ratownicy wydobyli na powierzchnię ciała sześciu z ośmiu ofiar śmiertelnych katastrofy. Do dwóch nie udało się jeszcze dotrzeć. Los pozostałych 15 górników wciąż jest nieznany.
Relacje ratowników, którzy mówili o ośmiu ciałach, mogą być błędne. Ze względu na trudne warunki panujące w wyrobisku, istnieje prawdopodobieństwo, że ratownicy źle oszacowali liczbę ofiar.
- Wybuch metanu - powiedział prezes na nocnej konferencji prasowej Grzegorz Pawłaszek, prezes Kompanii Węglowej - był ukierunkowany i jeśli część pracowników znalazła się za strefą eksplozji, to istnieją szanse, że mogli przeżyć wypadek.
Prezes dodał, że wydobyte ciała górników nie były przysypane skałami, jednak identyfikacja tych, którzy zginęli, jest trudna. Na skutek wybuchu górnicy nie mieli przy sobie identyfikatorów ani lamp.
Wiceprezes Kompanii Węglowej Marek Majcher powiedział, że akcja była trudna. Do tej pory atmosfera w rejonie wypadku umożliwiała ratownikom górniczym pracę; teraz trwają analizy powietrza przy ścianie. Chodzi o sprawdzenie, czy nie ma zagrożenia wybuchem. Jeżeli będzie takie niebezpieczeństwo, trzeba będzie przewietrzyć wyrobisko. - Musimy mieć pewność, że ratownicy są bezpieczni (...) Nie możemy doprowadzić do wtórnego wybuchu - podkreślił Majcher.
Jak mówili prezesi KW, ściana była ciągle monitorowana. Na podstawie wskazań czujników nie można było przewidzieć tragedii. - Wydruki większości czujników kończą się na 16.30, wtedy kiedy nastąpił wybuch, natomiast nie wskazują jakichś większych anomalii, które by sugerowały gwałtowny wypływ metanu - powiedział Majcher.
Pawłaszek przypomniał, że ściana wydobywcza, przy której doszło do tragedii, nie była eksploatowana od marca tego roku. Zdecydowano się na wydobycie jej wartego 70 mln zł wyposażenia, ale z uwagi na zagrożenie zaprzestano dalszej eksploatacji. - Było to wyposażenie nowe, dlatego zdecydowaliśmy się na jego odzyskanie - powiedział Pawłaszek. Zapewnił, że cała procedura wydobywania tego sprzętu oparta była o specjalne obostrzenia.
Jak powiedział rzecznik śląskiej policji Andrzej Gąska, sześciu policyjnych psychologów rozmawia z kilkudziesięcioma członkami rodzin górników, którzy czekają na wieści o bliskich.
Przyczyny tragedii bada komisja powołana przez prezesa Wyższego Urzędu Górniczego.
Człowiek tam na dole jest jak zapałeczka
Przedstawiciele kopalni nie chcą mówić o szansach zaginionych górników na przeżycie. Podkreślają, że ratownicy pracują w niezwykle trudnych warunkach. Jak jednak mówią wszyscy górnicy, zawsze dopóki trwa akcja, jest nadzieja.
Według nieoficjalnych informacji PAP, ratownikom udało się dotrzeć i wyprowadzić z rejonu sąsiadującego z miejscem wypadku górników, którzy zostali poparzeni, mimo że znajdowali się ok. 500 m od centrum wybuchu. Jeśli te informacje się potwierdzą, będą oznaczać, że szanse pozostałych w tym miejscu są bardzo małe.
Specjaliści mówią, że górnicy mają szansę na przeżycie, jeśli zostali odcięci, a nie zasypani. Mają bowiem ze sobą aparaty ucieczkowe z tlenem. Wojciech Bradecki, były prezes Wyższego Urzędu Górniczego: - Gdy wybucha metan, człowiek tam na dole jest jak zapałeczka. Najpierw jest podmuch, a potem potężna fala uderzeniowa. W chodniku gwałtownie obniża się poziom tlenu i nie ma czym oddychać.
Były wiceminister górnictwa i były ratownik górniczy Jerzy Markowski powiedział TVP3, że warunki prowadzenia akcji ratowniczej są wyjątkowo trudne. Ma to związek z bardzo wysoką temperaturą, jaka towarzyszy takiemu wybuchowi. - W tym momencie - jak mówi Markowski - nie ma możliwości poruszania się bez aparatu tlenowego. Ponadto - jak zaznacza - nie wiadomo, jaki jest stopień dewastacji wyrobiska. W związku z takimi warunkami - wszelkie rygory, jakie można sobie wyobrazić podczas tego typu akcji, muszą być ściśle zachowane - podkreślił Markowski. Jak zaznaczył - trzeba też uważać na samych ratowników, którzy niosą pomoc górnikom.


Polskie fobie w Cieszynie
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski 2006.11.20
Bogdan Ficek, burmistrz Cieszyna, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami polecił zdjąć z sali sesyjnej ratusza portrety Habsburgów. - Nie mógłbym składać ślubowania pod wizerunkiem Marii Teresy, która uczestniczyła w rozbiorach Polski - tłumaczy burmistrz.
Spór o portrety opisaliśmy w Gazecie na początku października. Mijało wtedy sto lat od otwarcia sali sesyjnej, w której obradują cieszyńscy radni. Na ścianach zawieszono kopie starych portretów, w tym przedstawicieli dynastii Habsburgów. Burmistrz Bogdan Ficek zdecydował jednak, że portrety monarchów będą wisieć tylko w czasie obchodów stulecia sali, a potem zostaną zdjęte. - Wizerunki władców obcego państwa nie powinny wisieć w siedzibie władz terenowych. Osobiście nie mam nic do Habsburgów, ale oni polskości tu nie krzewili - tłumaczył Ficek.
Wczoraj konserwatorzy zabrali się do ściągania portretów. - Nie mógłbym składać ślubowania pod wizerunkiem cesarzowej Marii Teresy, która uczestniczyła w rozbiorach Polski. W 1918 roku, pod odzyskaniu niepodległości, oryginały tych portretów zostały natychmiast zdjęte z sali, a na rynku wyzwolenie spod obcego panowania fetował 40-tysięczny tłum - mówi Ficek, wybrany już w pierwszej turze na burmistrza.
Irena Kwaśny, była radna i konserwatorka zabytków, która jeszcze w latach 80. prowadziła gruntowną renowację sali: - Szkoda, bo ten wystrój był prawdziwą perełką historyczną. Powinniśmy rozdzielać historię Polski od historii Śląska Cieszyńskiego, który dostał się Habsburgom legalnie, po wygaśnięciu linii cieszyńskich Piastów. Ale decyzję burmistrza i jego argumentację szanuję.
Okazuje się jednak, że portrety nie znikną z ratusza definitywnie. Będą bezpiecznie przechowywane w skrzyniach. - Na potrzeby różnych imprez historycznych będziemy mogli je czasowo powiesić - zapowiada Ficek.


Stadion Śląski poczeka na dach
Gazeta Wyborcza, Maciej Blaut 2006.11.17
To już drugi przetarg zakończony fiaskiem. Rozpoczęcie kluczowej inwestycji na chorzowskim obiekcie opóźni się o kilka kolejnych miesięcy.
Projekt budowlany wraz z pozwoleniem na budowę jest gotowy od 2005 r. Na stadionie - przy jednoczesnej przebudowie wieży - ma powstać dach według projektu Saturn 2005. To ostatnia ważna inwestycja na chorzowskim stadionie.
Pierwszy przetarg miał być rozstrzygnięty już w lipcu. Komisja musiała go jednak unieważnić, bo cena zaoferowana przez zainteresowane inwestycją firmy była o 50 mln zł większa od sumy przeznaczonej na ten cel w budżecie województwa (93 mln zł.).
Po tym, jak sejmik województwa podjął uchwałę o zwiększeniu pieniędzy w budżecie na dach do 130 mln zł, wydawało się, że inwestycja wreszcie ruszy z miejsca. Podobnie jak w przypadku pierwszego przetargu, stanęły do niego dwie firmy: niemiecka Pfeifer i konsorcjum, w którym liderem jest KEM z Dąbrowy Górniczej. Mimo że tym razem nie było kłopotów z uzgodnieniem ceny projektu, to zakończony w czwartek drugi przetarg także zakończył się unieważnieniem. - Obydwie oferty zostały odrzucone, bo zawierały inne rozwiązania techniczne niż zawarte w dokumentacji budowlanej. Nie były też zgodne z programem funkcjonalno-użytkowym - mówi Andrzej Stokłosa, przewodniczący komisji przetargowej.
Zainteresowanym firmom przez siedem dni od otrzymania decyzji przysługuje prawo do odwołania. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada jednak rozpisanie trzeciego przetargu. - Projekt budowlany jest opracowany właściwie. Oczekujemy, że zainteresowane firmy złożą tym razem właściwe dokumenty. My nie możemy wejść w przetarg, bo zostałoby to odebrane jako niewłaściwa ingerencja - mówi Wiesław Maras, członek zarządu województwa śląskiego odpowiedzialny za inwestycje.
Nowy przetarg oznacza kolejne miesiące zwłoki w budowie dachu. Pierwotnie miał być gotowy do końca 2007 r. Po pierwszym nieudanym przetargu mówiło się o końcu 2008 r. - Opóźnia się czas, w jakim Śląski osiągnie europejskie standardy - martwi się Marek Szczerbowski. Dyrektor stadionu widzi jednak w całej sytuacji także pozytywy. - Bez kłopotów będziemy mogli zorganizować czerwcowy koncert zespołu Genesis. Być może będziemy też mogli wystąpić o organizację listopadowego meczu Polski z Belgią - mówi Szczerbowski.


Można zabrać do domu śląskie pismo
Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 2006.11.17
Do Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie przychodzą teraz setki ludzi. Każdy chce zobaczyć śląskie pismo!
Województwo śląskie jest jedynym regionem w Polsce, który ma własny krój pisma - Silesianę 2006. Czcionkę opracowali naukowcy: Artur Frankowski, typograf, i Henryk Sakwerda, śląski mistrz kaligrafii. Tygodniami przesiadywali w Bibliotece Śląskiej oraz w Książnicy Cieszyńskiej. Przeglądali zabytkowe rękopisy i starodruki, szukając odpowiedzi na pytanie, na czym ma w zasadzie polegać śląskość nowego kroju pisma. Wreszcie orzekli: pismo śląskie musi być pochyłe i wywodzić się z tradycyjnej kaligrafii, powinno czerpać m.in. z dokonań Hieronima Wietora, żyjącego na przełomie XV i XVI wieku drukarza i księgarza. Jak sobie wymyślili, tak zrobili - opracowali na podstawie tych założeń nowy krój pisma. Silesianą będą drukowane wszystkie dyplomy, zaproszenia i inne oficjalne druki Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego. Koordynatorem prac był Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie. Otwarto tam właśnie wystawę poświęconą silesianie. Przychodzą tłumy zwiedzających. Największą atrakcją jest możliwość pobawienia się w zecera. Na drewnianych pieczątkach są wszystkie litery, oczywiście o kroju silesiany. Ludzie przychodzą do zamku z własnymi książkami, pamiętnikami i drukują w nich silesianą swoje imiona. Kto nie ma przy sobie książki, może odbić śląskie pismo na czystych kartkach papieru. - Można zabrać je potem do domu, na pamiątkę - mówi Ewa Trzcionka ze Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości.
Wystawa będzie czynna do 3 grudnia. Można tu zobaczyć nie tylko ostateczną wersję silesiany, ale też szkice do projektu, rękopisy i starodruki, na których wzorowali się autorzy pisma.
Jest także pomysł, by do celów niekomercyjnych silesianę udostępnić wszystkim chętnym. Wtedy mieszkańcy regionu mogliby przy użyciu tej czcionki pisać e-maile czy prowadzić internetowe blogi.


Zwiedź Śląski Urząd Wojewódzki!
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.11.16
Przedwojenny budynek Urzędu Wojewódzkiego kryje wiele niespodzianek. W podziemiach jest schron przeciwatomowy, skarbiec oraz basen. W czwartek oglądałem miejsca, które po raz pierwszy udostępniono zwiedzającym, od czasu otwarcia budynku w 1929 roku. W weekend w czasie Dni Otwartych urząd zaprasza wszystkich!
Wczoraj trasą poprowadzono dziennikarzy. W monumentalnym gmachu spędziliśmy półtorej godziny. To niedużo, zważywszy, że w urzędzie jest 600 pokoi i ponad sześć kilometrów korytarzy. Mieliśmy przewodnika po tym labiryncie. Zaczęliśmy standardowo od zwiedzania sal dostępnych dla wszystkich, ale i tutaj na każdym kroku zaskakiwała nas niesamowita historia budynku. Gmach urzędu, gdy budowano go w latach 20., miał być symbolem polskości, jednak w czasie okupacji spodobał się hitlerowcom. Sala marmurowa ma obecnie kształt, jaki nadał jej Albert Speer, nadworny architekt Hitlera. Warto zwiedzić Salę Sejmową, bo to pierwszy przykład architektury parlamentarnej w Polsce. Sejm na Wiejskiej wzorowano na katowickim budynku.
Moją ulubioną rozrywką w tym poważnym budynku jest jeżdżenie windą paciorkową, zwaną też Pater Noster. To jedyna winda, która jedzie w górę, w dół, a nawet w bok. Dziś to zabytek techniki, który można spotkać w niewielu miejscach Europy.
Atrakcją są prywatne pokoje Michała Grażyńskiego, pierwszego wojewody śląskiego. Miał do dyspozycji kilkanaście pokoi, w tym elegancką wyłożoną boazerią salę klubową. W sypialni zachowały się wbudowane szafy kryjące marmurową umywalkę. Próbowałem otworzyć barek, jednak od lat jest zamknięty na klucz, być może skrywa jeszcze alkohole z okresu sanacji. W ubieralni stoi oryginalne biurko generała Ziętka.
Największe wrażenie zrobiły na mnie podziemia, przez lata nieużytkowane, dopiero ostatnio wyremontowane. Do schronu schodzi się po wąskich betonowych schodach. Pierwotnie była to piwnica, dopiero w czasie II wojny światowej hitlerowcy dodali zbrojone drzwi. Komuniści urządzili tu schron przeciwatomowy, z czasów PRL-u zachował się sprzęt łącznościowy. Miałem też okazję zobaczyć skarbiec. W okresie międzywojennym Śląsk miał szeroką autonomię, jak w królestwie posiadał własne złoto zdeponowane w ukrytym skarbcu. Jeszcze większą atrakcją jest basen pod skarbcem. To podobnej wielkości pomieszczenie o bardzo grubych żelbetowych ścianach. Jednak basen powstał nie dla decydentów, ale dla... złodziei. Woda miała być najlepszym zabezpieczeniem przed ewentualnym podkopem. Śmiałków, którzy odważyliby się na taki krok, czekał istny potop. Dziś woda w zbiorniku jest stęchła, potęguje echo korków z korytarzy.
Na najodważniejszych czekał 87-metrowy tunel ewakuacyjny łączący urząd z sąsiednią posesją po drugiej stronie ulicy Ligonia. Szedłem w półmroku, zgięty wpół, nie wziąłem wymaganego kasku i pelerynki, by na własnej skórze odczuć panujący tu chłód i wilgoć. Na samym końcu korytarza wdrapywałem się wąskim szybem do góry. Jeszcze tylko zmierzenie się z ciężkim, zardzewiałym włazem i byłem w ogrodzie dawnej willi Korfantego. Przechodnie przystawali, bo byli świadkami niecodziennego widoku - oto z czeluści ziemi wychodziła grupka dziennikarzy i fotoreporterów.
W sobotę i niedzielę odbędą się Dni Otwarte. Z tej okazji urząd wydał nawet limitowaną serię widokówek. W godzinach od 10.00 do 16.00 będzie można zwiedzać budynek, wejście od strony placu Śląskiego.
W sobotę swoje tajemnice odkryje również siedziba Narodowego Banku Polskiego w Katowicach. W godz. od 8.30 do 18.00 będzie można zobaczyć od podszewki działanie banku, a także specjalną wystawę numizmatów, zabytkowych maszyn biurowych. Będzie można zasiąść w bankowozie i własnoręcznie wybić monetę. To też jedyna okazja, by choć przez chwilę potrzymać prawdziwą sztabę złota.
Zarówno urząd, jak i bank są otwarte w innych terminach dla szkół i grup zorganizowanych, wystarczy wcześniej umówić się telefonicznie.


Kłamstwo elit w Bielsku-Białej!
Gazeta Wyborcza, Michał Smolorz 2006.11.17 org. Śląsk - słowo alergiczne
W zeszłym tygodniu Teatr Polski w Bielsku-Białej zaprosił na prapremierę sztuki Artura Pałygi pt. Testament Teodora Sixta w reżyserii Roberta Talarczyka. Pojechałem z ciekawością, bo przedsięwzięcie zapowiadano jako pierwsze dzieło dramaturgiczne poświęcone temu miastu, obiecywano nam magiczne odtworzenie tajemnic wielokulturowej przeszłości Bielska.
Wycieczka do teatru okazała się pożyteczna. Najpierw dlatego, że sztuka jest świetnie zrealizowana i zagrana, Robert Talarczyk w ciągu kilku lat z beztroskiego komedianta niepostrzeżenie przepoczwarzył się w dojrzałego reżysera - i chwała mu za to. Ale największy pożytek wyniosłem z poznania samej sztuki. Nie z powodu jakichś szczególnych walorów historycznych, poznawczych czy literackich - pod tym względem utwór jest raczej średni. Ale z jednego powodu dramat Pałygi uznaję za genialny - jako arcydzieło politycznej propagandy, na bielską modłę rzecz jasna. Nie od dziś wiadomo, że pośród tutejszych napływowych elit śląskość jest wielkim, zagrażającym życiu alergenem, wywołującym nawet u statecznego intelektualisty atak wściekłej furii. Mówienie w Bielsku - w było nie było prastarym śląskim mieście - o Śląsku jest śmiertelnym, niewybaczalnym grzechem. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, do jak obsesyjnych rozmiarów urosły te fobie, niech koniecznie wybierze się do Teatru Polskiego.
Kochani, sztuka trwa dwie godziny, podczas których autor krąży po stuleciach historii miasta, i... ani razu nie pada tam słowo Śląsk. Mało tego, dramatis personae to Polacy, Niemcy, Żydzi, Prusacy, Austriacy, Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi, Kresowiacy, Lodzermensche, Poznaniacy, Litwini - nie wiem, czy zapamiętałem wszystkich, którzy pojawili się fizycznie lub choćby tylko w słowach. Nie ma ani jednego... Ślązaka. Po prostu trzeba przyjąć do wiadomości, że Śląsk nie istnieje, ba, że nigdy nie istniał, że na świecie nie urodził się żaden Ślązak, a już na pewno nie w Bielsku. Granice absurdu osiągnęli wydawcy reprodukcji pocztówek z ubiegłego fin de siecleu. Pełno ich w okolicznościowych wydawnictwach, na ścianach teatru, w programie. Wszędzie tam, gdzie na oryginałach było napisane Bielitz O.S. (powszechnie wtedy stosowany skrót od Oberschlesien - Górny Śląsk), wydawcy pieczołowicie wygumowali komputerowo alergenne literki O.S.!!! Jaki Śląsk, czy ktoś słyszał o jakimś Śląsku? Nie ma, nie było, szlus, koniec, chwatit.
Do kanonu propagandy weszła zasada: rzeczy, o których nie mówimy, nie istnieją. Był czas, gdy w ramach gierkowskiej liberalizacji komuniści pozwolili mówić i pisać o powstaniu warszawskim, co wcześniej było surowo zakazane. Ale był jeden nieprzekraczalny warunek: ani razu nie mogą paść słowa Armia Krajowa. Byli więc Niemcy i Sowieci, byli angielscy lotnicy, była Wielka Trójka w Teheranie, była Armia Ludowa, Polska Partia Robotnicza, był bliżej nieokreślony polski ruch oporu. Ale nie istniało coś takiego jak Armia Krajowa. W Bielsku można już mówić i pisać o wielokulturowej przeszłości miasta, pod warunkiem że ani razu nie padnie słowo Śląsk.
Reżyser i zarazem dyrektor teatru Robert Talarczyk to znakomity znawca i smakosz śląskich klimatów, to ten sam autor adaptacji i współreżyser genialnego Cholonka w teatrze Korez, arcydzieła śląskiego ducha. Aż boję się pomyśleć, że ten ceniony przeze mnie artysta osiągnął aż taki stopień konformizmu i po prostu uznał, że Paryż wart jest mszy. Gotów jestem raczej przyjąć do wiadomości, że budując świetne reżysersko przedstawienie, w zapale twórczym nieopatrznie wtopił się w ten bielski świat wiecznych silesianofobów i w zapale twórczym po prostu nie zauważył, w co wdepnął.
Od dziś na wszystkich moich wykładach poświęconych propagandzie będę gorliwie polecał bielski spektakl jako klasykę gatunku i materiał obowiązkowy dla słuchaczy.


Wyprostuj sobie zęby w Czechach
Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 2006.11.17
Aparat ortodontyczny w Ostrawie jest dwa razy tańszy od polskiego. Mieszkańcy pogranicza tłumnie jeżdżą do czeskich lekarzy.
Krzywe zęby spędzają sen z oczu dorosłym i dzieciom. Jednak polski Narodowy Fundusz Zdrowia finansuje aparaty ortodontyczne tylko pacjentom do 12. roku życia. Potem za taki aparat muszą z własnej kieszeni zapłacić rodzice. To niemały wydatek. Stały aparat na dolną lub górną szczękę, w zależności od gabinetu i rodzaju aparatu, kosztuje od 1,3 do nawet 3,5 tys. zł. Do tego dochodzą jeszcze opłaty za comiesięczne wizyty kontrolne. Średnia cena wizyty to 50 zł. Mieszkańcy przygranicznych miejscowości płacą za leczenie znacznie mniej. Jeżdżą do Czech.
Agata Mohhamad ma gabinet w miejscowości Old ichovice, kilka kilometrów od Cieszyna. Zaadaptowała na ten cel piętro domu. Ma stronę internetową, także w języku polskim. Wśród pacjentów - wielu Polaków. Na wizytę można się umówić nawet drogą mailową. - Wcześniej jeździłam z synem do Krakowa, teraz jeżdżę do doktor Mohhamad. Gabinet poleciła mi znajoma - opowiada Agnieszka Michalaszek z Wilamowic, mama nastoletniego Kuby.
Za pierwszą wizytę mama Kuby zapłaciła 200 koron. To niecałe 28 zł. Najdroższy aparat kosztuje 9,5 tys. koron, czyli 1,2 tys. zł. - Leczenie w Czechach będzie mnie kosztowało o połowę mniej niż w Polsce - przelicza mama Kuby.
Bielszczanka Agnieszka Fuczik skończyła trzyletnie leczenie ortodontyczne w czeskim gabinecie, jest bardzo zadowolona z efektów. Za nowoczesny, ceramiczny aparat na oba łuki zębowe zapłaciła równowartość ok. 2,5 tys. zł. Wtedy nie znalazła w Polsce żadnego gabinetu, który miałby w ofercie takie aparaty. Teraz już są - kosztują kilka razy więcej.
Polscy lekarze wiedzą, że pacjenci uciekają im za Olzę. Kupują protezy, zakładają mostki. - Myślę, że gabinety, które są znane z wysokiej jakości usług, nie muszą się tego zjawiska obawiać. Do takich pacjenci zawsze przyjdą. Liczy się nie tylko cena - pociesza się jeden z bielskich stomatologów.
Dlaczego w Czechach usługi stomatologów są tańsze niż w Polsce? Polski dentysta: - U nas ludzie są przyzwyczajeni, że u dentysty trzeba płacić. W Czechach nadal dużą konkurencją dla prywatnych gabinetów są natomiast państwowe placówki.
Czeska lekarka dodaje: - Gdybym windowała ceny, straciłabym pacjentów.
Polscy lekarze narzekają, że nie bardzo mogą obniżyć ceny. Drogie materiały, wysokie podatki i koszty wynajęcia lokalu - to wszystko ma wpływ na cenę ich usług.
Zyta Kazimierczak-Zagórska, szefowa Beskidzkiej Izby Lekarskiej, mówi, że zdrowotna turystyka to teraz coraz powszechniejsze zjawisko. - To normalne, że pacjenci wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu tańszych usług. Bywam w Czechach na kursach i konferencjach, jakość oferowanych tam usług medycznych stoi na bardzo wysokim poziomie - zapewnia.
Proste, piękne zęby to niejedyny powód, dla którego Polacy masowo przekraczają granicę. - My tutaj już dawno nauczyliśmy się, że jak coś jest w Polsce drogie, to trzeba jechać na Zaolzie. W Czechach zawsze wiele rzeczy było tańszych - mówi Władysław Orszulik z Cieszyna, przewodnik PTTK.
Dlatego Polacy strzygą się w Czechach, korzystają z usług tamtejszych krawców. Kupują też leki w czeskich aptekach. Sprawdzają też ceny benzyny. Jeśli taniej jest tankować w Czechach, to jeżdżą na tamtejsze stacje benzynowe.
- Niedawno podczas prywatnej rozmowy dowiedziałam się nawet, że jeden z właścicieli samochodu marki skoda naprawia go w Czechach, bo taniej go to kosztuje niż w Polsce - śmieje się Kazimierczak-Zagórska.


Moda na lofty dotrze na Śląsk?
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.11.15
Mimo że w naszym regionie powstał już pierwszy loft, to przez ostatnie lata nikt nie poszedł śladami Przemo Łukasika. Ten architekt, współzałożyciel Medusa Group, trzy lat temu przemienił pokopalnianą lampiarnię w Bytomiu na dom mieszkalny. W Łodzi i Warszawie luksusowe mieszkania w starych fabrykach rozchodzą się jak świeże bułeczki. Czy na Śląsku będzie podobnie?
W Łodzi australijski inwestor kupił starą przędzalnię fabryki Scheiblera i przerabia ją na luksusowe mieszkania. Także w Warszawie planuje się w dawnych Polskich Zakładach Optycznych przy Grochowskiej stworzyć apartamenty. Czemu Śląsk pozostaje w tyle?
Z pewnością wynika to ze specyfiki przemysłu. W Warszawie i Łodzi dominował przemysł lekki, fabryki budowano w ścisłym centrum, miały wiele pięter, łatwo je więc przerobić na mieszkania. Śląsk to przede wszystkim przemysł ciężki, wielkie zakłady powstawały na obrzeżach, to często olbrzymie hale, w których przebiegały szkodliwe dla zdrowia ludzi procesy technologiczne.
Jednym z prekursorów rewitalizacji obiektów poprzemysłowych na Śląsku jest Johan Bros, właściciel browaru Mokrskich i szybu Wilson. - Mieszkałem przez wiele lat w lofcie i to świetny sposób na życie. Jednak w swoich nieruchomościach stawiam na usługi i kulturę. Z loftami jest trudniej, bo trzeba znaleźć majętnych ludzi z duszą artystyczną. Także polityka śląskich miast nie sprzyja tego typu inwestycjom - mówi Bros.
Jednak ostatnio MK Inwestycje, deweloper z Katowic, ogłosił, że planuje przebudować starą łaźnię dawnej kopalni Orzeł Biały w Bytomiu na lofty. Ceglany, powojenny budynek stoi tuż obok osławionego Bolko Loftu Łukasika. W prostym gmachu powstanie sześć - osiem mieszkań o powierzchni od 100 do 200 m kw.
Jego autorami nieprzypadkowo są architekci z Medusa Group. - Sami szukaliśmy inwestora, wcześniej zrobiliśmy wstępny projekt. Nie ukrywam, że miałem w tym swój interes, bo chciałem ożywić najbliższe otoczenie Bolko Loftu. Nasze lofty będą się różnić od warszawskich i łódzkich realizacji szczerością. Zależy nam na zachowaniu autentycznego charakteru przemysłowego. Estetyka mieszkań będzie brutalistyczna, nie chcemy ukrywać pod karton-gipsem instalacji czy żelbetowych stropów - wyjaśnia Łukasik. Jeśli projekt zatwierdzą bytomscy urzędnicy, to pierwsi mieszkańcy wprowadzą się do budynku już pod koniec przyszłego roku. Do apartamentów o wysokości trzech metrów będzie wchodziło się wprost z windy. W piwnicy powstanie garaż, do budynku dostawione będą tarasy.
- Na terenie kopalni Orzeł Biały powstanie enklawa w śląskim, industrialnym klimacie, o zadbanym otoczeniu. Będziemy promować ideę utworzenia tam muzeum, jest tam dobrze zachowany szyb. Jednak to dopiero początek, szukamy kolejnych obiektów, które można przerobić na lofty - mówi Monika Śleziońska, dyrektorka ds. marketingu w MK Inwestycje.
Za m kw. w lofcie będzie trzeba zapłacić ponad 3 tys. zł. Jak na mieszkanie na peryferiach Bytomia to całkiem sporo. Idea loftu, która wywodzi się z Nowego Jorku, dotyczyła budynków położonych w centrum miasta, jednak na Śląsku o taką lokalizację trudno. Na przeszkodzie stoją sprawy własnościowe, jak i skażenie obiektów. Także urzędnicy miejscy nie wykorzystują szansy, jaką dają lofty.


Korzenie hollywoodzkiego kompozytora
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.11.14
- Nie przypuszczałem, że kiedyś będę miał okazję zobaczyć rodzinny dom ojca - nie ukrywał wzruszenia John Waxman, który we wtorek szukał w Chorzowie śladów po swoim ojcu Franzu Waxmanie, jednym z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej na świecie.
John długo przyglądał się kamienicom przy ul. 11 Listopada 45 i 47. Spacerował po podwórku i myszkował po klatce schodowej. W jednym z tych domów urodził się jego ojciec, w drugim mieściła się firma dziadka. Dziś już trudno ustalić, co gdzie dokładnie było. Przewodnika co rusz zasypywał pytaniami. - Czy daleko stąd do centrum? Czy wtedy w Chorzowie były tramwaje konne? Czy może już samochody? - dociekał, próbując ustalić jak najwięcej faktów z czasów, gdy mieszkała tu jego rodzina. Nie ukrywał wzruszenia, gdy mógł przespacerować się ulicą, na której swoje pierwsze kroki stawiał jego słynny ojciec.
Ważnym miejscem w sentymentalnej podróży Johna Waxmana i jego wnuczki Alice był budynek Ludowej Szkoły Żydowskiej nr 6, który dziś jest siedzibą chorzowskiego sanepidu. Tutaj najpewniej uczyło się starsze rodzeństwo wybitnego kompozytora. Franz był jeszcze zbyt młody, kiedy opuścił Chorzów. Miał zaledwie pięć lat, gdy ojciec postanowił przenieść firmę do Opola. Potem już nigdy Waxmanowie tu nie wrócili.
Tuż obok szkoły, na miejscu domu handlowego Hutnik, stała chorzowska synagoga. W 1939 roku zburzyli ją naziści. - Możemy przypuszczać, że Żydzi Wachsmannowie przychodzili tutaj na cotygodniowe nabożeństwa, ale dziś, po latach, trudno już ustalić pewne fakty - mówi Marek Kosma Cieśliński, który w poszukiwaniu chorzowskich śladów Waxmana przekopał kroniki miejskie i archiwa. To właśnie dzięki jego staraniom na uroczystości obchodów 100. rocznicy urodzin Franza Waxmana do Chorzowa udało się zaprosić syna i wnuczkę kompozytora. Waxman to jeden z najbardziej znanych twórców muzyki filmowej. Gdy miał 17 lat, zdolny młodzieniec wyruszył z Opola do Drezna i Berlina na studia muzyczne. Stamtąd uciekł przed hitlerowską nawałą do Ameryki. Swoimi utworami zawojował hollywoodzkie wytwórnie filmowe z Fabryki snów. Skomponował muzykę do takich przebojów filmowych, jak: Narzeczona Frankensteina, Rebeka, Okno na podwórze, Bulwar zachodzącego słońca czy Miejsce pod słońcem. Za dwa ostatnie otrzymał Oscary, aż dziewięć razy nominowano go do tej nagrody.
- To prawdziwa muzyczna osobowość. Absolutna czołówka kompozytorów muzyki filmowej. Chorzów ma szczęście, że urodził się właśnie tutaj. Organizując uroczystości, postanowiliśmy spróbować skontaktować się z jego rodziną - mówi Cieśliński. Wszystko zaczęło się od numeru telefonu, który organizatorzy znaleźli na stronie internetowej.
- Prawdę mówiąc, kiedy odebrałem telefon, nie mogłem uwierzyć, że w Polsce ktoś jeszcze pamięta o ojcu. Dopiero gdy zaczęliśmy wymieniać kolejne maile, przekonałem się, że to nie żart. Ojciec nawet po kilkudziesięciu latach spędzonych w USA zawsze podkreślał, że urodził się w Królewskiej Hucie, na Śląsku. Kiedy otrzymałem zaproszenie, długo się nie zastanawiałem. Okazja, żeby odwiedzić rodzinne miasto ojca, mogła się już nie powtórzyć - śmieje się John Waxman.
Syn kompozytora na co dzień mieszka w Los Angeles, gdzie prowadzi firmę, która udostępnia nagrania muzyczne. To jego pierwsza wizyta w Polsce. Razem z wnuczką planują odwiedzić także Opole, gdzie Wachsmannowie przeprowadzili się po wyjeździe z Chorzowa. W czwartek uświetnią uroczystości obchodów setnej rocznicy urodzin Franza Waxmana w chorzowskim kinie Panorama, gdzie odsłonią tablicę pamiątkową poświęconą kompozytorowi. - To dla nas ogromne przeżycie. Nie ukrywam, że mamy ogromne oczekiwania wobec wizyty w Polsce. Chcemy zobaczyć jak najwięcej miejsc związanych z naszą rodziną, ale też choć trochę poznać wasz kraj - mówi Waxman.


Nie tylko piłka na Stadionie Śląskim
Gazeta Wyborcza, Paweł Czado 2006.11.14
Centrum Sztuki Sportu, wymyślone przez ludzi z katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, ma być magnesem przyciągającym turystów do chorzowskiego parku, tak jak kiedyś Wesołe Miasteczko i kolejka linowa Elka.
Chciałbyś strzelić karnego Gianluigi Buffonowi? Już wkrótce będzie to możliwe w chorzowskim Centrum Sztuki Sportu! Ma ono być mariażem sportu ze sztuką, zwłaszcza multimedialną. Prof. Marian Oslislo, rektor ASP i współautor projektu, jest przekonany, że będzie to udane połączenie. - Stadion w Chorzowie jest miejscem kultowym. Ostatnio niektórzy krzywo na niego patrzą, ale wynik ostatniego meczu z Portugalią potwierdza, że warto na nim grać. Kto choć raz tu był na meczu czy imprezie muzycznej, wie, że warto na ten stadion przyjechać. Piłka nożna jest jak rock and roll, interesuje ludzi w każdym wieku - podkreśla prof. Oslislo.
Centrum Sztuki Sportu ma powstać w pomieszczeniach pod główną trybuną i zająć powierzchnię 750 m kw. W pierwszej sali będzie wyświetlany trójwymiarowy film w czterech wersjach językowych o historii sportu - zwłaszcza futbolu - na Śląsku. Druga sala będzie wyposażona w konsole do gier interaktywnych. Będzie można obejrzeć symulację gry na boisku albo wykonać wirtualny rzut karny i zobaczyć reakcję wybranego bramkarza. Będzie to o tyle łatwiejsze, że wszystkie sale mają być wyłożone sztuczną trawą. - Chcemy odwoływać się do historii i teraźniejszości piłki nożnej. Sztuka daje gwarancję, że nie zejdziemy do poziomu gier zręcznościowych - uważa prof. Oslislo.
W ostatnim pomieszczeniu będzie można sprawdzić swoją wiedzę i zdobyć unikatową pamiątkę. Przykład? Wspólne zdjęcie z ulubionym piłkarzem schodzącym po meczu do szatni. We wszystkich salach i w holu mają być prezentowane obrazy, rzeźby, wydruki wielkoformatowe, instalacje i plansze poglądowe o tematyce sportowej. - Kładziemy nacisk na najnowsze technologie. Nie ukrywam, że dzięki temu łatwiej będzie zdobyć pieniądze na ten cel z dotacji unijnych - mówi prof. Oslislo. Centrum będzie warto często odwiedzać, bo pokazy i ekspozycje mają się zmieniać. Żeby uniknąć tłoku, zwiedzający zamiast biletów będą kupować chipy, dzięki którym będą mogli z wybranych urządzeń korzystać określoną ilość czasu. - Zakładamy, że każdy z odwiedzających spędzi w Centrum średnio półtorej godziny. Jednocześnie będzie je mogło zwiedzić 150 osób - mówi Ksawery Kaliski, współautor projektu, artysta multimedialny i asystent na katowickiej ASP.
Centrum Sztuki Sportu ma kosztować około 8 mln zł. Projekt może zostać sfinansowany z Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2007-2013. Realizacją pomysłu zajmie się nowy Sejmik Województwa Śląskiego. - To prestiżowy dla regionu projekt. Myślę, że zasługuje na przychylne potraktowanie przez nowe władze samorządowe. Projekt może powstać w przyszłym roku, a budowa mogłaby się rozpocząć w roku 2008. Zresztą chodzi nie tyle o budowę, co o odpowiednią aranżację i wyposażenie już istniejących pomieszczeń - powiedział obecny na prezentacji projektu ustępujący marszałek województwa Michał Czarski.


Czeska woda - dobra i tania
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.11.09
Mieszkańcy Jastrzębia Zdroju już od pięciu lat piją czeską wodę. Teraz chcą z niej korzystać kolejne przygraniczne gminy. - Jest tańsza i jakościowo lepsza - argumentują. Być może za kilka lat na Śląsku będzie z niej korzystało ponad 400 tys. osób.
Pierwszy raz czeska woda popłynęła w kranach Jastrzębia, Zebrzydowic i Gołkowic w Boże Narodzenie 2001 roku. Dziś korzysta z niej ponad 90 tys. ludzi. Dostarcza ją Północnomorawskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Ostrawie, a kupuje Jastrzębski Zakład Wodociągów i Kanalizacji.
- Do Czech mamy blisko, a tam woda jest tańsza i lepsza. Dlatego decyzja była prosta - mówi Tadeusz Pilarski, prezes JZWiK. Żeby przedsięwzięcie było możliwe, najpierw trzeba było połączyć polską i czeską sieć wodociągową. Budowę 15 km rurociągu i przepompowni wspólnie sfinansowały obydwie strony. Pilarski nie chce zdradzić, jaka jest hurtowa cena wody sprowadzanej zza południowej granicy. - Najważniejsze, że się opłaca, a indywidualni odbiorcy płacą o kilkadziesiąt groszy mniej za 1 m sześc. niż kiedyś - ucina rozmowę, zasłaniając się tajemnicą handlową.
Obecnie większość śląskich gmin korzysta z wody dostarczanej przez Górnośląskie Przedsiębiorstwo Wodociągów w Katowicach, które obsługuje 80 proc. lokalnego rynku. Wygląda na to, że już wkrótce tę dominującą pozycję może podkopać czeski konkurent. Pomysł z Jastrzębia już podchwyciły gminy i powiaty zrzeszone w Związku Subregionu Zachodniego Województwa Śląskiego. Już wcześniej szukały możliwości obniżenia ceny wody. W 2005 roku zwróciły się do wojewody śląskiego z propozycją wydzielenia i przejęcia części instalacji należących do GPW. Rozmowy zakończyły się fiaskiem. Wtedy pozostał jedynie wariant czeski. - To dobre i sprawdzone rozwiązanie. Dlaczego nie mielibyśmy też z niego skorzystać? - argumentuje Adam Zdziebło z ZSZWŚ.
Na zlecenie związku analizę techniczną i ekonomiczną przeprowadzili specjaliści z Głównego Instytutu Górnictwa. Ekspertyza wykazała, że przedsięwzięcie będzie opłacalne w Rybniku, Wodzisławiu Śląskim, Żorach oraz powiatach rybnickim i wodzisławskim. To obszar, który zamieszkuje około 350 tys. ludzi. - Dla takiej ilości odbiorców w rozmowach z czeskimi wodociągami ustaliliśmy hurtową cenę na 86 gr za 1 m sześc. To bardzo korzystna cena, biorąc pod uwagę, że obecnie GPW żąda 1,47 zł za metr. Dodatkowym atutem jest o wiele lepsza jakość wody. Pochodzi z górskich ujęć i nie wymaga tak skomplikowanych procesów uzdatniania. Jest bardziej miękka, a co za tym idzie - nie osadza tyle kamienia. Tę zmianę szybko odczują wszyscy odbiorcy - zachwala atuty czeskiej wody Zdziebło.
Inwestycja wymaga budowy 37 km rurociągu i 5 przepompowni. Koszty mają wynieść 50-70 mln zł. - To ogromne przedsięwzięcie, dlatego chcemy skorzystać ze środków unijnych. Czekamy teraz na najbliższy konkurs, który odbędzie się w połowie 2007 roku - tłumaczy Zdziebło.
W katowickim GPW z niepokojem obserwują ekspansję czeskiego konkurenta i jako powód podają niekorzystne rozwiązania podatkowe. - Różnica cen bierze się stąd, że czeskie wodociągi nie muszą płacić podatku od nieruchomości za wodociągi. Dla nas to ogromne koszty, które musimy odprowadzać do budżetów poszczególnych gmin. Gdyby znieść to obciążenie, wtedy szanse byłyby równe i moglibyśmy konkurować - wyjaśnia Zdzisław Prowancki, dyrektor biura zarządu katowickiego GPW.


Śląscy żeglarze wśród Eskimosów
Gazeta Wyborcza, Rozmawiała Judyta Watoła 2006.11.08
W stulecie legendarnej wyprawy Roalda Amundsena młodzi żeglarze ze Śląska popłynęli jego śladami. Słynne Przejście Północno-Zachodnie pokonali najszybciej ze wszystkich jachtów, które zmierzyły się dotąd z wodami Arktyki.
Młodzi śmiałkowie to: Dominik Bac, Sławomir Skalmierski i Jacek Wacławski oraz Agnieszka Strużyk, Tomasz Szewczyk i Konstanty Kulik. Mają po dwadzieścia kilka lat. Pierwszą wielką przygodę przeżyli już trzy lata temu, opływając Amerykę Południową trasą wokół przylądka Horn. Dotarli wtedy na Antarktydę, do Polskiej Stacji im. Arctowskiego. Ich Stary stał się drugim w historii polskim jachtem, który dotarł tak daleko na południe. Teraz pokonał słynne Przejście Północno-Zachodnie, czyli szlak od Grenlandii, wzdłuż północnych wybrzeży Kanady i Alaski, gdzie wody Atlantyku stykają się z Pacyfikiem, aż po Cieśninę Beringa.
Gdyby opłynięcie przylądka Horn - najdalej wysuniętego na południe punktu Ameryki Południowej - porównać do wejścia na Mount Everest, to pokonanie Northwest Passage może być żeglarskim K2 - piszą żeglarze ze Śląska na stronie internetowej wyprawy.
Po raz pierwszy Przejście Północno-Zachodnie próbował pokonać w 1845 roku Anglik John Franklin. Zorganizował wyprawę dwoma statkami, zginęło wszystkich 130 żeglarzy. W 1903 roku na przejście ruszył zdobywca obydwu biegunów, norweski polarnik Roald Amundsen. W Arktyce spędził aż trzy zimy, bo przejściem można płynąć tylko u schyłku lata, kiedy morza nie pokrywa lód. W 1906 roku osiągnął jednak cel.
Dokładnie sto lat po tym, jak Amundsen dokonał przejścia, jego śladami ruszają żeglarze ze Śląska i Northwest Passage pokonują w niecałe 40 dni. Spośród kilkunastu jachtów, którym dotąd udało się przepłynąć to miejsce, są najszybsi.
Część załogi wróciła właśnie do kraju. Reszta wraz z kilkoma nowymi osobami płynie dalej na południe, do Meksyku i Kolumbii. Potem popłyną przez Kanał Panamski na Karaiby. Do Polski Stary wróci w połowie przyszłego roku, ale już teraz wyprawa została nominowana do nagrody National Geographic.
Kto wpadł na pomysł wyprawy Starym przez Arktykę?
Jacek Wacławski, kapitan załogi Starego, student Śląskiej Akademii Medycznej: - Zaczęło się od marzeń, bo przecież jesteśmy za młodzi, żeby mieć kasę na wielką wyprawę. A jednak udało się opłynąć dookoła Amerykę Południową. Wyprawa na północ to kontynuacja tamtej. Pociągało nas ryzyko, bo tam prawie nie ma ludzi. Można liczyć tylko na siebie, także kiedy przyjdzie zimować. Zabraliśmy na jacht zapas jedzenia na ponad rok.
Nie był potrzebny
- Mieliśmy szczęście do pogody. W tym roku były dobre warunki lodowe. Płynęliśmy szybko. Kłopoty zaczęły się dopiero u wybrzeży Alaski, ale najgorsze czekało nas już po pokonaniu Przejścia. Na Pacyfiku, tysiąc mil od brzegu, złapał nas w nocy sztorm. Wywrócił jacht tak, że maszt znalazł się pod wodą. Długo przychodziliśmy potem do siebie.
To znaczy, że spotkanie z górą lodową nie było najgroźniejsze
- Nie. Góry lodowe są niewiarygodnie pięknie. Nawet kiedy płyniesz wśród nich 40 dni, ich widok cię nie znudzi. Ale jeszcze bardziej zapamiętujesz spotkania z ludźmi. Eskimosi są niezwykle serdeczni. W tych warunkach trzeba przecież nawzajem o siebie dbać. Wielu z nich żyje jak dawniej. To nie znaczy, że mieszkają w igloo, ale na przykład wspólnie wyprawiają się na wieloryby. Potem dzielą ich mięso między całą wioskę. Żadna część się zresztą nie zmarnuje, bo z resztek robią ozdoby i biżuterię. Nie są na sprzedaż, ale chętnie nimi obdarowują.
Szczegółowe informacje na temat wyprawy można znaleźć na stronie www.amundsen.pl


Język śląski językiem urzędowym?
zobacz.slask.pl, 2006.11.09
W ostatnim czasie w prasie regionalnej wiele pisze się o dialekcie śląskim, o jego współczesnej kodyfikacji i szansach na to by zyskał status języka regionalnego. Chociaż możliwość porozumiewania się po śląsku w urzędach wydaje się mało prawdopodobna jeden z kodyfikatorów śląskiego, Rafał Adamus, startuje w wyborach do Sejmiku Śląskiego ze ślaskim na sztandarze. Oddajmu mu głos.
Redakcja: Czy warto w ogóle zabiegać o uznanie śląskiego językiem regionalnym? Wielu językoznawców określa śląski mianem języka serca, który powinien być używany jedynie w zaciszu domowym, a nie na ulicy czy w urzędach.
Rafał Adamus: Wiemy wszyscy doskonale, że każdy język - stosowany w danej chwili przez jakieś grupy społeczne - żyje. Żyje czyli podlega ciągłym przemianom. Przemiany te powstają pod wpływem postępu technicznego czy cywilizacyjnego, czy pod wpływem kontaktu danego języka z innymi językami. Więc języki zmieniają się na przestrzeni dziejów - obecny język polski jest zdecydowanie inny niż język polski sprzed kilkuset czy nawet kilkudziesięciu lat. Spróbujmy jednak jakiś język ograniczyć tylko i wyłącznie do enklaw domowego zacisza- jak chcą niektórzy językoznawcy. Sytuacja będzie więc wyglądała w taki sposób: w domu mówimy po śląsku, w miejscach publicznych po polsku. Jaki będzie rezultat? Język śląski nie będzie ewaluował. Podobnie jak wygląda to z żywymi organizmami, nie nastąpi wymiana genów. Nawet gdyby większość rodzin pieczołowicie pielęgnowała używanie śląskiej mowy, nie ma możliwości - na dłuższą metę - zachowania tego języka. Ludzka pamięć jest zawodna, więc bez pomocy innych bardzo szybko będą się gubić kolejne śląskie słowa, aż do śmierci całego języka. Język ograniczony do domowego zacisza wyginie niczym gatunki roślin czy zwierząt, które wymieniały geny wśród zbyt małych grup osobników.
Z tego co Pan mówi wynika, że polscy językoznawcy ograniczajac używanie śląskiego do sfery prywatnej celowo lub nieświadomie przyczyniają się do zniszczenia tego dialektu. Czy naprawdę żaden naukowiec nie zainteresował się kodyfikacja śląskiego?
- Oczywiście jest kilku językoznawców, z którymi w ramach projektu prowadzone są konsultacje. Jak to jednak z naukowcami bywa, interesują się przede wszystkim teorią. Oczywiście teorie naukowe są niezmiernie ważne w takiej kwestii jak ustalanie reguł pisowni danego języka, trzeba jednak pamiętać o tym, że śląską pisownią nie będą posługiwać się tylko naukowcy, ale - mam taką nadzieję - i wielu zwykłych ludzi, którzy za pomocą tego pisma będą się porozumiewać bądź przelewać na papier swoje emocje. Dlatego też projekt kodyfikacji języka śląskiego musi uwzględniać z jednej strony kwestie poprawności językowej, czyli uwagi naukowców, a z drugiej postulaty uproszczenia zapisu, by nie sprawiał on trudności codziennym użytkownikom.
Na jakim obecnie etapie są prace nad kodyfikacja dialektu śląskiego?
- W chwili obecnej ustalane są ostatnie kwestie związane z ortografią. Następnym etapem będzie ustalenie spraw związanych z gramatyką. Jednak równolegle będą prowadzone działania promocyjne kodyfikacji. Chcielibyśmy by informacja o tym projekcie dotarła do jak największej liczby mieszkańców Górnego Śląska. Tylko dotarcie do masowego odbiorcy doprowadzić może do pełnego sukcesu projektu kodyfikacyjnego. Jednym z elementów tej promocji będzie wydanie śląskiego elementarza, a w późniejszym okresie również słownika.
Jakie działania związane ze śląskim chce Pan przedsięwziąć, jeżeli zostanie Pan wybrany na radnego Sejmiku Śląskiego?
- Jak już wspomniałem, potrzebna będzie promocja niemal na niemal masową skalę. Sejmik Samorządowy jest odpowiednim miejscem by prowadzić taką promocję - oczywiście nie w dosłownym sensie tego słowa, ale raczej jako lobbing wśród instytucji kulturalnych i oświatowych. Podejmę kroki by efekty projektu kodyfikacyjnego - poprzez zainteresowanie nim władz oświatowych - trafiły do szkół. Dzięki temu śląskie dzieci będą mogły uczyć się śląskiej mowy nie tylko w formie przekazu ustnego - najczęściej rodziców bądź dziadków - ale również poprzez jej graficzny zapis. Takie działania powinny zapewnić przeżycie śląskiej mowy i jej dalszy rozwój w kierunku języka o bogatym słownictwie zarówno w obszarze kultury niematerialnej jak i nowinek technicznych.
Skąd się wziął w ogóle pomysł na skodyfikowanie śląskiej godki?
- Dotychczasowe kodyfikacje prowadzone były przez językoznawców-zapaleńców, którzy - niejednokrotnie - próbowali na siłę uszczęśliwić osoby, które w ogóle nie zdawały sobie sprawy z potrzeby kodyfikacji mowy, którą na codzień się posługują. Biorąc pod uwagę duży poziom analfabetów w dawnych społeczeństwach, oraz korzystanie przez klasy wyższe - na potrzeby zapisu - z innych języków np. łaciny w średniowieczu bądź na dziewiętnastowiecznym Śląsku języka niemieckiego, osoby posługujące się innymi językami w życiu codziennym nie dostrzegały potrzeby stworzenia zapisu tych języków. Sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy rozwój elektronicznych kanałów komunikacji (internet, telefon komórkowy) doprowadził do tego, że pewna grupa społeczeństwa zaczęła używać słowa pisanego w codziennych kontaktach z innymi osobami. Wielu usiłowało komunikować się tą samą mową, którą - w podobnych sytuacjach - komunikują się werbalnie. I powstał problem, gdyż w śląskiej mowie występują głoski, których nie można zapisać używająć tylko alfabetu polskiego. Naturalnie próbowano te głoski w jakiś sposób zapisać, jednak w krótkim - stosunkowo - czasie powstało wiele różnych znaków oznaczających te same głoski. Doprowadziło to w końcu do równoległego funkcjonowania wielu śląskich alfabetów i - co za tym idzie - wielu nieporozumień. Dlatego też grupa użytkowników internetu postanowiła ustalić jednolite zasady pisowni, tak by w przyszłości nikt nie miał problemów ze zrozumieniem innych piszący po śląsku osób.


Wizyta premiera na Śląsku
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki, pap 2006-11-0506
Sukces nigdy nie jest sierotą. Na zakończonej budowie tunelu Drogowej Trasy Średnicowej pod katowickim rondem pojawili się w poniedziałek politycy PiS-u: premier Jarosław Kaczyński i minister transportu Jerzy Polaczek. Był też prezydent Katowic Piotr Uszok. Stał jednak z boku i głosu nie zabrał.
Premier Kaczyński przyjechał na konferencję prasową w tunelu pod katowickim rondem prosto z lotniska w Pyrzowicach. Zakończyła się właśnie jego budowa, a kierowcy przejadą tędy najpóźniej na początku grudnia. Premierowi towarzyszył minister Polaczek. Byli również Tomasz Pietrzykowski, wojewoda śląski, oraz śląscy posłowie PiS-u: Maria Nowak i Krzysztof Mikuła. Nie zabrakło także Michała Lutego, kandydata PiS-u na prezydenta Katowic. Przyszedł również Uszok, obecny prezydent Katowic, dla którego budowa DTŚ-ki od lat była jedną z najważniejszych inwestycji w mieście.
Premier cieszył się z drogi. - Tego rodzaju przedsięwzięć w całym kraju ma być bardzo wiele - stwierdził.
Polaczek też nie krył satysfakcji. - Katowice czekały na to od ponad 20 lat. Zakończyły się prace na najtrudniejszym odcinku w centrum miasta - mówił.
Choć Polaczek swoją przemowę i podziękowania zaczynał parę razy, bo nie działał mikrofon, ani razu nie wspomniał o Uszoku. Gospodarza miasta nie poproszono również o zabranie głosu. Prezydent z niezbyt wesołą miną krążył z miejsca na miejsca, przystając często przy dziennikarzach. Najwyraźniej nie tak wyobrażał sobie finał spełniania swoich wyborczych obietnic sprzed czterech lat. - Nie dziwi nas wizyta premiera. Jak zwykle sukces ma wielu ojców. Pieniądze na DTŚ-kę pochodziły bowiem nie tylko z budżetu miasta, ale również z kredytu Europejskiego Banku Inwestycyjnego, który zaciągnął rząd. W przyszłości będą kolejne inwestycje w mieście, więc pewnie premier będzie nas częściej odwiedzał - mówi Waldemar Bojarun, rzecznik Urzędu Miasta. Dodał też, że w sprawie DTŚ-ki Uszok zrobił swoje i jego zdaniem mieszkańcy to docenią.
Prosto z tunelu premier pojechał na teren Międzynarodowych Targów Katowickich, gdzie 28 stycznia zawaliła się największa hala firmy. W gruzach zginęło 65 osób, ponad 140 zostało rannych. Kaczyński złożył wieniec i zapalił znicz przy obelisku upamiętniającym tragedię.
- Towarzyszy mi smutek - 65 osób straciło życie bez powodu. Trzeba jednak pamiętać o przyczynach tej tragedii - to pogoń za zyskiem za wszelką cenę, bez liczenia się z kimkolwiek, z czymkolwiek - mówił premier i dodał: - Polska byłaby dzisiaj dużo bogatsza, gdybyśmy w 1990 r. zdecydowali się na budowanie nowego, dobrego państwa, a nie kontynuowali w istocie kompletnie chore państwo komunistyczne, kompletnie chory aparat państwowy PRL-u, do którego dodano procedury demokratyczne i swobody demokratyczne. To nas bardzo kosztowało, a to miejsce pokazuje, że kosztowało bezpośrednio najwięcej, ile może kosztować, bo nic nie jest bardziej wartościowe niż ludzkie życie.
Urszula Sajnóg, która została ranna w katastrofie, jest zaskoczona wypowiedzią premiera. - Upolitycznianie tej tragedii jest nie potrzebne. Premier próbuje skierować kamery na siebie, a lepiej skupić się na pomocy ofiarom - mówi.
Po południu premier odwiedził jeszcze Elektrownię Halemba w Rudzie Śląskiej. Ma ona zostać zamknięta, ale w jej miejsce powstanie nowa o większej mocy.


50. rocznica powrotu biskupów śląskich
Gazeta Wyborcza, pap, judy 2006.11.05
W sanktuarium w Piekarach Śląskich odbyły się w niedzielę uroczystości z okazji 50. rocznicy powrotu z wygnania trzech śląskich biskupów.
Powrót z wygnania biskupów to zdaniem historyków jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu polskiego Kościoła w czasach stalinizmu. Biskupów: Herberta Bednorza, Juliusza Bieńka i Stanisława Adamskiego wygnano z diecezji w 1952 r., bo otwarcie sprzeciwili się wyrzuceniu religii ze szkół. Po ich liście pasterskim petycję do władz w obronie religii podpisało 72 tys. wiernych. Władze nie mogły tego znieść. Pozwoliły wrócić biskupom na Śląsk dopiero po czterech latach, 5 listopada 1956 r., czyli po wydarzeniach polskiego Października.
W uroczystej mszy z okazji rocznicy tamtych wydarzeń uczestniczył abp Stanisław Szymecki z Białegostoku. - Lata 50. były dla Kościoła w Polsce czasem wielkiej próby wiary - mówił, podkreślając, że śląscy biskupi przeciwstawili się ówczesnym władzom, dając wyraz odwagi i natchnienia.


Ruda Śląska odnawia zabytki
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.11.03
Od kilku lat w mieściej odnawiane są kościoły, kamienice, osiedla robotnicze i stare szyby kopalniane. Miasto chce w ten sposób pozbyć się niechlubnego miana kombinatu i pustyni kulturalnej.
Śląskie miasta najczęściej dbają o kamienice mieszczańskie, stojące przy głównych ulicach, a także świątynie. Mało kto zwraca uwagę na budowle będące esencją regionu. Zabrze sprzedało swój symbol - ośmioboczną wieżę wodną, która teraz niszczeje. Podobny los spotkał wieżę w Mysłowicach. W Chorzowie znika jedno z najstarszych osiedli robotniczych między ulicami Katowicką i Kalidego, a Huta Kościuszko to jedna wielka ruina. Gliwice przyjęły kontrowersyjną politykę rewitalizacji terenów poprzemysłowych poprzez wyburzanie starych obiektów i odsprzedawanie gruntu wielkim deweloperom, budującym centra handlowe. Z naszego pejzażu stale znikają szyby kopalniane i kominy. Na tym tle Ruda Śląska jawi się jako ewenement. W mieście nie ma wielu bogatych kamienic, tak charakterystycznych dla śródmieścia Bytomia, Katowic czy Gliwic, a jednak miasto doceniło swoje zabytki, zwłaszcza te robotnicze.
Lista zakończonych w tym roku renowacji jest długa. Kompleksowo odrestaurowano elewacje ponadstuletniego kościoła ewangelicko-augsburskiego w Wirku, oczyszczono cegły, uzupełniono ubytki, wymieniono dach. Świątynia zaprojektowana przez wrocławianina Feliksa Henry\\\'ego stoi u wlotu ulicy Kubiny - wypełnionej z jednej strony kamiennymi domkami kolonii robotniczej Ficinus. Miasto postanowiło odsprzedać domki, a prywatni inwestorzy otwarli w nich puby i restauracje. Powstał pasaż, który obok zmodernizowanego dworca w Chebziu reprezentuje Rudę Śląską na Szlaku Zabytków Techniki.
W tym roku zakończono również renowację kościoła w Orzegowie, a kilkanaście dni temu rozebrano rusztowania przy odnowionej kamienicy robotniczej z charakterystycznym narożnikiem w dzielnicy Ruda, na skrzyżowaniu ulic Wolności z Kościelną. Ten budynek to wręcz symbol miasta. Gdy zaczęto wznosić go w 1922 roku, na rogu stała olbrzymia rzeźba przedstawiająca scenę pasyjną. Projektant, Hans von Poellnitz, architekt rodziny Ballestremów, postanowił ją obudować budynkiem, tworząc wysoką, zakończoną ostrołukiem wnękę. Dziś można oglądać zarówno odświeżone elewacje budynku, jak i oczyszczoną rzeźbę.
Kilka miesięcy wcześniej zakończono restaurację innej kamienicy tegoż architekta na rogu 1 Maja i Wolności, z półbasztą na rogu. - Każde osiedle autorstwa Poellnitza miało zawsze jeden charakterystyczny budynek, rodzaj znaku czy logo. Postanowiliśmy odnowić w pierwszej kolejności te najwspanialsze budynki. Miasto stało się świadome, że naszym bogactwem są osiedla robotnicze. Rudzkie kolonie są naprawdę fantastyczne i w niczym nie ustępują Nikiszowcowi czy Giszowcowi - mówi Henryk Mercik, miejski konserwator zabytków w Rudzie Śląskiej.
Jednak największą chlubą miasta są dwa szyby: Mikołaj i Andrzej. W pierwszym działa sprawna maszyna wyciągowa z kołem typu Koepe wraz z oprzyrządowaniem, drugi to jedyna zachowana na Górnym Śląsku wieża typu Małachowskiego, w formie obronnej baszty. W zeszłym roku szyb Andrzej odzyskał dach, w tym roku z pieniędzy, które miasto otrzymało od kopalni za szkody górnicze, czyszczone są dwie elewacje. - Został tylko kostium, obudowa architektoniczna, w środku nic nie przetrwało. Jednak ten szyb jest jak zamek na Szlaku Orlich Gniazd: bez funkcji, ale z olbrzymim ładunkiem symboli. To wizytówka miasta - mówi z dumą rudzki konserwator.
- Ruda Śląska to pozytywny przykład miasta dbającego o zabytki. Jeśli chodzi o renowacje osiedli robotniczych, jest liderem w regionie, a renowacja familoków nie jest prostą sprawą. Zwykle są traktowane jako substandard i najczęściej zamieszkują je najubożsi. Ruda pokazuje, że można zmienić to myślenie. Oby tak dalej! - mówi Jacek Owczarek, śląski wojewódzki konserwator zabytków.


Zima zaatakowała
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski, pap 2006.11.02
Korki na drogach i kolejki do warsztatów zmieniających opony, spóźnione pociągi i autobusy PKS. No i handlarze, którzy z dnia na dzień przerzucili się z chryzantem na łopaty do odśnieżania - to obraz Śląska i Podbeskidzia po pierwszym ataku zimy.
Śnieg zaczął padać już w nocy. Na drogach zamieniał się w śliskie pośniegowe błoto. Droga ze Szczyrku przez Przełęcz Salmopolską w kierunku Wisły była przez dłuższy czas nieprzejezdna. Wiele samochodów po prostu zawracało. Podobnie było na stromych drogach w miastach. W Bielsku-Białej ruch na ul. Krakowskiej zablokowała ciężarówka, która nie mogła wyjechać pod górę. Na podjeździe w Świętoszówce tiry zmierzające do granicy w Cieszynie tradycyjnie przegrywały ze śliską nawierzchnią. - Na drogach dojazdowych ze Szczyrku i Żywca tworzyły się gigantyczne korki. Dojazd z Żywca zajmował niektórym kierowcom nawet 2,5 godziny! Wszystko przez ślizgawicę - mówiła Elwira Jurasz, rzeczniczka bielskiej policji.
Długo musieli marznąć na przystankach ludzie oczekujący na autobusy PKS-u. - Opóźnienia sięgały nawet 40 minut. Autobusy stały w korkach, drogi nie były przygotowane na atak zimy - mówi Jarosław Sobko, kierownik zespołu przewozów bielskiego PKS-u.
Edward Jabłoński, prezes spółki SITA ZOM, która zajmuje się oczyszczaniem Bielska-Białej, tłumaczy, że najbardziej intensywne opady przypadły wczoraj na poranny szczyt komunikacyjny. - Odśnieżarki szybko wyjechały na miasto, ale potrzeba trochę czasu, żeby wszystkie drogi doprowadzić do porządku - mówi Jabłoński.
Nocne opady śniegu nie ułatwiały życia także kolejarzom. Opóźnienia pociągów osobowych na trasach między Katowicami, Zabrzem, Gliwicami i Bytomiem sięgały od 20 minut do nawet 3 godzin. - Najpoważniejsze problemy spowodowali jednak złodzieje, którzy skradli transformatory i kable zasilające urządzeń do podgrzewania zwrotnic w okolicach stacji Katowice Osobowa. Nasi pracownicy odmrażali je ręcznie, jednocześnie usuwając uszkodzenia. Sytuacja wróciła do normy dopiero po godzinach porannego szczytu - wyjaśniał Jacek Karniewski ze śląskiego oddziału Polskich Linii Kolejowych.
Wiele samochodów ślizgało się wczoraj nawet na niewielkiej warstwie śniegowego błota, bo ich właściciele mieli na kołach letnie opony. Dlatego wszyscy rzucili się do warsztatów. - Nie mogę teraz rozmawiać, bo na zmianę kół czeka kilkadziesiąt samochodów - powiedział nam Leszek Muras z Polskich Składów Oponiarskich w Bielsku. Do niektórych warsztatów można się umówić na wizytę dopiero za tydzień.
Wszystko razem spowodowało, że na drogach często gięła się blacha. Do popołudnia tylko w samym Bielsku doszło do kilkunastu kolizji. Na szczęście kierowcy zdjęli nogę z gazu, bo obyło się bez poważniejszych wypadków.
Najbardziej przewidujący okazali się niektórzy handlowcy. Pan Krzysztof, który jeszcze w środę sprzedawał w Wilkowicach chryzantemy, wczoraj oferował już łopaty do odśnieżania. - Ludzie kupują od rana - mówił.
Według meteorologów pierwszy w tym roku atak zimy potrwa co najmniej do weekendu. - Będą przelotne opady śniegu, temperatura w dzień będzie się utrzymywać na poziomie około dwóch stopni poniżej zera. Wiatr spowoduje jednak, że temperatura odczuwalna może wynieść nawet minus dziesięć stopni - mówi Zbigniew Stasicki, kierownik bielskiej Stacji Hydrologiczno-Meteorologicznej.
Te prognozy spędzały sen z powiek mieszkańcom Żor. W ich domach o godzinie piątej rano przestały wczoraj grzać kaloryfery, zabrakło ciepłej wody. Powodem było uszkodzenie głównej magistrali ciepłowniczej w mieście. Na szczęście w późnych godzinach wieczornych udało się usterkę usunąć i ciepło wróciło do mieszkań.


Wyburzanie zabytków w Chorzowie
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.11.01
Jedno z najstarszych osiedli robotniczych w mieście zniknie z powierzchni ziemi. Nie pobiegnie tędy autostrada ani średnicówka. Dla urzędników wystarczającym powodem wyburzeń jest zły stan techniczny budynków.
Okazałe domy robotnicze wychodzą frontami na ulicę Katowicką, po drugiej stronie jezdni stoi kościół ewangelicki. Wzniesione w latach 1874-76 budynki reprezentują neorenesansowy styl. Niedawno wyburzono jeden z nich, cztery następne czeka podobny los.
- Rozbiórka jest konieczna. Stan techniczny budynków jest zły, powiatowy inspektor budowlany nakazał je wyburzyć. Zresztą przez lata były przekształcane, nie stanowią też pięknej kolonii zatopionej w zieleni, ale szare domy przy głównym skrzyżowaniu - mówi Ryszard Szopa, miejski konserwator zabytków w Chorzowie.
Tuż za kamienicami znajduje się najstarsza w aglomeracji kolonia robotnicza z początku XIX wieku, z której do naszych czasów zachowało się pięć niewielkich, parterowych domów przy ulicy Kalidego. Wszystkie budynki należą do miasta. Jednak konserwator miejski nie obwinia za zły stan budynków urzędników magistratu. - To wina huty. Przed 20 laty, kiedy kamienice jej podlegały, otynkowała je, zakłócając proces naturalnej wymiany wilgoci. Cegła wręcz się rozpada, fundamenty są niestabilne - przekonuje Szopa. Konserwator uważa, że wysiedlonym mieszkańcom będzie lepiej w innym miejscu, bo ulica Katowicka jest bardzo ruchliwa.
Tymczasem w najnowszym planie zagospodarowania ten obszar przeznaczony jest pod zabudowę mieszkaniową z usługami towarzyszącymi. Po wyburzeniu będą tu mogły powstać domy mieszkalne, ewentualnie hotele czy budynki administracyjne. Życie w tym miejscu, wbrew twierdzeniom urzędników, jest jednak możliwe.
Przeznaczone do rozbiórki domy mają reprezentacyjny charakter, mimo że zbudowano je dla robotników. Pierwotnie były z czerwonej cegły, w każdym znajdowało się 12 mieszkań. Elewacje były zdobione gzymsami, opaskami wokół okien, natomiast cokół stanowiły bloki z piaskowca. Dziś z dawnego uroku pozostało niewiele, bo elementy ozdobne skuto, cegłę otynkowano. Jednak zachowane częściowo detale pozwalają odtworzyć dawny charakter. Domy stanowią zamkniętą całość, pomiędzy nimi wybudowano rzędy chlewików, które przylegając do ulic, tworzyły wysoki mur. Tak powstały zaciszne dziedzińce, gdzie skupiało się życie mieszkańców.
Wraz z pogarszającym się stanem budynków zaczęły się one wyludniać. Dziś wiele mieszkań stoi pustych. - Nie jest tu łatwo żyć. Z jednej strony człowiek się cieszy, że będzie miał nowe mieszkanie, ale z drugiej - żal opuścić to miejsce. Zamiast burzyć, mogli nam tu ładnie wyremontować. Mnie nie stać na wymianę okien, a bez nich jest hałas i kurz - mówi jedna z starszych mieszkanek kamienicy przy Katowickiej.
Urzędnicy chorzowscy uspokajają, że nie dopuszczą do całkowitej zagłady osiedla. - W zamian za świadomy uszczerbek tej kolonii będziemy starali się szczególnie dowartościować budynki z ulicy Kalidego. Wyremontujemy je - mówi Szopa.
Wojewódzki konserwator zabytków nie komentuje wyburzeń w Chorzowie, bo dowiedział się o nich dopiero od nas. - Postaram się zainteresować tą sprawą - zapewnia Jacek Owczarek.
Wyburzenia kamienic krytykuje Jerzy Gorzelik, historyk sztuki oraz przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska. - To nieprzemyślana decyzja. Zostanie zniszczone unikalne założenie urbanistyczne, jedno z pierwszych tego typu na terenie miasta. Stan techniczny nie może stanowić kryterium przy ocenie zabytków stanowiących dziedzictwo przemysłowej przeszłości. To nie pierwszy przypadek dziwnych wyburzeń w Chorzowie. Zlikwidowano trzy kominy z Huty Królewskiej, które były symbolem miasta. Władze powinny się zreflektować, bo to nie nowe stacje benzynowe czy wielkie sklepy tworzą wizerunek Chorzowa - mówi Gorzelik.
KOMENTARZ
Miasto ma prawo wyburzać budynki, które mu podlegają, tym bardziej jeśli ich stan techniczny jest zły. Ma też jednak obowiązek dbać o zabytkowe obiekty, zwłaszcza jeśli stanowią ważny etap w jego historii. Chorzowscy urzędnicy skupili się na remontowaniu kamienic w ciągu ulicy Wolności, zapominając o innych fragmentach miasta. Huta Kościuszki zniknęła w przeciągu kilku lat, teraz wyburzane jest jedno z najstarszych osiedli robotniczych. Chorzów, miasto ważne w rozwoju przemysłu na Śląsku, nie było w stanie zaproponować żadnego obiektu do niedawno utworzonego Szlaku Zabytków Techniki. Zapominając o swojej przemysłowej przeszłości, miasto zatraci charakter i tożsamość.


Konkurs na budowę Muzeum Śląskiego
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.11.01
W poniedziałek ogłoszono międzynarodowy konkurs architektoniczny na wizję Muzeum Śląskiego. Zwycięska pracownia projektowa przeobrazi tereny po kopalni Katowice w nowoczesny kompleks muzealny. Być może pierwsi zwiedzający pojawią się w nowych budynkach w 2011 roku.
Konkurs zapowiada się na prestiżowy, zarówno ze względu na wysokość nagród, jak i skład konkursowego jury. Pula nagród to prawie 350 tys. zł. Zwycięzca otrzyma 100 tys. zł i zaproszenie do opracowania pełnej dokumentacji projektowej.
Stolica regionu nie ma odpowiedniego budynku na muzeum od czasu, kiedy hitlerowcy w 1939 roku wyburzyli jeszcze nie w pełni ukończony nowy gmach Muzeum Śląskiego. W 2003 roku pojawił się pomysł, by zlokalizować muzeum na terenie likwidowanej kopalni Katowice. W czerwcu 2005 roku tereny pokopalniane zostały przekazane muzeum, a w grudniu rozstrzygnięto konkurs studialny na opracowanie wstępnej koncepcji. Zwycięskie biuro architektoniczne - P.A. Nova z Gliwic - opracowało koncepcję programowo-przestrzenną, która posłużyła przy sformułowaniu warunków obecnego międzynarodowego konkursu.
W jury zasiądą m.in: Andrzej Rottermund - dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie, Adam Budak - kurator z Kunsthaus w Grazu oraz Zvi Hecker - izraelski architekt, autor Muzeum Historii Palmach w Tel Awiwie.
Pod koniec roku zostanie ogłoszona lista zakwalifikowanych do konkursu pracowni architektonicznych.
Wyniki pracy jury poznamy w połowie przyszłego roku. Prace budowlane mają rozpocząć się w 2009 roku.


Archiwum powstań czeka na historyków
Gazeta Wyborcza, jk 2006.11.01
Już prawie połowa dokumentów archiwalnych z powstań śląskich została poddana konserwacji. Z kopii można skorzystać w Archiwum Państwowym w Katowicach, oryginały wróciły do Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku.
Prace konserwatorskie pozostałej części dokumentów potrwają prawdopodobnie jeszcze dwa, trzy lata, ale już w tej chwili historycy - badacze dziejów powstań śląskich - mogą przystąpić do pracy.
Archiwum powstań śląskich zawiera ewidencję imienną około 50 tys. osób, które wzięły udział w walkach o polski Śląsk w latach 1919-1921. Po wybuchu II wojny światowej dokumenty udało się wywieźć do Stanów Zjednoczonych. Gdyby wpadły w ręce hitlerowców, mogły narazić na niebezpieczeństwo tysiące ludzi. Przez pół wieku nikt do nich nie zaglądał. Zaczęły niszczeć, a Instytut Józefa Piłsudskiego, który stał się ich depozytariuszem, nie mógł sobie pozwolić na ich konserwację. Sprawę udało się załatwić dopiero dzięki uporowi docenta Edwarda Długajczyka z Archiwum Państwowego oraz życzliwości marszałka i Sejmiku Województwa Śląskiego, którzy przedsięwzięcie sfinansowali. Zgodnie z umową instytut wysyła do Polski dokumenty do konserwacji.
Po wykonaniu prac (m.in. laminowaniu, mikrofilmowaniu i sporządzeniu indeksu osobowego) - co wykonują specjaliści z Biblioteki Śląskiej - oryginały wracają za Ocean, kopie pozostają w Katowicach, a z Nowego Jorku wysyłana jest kolejna część zbiorów. Zdaniem Piotra Greinera, dyrektora Archiwum Państwowego w Katowicach, całość będzie gotowa ok. 2008-2009 r.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry