zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2007 styczeń przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Śląsk w obiektywie fotoreporterów
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 2007.01.31
W Bibliotece Śląskiej można oglądać już zdjęcia zgłoszone do Śląskiej Fotografii Prasowej. Rozstrzygnięcie konkursu w przyszły czwartek.
Od środy w Bibliotece Śląskiej można oglądać prawie 200 fotografii zrobionych przez 38 fotoreporterów reprezentujących regionalne gazety. Każdy z nich marzy o złotym aparacie fotograficznym Druh, przechodniej nagrodzie konkursu, ufundowanej przez prof. Jana Malickiego, dyrektora BŚ.
Fotoreporterzy Gazety, którzy w komplecie prezentują na wystawie swoje zdjęcia, przekonują, że to najważniejszy konkurs w regionie. Do trudnego wyboru jedynie siedmiu zdjęć (na tyle zezwala regulamin) przygotowują się już pod koniec roku, który sprzyja podsumowaniom. - Dla nas to ogromna szansa, aby pokazać naprawdę genialne zdjęcia, które nie zawsze ukazują się na łamach gazet (...) - mówi Bartłomiej Barczyk, szef fotoreporterów katowickiego oddziału Gazety.
W tym roku organizatorzy wystawy zdecydowali się nie podpisywać zdjęć nazwiskami autorów, zamieszczając jedynie krótki opis wydarzenia, które przedstawiają. Najlepsze fotografie wybierze specjalnie powołane jury, któremu będzie przewodniczył prof. Marian Oslislo, rektor katowickiej Akademii Sztuk Pięknych. Swoją nagrodę przyzna również publiczność, która po obejrzeniu ekspozycji może oddawać głosy.
A jest co oglądać. Na fotografiach jest przegląd najważniejszych wydarzeń zeszłego roku, nie tylko ze Śląska, choć wiele zdjęć ukazuje dwie tragedie: na terenie MTK oraz wypadek w kopalni Halemba. Mnóstwo fotografii opowiada o naszych zwyczajach oraz o życiu codziennym (np. Boże Ciało w Lipinach).
Laureatów nagród poznamy w przyszły czwartek o godz. 17 na specjalnej gali.


Opactwo wypięknieje dzięki UE
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.01.30, Opactwo wypięknieje za unijne pieniądze
10 mln zł z funduszy unijnych pozwoli uratować niszczejący zespół klasztorno-pałacowy w Rudach. Ekipy remontowe wkroczyły już do wiekowych murów. Renowacja powinna zakończyć się jesienią 2008 roku, w 750 lat po założeniu klasztoru.
Powolne przywracanie blasku rudzkiego opactwa rozpoczęło się w 1998 roku, gdy kompleks stał się własnością diecezji gliwickiej. - Na początku to były tylko same ściany i prowizoryczny dach - wspomina ks. Jan Rosiek, dyrektor odbudowy zespołu klasztorno-pałacowego. Szybko okazało się, że składki wiernych to za mało, żeby przeprowadzić kompleksową renowację obiektu, który wielkością dorównuje Zamkowi Królewskiemu w Warszawie. Pieniądze na tak dużą inwestycję udało się w końcu pozyskać z funduszy unijnych. Dzięki temu już zaczęto kłaść nowe dachy. W dalszej kolejności zostaną zrekonstruowane zniszczone stropy oraz klatki schodowe. Będą wprawione nowe okna i drzwi. Koszt tych prac wyniesie 13 mln zł, z czego 10 mln zł wyłoży Unia Europejska, a resztę dadzą Ministerstwo Kultury i kuria diecezjalna w Gliwicach. - Wśród dotacji unijnych przeznaczonych na rozwój kultury i turystyki to druga najpoważniejsza inwestycja w województwie, zaraz po Stadionie Śląskim - mówi Stanisław Korman z firmy Agrotur, która zajmuje się przygotowaniem dokumentacji i jest inwestorem zastępczym.
Wkrótce rozpoczną się też prace nad budową pompy ciepła - specjalnej instalacji, która ciepło potrzebne do ogrzania ogromnego kompleksu będzie pobierała z ziemi. Będzie to kosztowało kolejnych 6 mln zł. (...)
Odnowiony zespół będzie spełniać rolę centrum kulturalno-oświatowego. Dawne klasztorne pomieszczenia zostaną przekształcone w sale wykładowe i konferencyjne. W jednym ze skrzydeł powstanie zaplecze noclegowo-gastronomiczne. Aby zespół klasztorno-pałacowy odzyskał pełny blask, potrzeba jeszcze około 5-7 mln zł. Tyle będą kosztować remont elewacji, prace konserwatorskie przy detalach architektonicznych oraz renowacja parku. - amy ambitne plany. Chcielibyśmy, żeby wszystkie prace remontowe zakończyły się jesienią 2008 roku. Wtedy przypada 750. rocznica założenia opactwa. To najlepszy czas, żeby pokazać śląską perłę, którą można porównać z włoskimi Asyżem czy Monte Cassino - mówi ks. Rosiek.


Prawdę ukrywa Warszawa
Dziennik Zachodni, Agata Pustułka 2007.01.29, Prawda o powstaniach śląskich jest wciąż ukrywana w Warszawie
Śląscy historycy skupieni w Komisji Historycznej Oddziału Polskiej Akademii Nauk zwrócili się z wnioskiem do ministra obrony narodowej Radka Sikorskiego, by zdecydował o zwrocie akt powstań śląskich, spoczywających obecnie w Centralnym Archiwum Wojskowym. Sikorski może to uczyni, ale nie chce i proponuje kserokopie lub mikrofilmy i korzystanie z zasobów na miejscu.
Śląscy historycy przyznają ministrowi, że z formalnego punktu widzenia akta zrywów niepodległościowych można przekazać tylko do innego centralnego archiwum, które też znajduje się w Warszawie, bo takie są przepisy archiwalne, ale dodają: - Decyzja o zwrocie akt powstań śląskich musi być decyzją polityczną. Chodzi o przypadek szczególny.
Zdaniem historyków minister obrony obstając przy zdaniu, iż twórcami akt byli żołnierze Wojska Polskiego i dlatego ich miejsce jest w stolicy, utrwala funkcjonujący w... Niemczech pogląd o tzw. importowanym właśnie z Polski charakterze powstań i minimalizowaniu roli rdzennej ludności, a więc Ślązaków. (...)
- Uwikłał się pan w spór ze śląskim społeczeństwem, które bez względu na opcje polityczne i inklinacje narodowościowe chce wreszcie poznać całą prawdę o powstaniach śląskich. Prawdy o powstaniach śląskich po Warszawie się nie spodziewamy, bo jak świadczy pana odpowiedź istoty powstań śląskich tam się nie rozumie - twierdzi prof. Jan Przewłocki, występujący do ministra w imieniu komisji.


Wyzwolenie czy okupacja?
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.01.29, 1945 na Śląsku - dla jednych wyzwolenie, dla drugich okupacja
O tym, czy wejście Rosjan na Śląsk było wyzwoleniem dyskutowali prof. Zygmunt Wożniczka i reżyser Wojciech Sarnowicz. Debatę prowadził Krzysztof Karwat.
Teatr Rozrywki w Chorzowie wypełnił się wczoraj wieczorem prawie do ostatniego miejsca. Na widowni było wielu młodych ludzi, ale nie brakowało też osób w podeszłym wieku. Dla pierwszych była to lekcja historii, dla drugich - okazja do skonfrontowania własnych wspomnień z relacjami badaczy. Debatę o tym, czy rok 1945 przyniósł Śląskowi wyzwolenie czy nowe zniewolenie, zorganizował Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej. Krzysztof Karwat, publicysta, zaprosił do rozmowy na ten temat dr. Zygmunta Woźniczkę i reżysera Wojciecha Sarnowicza.
Najpierw wszyscy w ciszy obejrzeli nakręcony przez Sarnowicza film Końca wojny nie było. Starsze osoby opowiadały do kamery o deportacjach do Związku Radzieckiego. Niektóre z nich nie mogły powstrzymać się od płaczu, gdy wspominały głód, śmierć bliskich i pracę ponad ludzkie siły.
- Byli tacy, którzy dopiero w trakcie kręcenia tego filmu po raz pierwszy zaczęli rozmawiać na ten temat - opowiadał Sarnowicz.
Potem przyszła pora na naukową analizę. Specjalizujący się w najnowszych dziejach Śląska Woźniczka mówił o mało do tej pory znanych faktach z 1945 roku. Przypomniał, że radziecki dyktator Józef Stalin otrzymał zgodę zachodnich mocarstw na deportację ludzi i majątku z zajętego przez siebie terytorium Niemiec. Skorzystał z niej bardzo dowolnie. Chociaż Armia Czerwona dysponowała dokładnymi mapami z zaznaczeniem przedwojennych granic, represjami objęto nie tylko niemiecką, ale też polską część Śląska. Protestowały przeciwko temu nawet komunistyczne władze Polski. Interweniowali wojewodowie Aleksander Zawadzki i Jerzy Ziętek, a z Warszawy sam Bolesław Bierut. Udało się im uzyskać tylko tyle, że około 20 tys. osób przewidzianych do deportacji w ostatniej chwili wyszło na wolność.
Nigdy nie udało się ustalić liczby wywiezionych - prawdopodobnie było ich 90 tys. Wielu z nich przeszło przez dawny obóz Auschwitz, w którym NKWD - radziecka policja polityczna - urządziła własny.
- Trzeba jednak widzieć złożoność sytuacji. To nie była tylko armia mordująca i gwałcąca, ale armia ludzi będących ofiarami tego samego systemu, który ich tu przysłał - mówił historyk o czerwonoarmistach.
Zdaniem Woźniczki pomimo represji, które masowo dotknęły cywilnych mieszkańców, pierwsze miesiące 1945 roku trudno jednak jednoznacznie ocenić: gdy w Świętochłowicach Zgodzie ludzie cierpieli w obozie, niedaleko odbywały się koncerty, powstawały teatr, opera i polskie szkoły.
- Czy to więc było wyzwolenie, czy nowe zniewolenie? - pytał Karwat, ale jednoznacznej odpowiedzi nie uzyskał. Wszyscy uczestnicy dyskusji zgodzili się, że to sprawa bardzo złożona i nawet w Zagłębiu, gdzie w styczniu 1945 roku wjeżdżającego Zawadzkiego witano kwiatami, wiele osób czekało na III wojnę światową i koniec komunizmu.
- To było przejście z jednej niewoli do drugiej - spuentował wydarzenia 1945 roku Woźniczka.


Śląsk rok po tragedii MTK
Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 2007.01.28
Były znicze, kwiaty, ciche modlitwy i łzy. Śląsk pamiętał o 65 ofiarach katastrofy hali wystawowej Międzynarodowych Targów Katowickich, która zawaliła się rok temu.
Niedziela, godz. 17.15. Po hali wystawowej MTK nie ma już śladu. W miejscu, gdzie rok temu zginęło 65 osób, a 144 zostały ranne, leży tylko gruba warstwa śniegu i hula wiatr. Pamięć o tragedii jednak została. Przy obelisku upamiętniającym ofiary stoi milczący tłum. Na twarzach łzy, u stóp setki zniczy, a za plecami ludzi wiatr szarpie biało-czerwoną flagę. Ktoś ją powiesił w trakcie akcji ratunkowej, została do dzisiaj.
- Rok temu walczyłam tutaj o życie, teraz chciałam podziękować za cudowne ocalenie - mówiła Wiesława Kamczyk z Zabrza. Była przedostatnią żywą osobą, którą wydobyto z ruin budynku. Ze zmiażdżoną nogą przeleżała w nich prawie pięć godzin. Nie zginęła tylko dlatego, że ratownicy usłyszeli jej krzyki. Wczoraj pani Wiesława przyjechała na teren MTK z mężem Grzegorzem i siedmioletnim synem Łukaszem. Trzymała ich mocno za ręce. - Wtedy bałam się, że już ich nie zobaczę. Dostałam jednak drugą szansę - mówiła wzruszona kobieta.
Włodzimierz Sieprawski z Bachowic, zanim zapalił znicz, długo wpatrywał się w miejsce, gdzie stała hala. Rok temu zabrała mu 27-letniego syna Janusza. Sześć minut przed śmiercią jego sześcioletnia córeczka wysłała mu SMS, w którym pisała, że go kocha i czeka na niego w domu. - Nie umiem się pogodzić z tym, że to dziecko już nigdy nie zobaczy ojca - mówił mężczyzna.
Ubrana na czarno Helena Malcher z Góry k. Pszczyny w katastrofie straciła dwóch synów, zapalonych gołębiarzy. Kiedy rok temu wyjeżdżali na wystawę, żartowała, że życie oddaliby za swoje gołębie. - Dziś już wiem, że nie można mówić czegoś, czego człowiek nigdy by nie chciał. Niestety, moje słowa się wypełniły - mówiła kobieta, ściskając rękę syna Aleksandra. Rok temu jako dyrektor pszczyńskiego pogotowia brał on udział w akcji ratunkowej. Wiedział, że pod zawalonym dachem znajdują się jego bracia. Od kolegów dowiedział się, że dla nich pomoc przyszła jednak za późno. O ich śmierci musiał powiedzieć matce. (...)
W sobotę na miejsce katastrofy wrócił też Jan Jafernik, ratownik górniczy. Rok temu w czasie akcji ratunkowej razem z kolegami wyciągnął z rumowiska czterech rannych oraz 14 ciał. Przyznał, że do końca wierzyli, iż pod dachem są jeszcze żywi ludzie. Nad ranem usłyszeli jednak pianie koguta. - Wielu ratowników się wtedy rozpłakało, jakby ten kogut dał sygnał, że tam już nie ma życia - wspominał.
Za kilka miesięcy na terenie MTK ma stanąć pomnik upamiętniający ofiary katastrofy. W sobotę poświęcono miejsce, gdzie zostanie wybudowany. - Mamy takie miejsca na Śląsku, które są symbolami naszego życia. Chcemy, żeby to było święte - podkreślał ksiądz Antoni Klemens, dziekan dekanatu chorzowskiego.
W intencji ofiar katastrofy MTK oraz ratowników odprawiono mszę świętą w chorzowskim kościele pod wezwaniem św. Antoniego. - Śpieszcie się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Zostaną po nich buty i telefon głuchy - apelował do jej uczestników ksiądz Zenon Dróżdż. Rok temu był pierwszym duchownym, który pojawił się na miejscu tragedii i udzielał ostatniego namaszczenia wydobytym z gruzów zmarłym.
Podczas mszy odczytano też list metropolity górnośląskiego Damiana Zimonia, który zapewnił, że modli się za ofiary i dziękuje wszystkim za pomoc okazaną poszkodowanym.


Gliwice 1945 - sekunda po sekundzie
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.01.26
Przy wielu opisach toczonych w 1945 roku walk o Gliwice pojawia się zdjęcie biegnących trzech żołnierzy radzieckich. Podobno żadne inne się nie zachowały. Jerzy Lewczyński, znany gliwicki fotografik, udowodnił, że jest inaczej.
Zdjęcie jest niewyraźne, sylwetki rozmazane. Żołnierze z bronią w ręku pędzą w głąb ulicy. Kurz nie pozwala dostrzec, co znajduje się przed nimi, ale historykom już dawno udało się ustalić, że fotografię wykonano przy obecnej ulicy Matejki, nieopodal poczty. - To zdjęcie nie dawało mi spokoju. Zastanawiałem się, czy są jakieś inne - opowiada Lewczyński, nestor gliwickich fotografików.
Pojechał do Warszawy i tam w zbiorach Wojskowej Agencji Fotograficznej znalazł jeszcze kilka innych zdjęć związanych z walkami o Gliwice. Przy okazji wyjaśnił, że jedno z nich, też rzekomo wykonane w Gliwicach, tak naprawdę przedstawia zdobywanie przez oddziały Armii Czerwonej Piły. Na jednym z odnalezionych w Warszawie zdjęć widać uśmiechniętego polskiego żołnierza. Pozuje na tle niemieckich drogowskazów, z których jeden pokazuje Gliwice, a drugi - Tarnowskie Góry. Prawie na pewno to istniejące do dziś skrzyżowanie dróg w Szałszy.
Najbardziej uradowało jednak Lewczyńskiego odnalezienie zdjęcia, na którym widać kilku biegnących czerwonoarmistów. Jest bardzo podobne do tego często publikowanego, a gdy się uważnie przyjrzeć, wyraźnie widać, że przedstawia te same walki na ulicy Matejki. Zrobiono je o sekundę, a może o kilka sekund później, a trzech żołnierzy z pierwszego zdjęcia widać też na drugim. Choć pokazani są od tyłu, można ich rozpoznać po butach i charakterystycznych elementach umundurowania.
Lewczyński jest przekonany, że staranniejsze poszukiwania, również w moskiewskich archiwach, mogłyby doprowadzić do kolejnych odkryć. Pewnie udałoby się też czegoś dowiedzieć o autorze zdjęć i sfotografowanych żołnierzach. - Szkoda, że na razie nikomu na tym nie zależy - mówi. (...)
Gliwice zostały zajęte 24 stycznia 1945 roku przez radzieckie oddziały 31. Korpusu Pancernego i 118. Korpusu Piechoty. Były pierwszym dużym miastem Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, leżącym przed wojną po niemieckiej stronie granicy, które wpadło w ręce żołnierzy radzieckich. Choć Gliwice zostały opanowane prawie bez walk, w następnych dniach żołnierze radzieccy przystąpili do podpalania budynków. Zniszczone zostały prawie wszystkie zabudowania w okolicy rynku. Z rąk żołnierzy zginęło też około 1500 cywilów.


Odwołują śląskich ministrów...
Dziennik Zachodni 2007.01.26, Witold Pustułka: Lista naszych ministrów nigdy jeszcze nie była tak krótka
W przyszłym tygodniu najprawdopodobniej z rządem pożegna się jedyny minister wywodzący się ze Śląska - szef resortu transportu Jerzy Polaczek. Od 1989 roku przez kolejne rządy przewinęło się już kilkudziesięciu przedstawicieli naszego regionu. Zdecydowana większość z nich co najmniej dobrze zapisała się w historii polskiej polityki.
Najsłabszą reprezentację w rządzie mieliśmy za czasów premierowania Tadeusza Mazowieckiego. Właściwie jedynym naszym przedstawicielem był Jerzy Kurkowski, minister zdrowia, potem długoletni dyrektor Centralnego Szpitala Klinicznego w Katowicach-Ligocie, który kilka lat temu zmarł na zawał.
- Nawet nie upominaliśmy się wtedy o więcej, bo jako śląscy posłowie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, już z założenia przyjmowaliśmy, że w Warszawie mieszkają ludzie mądrzejsi od nas - z uśmiechem wspomina te czasy poseł Jan Rzymełka z PO.
W kolejnych rządach - Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego oraz Hanny Suchockiej - także nie mieliśmy zbyt wielu przedstawicieli. W pamięci wielu mieszkańców naszego regionu na pewno zapisał się Andrzej Lipko, wiceminister przemysłu odpowiedzialny za górnictwo, oraz wiceminister ochrony środowiska Bernard Błaszczyk. (...) W latach 1993-97, za rządów lewicy i PSL, bardzo dobrze zapisał się w pamięci minister przemysłu i handlu Klemens Ścierski. To za jego wstawiennictwem w dawnym województwie katowickim powstały specjalne strefy ekonomiczne, a Opel zdecydował o umieszczeniu swojej fabryki w Gliwicach. Naszą silną grupę w gospodarce uzupełniali wówczas zastępcy Ścierskiego - Tadeusz Soroka z Bytomia, Jerzy Markowski z Gliwic i Herbert Gabryś z Mysłowic. Ministrem budownictwa w tym czasie była natomiast Barbara Blida, a jej zastępcą kolejny mieszkaniec naszego regionu - Andrzej Urban. Jednym z wiceministrów w resorcie rolnictwa był Jacek Soska, wówczas lider śląskich struktur PSL.
Prawdziwe śląskie eldorado powstało jednak po wyborach parlamentarnych w 1997 roku. Triumf Akcji Wyborczej Solidarność oznaczał wówczas przejęcie steru rządów przez gliwiczanina, profesora Jerzego Buzka. Zaraz potem w Warszawie zaczęto przypominać sobie dowcipne powiedzenie z czasów gierkowskich: Proszę odsunąć się od stanowisk, nadjeżdża pociąg z Katowic. Rzeczywiście, za czasów rządów Buzka, po raz pierwszy od 1989 roku, mieliśmy, jako region, najwięcej do powiedzenia. Ministrem gospodarki oraz wicepremierem był Janusz Steinhoff, a jego zastępcami - Andrzej Karbownik, Jan Szlęzak i Tadeusz Donocik. Resortem skarbu kierował natomiast Emil Wąsacz. Odpowiedzialnymi za transport byli najpierw Eugeniusz Morawski, a potem Jerzy Widzyk. Temu ostatniemu zresztą Śląsk zawdzięcza najwięcej, bo właśnie dzięki jego decyzjom, podjętym 7 lat temu, zawdzięczamy dzisiaj lepszą sieć dróg w regionie. (...)
Po wyborach parlamentarnych w 2001 roku wydawało się, że śląska reprezentacja będzie co najmniej równie liczna. Premier Leszek Miller szybko jednak rozwiał wszelkie nadzieje: przygotowujący się na fotel ministra infrastruktury Andrzej Szarawarski został ledwie wiceministrem skarbu. Honoru Śląska bronił w tej sytuacji Czesław Śleziak, który najpierw był wiceministrem, a potem ministrem środowiska. Wiceministrami byli wówczas Zbigniew Podraza i Andrzej Skowroński.
W obecnym rządzie najważniejsze stanowisko w rządzie zajmuje wspomniany już Polaczek. Oprócz niego, naszym ministrem - a dokładnie: wiceministrem zdrowia - jest Bolesław Piecha, a wiceszefem resortu transportu Eugeniusz Wróbel. Kilkanaście dni temu śląską reprezentację w rządzie zasilił Jacek Kościelniak, który został sekretarzem stanu w Komitecie Stałym Rady Ministrów. Jak na pięciomilionowe województwo, to wyjątkowo mało liczna reprezentacja.


Rocznica mordu w Przyszowicach
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.01.24
Katowicki IPN kończy śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych na Śląsku w 1945 roku przez żołnierzy Armii Czerwonej. W sobotę, w rocznicę zamordowania bliskich, mieszkańcy wsi Przyszowice będą się modlić przy zbiorowej mogile na miejscowym cmentarzu.
Czerwonoarmiści wkroczyli do Przyszowic 27 stycznia 1945 roku od strony Gliwic. Prawdopodobnie nie mieli pojęcia, że znaleźli się na terenie, który przed II wojną światową należał do Rzeczypospolitej, a większość mieszkańców wioski to Polacy, którzy z wytęsknieniem czekali na koniec niemieckiej okupacji. Okazało się, że żołnierze z gwiazdkami na czapkach potraktowali wszystkich jak wrogów. Być może mścili się na bezbronnej ludności za straty, które zadało im na przedpolach wioski niemieckie wojsko. Spalili kilkadziesiąt domów i strzelali do próbujących gasić pożary ludzi. W pierwszych godzinach po nadejściu czerwonoarmistów zginęły 63 osoby, potem jeszcze sześć innych, wśród nich wielokrotnie zgwałcona 15-letnia dziewczyna, która zmarła od odniesionych obrażeń, i kobieta, która nie mogąc przeżyć poniżenia, utopiła się w studni. W jednym z domów sowieci zabili wszystkich 13 mieszkańców - na podwórku mężczyzn, a w piwnicy, najczęściej bagnetami, kobiety i dzieci. Najmłodsze miało tylko dziesięć dni.
Czerwonoarmiści zastrzelili też 20-letnią Annę Lomanię, gdy uciekała przed próbującym ją zgwałcić żołnierzem, i Wacława Stachurskiego, dopiero co uwolnionego z niemieckiego obozu jenieckiego uczestnika kampanii wrześniowej. Z ich rąk zginęło również czterech więźniów obozu Auschwitz (dwóch Polaków, Włoch i Węgier), którym udało się kilka dni wcześniej uciec z marszu śmierci. Najstarszą ofiarą był 78-letni Teodor Klimek, dawny powstaniec śląski, który do Przyszowic przeprowadził się przed wojną, bo nie chciał żyć po niemieckiej stronie granicy. Przed własnym domem zamordowany został Józef Widuch, w czasie okupacji wójt Przyszowic, który wcześniej uratował wiele osób przed wywózką na roboty w głąb Rzeszy, a kilka wyciągnął z obozów koncentracyjnych. Pijany żołnierz najpierw do niego strzelił, a potem dobił kosą.
56-letni Paweł Wilczek został śmiertelnie trafiony pociskiem w drzwiach domu. Zaraz przyjdzie wolność, będziemy znowu mogli śpiewać po polsku - to były jego ostatnie słowa, jakie wypowiedział do żony.
W gospodarstwie Swobodów żołnierze po kolei kładli mężczyzn plecami do ziemi. Jeden z oprawców stawał butami na lewej ręce ofiary, drugi - na prawej, a trzeci zabijał strzałem w tętnicę szyjną. Przebieg egzekucji musiała oglądać 81-letnia Eufemia Swoboda, która zrelacjonowała później rodzinie, co się stało. W miesiąc później zmarła.
W PRL-u nie wolno było o tym rozmawiać, zbiorowa mogiła zamordowanych na miejscowym cmentarzu była anonimowa. O wydarzeniach pamiętali jednak bliscy i po cichu organizowali uroczystości. Dwa lata temu, dzięki staraniom społecznego komitetu, na grobach pojawiły się tabliczki z nazwiskami pomordowanych.
Pochodząca z Przyszowic nauczycielka Krystyna Grodoń zebrała wspomnienia mieszkańców i w oparciu o nie napisała książkę, która ukaże się w tych dniach. Śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych w Przyszowicach, a także w sąsiednich Gliwicach i Rudzie Śląskiej Halembie, wszczął katowicki IPN. Po wielomiesięcznych staraniach dostał właśnie dokumenty z archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. To ewenement, bo Rosja bardzo niechętnie udostępnia Polsce jakiekolwiek materiały. Prowadzący śledztwo prokurator Piotr Piątek ma nadzieję, że uda się przynajmniej ustalić nazwy oddziałów, które brały udział w zajmowaniu Przyszowic. Na udowodnienie winy konkretnym osobom nie ma szans, śledztwo zostanie prawdopodobnie umorzone. Dla mieszkańców Przyszowic nie ma to jednak znaczenia. - Liczy się pamięć, takie symboliczne zadośćuczynienie za przelaną krew - podkreślają.


Śląsk kontra Podbeskidzie
www.raslaska.org, 22.01.2007
Dnia 20 stycznia 2007 w bielskim Teatrze Polskim odbyła się dyskusja poświęcona problemom tożsamości mieszkańców współczesnego Bielska, w której udział wzięli publicysta Michał Smolorz (Katowice), historyk Jerzy Polak (Bielsko), były senator z ramienia Unii Wolności Janusz Okrzesik (Bielsko-Biała) oraz przewodniczący RAŚ Jerzy Gorzelik (Katowice). Dyskusja sprowokowana została felietonem pierwszego z panelistów, który zarzucił autorowi wystawianej na deskach Teatru Polskiego sztuki Testament Teodora Sixta, Arturowi Pałydze, przemilczanie śląskiej historii miasta.
Reprezentujący opcję podbeskidzką Janusz Okrzesik, który należał do najbardziej aktywnych oponentów włączenia Bielska-Białej do województwa śląskiego, od początku przystąpił do retorycznej ofensywy, negując śląskość Bielska (czy raczej Bielska-Białej, bo zachodniej części miasta nie można jego zdaniem traktować oddzielnie), a na poparcie tej tezy przytaczając fakt, że zwolenników opcji śląskiej trzeba było sprowadzić aż z Katowic. Zaskoczenie orędownika Podbeskidzia było podwójne. Najpierw bielszczanin Jerzy Polak zadeklarował, że czuje się Ślązakiem, a następnie Michał Smolorz i Jerzy Gorzelik oświadczyli, że nie zamierzają mieszkańcom Bielska wmawiać śląskiej tożsamości. Zachodnia część obecnego miasta Bielska-Białej leży wprawdzie na historycznym Śląsku, jednak swoją tożsamość bielszczanie określą sami. Deklaracja ta była chyba pewnym zaskoczeniem także dla części publiki. Jerzy Gorzelik podkreślił, że RAŚ zależy na propagowaniu śląskiej tożsamości także wśród mieszkańców Bielska, jednak powinno się to wiązać z promowaniem pozytywnego i atrakcyjnego wizerunku regionu, a nie z jakimikolwiek formami przymusu.


Rusza budowa autostrady A1
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2007.01.22
W Katowicach podpisano w poniedziałek kontrakt na budowę 15-kilometrowego odcinka autostrady A1 między Sośnicą a Bełkiem.
To pierwszy odcinek autostrady A1 budowany na Śląsku. Będzie miał 15,4 km długości i po trzy pasy ruchu w obu kierunkach. Roboty rozpoczną się na przełomie lutego i marca, potrwają dwa lata. Koszt inwestycji to ponad 800 mln zł, z czego 83 proc. pochodzić będzie z europejskiego Funduszu Spójności, a reszta z budżetu państwa.
Budowa autostrady A1 to - zdaniem Tomasza Pietrzykowskiego, wojewody śląskiego - jeden z dwóch najważniejszych dla Śląska projektów (obok ustawy aglomeracyjnej). - Za jakiś czas województwo śląskie będzie jednym z najlepiej skomunikowanych ze światem regionów w Polsce - stwierdził wojewoda.
Cały śląski odcinek A1 będzie miał 166,8 km długości i, według zapewnień ministra transportu Jerzego Polaczka, ma być gotowy do 2010 roku. Inwestycję podzielono na sześć etapów, a umowy z przyszłymi wykonawcami mają być podpisane jeszcze w tym roku. Chodzi m.in. o odcinki Świerklany - Gorzyczki (granica z Czechami) i Bełk-Świerklany oraz budowę węzła Sośnica, gdzie budowana autostrada A1 przetnie się z istniejącą autostradą A4.
Odcinek między Sośnicą a Bełkiem będzie jednym z najtrudniejszych. Na zaledwie 15 km powstaną bowiem aż 33 mosty i wiadukty. Wybudowane zostaną trzy węzły, na których będzie można wjechać i zjechać z autostrady: Knurów (na skrzyżowaniu z drogą wojewódzką nr 921 w Knurowie), Dębieńsko (na skrzyżowaniu z drogą powiatową nr S 4353 w Czerwionce-Leszczynach) i Bełk (na skrzyżowaniu z drogą wojewódzką nr 925 w Czerwionce-Leszczynach).
Drogę wybuduje grecka firma J & P Avax. Konstantinos Mitzakis, dyrektor zarządzający, zapewniał wczoraj, że firma ma doświadczenie. Budowała autostrady m.in. w Libii, Pakistanie, Grecji i Irlandii. W Polsce obecna jest od dwóch lat, realizuje m.in. projekty w okolicach Gliwic i Lublina.
Autostrada A1, zgodnie z obowiązującą ustawą, ma być płatna, ale resort finansów nie podał jeszcze żadnych szczegółów. Nie wiadomo więc, ile będziemy płacić ani od kiedy. Wszystko ma być jasne w połowie roku, gdy resort przedstawi projekt ustawy o autostradach płatnych.


Bankiet w cieniu rocznicy tragedii
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2007.01.21
Gdy poszkodowani, rodziny ofiar i ratownicy będą się modlili za tych, którzy rok temu zginęli pod gruzami hali MTK, członkowie Regionalnej Izby Gospodarczej zabawią się na bankiecie z okazji wręczenia Laurów Umiejętności i Kompetencji.
28 stycznia minie rok od największej w historii Polski katastrofy budowlanej. Tego dnia, podczas wystawy gołębi, zawaliła się hala Międzynarodowych Targów Katowickich. Pod gruzami zginęło 65 osób, rannych zostało ponad 140.
Wielu z nich do dziś walczy o powrót do zdrowia, prześladują ich straszne wspomnienia. W sobotę, w przededniu rocznicy, razem z krewnymi ofiar i ratownikami będą się modlić za tych, którzy zginęli. Nabożeństwo odbędzie się w chorzowskim kościele św. Antoniego. Potem księża poświęcą miejsce na terenie MTK, gdzie stanie pomnik ofiar hali. - To będą trudne dni. Czas potwornych wspomnień i trudnych refleksji - mówią organizatorzy.
Tego samego dnia członkowie Regionalnej Izby Gospodarczej będą się bawili na uroczystej gali w Górnośląskim Centrum Kultury w Katowicach. Izba na początku lat 90. współtworzyła MTK i do niedawna była współwłaścicielem firmy.
Okazja: wręczenie Laurów Umiejętności i Kompetencji. W programie jest koncert w wykonaniu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Goście usłyszą przeboje muzyki poważnej, m.in. Harnasiów Karola Szymanowskiego oraz Krzesanego Wojciecha Kilara. Potem w holu GCK-u odbędzie się elegancki bankiet.
Wielu zaproszonych gości jest zaskoczonych terminem gali. Uważają, że zorganizowanie imprezy w takim dniu jest niestosowne. Piotr Uszok, prezydent Katowic, w ogóle nie wybiera się do GCK-u. - Prezydent nie będzie uczestniczył w gali, ponieważ odbywa się ona w przededniu rocznicy katastrofy. Tym bardziej że organizatorem jest instytucja, która była współtwórcą MTK - mówi Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu.
Wątpliwości ma też Tomasz Pietrzykowski, wojewoda śląski. - Znacznie lepiej byłoby, gdyby ta uroczystość nie odbywała się na dzień przed rocznicą katastrofy. Ze względu na szacunek dla laureatów pójdę tam tylko na część oficjalną. Na bankiecie i koncercie nie zostanę - zapowiada wojewoda.
Tadeusz Donocik, prezes RIG-u, tłumaczy, że uroczystość miała się odbyć 20 stycznia, ale wtedy nie mógłby przyjechać prof. Władysław Bartoszewski, laureat tegorocznego Diamentowego Lauru. Nie można jej było też przesunąć na później, bo byłby kłopot z zaproszeniem NOSPR-u. - Tragedia jest powodem do bólu, ale jesteśmy realistami i chcemy pomóc tym, którzy przeżyli. RIG zebrał dla dzieci ofiar 57 tys. zł. Minutą ciszy uczcimy to wydarzenie. Nie da się też tego odwrócić. Żyjemy w regionie, gdzie tragedie zdarzają się co jakiś czas. Ostatnio przecież była katastrofa w Halembie - mówi Donocik.
Ranni podczas katastrofy są zszokowani. - Wybór daty uroczystości świadczy o ludziach, którzy ją organizują. Przydałoby się więcej pokory i szacunku, to było wielkie nieszczęście - mówi Zdzisław Karoń, członek zarządu Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. Pod gruzami spędził wiele godzin. Leżał w szpitalu, do dziś chodzi na rehabilitację.
Dr Krzysztof Łęcki, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego, komentuje: - To kwestia wrażliwości. Trzeba się martwić, że jest jej coraz mniej. Ofiary katastrofy mogą pomyśleć, że pamięć ludzka jest krucha i nie przetrwała nawet roku.


W Śląsku wiało 120 km/h
Gazeta wyborcza, Przemysław Jedlecki, Marcin Czyżewski 2007.01.18
W Katowicach pod naciskiem wiatru przewrócił się dźwig. Operator nie żyje, jego zmiennik został ranny. Wichura łamała drzewa, zrywała dachy i linie energetyczne.
Do najpoważniejszego wypadku doszło w czwartek po południu na budowie osiedla przy ul. Hierowskiego w Katowicach Kostuchnie. Wiatr jak zapałkę złamał 25-metrowy dźwig. Operator maszyny, 44-letni mężczyzna zginął na miejscu. Jego zmiennik, który też znajdował się w kabinie, w ciężkim stanie trafił do szpitala. Prace na budowie zostały wstrzymane.
Telefon w centrali straży pożarnej był w czwartek rozgrzany do czerwoności. Tylko do godz. 22 strażacy wyjeżdżali na interwencje aż 612 razy, najczęściej usuwali powalone drzewa. W samym Bielsku nieprzejezdne były ulice Górska, Junacka, ale także Słowackiego w centrum. Wiatr przewrócił też kilka tablic reklamowych, w tym jedną obok supermarketu przy ul. Cieszyńskiej. Jej elementy rozbiły szybę w przejeżdżającym obok volkswagenie.
W Świerklanach wichura zerwała dach z sali gimnastycznej podstawówki, a w Gaszowicach z budynku szkoły. W Bystrej w Beskidach drzewo upadło na drewniany dom. Na szczęście nikogo w nim nie było.
Na lotnisku w Pyrzowicach momentami wiało z prędkością 70 km/godz. Lufthansa najpierw odwołała lot do Duesseldorfu, potem do Frankfurtu. Samoloty do Paryża i Warszawy startowały opóźnione o ponad godzinę.
Gałęzie drzew gałęzie zrywały linie trakcyjne, nie kursowały pociągi. Zawieszono kursy między Chełmem Śląskim a Nowy Bieruniem, Mikołowem i Orzeszem, Wisłą Uzdrowisko a stacją Wisła-Głębce oraz na trasie Sobieszowice - Gliwice Port. Pociągi nie kursowały m.in. w Zabrzu, Katowicach Muchowcu i Panewnikach.
Żywioł niszczył także sieci energetyczne. Około 40 tys. mieszkańców Śląska nie miało w swoich domach prądu. Najgorzej było w okolicach Raciborza, Mikołowa i Rybnika. - Liczba awarii cały czas się zmienia. Uszkodzenia naprawia 40 naszych ekip, jesteśmy w stałym kontakcie ze strażą pożarną - mówi Łukasz Zimnoch, rzecznik Vattenfall Distribution.
Problemy z prądem mieli m.in. mieszkańcy Będzina, Zawiercia, Jaworzna i Mysłowic. Bez prądu zostało też ok. 700 domów na Podbeskidziu. Największe kłopoty były w okolicach Węgierskiej Górki.
Centrum Zarządzania Kryzysowego Wojewody Śląskiego ostrzega, że w piątek również będzie wiał silny wiatr, w porywach nawet do 100 km/godz. W górach siła wiatru może osiągnąć 140 km/godz.


RAŚ wysyła górników do Basków
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2007.01.17
Kraj Basków chce zatrudnić śląskich górników do budowy tunelów pod autostrady i linie kolejowe w północnej Hiszpanii. Chętnych pomaga znaleźć... Ruch Autonomii Śląska.
Coraz częściej śląscy górnicy dostają propozycje pracy za granicą. Wyjeżdżają do Czech, Niemiec, Anglii, a nawet do Indii. Teraz górników chcą zatrudnić też Baskowie, przedstawiciele autonomicznego regionu na północy Hiszpanii. Nie chodzi jednak o pracę w kopalniach, ale drążenie tunelów pod budowę autostrad i linii kolejowych.
W Kraju Basków mieszka ponad 2 mln ludzi. Mają nie tylko własny rząd, parlament i policję, ale są tam też firmy, które coraz częściej wygrywają przetargi na budowę hiszpańskich dróg. Tamtejszym przedsiębiorcom brakuje jednak doświadczonych ludzi, którzy wiedzą, co to praca pod ziemią. Dokładnie takich jak śląscy górnicy, którzy odeszli na emerytury albo wzięli odprawy i zwolnili się z kopalń.
Niedawno Baskowie poprosili o pomoc Ruch Autonomii Śląska, z którym od wielu lat utrzymują przyjacielskie kontakty. - Na początek chcą zatrudnić ok. 20 naszych górników. Jeżeli się sprawdzą, jest szansa, że do pracy wyjedzie znacznie więcej osób - zapewnia Jerzy Gorzelik, lider RAŚ.
Pracodawcy postawili jednak warunki. Górnicy, oprócz doświadczenia w pracy na dole kopalni, muszą też obsługiwać kombajny i maszyny do odwadniania podziemnych chodników. Muszą też zobowiązać się, że nie nadużywają alkoholu. - Na ten warunek zwrócili nam szczególną uwagę - przyznaje Bartłomiej Świderek z RAŚ.
W zamian górnicy mogą liczyć na ok. 20 tysięcy euro pensji rocznie i kontrakt opiewający na co najmniej półtora roku, z możliwością przedłużenia. - Szukaliśmy własnymi kanałami i mamy już kilku chętnych, ale lista nie jest jeszcze zamknięta - mówi Świderek i zastrzega: - Baskom zaproponujemy jednak tylko tych kandydatów, za których będziemy mogli ręczyć. Nie chcemy zrobić sobie wstydu - przyznaje.
Pierwsze rozmowy kwalifikacyjne mają odbyć się na Śląsku już w lutym.
Chętni górnicy mogą napisać e-maila do katowickiego biura Ruchu Autonomii Śląska: elland@interia.pl. Należy krótko opisać przebieg kariery zawodowej i podać numer swojego telefonu.


Plantacja sztuki w wieży ciśnień
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.01.16
Pracownie artystyczne, sale wystawowe i galerię chcą utworzyć w zabytkowej wieży wodnej przy ul. Sobieskiego członkowie stowarzyszenia Plantacja Sztuki. Prace budowlane mają ruszyć jeszcze w tym roku.
Wieża ciśnień przy ul. Sobieskiego to jeden z najbardziej okazałych obiektów tego typu w mieście. Masywna budowla, przypominająca średniowieczną basztę, została wybudowana w latach 1905-1908. Przez kilkadziesiąt lat dostarczała wodę do południowych dzielnic miasta. Kiedy przestała być potrzebna, stopniowo zaczęła popadać w ruinę. - Właściciele się zmieniali, ale nikt nie miał pomysłu, jak ją zagospodarować. Stała pusta, a czas robił swoje - mówi Ewa Pokorska, miejski konserwator zabytków.
Wieżę postanowiła uratować trójka pasjonatów sztuki - Aleksandra Fischer oraz Magdalena i Wojciech Eksnerowie. Dwie architektki i fotograf. Choć wszyscy pochodzą ze Śląska, po studiach na kilka lat wzięli rozbrat z rodzinnymi stronami. Eksnerowie znaleźli pracę w Warszawie. Podobnie Fischer - kolejno Stuttgart, Warszawa, Nowa Zelandia. Wrócił do Gliwic, żeby zrealizować swoje marzenia. - Stworzenie centrum sztuki, w którym mogliby realizować swoje artystyczne pasje młodzi, debiutujący artyści od dawna chodziło nam po głowie. Spośród kilku obiektów poprzemysłowych wybraliśmy wieżę przy ul. Sobieskiego. To niezwykle klimatyczne miejsce, w którym człowiek od razu się zakochuje. Poza tym doskonale nadaje się do realizacji naszego projektu i ma dobrą lokalizację w samym centrum miasta - mówi Fischer.
Trójce przyjaciół udało się znaleźć sponsora, który wiosną zeszłego roku kupił wieżę z przeznaczeniem na utworzenie tam galerii i pracowni artystycznych. Od tego momentu zaczęło się opracowywanie projektów, chodzenie po urzędach i załatwianie pozwoleń. - Właściwie wszystko już mamy gotowe. W przyszłym tygodniu złożymy wniosek o pozwolenie na budowę - mówi Fischer.
Zgodnie z założeniami projektu na parterze powstaną kawiarnia i galeria. Kolejne piętra będą zarezerwowane już dla artystów. Oprócz pracowni multimedialnej, rzeźbiarskiej, malarskiej i fotograficznej będą tu również biblioteka, sala spotkań i scena do ćwiczeń dla grup performatywnych. W planach jest także budowa drugiego budynku, który będzie połączony z wieżą. Tutaj powstanie zaplecze socjalne z mieszkaniami dla 20 artystów.
- Plantacja Sztuki to także instytucja, która będzie zapewniała stypendia młodym twórcom. Chcemy stworzyć system rezydencki, który pozwoli młodym artystom zamieszkać w wieży na kilka tygodni i pracować nad wybranym projektem - wyjaśnia Fischer.
Jak zapewniają pomysłodawcy Plantacji Sztuki, udało im się już zdobyć część pieniędzy potrzebnych do realizacji projektu. Reszty zamierzają szukać w funduszach unijnych. Prace adaptacyjne mają się rozpocząć jeszcze w tym roku.


Zagłębie chce tworzyć aglomerację
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2007.01.15
Samorządowcy z Zagłębia zaproponowali, żeby wojewoda zaprosił ich do prac nad ustawą aglomeracyjną. - Nie chcemy, by zamknięto nam usta gotową ustawą - mówi Zbigniew Podraza, prezydent Dąbrowy Górniczej.
Pomysł utworzenia Aglomeracji Śląskiej rzucili w zeszłym roku politycy związani z PiS-em. Wojewoda Tomasz Pietrzykowski i poseł Krzysztof Mikuła, jej główni orędownicy, już rozpoczęli prace na stworzeniem odpowiedniej ustawy. Aglomerację ma tworzyć 17 miast ze Śląska i Zagłębia, a udział w niej ma być obowiązkowy.
Wczoraj 12 samorządowców napisało w tej sprawie list do wojewody. Wśród nich są m.in. prezydenci Będzina, Dąbrowy Górniczej i Sosnowca. Chcą, by wojewoda zaprosił ich przedstawicieli do prac nad projektem ustawy. Dziś w zespole, który utworzył wojewoda, nie ma żadnego samorządowca z Zagłębia. Są za to Ślązacy: prezydent Zygmunt Frankiewicz z Gliwic i Piotr Uszok z Katowic. - Nie chcemy, by zamknięto nam usta gotową ustawą - mówi Zbigniew Podraza, prezydent Dąbrowy Górniczej.
Wtórował mu Grzegorz Dolniak, poseł PO z Zagłębia. - Niech ustawę napiszą włodarze miast i gmin. Źle się skończy, jeśli powstanie ona pod dyktando polityczne - uważa.
Również przyszła nazwa aglomeracji budzi w Zagłębiu emocje. Do tej pory mówiło się o niej m.in.: Silesia, Aglomeracja Śląska, Aglomeracja Katowicka. - Aglomeracja Śląsko-Zagłębiowska to odpowiednia nazwa - uważa Kazimierz Górski, prezydent Sosnowca, choć od razu zaznaczył, że niekoniecznie musi być tak, jak on chce. Podkreślił za to, że aglomeracja powinna powstać. - Nie dajmy sobie wmówić, że ciągle jest jakiś konflikt między Śląskiem i Zagłębiem. Nie dzielmy już więcej sztucznie regionu - dodał.
Przy okazji wypomniał jednak prezydentowi Uszokowi, że wspiera organizację targów górniczych w swoim mieście, mimo że takie same mają się odbyć w Sosnowcu. - To właśnie jedna z naleciałości dzielenia Śląska i Zagłębia - stwierdził Górski.
Wojewoda Pietrzykowski uważa, że nie ma formalnych przeszkód, by do zespołu wszedł ktoś z Zagłębia. - Tylko że to będzie jego sztuczne pompowanie. Jest dwóch prezydentów, którzy byli najbardziej zaangażowani w tworzenie Górnośląskiego Związku Metropolitalnego, i to oni reprezentują samorządy. Nie widzę potrzeby wprowadzenia reprezentacji terytorialnej, bo ja nie dzielę przyszłej aglomeracji na Śląsk i Zagłębie - mówi Pietrzykowski.


Liga bokserska pod szyldem Śląsk
Gazeta Wyborcza lb, 2007.01.12
W lutym, po dwóch latach przerwy, wystartuje liga bokserska. Nasz region będzie reprezentował zespół pod szyldem Śląsk.
Podczas wczorajszego zarządu Polskiego Związku Bokserskiego podjęto ostateczną decyzję o wznowieniu rozgrywek. Do ligi zgłosiło się sześć zespołów: Śląsk, Dolny Śląsk, Wielkopolska, Mazowsze, Warmińsko-Mazurski oraz Podlasie. Nasz zespół będzie się opierał na zawodnikach z Knurowa, Rybnika, Jastrzębia, Jaworzna i Katowic. Najbardziej znanym bokserem w drużynie jest Mateusz Mazik z RMKS-u Rybnika, który we wrześniu zeszłego roku zdobył brązowy medal mistrzostw świata juniorów. Teraz będzie rywalizował z seniorami.
Śląsk na inaugurację ligi spotka się 18 lutego w Radomiu z zespołem Mazowsza. Natomiast u siebie rozpocznie sezon w meczu z Wielkopolską. Spotkanie ma się odbyć w Knurowie. Pozostałe mecze mają być rozegrane w Rybniku, Sosnowcu oraz Jaworznie. Trenerem koordynatorem Ślązaków będzie Ireneusz Przywara z Concordii Knurów. Będzie on współpracował ze szkoleniowcami klubów, którzy dadzą swoich pięściarzy do zespołu. Koszty utrzymania teamu Śląsk wezmą na siebie przede wszystkim kluby.


Miliony zostaną na Śląsku!
Dziennik Zachodni, Jacek Bombor 2007.01.13
Wygraliśmy! Po naszych artykułach posłowie zwarli szeregi i śląskie gminy nie będą musiały płacić podatku janosikowego. Gminy górnicze nie stracą ponad 15 milionów z tytułu podatku janosikowego! Do 15 lutego ministerstwo dało nam czas na naprawienie błędu - poinformował nas wczoraj poseł Prawa i Sprawiedliwości z Rudy Śląskiej, Grzegorz Tobiszowski, który złożył stosowną poprawkę do ustawy nowelizacyjnej, pozwalającej na uratowanie tych pieniędzy.
- Marszałek Sejmu nadał już numer druku, poprawka trafiła właśnie do pierwszego czytania na posiedzenie komisji gospodarki, pod głosowanie Sejmu trafi 22 stycznia, a do Senatu na początku lutego. Zdążymy! - zapowiedział nam poseł Tobiszowski.
O burzy wokół sprawy DZ jako pierwszy poinformował już kilka tygodni temu, a nasz artykuł wywołał prawdziwą burzę na Śląsku. Przypomnijmy, według obecnego prawa śląskie gminy będą musiały płacić tzw. podatek janosikowy, a więc dzielić się dochodami z innymi, biedniejszymi gminami. Powód? Zawalił na całej linii rząd, bo poprawka, która do tej pory zawsze zwalniała gminy górnicze z tego podatku, miała być naniesiona przy okazji nowej ustawy restrukturyzacyjnej do końca 2006 roku. Ale rząd nowej ustawy nie zdążył przygotować. Co ciekawe, ministerstwo finansów jeszcze 4 stycznia w piśmie do DZ przekonywało, że na odwrócenie tematu jest za późno.
Tobiszowski zapewnia jednak, że interweniował później u Przemysława Gosiewskiego, który na szczeblu rządowym odpowiada za sprawy legislacyjne. Temat na posiedzeniu rządu poruszył też wiceminister gospodarki zajmujący się górnictwem Paweł Poncyljusz.
Na szczęście teraz sprawa stała się priorytetową i połączyła wszystkich posłów śląskich, bez względu na opcję polityczną. To gwarantuje, że sprawa w głosowaniach przejdzie bez zbędnych ceregieli, na które po prostu nie ma czasu.
- Dogadaliśmy się z PO, a nawet SLD, które po waszym artykule złożyło swoją poprawkę. Teraz ją wycofają, by się nie dublować - wyjaśnia Tobiszowski. - Mamy już ekspertyzę, że poprawka będzie obowiązywać od 1 stycznia 2006 roku.
Z ramienia PO formalnego załatwienia wszystkich spraw pilnuje poseł Henryk Siedlaczek.
Obecnie śląskie samorządy nie chcą nawet myśleć o utracie 15 mln 280 tysięcy. W ich przypadku dochody zawyża opłata eksploatacyjna, płacona przez zakłady górnicze, fedrujące na terenie danej gminy. Nie jest to jednak żadny dochód, a zadośćuczynienie za straty wywołane zniszczeniami krajobrazu, szkodami górniczymi, czy brakiem możliwości wprowadzenia inwestorów na zdegradowane tereny.
Na przykład błąd rządzących same Gierałtowice mógł kosztować utratę 2 milionów złotych w rocznym budżecie. - To dla nas przy 35 milionowej kasie olbrzymie pieniądze. Mam nadzieję, że ten koszmar się nie spełni - mówił nam kilka dni temu wójt Bargieł.
Na obszarze całej jego gminy fedrują trzy kopalnie: Sośnica-Makoszowy, Budryk i Knurów. W podobnej sytuacji jest kilkadziesiąt samorządów, skupionych w Stowarzyszeniu Gmin Górniczych, które od 2004 roku trąbiło o zmianę przepisów.


SILESIA to szkodliwa nazwa!
Gazeta Wyborcza, Michał Smolorz 2007.01.12
Debata wokół propozycji administracyjnego połączenia katowickiej konurbacji jest niemrawa. Widać, że mało kogo obchodzi. Mam nawet wrażenie, że zajmują się nią jedynie politycy, samorządowcy i dziennikarze, a obywatele naszego niby-obywatelskiego społeczeństwa puszczają ją mimo uszu. To niedobrze, bo sprawa ma wymiar niemalże epokowy, na pewno - ustrojowy.
A sprawa nie jest tak oczywista, jak mówią entuzjaści powołania jednego wielkiego miasta. Wiele dużych metropolii, które namawiano na taką integrację, już dawno zarzuciło tę ideę. Dobrym przykładem jest Paryż, gdzie stołeczna gmina obejmuje tylko centralną dzielnicę, zaś przedmieścia (tzw. banlieue) są odrębnymi miastami. Niemieckie aglomeracje (np. Monachium), po latach entuzjastycznego łączenia gmin, w latach 90. minionego wieku ponownie usamodzielniły obszary wokół centrum. Bałagan kompetencyjny, jaki od lat panuje w Warszawie, gdzie struktura jest tak skomplikowana, że mało kto się w niej rozeznaje, niech także będzie ostrzeżeniem przed pochopnymi działaniami.
Ale o tym wszystkim można dyskutować, sprawa jest otwarta, warto rozważyć wszelkie za i przeciw. Jedna jest w tej sprawie propozycja ewidentnie bezsensowna - sugerowana nazwa nowego megamiasta: Śląsk albo Silesia. Nie wiem, czy to bezmyślność, czy przemyślane celowe działanie, dość, że skutkiem przyjęcia takiej nazwy byłoby ostateczne i nieodwracalne pogrzebanie jej autentycznego, historycznego znaczenia. Od 1945 roku mamy do czynienia z postępującym świadomym zacieraniem istoty Śląska, która to nazwa obejmuje przecież wielki historyczny region europejski ze stolicą we Wrocławiu, a ciągnący się od granic Małopolski hen, aż po Zieloną Górę. Trwa konsekwentna, kolonizatorska desilesianizacja historycznych ziem śląskich. To nie przypadek, że słowo Śląsk wywołuje w historycznie śląskim Bielsku ataki bolesnej wysypki. Kiedy napisałem o tym w niedawnym felietonie, rozpętało się piekło. Bo nie wolno mówić Śląsk, obowiązuje poprawnopolityczna nazwa Podbeskidzie. Jest jeszcze śmieszniej, gdy mieszkańcy Opola, wybierając się do Katowic, mówią: jadę na Śląsk, bo przecież oni też na Śląsku nie mieszkają, tylko na poprawnopolitycznej Opolszczyźnie. Mniejszość niemiecka konsekwentnie w dwujęzycznych dokumentach pisze po niemiecku Oberschlesien (Górny Śląsk), a w polskim tłumaczeniu zawsze zamieszcza w tym miejscu właśnie ową Opolszczyznę.
Skutek jest od dawna widoczny. Jeśli kogokolwiek w Polsce zapytać, co rozumie pod nazwą Śląsk, to oczywiście natychmiast odpowie, że Katowice i okolicę. Propozycja, aby nowe supermiasto ochrzcić Śląskiem czy nawet Silesią, jest niczym innym, jak dalszym konsekwentnym zacieraniem istoty śląskości i sprowadzaniem jej do kawałka ziemi o średnicy 30 km. W końcu dojdziemy do wniosku, że tego historycznego Śląska już nie ma, a Sejm uchwali, że w wyniku wieloletnich procesów społecznych zmienił się charakter tych ziem. I już całkiem oficjalnie Śląskiem pozostanie tylko ten nieszczęsny spłachetek pod dumnie nazwaną metropolią.
Nie od dziś mądrzy ludzie przywołują tu proces kolonizacji Ameryki. W końcu jedyny prawdziwy, rdzenny ślad po kulturze pierwotnych mieszkańców został tam zamknięty w rezerwatach. Przecież nawet nazwa Ameryka jest kolonizatorska, a nie pierwotna. Jest jednak istotna różnica: tam kolonizatorzy przybywali z cywilizacji mimo wszystko bardziej rozwiniętej, a współcześni kolonizatorzy Śląska - rzadko. Może więc zachowajmy szacunek przynajmniej do nazwy geograficznej, skoro już z odrazą odrzucamy tę śląską, tak boleśnie skolonizowaną cywilizację.


Będzie strajk w górnictwie
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2007.01.10
24 stycznia we wszystkich śląskich kopalniach zorganizowany zostanie całodobowy strajk ostrzegawczy! Związkowcy nie wykluczają zaostrzenia protestu - manifestacji w Warszawie lub zablokowania wysyłki węgla ze Śląska.
Liderzy wszystkich związków, działających w górnictwie, zdecydowali wczoraj, że 18 stycznia w kopalniach przeprowadzone zostanie referendum strajkowe. Jeżeli większość górników opowie się w nim za strajkiem, 24 stycznia na cały dzień staną wszystkie śląskie kopalnie.
To nie koniec. Jeżeli strajk ostrzegawczy nie przyniesie efektu i rząd nie wznowi negocjacji w sprawie nowej strategii dla kopalń, 1 lutego w górnictwie ogłoszona zostanie generalna akcja protestacyjna. Możliwy będzie wtedy strajk generalny, blokada wysyłki węgla ze Śląska lub nawet górnicza manifestacja, np. w Warszawie. - To konsekwencja niedotrzymania przez rząd wcześniejszych ustaleń. Strategia miała być ustalana wspólnie ze związkami, ale usłyszeliśmy, że czas rozmów się skończył - mówi Dominik Kolorz, szef górniczej Solidarności.
Związkowcy domagają się nieingerowania rządu w układy zbiorowe pracy w kopalniach. Ich zdaniem może to doprowadzić do obniżenia wynagrodzeń dla górników. Nie zgadzają się też, by płace w górnictwie były powiązane z wydajnością. - To kuriozalny zapis. Po tragedii w Halembie spółki węglowe zdecydowały o przyjęciach nowych pracowników, a wydobycie z powodów technologicznych początkowo nie będzie wyższe - podkreślił Kolorz.
Górnicze związki chcą również wycofania się rządu z planów prywatyzacji spółek węglowych. - Takie były obietnice przedwyborcze Prawa i Sprawiedliwości. Sprzedaż kopalń może doprowadzić do rozczłonkowania górnictwa. To coś przeciwnego do światowych tendencji - powiedział Kolorz.
Podkreślił, że w każdej chwili możliwe jest odwołanie strajku i powrót do rozmów. Pod warunkiem jednak, że w negocjacjach nie będzie uczestniczył Paweł Poncyljusz, wiceminister gospodarki odpowiedzialny za górnictwo. To właśnie jego związkowcy obarczają winą za kryzys w górnictwie. - Sytuacja jest na tyle poważna, że w rozmowach powinni brać udział ministrowie gospodarki i skarbu - zaznaczył Kolorz.
Wiceminister Paweł Poncyljusz jest zaskoczony decyzją o strajku w górnictwie. Zapewnia, że rząd dopełnił wszystkich formalności, negocjując przez ponad cztery miesiące ze związkami.
- Nie zapominajmy, że to strategia rządowa, dlatego nie wszystkie propozycje związkowców zostały wzięte pod uwagę - powiedział Gazecie Poncyljusz.
Dodał, że ewentualny strajk może doprowadzić Kompanię Węglową, największą górniczą firmę w Europie (zrzesza 17 kopalń), do upadłości. - Parę dni strajku i Kompania przestanie istnieć. Każdy dzień strajku to kilkadziesiąt milionów złotych strat - dodaje Poncyljusz.


Zagłębie pożera Silesię!
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki, Tomasz Głogowski 2007.01.09
Wojna o targi górnicze między Silesia Expo a MTK to tylko pretekst w sporze o to, gdzie ma powstać międzynarodowe centrum kongresowe. Chcą je mieć u siebie zarówno Katowice, jak i Sosnowiec.
Wojna o organizację targów branży górniczej rozpoczęła się pod koniec zeszłego roku. Walczą centrum targowe Expo Silesia, powstające na granicy Sosnowca i Dąbrowy Górniczej, budowane przez spółkę Kolporter, z Międzynarodowymi Targami Katowickimi. Kolporter od początku nie ukrywał, że chce wypełnić lukę na rynku, jaka powstała po zeszłorocznej tragedii na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich. Niespodziewanie, w poniedziałek, do wojny o targi włączył się prezydent Katowic. Ogłosił, że zrobi wszystko, by odbyły się właśnie w Katowicach, a nie w Sosnowcu. Jego zdaniem najlepszym miejscem jest Spodek. Termin: 11-14 września. Głównym organizatorem targów w Katowicach będzie Polska Technika Górnicza SA, skupiająca kilkanaście największych przedsiębiorstw z branży górniczej, m.in.: Famur, Kopex, Fazos, Komag czy Carboautomatykę. Wartość rocznej produkcji grupy przekracza 2 mld zł. - To daje pewność, że targi się odbędą - mówi Piotr Kubica, prezes MTK. - Mieliśmy do wyboru Kolportera albo MTK, ale hala w Sosnowcu nie jest gotowa. Dlatego zdecydowaliśmy się na Katowice - mówi Henryk Stabla, prezes PTG.
Wczoraj przedstawiciele Expo Silesia, na specjalnej konferencji, zapewnili, że organizowane przez nich targi górnicze na pewno się odbędą. Wystawcy, których zgłosiło się już ponad 40, zarezerwowali już w Sosnowcu ponad 4 tys. m powierzchni. Przedstawiciele kieleckiej firmy odpierali zarzuty prezesa Stabli, że hala wystawiennicza nie jest jeszcze gotowa.
- Ona stoi i już teraz moglibyśmy zorganizować tam targi na przyzwoitym poziomie. Ale zależy nam na tym, by była to impreza światowego formatu. Dlatego w przystosowanie hali zainwestujemy nie 30 mln zł, a ponad 45 mln zł - zapewnił Tomasz Raczyński, prezes Expo Silesia.
Dodał, że jego zdaniem Spodek, choć bardzo znany, nie jest przystosowany do tego, by organizować w nim tak duże imprezy wystawowe. - Nie ma tam ani zaplecza targowego, ani odpowiedniej ilości miejsca - mówi Raczyński.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę kłótnia o targi górnicze jest tylko pretekstem w sporze o lokalizację międzynarodowego centrum kongresowego, które chcą stworzyć zarówno Kolporter, jak i władze Katowic. Kolporter zamierza wybudować centrum kongresowe na 10 tysięcy osób w Sosnowcu, tuż obok hal Expo Silesia, a Katowice przy Spodku. Budowę centrum konferencyjnego w Katowicach poparli już m.in. wojewoda śląski, minister transportu Jerzy Polaczek oraz katowiccy parlamentarzyści.
Centrum kongresowe, gdzie można organizować duże spotkania, kongresy i szkolenia, może być w przyszłości doskonałym interesem. Takich miejsc w południowej Polsce brakuje, a ze wszystkich badań wynika, że ta branża jest jedną z najszybciej rozwijających się w kraju.


Kawałek Betlejem w stołowym
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.01.06
Szopki, betlejki, stajenki i żłobki. W okresie bożonarodzeniowym są ozdobą kościołów, mieszkań, placów miejskich. Bez nich nie ma tradycyjnych śląskich świąt.
Pod stajenką próżno szukać tutaj pastuszków, którzy przyszli pokłonić się Dzieciątku. Nawet Trzej Królowie to nie mędrcy ze Wschodu, tylko polscy królowie: Władysław Łokietek, Kazimierz Wielki i Jan III Sobieski. Później jest jeszcze bardziej swojsko - książę Poniatowski, Tadeusz Kościuszko, Jan Kiliński. Nie zabrakło polityków: Piłsudski jedzie na koniu, Witos ciągnie krowę, a Władysław Grabski prowadzi osiołka objuczonego monetami. Wśród nich szlachta, chłopi, rzemieślnicy i żołnierze. O tym, kto bliżej stajenki, decydowały poglądy polityczne właściciela.
Patriotyczna szopka przyjechała na Śląsk z repatriantami z Lwowa. - To jedna z najcenniejszych pamiątek rodzinnych. Dostałem ją od ojca we Lwowie 13 grudnia 1940 roku, kiedy miałem roczek. Z opowiadań wiem, że wcześniej przez kilka lat kupował w księgarni wizerunki postaci, wycinał je i naklejał na szablony z dykty, stopniowo kompletując całą szopkę - opowiada Tadeusz Zgoda-Zgodziński, który w tym roku przekazał szopkę Muzeum w Gliwicach.
Szopka afrykańska - żeby betlejka nie zginęła
Wszystko zaczęło się 30 lat temu na wystawie szopek w Muzeum Śląskim w Katowicach. Były szopki krakowskie, góralskie, malowane na szkle i tylko jedna śląska betlejka. - Na dodatek w środku same inwalidy. A to ręce połamane, a to głowy poobijane. Powiedziałem sobie: nie może tak być - opowiada 75-letni Leon Kampka. Wtedy postanowił, że tradycję trzeba ratować. Zaczął nie tylko zbierać szopki, postanowił też nauczyć się robić figurki. Tajniki podpatrzył u właściciela jednej z ostatnich oficyn cynowych w Katowicach. Od tego czasu wykonał ponad 500 kompletów figurek. - Tak się rozpędziłem, że oprócz śląskich szopek zacząłem robić też włoskie, chińskie, a nawet afrykańskie - opowiada Kampka.
Dużym wyzwaniem było zrobienie szopki z Zairu. Oryginał posiadał jeden z zakonników, który przywiózł szopkę z misji. - Ile ja mu musiałem dziur w brzuchu nawiercić, żeby pozwolił mi ją pożyczyć. Ale replikę taką dobrą zrobiłem, że nie sposób poznać, że heban i mahoń zastąpiłem gipsem - mówi z dumą pan Leon.
Szopka miejska na gliwickim rynku - zupa z gwoździa
Gliwiczanie tak bardzo chcieli mieć swoją szopkę, że już w marcu założyli Stowarzyszenie Pielęgnowania Tradycji Bożonarodzeniowych. Budowa szopki przypominała gotowanie zupy z gwoździa. W tydzień powstało na gliwickim rynku coś z niczego. Pomagał każdy, kto mógł i jak mógł. Szkielet konstrukcji podarowała Huta Łabędy, postaci to manekiny przekazane przez jeden ze sklepów, a członkowie stowarzyszenia przetrząsnęli własne szafy w poszukiwaniu ubrań.
Szopka przypomina górniczy chodnik, a wśród kolędników są biznesmen, górnik i kierowca. Mimo dobrych chęci mieszkańcy nie szczędzili krytycznych uwag i surowo ocenili walory artystyczne szopki. Niektórzy domagali się nawet, by jak najszybciej zniknęła z rynku. - Chcieli dobrze, ale manekiny w szopce? Wykluczone! - argumentowali.
Szopka w bazylice panewnickiej - matka śląskich szopek
Przez znawców tematu jest uważana za największą w Europie szopkę budowaną wewnątrz świątyni, a przez Ślązaków za królową śląskich szopek. Pierwszą szopkę panewniccy franciszkanie wybudowali w 1908 roku (lub 1913 zależnie od źródła). Od tego czasu z każdym rokiem w okresie bożonarodzeniowym anektuje coraz większą część świątyni, przemieniając ją w biblijną Palestynę. W tym roku szopka urosła do ogromnego tryptyku, który zajmuje prawie 600 m kw. Jej budowa zaczęła się już miesiąc przed świętami, choć - jak mówią zakonnicy - przygotowania trwały cały rok. Wokół stajenki powstało tętnice życiem miasteczko z młynem, wiatrakami, szybami górniczymi i ok. 120 figurkami różnej wielkości. Do jej oświetlenia potrzeba setki żarówek i ok. 2 km przewodów.
Panewnicki gigant jest atrakcją nie tylko dla Ślązaków. W okresie świątecznym przed bazyliką pojawiają się samochody z rejestracjami z najodleglejszych zakątków Polski, a nawet Czech i Słowacji. Od kilku lat specjalną atrakcją dla dzieci jest zbudowana w klasztornych ogrodach żywa szopka z owcami, kozami i kucykami.
Szopka katowicka - z architektonicznym zacięciem
Już na pierwszy rzut oka widać, że Chrystus narodził się w Katowicach. Wątpliwości nie pozostawiają charakterystyczne skrzydła pomnika Powstań Śląskich, wieża kościoła Mariackiego czy krzyż z kopalni Wujek. Zamiast Trzech Króli, do stajenki schowanej na pokrytej śniegiem hałdzie kolędują górnicy.
Budowniczym katowickiej szopki jest Mirosław Rąbalski, gliwicki architekt, który tworzenie szopek z papieru i kartonu traktuje jak hobby. - Zainspirowały mnie szopki krakowskie. Może kiedyś wezmę udział w konkursie na krakowskim rynku - zdradza swoje marzenie. Do tej pory ma na koncie dwie szopki z charakterystycznymi motywami miejskimi: gliwicką i katowicką. Przed budową dokładnie się przygotowuje, rysuje i fotografuje budowle, które chce uwiecznić. W szopkach montuje też sterowaną komputerowo instalację, dzięki której miasto wieczorem ożywa. Włączają się światła w oknach, zapalają latarnie i rozbłyskują gwiazdy.
Szopka domowa - armia ludzi i zwierząt
W trzypokojowym mieszkaniu Gajdów w Bytomiu święta to czas wielkiego przemeblowania. Z pokoju stołowego znika część mebli. Przez dwa dni Jan Gajda rozkłada prawie 500 elementów swojej domowej szopki. Miejsca w pokoju wystarcza tylko na rozłożenie stołu wigilijnego. A wszystko rozpoczęło się bardzo niewinnie przed 30 laty. - Wtedy w Księgarni św. Jacka kupiłem zwyczajną szopkę, ale jakaś taka mała była i kolędników niewielu... - opowiada Gajda.
Od tego czasu nie było świąt, żeby do szopki Gajdów nie dołączało kilkudziesięciu nowych kolędników. Dziś to armia ludzi i zwierząt. Jest wśród nich nawet opój z kuflem piwa i dinozaury. Figurki zbiera cała rodzina, niektóre własnoręcznie robi pan Jan.
Chciałby, żeby jego szopka ożyła. - Mam już pomysł na zrobienie ruchomych elementów. Przydałaby się też jakaś woda, np. rzeczka albo staw - zapowiada.


Pokochajmy śląskie murale
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.01.05
Jeszcze kilkanaście lat temu ze ścian szczytowych kamienic spoglądali na nas dumnie górnik czy hutnik - awangarda klasy robotniczej. Oczekiwanie na tramwaje umilały nam socjalistyczne hasła, namawiające do pracy i sprzątania własnego miasta. Dziś olbrzymie malowidła wypierają bannery i billboardy wielkich firm.
Jeszcze dziś spod mozaiki billboardów gdzieniegdzie można wypatrzyć wyłaniający się tajemniczy zarys czy urwane słowo z propagandowego hasła. Największą karierę murale robiły w Hiszpanii, co świetnie ukazuje film Frida, gdzie mąż tytułowej malarki, Diego Rivera, wykonuje olbrzymie malowidła o treści politycznej na zamówienie władz Meksyku. Władze PRL-u również doceniły propagandowe zalety murali. Dodatkowo Polska powojenna miała jeszcze jeden dodatkowy atut - mnóstwo wolnych ścian. Liczne zniszczenia przerzedziły centra naszych miast, wiele kamienic odsłoniło ukryte dotychczas ściany szczytowe, których olbrzymie powierzchnie prosiły się wręcz o zamalowanie.
PRL-owskie murale można podzielić na dwie kategorie: propagandowe i reklamowe. Pierwsze nawoływały np. do oszczędzania prądu albo uświadamiały nam, że nasze miasto to nasze wspólne dobro. Niektóre z tych haseł się nie zdezaktualizowały, bo czy np. oszczędzanie przestało mieć sens?
Na Śląsku murale wciąż można jeszcze dostrzec w wielu miejscach, najczęściej w okolicy urzędów miejskich. W Świętochłowicach zachowała się olbrzymia mozaika muralopodobna, przedstawiająca jeźdźca na koniu, a obok enigmatyczny napis a,b,c. Na gliwickim placu Piastów bardzo dobrze zachowało się malowidło o treści patriotycznej z napisem Jednoczy nas miłość ojczyzny na tle olbrzymiej biało-czerwonej flagi. Wiele przykładów murali znajdziemy w Zabrzu. Stojąc na peronie dworcowym, po drugiej stronie torów kolejowych, na pustych ścianach kamienic można wypatrzyć olbrzymie kompozycje kwiatowe.
Murale to zapomniane dziedzictwo PRL-u. Bardzo często ich grafika nie ustępowała światowym trendom panującym w dizajnie. Nikt nie próbował nigdy sklasyfikować tych dzieł. Jedynie murale łódzkie doczekały się swojego piewcy. Bartosz Stępień to pasjonat, który od kilku lat fotografuje łódzkie murale i umieszcza zdjęcia na stronie internetowej, która cieszy się sporym zainteresowaniem. - Murale to dzieła sztuki. Wykonywali je najczęściej graficy po ASP lub inne osoby z wyczuciem smaku. Własnoręcznie malowali reklamy lub bezpośrednio dozorowali ich powstawanie. Znalazłem człowieka, który wraz z ojcem stanowili taki muralowy duet - ojciec projektował, a syn wykonywał - mówi Stępień. W Łodzi doszło nawet do renesansu murali. Na jednej ze ścian przy ulicy Piotrkowskiej grupa artystyczna Design Futura namalowała olbrzymie graffiti, przedstawiające plac Wolności z przepływającą łodzią, alegorią miasta. Na innej ślepej ścianie namalowano okna, z których spoglądają wielcy zasłużeni dla Łodzi. Murale nie tylko mogą zdobić, ale i uczyć czy wręcz bawić.
Tymczasem śląskie murale zanikają. Olbrzymie napisy i logo pojawiają się na odnowionych szybach kopalnianych, ale ich grafika jest bardzo skromna i czysto komercyjna.
Może mijasz codziennie tajemnicze malowidło, może z twojego okna widać zapomniane hasło? Przyślij nam zdjęcie, uwiecznij mural. Może uda się nam stworzyć naszą śląską galerię murali.


Pochwalcie lekarzy na Śląsku!
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 2007.01.04
Śląscy ginekolodzy mają coraz więcej pacjentek z Anglii. - Nasze poradnie są o niebo lepsze - tłumaczą kobiety.
Iza Grzywna z Gliwic wyjechała do Londynu przed rokiem. Ma pracę i jest ubezpieczona. Niemal od razu zapisała się do lekarza rodzinnego. - Dwa miesiące temu chciałam umówić się do ginekologa. Dowiedziałam się, że trzeba mieć skierowanie - opowiada. Po skierowanie poszła do poradni rodzinnej. Tu pielęgniarka zebrała od niej ankietę, pobrała próbkę do cytologii i... - Okazało się, że decyzja o skierowaniu zależy od zdania lekarza rodzinnego. Poza tym czeka się 5-6 tygodni, a na usg. też nie ma co liczyć i potrzebne jest osobne skierowanie- mówi dziewczyna.
Izę bolał brzuch. Nie chciała czekać. Poszła do prywatnego gabinetu. - Zapłaciłam 70 funtów za wizytę plus 50 funtów za usg., ale tylko dlatego, że to był polski lekarz i rodaczki przyjmuje taniej - tłumaczy.
Koleżanka Izy jest w ciąży. W poradni widuje się tylko z położną. Skierowania do ginekologa nie dostała ani razu. - Jej to nawet odpowiada, ale inne babki nie wytrzymują. Do lekarza - tak jak ja - wolą jechać do domu na Śląsk - mówi Iza.
Asia Mikanel, w Wielkiej Brytanii od kilku miesięcy, też woli leczyć się na Śląsku. - Chciałam sprawdzić, czy nie jestem zagrożona toksoplazmozą, bo to groźna choroba, która może być poważną przeszkodą przy planowaniu dziecka. U lekarza rodzinnego dowiedziałam się, że takich badań w ogóle nie robi się w ramach ubezpieczenia, tylko prywatnie. Poprosiłam więc przynajmniej o skierowanie na usg. Trzeba było czekać prawie cztery miesiące - mówi dziewczyna.
Z wizyty w prywatnej klinice, gdzie wykonuje się badania na toksoplazmozę, zrezygnowała od razu. - 180 funtów za poradę, a za badanie trzeba płacić osobno! Taniej wychodzi bilet na samolot do Polski - przekonuje.
Dr Przemysław Binkiewicz, ordynator oddziału położnictwa i ginekologii w szpitalu w Pyskowicach, u którego leczą się Asia i Iza, ma więcej pacjentek z Wysp. - My wciąż narzekamy na brak pieniędzy, długie kolejki i trudny dostęp do lekarzy, ale wystarczy posłuchać kobiet, które próbowały leczyć się w Wielkiej Brytanii, żeby docenić, jaki dobry mamy dostęp do specjalistycznego leczenia - mówi ginekolog.
Porównanie rzeczywiście wypada korzystnie. O kłopotach z dostępem do ginekologa uprzedza jeden z portali dla Polaków na Wyspach. Pozytywny wynik na teście ciążowym uprawnia tylko do wizyty u lekarza rodzinnego. Dziesięć tygodni później odezwie się do nas położna. Ginekologa możesz nie zobaczyć aż do rozwiązania...
- System, w którym część obowiązków ginekologa przejmuje lekarz rodzinny, nie musi być zły, ale dla moich pacjentek, zwłaszcza w ciąży, to nie do pomyślenia. Umawiają się na wizytę w Polsce. Wizyta u ginekologa daje im poczucie bezpieczeństwa - mówi dr Małgorzata Milejska-Lewandowska z Poradni Genom w Rudzie Śląskiej.
Prof. Bogdan Michalski, wojewódzki konsultant w dziedzinie ginekologii onkologicznej, jest zwolennikiem angielskiego systemu profilaktyki nowotworowej u kobiet, ale o organizacji poradni i szpitali też nie jest najlepszego zdania. - Jedna z moich pacjentek dostała zapalenia gruczołu Bartholina. To bardzo dotkliwe. Choć wiła się z bólu na izbie przyjęć, lekarz zszedł do niej dopiero po ośmiu godzinach. U nas taki szpital opisałyby wszystkie gazety, tam nie było sprawy. Dlatego ona odtąd leczy się w Polsce - mówi prof. Michalski.
Iza Grzywna: - Niektórzy w to nie uwierzą, ale trzeba pochwalić nasze poradnie i lekarzy. Ci z Wysp nie wytrzymują porównania.


Jak w podróż, to po Śląsku!
Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2007.01.03
Śląsk to wyjątkowa atrakcja. Trzeba zrobić wszystko, by przyjeżdżali do nas turyści - twierdzą urzędnicy marszałka. Właśnie wydali pierwszy przewodnik turystyczny po regionie i zapowiedzieli zmiany w śląskim portalu.
W portalu www.gosilesia.pl można znaleźć informacje m.in. o bazie noclegowej, zabytkach, przejściach granicznych czy trasach narciarskich. - Są to jednak informacje niepełne. Chcemy, by portal został uzupełniony i był na bieżąco aktualizowany przez pracowników terenowych biur informacji turystycznej. Z czasem też sami internauci będą mogli wpisywać informacje przydatne turystom - tłumaczy Agnieszka Sikorska ze Śląskiej Organizacji Turystycznej.
Wczoraj w Katowicach zaprezentowano też nowy, wyjątkowo bogaty przewodnik po regionie. Zawiera dwie szczegółowe mapy i sto stron z informacjami. Przewodnik podzielono na cztery kolorowe części. Barwy zaczerpnięto z logo Śląska. I tak żółty oznacza sanktuaria i miejsca kultu, zielony - turystykę aktywną, niebieski - kulturę, a czarny - szlak zabytków techniki. Jest też część poświęcona atrakcjom przyrodniczym i krajoznawczym.
Tomasz Stemplewski, szef wydziału promocji regionu w Urzędzie Marszałkowskim, zapowiada, że wszyscy ludzie związani z turystyką w województwie przejdą specjalne szkolenia. - Chcemy, by turyści byli lepiej informowani o atrakcjach. By sołtys wsi gdzieś na Jurze lub w górskiej wsi potrafił doradzić gościowi, co zwiedzić - zapowiada Stemplewski.
Przedstawiciele Śląskiej Organizacji Turystycznej zapowiadają, że przewodnik w wersji książkowej i multimedialnej będą promować na targach turystycznych i przy okazji wielkich imprez, np. w Spodku czy na Stadionie Śląskim. Można go będzie kupić w punktach informacji turystycznej i w księgarniach.


Uhonorują autonomię w Rybniku?
Dziennik Zachodni, Karina Sieradzka 2007.01.03
Ruch Autonomii Śląska chce przemianować rybnicki plac Wolności na plac Autonomii Śląska. Pismo w tej sprawie wpłynęło właśnie do urzędu miasta, adresowane jest do rybnickich radnych. Autorem pisma jest Jan Rduch z rybnickiego koła RAŚ. Pisze on do radnych m.in.: Ufamy i wierzymy, że Wy Rajcowie w tej kadencji, okażecie szacunek dla Testamentu naszych Ojców i Matek, dla historii tej ziemi, którą tworzyli i na nasz postulat odpowiecie uchwałą godną tej ziemi, tak że 15 lipca 2007 roku, w 87. rocznicę nadania Górnemu Śląskowi Autonomii plac zaświadczać będzie o tym historycznym fakcie - napisał Rduch agrumentując, że byłoby to przywrócenie śląskiego ducha miastu.
- To skazany na niepowodzenie szantaż polityczny. Pomysł jest zupełnie nietrafiony - uważa Marek Szołtysek, rybnicki historyk i autor książek na temat historii Rybnika i Śląska.
Marek Gruszczyk, pasjonat od lat kolekcjonujący dawne pocztówki Rybnika, zwraca uwagę, że nazwa plac Wolności jest właśnie nazwą historyczną.
Wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie została nadana po wyzwoleniu Rybnika przez Armię Czerwoną, ale właśnie na cześć powrotu Śląska do Polski, w latach 30. minionego stulecia.
- Wcześniej plac Wolności nazywany był Nowym Rynkiem. Podczas II wojny światowej przemianowany został na Adolf Hitler Platz, by po wojnie wrócić do nazwy plac Wolności - mówi Marek Gruszczyk.
Wątpliwości co do proponowanej nazwy ma również Bogdan Kloch, dyrektor Muzeum w Rybniku. - Może raczej należałoby iść w stronę historii tego miejsca, albo historii Rybnika? - zastanawia się Bogdan Kloch. Jego zdaniem warto by w ten sposób uhonorować założycieli miasta, o których nigdzie poza historycznymi książkami, się nie wspomina.
- Taką ważną postacią był książę Mieszko, ród Lubkowitzów, czy nawet Hermann Muller, właściciel rybnickiego browaru. Może by obecny plac Wolności nazwać imieniem któregoś z nich - zastanawia się Bogdan Kloch.
Dodaje jednak, że takie zmiany musiałaby być poprzedzone konsultacjami społecznymi, bo to przecież mieszkańcy powinni wypowiedzieć się na ten temat.
- Absolutnie nie wyobrażam sobie zmiany nazwy placu Wolności. Może inicjatorzy tego chcą, bo ich siedziba się tam mieści? - zastanawia się Jerzy Moskalik, mieszkaniec Rybnika.


Powstańcy śląscy w internecie
Gazeta Wyborcza, jk 2007.01.02
Dzięki pracownikom Archiwum Państwowego w Katowicach większość dokumentów z nowojorskiego Archiwum Powstań Śląskich jest już zmikrofilmowana i zeskanowana i dostępna na miejscu.
Tzw. Archiwum Powstań Śląskich od II wojny światowej znajduje się w nowojorskim Instytucie im. Józefa Piłsudskiego. W czasach PRL-u polscy historycy nie mieli do tych dokumentów dostępu, niewielu wiedziało o ich istnieniu. Sytuacja zmieniła się dopiero kilka lat temu. Dzięki porozumieniu Urzędu Marszałkowskiego, Archiwum Państwowego i Biblioteki Śląskiej dokumenty są stopniowo przywożone do Polski. Po konserwacji wracają za Ocean, zaś w Polsce pozostają ich kopie - mikrofilmy i skany. Setki godzin nad ich przygotowaniem spędzili w Archiwum Państwowym Andrzej Raczyński i jego syn Marcin. - To praca żmudna i wymagająca wielkiej cierpliwości, bo wiele dokumentów prawie rozsypuje się w rękach - chwali swoich pracowników dr Piotr Greiner, dyrektor katowickiej placówki.
Niewykluczone, że część dokumentów będzie też dostępna w wersji papierowej - w tekstach źródłowych. W Muzeum Śląskim i na Uniwersytecie Śląskim ruszyły badania naukowe w oparciu o świeżo odkryte dokumenty. Pod kierunkiem Edwarda Długajczyka powstaje np. praca magisterska o 2. Pułku Strzelców Rybnickich. Wiele ciekawych informacji o powstaniach wnoszą również odnalezione w nowojorskich archiwaliach dokumenty Izby Chorych w Sosnowcu, gdzie leczyli się powstańcy.
Zakończyły się już prace nad zawierającą 24 tys. nazwisk listą powstańców. W latach 1936-1939 sporządził ją Związek Powstańców Śląskich. Teraz ma być dostępna w internecie. Lista nie obejmuje wszystkich uczestników walk z lat 1919-1921, ale do tej pory nigdzie nie sporządzono tej wielkości bazy danych o powstańcach. Kolejne listy obejmować będą od kilkuset do kilku tysięcy nazwisk osób odznaczonych medalami i krzyżami za udział w powstaniach oraz wytypowanych do odznaczenia przez Wojciecha Korfantego, a także poległych.
Śląscy historycy chcą też przekonać resort obrony, by przekazał do Katowic dokumenty, które zgromadzono w Centralnym Archiwum Wojskowym. Na razie ministerstwo odmawia. Dla spopularyzowania wiedzy o powstaniach historycy planują również wydanie śpiewnika i płyty z pieśniami powstańczymi.


Śląsk potrzebuje odwagi ministra
Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 2007.01.01
Śląski NFZ obiecał, że zapłaci szpitalom za pacjentów, którym ratowano życie, i słowa nie dotrzymał. Odmawia szpitalom pieniędzy, bo doskonale wie, że żaden szpital nie odmówi pomocy śmiertelnie chorej osobie. Szpitale, nawet te najlepsze, popadają w długi.
Nie jest to ani słuszne, ani sprawiedliwe. Tak jak niesprawiedliwe są zasady podziału pieniędzy na leczenie między województwa. Nasz region nie może dostać więcej pieniędzy niż ustalony z góry procent. Dla Ministerstwa Zdrowia nie ma znaczenia, że działają tutaj specjalistyczne kliniki i leczą się u nas ludzie z całej Polski. To, że podział pieniędzy nie jest sprawiedliwy, widać gołym okiem. W całej Polsce stawki za leczenie są wyższe i nigdy nie brakuje tam pieniędzy na ratowanie życia pacjentów.
Trzeba jak najszybciej zmienić niesprawiedliwe zasady. Może to zrobić minister zdrowia Zbigniew Religa, ale musi się wykazać odwagą. Pewnie zostanie zaatakowany, że wspiera swoich, na Śląsku. Pewnie padną oskarżenia, że jeśli dołoży pieniędzy nam, to odbierze innym. Religa wiele razy udowodnił, że ma siłę i odwagę robić rzeczy, do słuszności których jest przekonany. Teraz Śląsk potrzebuje jego odwagi. Chodzi o los tysięcy chorych, którym Religa tak wiele już poświęcił.


Sylwester w śląskim planetarium
Gazeta Wyborcza, mag 2007.01.01
Na dziesięć minut zgasły światła. Wszyscy wpatrzeni w sufit słuchają opowieści o Wenus, ciepłej i gorącej, którą każdy chce spenetrować. Ot, zwyczajny seans. Pod kopułą sztucznego nieba kręci się wielki projektor. Ale wokół przy stołach nakrytych jadłem siedzą goście w strojach balowych. Pierwszy sylwester w śląskim planetarium. Zorganizowała go firma Mazurkas Travel z Krakowa dla firmy Moto Profil z Katowic. Trzeba było wynieść fotele kinowe, wnieść stoły i krzesła, sprowadzić gotowe potrawy, bo zaplecza kuchennego w takim obiekcie brak. Było drogo. Dla pracowników za darmo, ale ich przyjaciele płacili za zaproszenie 220 zł. Stawiło się 350 osób, pełne obłożenie. - Magiczna impreza - chwalili wszyscy. Tylko chmury przeszkodziły, żeby o północy zobaczyć przez teleskop, jak zmienia się rok. A kto tej nocy spacerował po chorzowskim parku, widział na końcu alei Gwiazd budynek mieniący się na niebiesko, zielono, różowo. Gdyby tak było zawsze...
Impreza sylwestrowa porządnie zasiliła budżet planetarium. Goście mogli bawić się z poczuciem, że nie wydają na zbytki.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Współpraca  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry