zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2007 marzec przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Nie pomijać Eichendorffa
Gazeta Wyborcza, Beata Łabutin 2007.03.07
Uroczystym spotkaniem w Muzeum Diecezjalnym zostanie w czwartek zainaugurowany Rok Eichendorffa w województwie opolskim. Na temat poety będzie mówić m.in. abp Alfons Nossol.
Eichendorff jest wart poznania i ukochania - takie hasło towarzyszy obchodom 150. rocznicy śmierci poety. Zgadza się z nim prof. Joanna Rostropowicz z Uniwersytetu Opolskiego, jedna z prelegentek.
- Rola Josepha von Eichendorffa jest bardzo znacząca - mówi. - Badacze spierają się oczywiście, czy jest on najlepszym poetą śląskim, jednak pamiętajmy, że właśnie on, nikt inny, trafił do tutejszego społeczeństwa. Tutejsza ludność, Ślązacy, przyjęła go za swojego. A to nie zdarza się często, by pieśni jakiegoś twórcy stały się pieśniami ludowymi, śpiewanymi przez całe społeczeństwo. Jego pieśni zaś były lubiane przez wszystkie generacje Ślązaków. Były śpiewane nie tylko przy okazji świąt, ale na co dzień w domu i zmuszały do refleksji. Ludzie się z nimi identyfikowali - podkreśla prof. Rostropowicz.
Dodaje, że Ślązakom odpowiadało jego spojrzenie na świat, widzenie przyrody, stosunek do Boga i do wiary. - Ujęła ich głęboka religijność Eichendorffa - dodaje prof. Rostropowicz.
Przyznaje, że w poezji Eichendorffa chodziło nie tyle o formę, co o uczucia i nastroje; stał się ważny dla tutejszego społeczeństwa, bo potrafił wzruszyć.
Prof. Rostropowicz podkreśla, że to wszystko są powody, dla których powinniśmy pielęgnować pamięć o Eichendorffie. - Jest związany z naszą ziemią. Oczywiście należy do kręgu literatury niemieckiej, tego nikt nie kwestionuje, ale żył w Łubowicach, gdzie mówiło się po śląsku. Żył w tym środowisku, dlatego jest nam bliski. Jeśli chcemy mówić o wartościach tej ziemi, nie możemy pominąć poety, którego ludzie obrali sobie za swojego i się z nim identyfikują.
Górnośląskie Centrum jego imienia w Łubowicach przez cały rok będzie organizowało imprezy związane z osobą poety, m.in. spotkania, koncerty. W październiku odbędzie się międzynarodowa konferencja poświęcona poecie, z udziałem badaczy jego poezji. (...)
Obchody organizują: Centralna Biblioteka Polsko-Niemiecka Caritas w Opolu, Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Instytut Germanistyki UO.


Granica między chlewikami
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.03.29, Polsko-niemiecka granica między chlewikami
Przed II wojną światową po Śląsku kursowały eksterytorialne tramwaje, a granica państwowa oddzielała czasami dom i przystające do niego chlewiki. Wystawę na ten temat przygotowują śląscy historycy.
Po plebiscycie i trzecim powstaniu Górny Śląsk przygotowywał się do wielkiej operacji, jakiej nie widziała ówczesna Europa. Przez kilka miesięcy trwało wytyczanie linii granicznej oddzielającej część polską od niemieckiej. Granica przebiegała czasami pomiędzy domami, podwórkami i szybami kopalnianymi. Na drogach wyrosły szlabany i posterunki żołnierzy, a w bardziej reprezentacyjnych budynkach urządzono domy celne. Granica, którą wyznaczały białe słupki graniczne z literami P i D (oznaczającymi, po której stronie jest Polska i Niemcy), istniała 17 lat - od czerwca 1922 roku do września 1939 roku. - To epizod w historii Górnego Śląska, o którym dziś coraz mniej osób pamięta, a dla wielu mieszkańców wtedy oznaczał rozpoczęcie całkiem nowego życia. Do 1924 roku około 200 tys. ludzi przeprowadziło się z jednej strony na drugą. Zdarzało się, że aby odwiedzić dziadków albo dotrzeć do pracy, trzeba było przekraczać granicę. Czasem podział był tak absurdalny, że ktoś mieszkał w Polsce, a chlewik miał w Niemczech - mówi dr Piotr Greiner, historyk, dyrektor Archiwum Państwowego w Katowicach.
Wystawę Na granicy. Rzecz o czasach, ludziach, miejscach przygotowuje przy współpracy Archiwum Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej. Udało się zgromadzić mapy, zdjęcia i dokumenty związane z granicą. Organizatorzy chcą też pokazać, jak wyglądało wtedy życie codzienne (...). Chcemy też pokazać, że - wbrew panującemu stereotypowi - prawie do wybuchu II wojny światowej to wcale nie była płonąca granica. Po obu stronach mieszkali tacy sami ludzie - tłumaczy ideę wystawy Dawid Smolorz z DWP-N-u. - Liczymy na pomoc mieszkańców Górnego Śląska, którzy udostępnią nam rodzinne zdjęcia i dokumenty związane z granicą, umożliwiając ich skopiowanie - dodaje.
Czytelnicy, którzy mogą pomóc organizatorom wystawy, są proszeni o kontakt z Elżbietą Więcek z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwcach, tel. 032 232 49 02, wew. 112. Wystawa rozpocznie się jesienią tego roku.


Górny Śląsk - bogactwo religii i wyznań
www.raslaska.org 2007.03.29.03, Startują przygotowania do GDD 2007
Spotkanie w Górnośląskim Centrum Kultury w Katowicach w dniu 2 kwietnia 2007 rozpoczyna przygotowania do tegorocznej edycji Górnośląskich Dni Dziedzictwa. Głównym organizatorem, podobnie jak w latach 2005 i 2006, jest Młodzież Górnośląska.
W roli współorganizatorów obok Ruchu Autonomii Śląska wystąpią inne organizacje i środowiska zajmujące się ochroną i promocją dziedzictwa kultury materialnej w regionie. Program najbliższej edycji określa hasło Górny Śląsk - bogactwo religii i wyznań. Podobnie jak w poprzednich latach zainteresowani dziejami kultury historycznego Górnego Śląska będą mogli pod merytoryczna opieką wolontariuszy zwiedzać obiekty na terenie województw opolskiego i śląskiego.
Zainteresowanych współpracą zachęcamy do kontaktu z Karolem Sikorą z Młodzieży Górnośląskiej pod adresem mailowym karl_s@poczta.onet.pl.


Śląscy filmowcy pojadą do Hollywood
Gazeta wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.03.27, Śląscy filmowcy pojadą na festiwal do Hollywood
- Za oceanem może spodobać się historia Śląska, bo to taki spełniony amerykański sen - mówi dokumentalistka Jadwiga Kocur.
W połowie kwietnia Los Angeles na tydzień stanie się stolicą polskiej kinematografii, a to za sprawą organizowanego przez tamtejszą Polonię Festiwalu Filmów Polskich. Tej prestiżowej imprezie przyglądają się najwięksi amerykańscy producenci. W tym roku po raz pierwszy Śląsk będzie miał za oceanem silną reprezentację.
W ramach części dokumentalnej Kocur pokaże swój film poświęcony architekturze Górnego Śląska z lat 20. i 30. XX w. Dwugłowy smok ratuje od zapomnienia perły awangardowej, funkcjonalistycznej architektury. Wyświetlany na wielu pokazach w całej Polsce otrzymywał entuzjastyczne opinie. - Za oceanem może spodobać się historia Śląska, bo to taki spełniony amerykański sen. Bogactwo zdobywali tu ludzie dzięki ciężkiej pracy - mówi Kocur.
Oprócz dokumentu dokonania śląskiej kinematografii prezentować będzie trzech studentów Wydziału Radia i Telewizji im. Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Do Hollywood pojedzie Paweł Dyllus, autor zdjęć do filmu Sezon na kaczki. To jeden z najpiękniejszych filmów, które ostatnio powstały w kraju. Opowieść rozgrywa się w zimowym krajobrazie, dwóch braci wybiera się po sezonie na polowanie na kaczki. Dramat rozpoczyna się, gdy młodszy nieumyślnie zastrzelił starszego brata. Zdjęcia Dyllusa doceniono na najbardziej znaczącym w świecie sztuki operatorskiej festiwalu Camerimage, gdzie otrzymał Złotą Kijankę, nagrodę dla młodego twórcy.
Katowicki wydział będą prezentować również Adam Palenta, operator filmu Kawałek nieba, oraz Kacper Serdacz, autor zdjęć do filmu Rawen. Czy pójdą w ślady katowiczanina Sławomira Idziaka, najbardziej rozchwytywanego operatora w fabryce snów? Krystyna Doktorowicz, dziekan Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, jest pewna, że wyjazd to dla studentów duża szansa. - W tym zawodzie trzeba zaistnieć, najlepiej poprzez udział w festiwalach. Studenci zobaczą, jak pracuje się w Hollywood, będą uczestniczyć w warsztatach. Mam tylko nadzieję, że amerykańscy producenci nie zabiorą nam wszystkich operatorów z kraju - żartuje Doktorowicz.
Za oceanem widzowie zobaczą też Co słonko widziało - film Ślązaka Michała Rosy. (...)


Ruszyła budowa A1 na Śląsku
Gazeta Wyborcza, tg 2007.03.26
Jerzy Polaczek, minister transportu, wbił w poniedziałek symboliczną łopatę pod budowę autostrady A1 na Śląsku między Sośnicą a Bełkiem. Odcinek będzie miał 15,4 km długości i po trzy pasy ruchu w obu kierunkach. Koszt inwestycji to ponad 800 mln zł, z czego 83 proc. pochodzić będzie z europejskiego Funduszu Spójności, a reszta z budżetu państwa.
A1 między Sośnicą a Bełkiem będzie jednym z najtrudniejszych odcinków. Na zaledwie 15 km powstaną aż 33 mosty i wiadukty.
Cały śląski odcinek A1 będzie miał 166,8 km długości i - według zapewnień ministra Polaczka - ma być gotowy do 2010 roku. Inwestycję podzielono na sześć etapów, a umowy z przyszłymi wykonawcami mają być podpisane jeszcze w tym roku. (...)


Mapka państwa śląskiego w Dzienniku
Dziennik, Philipa Longmana 2007.03.25, Europa za 50 lat
Unia Europejska nie doczeka setnych urodzin. Na panewce spali też plan przekształcenia Wspólnoty w drugie Stany Zjednoczone: superpaństwo ze wspólną tożsamością narodową - pisze w DZIENNIKU Philip Longman, demograf, ekonomista i socjolog.
Kontynent powróci do XVI wieku: ulegnie głębokim podziałom, a poszczególne państwa będą rozdarte konfliktami. Przyczyną rozpadu nie będzie wcale wymieranie starych narodów i rosnąca emigracja. Te trendy zresztą niedługo się odwrócą. Sądzę, że w każdym z państw będą na znaczeniu zyskiwały dwa obozy: z jednej strony będą to ludzie żarliwie wierzący - chrześcijanie i muzułmanie, a z drugiej ludzie mocno przywiązani do świeckości. I właśnie konflikty między tymi grupami rozsadzą Unię.
Kto ma dzieci?
O ile proeuropejscy i tolerancyjni liberałowie z reguły nie dbają o posiadanie dzieci, o tyle ludzie religijni - zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie - nie zapominają o potomstwie. W Polsce, ale także innych krajach kontynentu, są duże grupy katolików, którzy żyją według nakazu idźcie i rozmnażajcie się. Co więcej, większość imigrantów przybywających do Europy z Afryki czy Azji to praktykujący chrześcijanie i muzułmanie. Jeśli nie dojdzie więc do zarazy, wojny albo klęski głodu, liczba ludności Europy na powrót zacznie rosnąć.
Jednak proporcje poszczególnych grup zmienią się bardzo dramatycznie. W następnym pokoleniu Europejczyków będzie proporcjonalnie znacznie więcej potomków ludzi religijnych, zarówno chrześcijan, jak i muzułmanów. Przypuszczam, iż będziemy świadkami odrodzenia się religijności w całej Europie.
Nie będzie Eurabii
Mylą się także ci, którzy straszą wizją powstania na Starym Kontynencie Eurabii. Czyli społeczeństwa, w którym biali Europejczycy zostaną zdominowani przez imigrantów z krajów muzułmańskich dążących do utworzenia kalifatu.
Po pierwsze, Europejczycy znów zaczną mieć dzieci. A po drugie, w świecie islamskim - wbrew temu, co widzimy codziennie na ekranach telewizorów - istnieje silna tendencja do sekularyzmu na wzór zachodni. Choć w państwach islamskich nadal rodzi się proporcjonalnie więcej dzieci niż w Europie, to dzietność spada tam znacznie szybciej niż w krajach UE. Iran i inne kraje regionu będą starzeć się zdecydowanie gwałtowniej niż społeczeństwa europejskie. (...)
Powrót wojen religijnych
Mimo to islam będzie zyskiwać na sile i znaczeniu w państwach europejskich. Trzeba przy tym pamiętać, że jedną z cech społeczeństwa religijnego jest nietolerancja w stosunku do innych wyznań. Możemy oczekiwać zatem bardzo wielu napięć pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami. W przyszłości Europą znów wstrząsać będą wojny religijne - albo faktyczne, albo kulturowe. Dodatkowo, tradycjonalistyczny światopogląd bardzo często idzie w parze z przywiązaniem do pojęcia narodu. Obecne tendencje się odwrócą i pojęcie narodu ponownie zyska na znaczeniu. Możemy oczekiwać wzrostu poziomu szowinizmu, ksenofobii, a prawdopodobnie nawet pojawienia się jakiejś formy ideologii faszystowskiej. Dodatkowy wpływ na nasilanie się tych tendencji będzie miał lęk przed terroryzmem. Doprowadzi to do sytuacji, w której ludzie będą się bali kontaktów z obcymi. Będą chcieli wiedzieć, kim są ich sąsiedzi i mieć nad nimi kontrolę.
Upadek państwa opiekuńczego
Rozpad Unii, powrót barier handlowych i granic wywołają poważne kryzysy gospodarcze. Śmiercią naturalną umrze też mocno nadwyrężony europejski model państwa opiekuńczego.
Niektórzy bardzo dobrze przystosują się do życia bez liczenia na np. państwową emeryturę czy państwową opiekę zdrowotną. Będą to przede wszystkim ludzie potrafiący wykorzystać silne więzi społeczne działające na podstawie kościoła lub meczetu czy ich własne rodziny.
Właśnie na tym historycznie polegała rola rozbudowanej rodziny. Chodziło o organizację zbiorowego działania spokrewnionych osób, by dbały o siebie nawzajem: pomoc otrzymywał ten, komu była ona potrzebna. Tymczasem współczesne europejskie państwa opiekuńcze rozstrzygają te kwestie według sztywnej formuły. Z czasem coraz więcej zasobów zaczęło być przeznaczanych na zaspokajanie potrzeb ludzi starych bez względu na to, czy było im to faktycznie niezbędne, czy nie. Państwo ograniczało natomiast pomoc dla dzieci i młodych rodziców. Skutki tego Europejczycy odczuwają dziś coraz boleśniej.
Nieubłagana demografia
Co mogłoby sprawić, że te przewidywania się nie spełnią? Otóż dzieci ludzi religijnych niekoniecznie same muszą w dorosłym życiu przestrzegać zaleceń wiary ojców. Wyobraźmy sobie społeczeństwo jako dwa obozy: laicki i religijny. Między nimi dochodzi oczywiście do zdrad; w ciągu ostatnich dwustu lat historii Europy znacznie więcej ludzi z religijnych rodzin się sekularyzowało niż odwrotnie. Jednak dawniej nie wpływało to w tak ogromnym stopniu na posiadanie dzieci jak obecnie. Teraz sytuacja wygląda tak, że nawet jeśli sporo dzieci religijnych rodziców przejdzie do świeckiego obozu, to wciąż w kolejnych pokoleniach ludzi religijnych i konserwatywnych będzie coraz więcej, a niewierzących i liberalnych coraz mniej.
Europa w sposób nieunikniony wchodzi więc w okres głębokich konfliktów, podziałów i chaosu, ale także odrodzenia religijnego, powrotu znaczenia rodziny i tradycyjnych wartości.


Śląscy patroni dla śląskich ulic
www.raslaska.org 2007.03.22
W wydanym w połowie marca 2007 komunikacie Prezes Instytutu Pamięci Narodowej zapowiedział, że będzie występował do odpowiednich jednostek administracji publicznej z informacjami na temat wciąż występujących w Polsce nazw ulic, placów, skwerów i obiektów architektonicznych oraz pomników, tablic i miejsc pamięci a także patronów i imion instytucji publicznych, będących w swej istocie formą okazywania czci i szacunku dla ideologii nazistowskiej i komunistycznej, ich reprezentantów względnie znaków i symboli. Jednocześnie IPN zaapelował do społeczności lokalnych o wskazywanie istniejących nazw, symboli i miejsc pamięci będących wyrazem hołdu dla zbrodniczych ideologii nazizmu i komunizmu.
Sprawa eliminacji z publicznej przestrzeni akcentów związanych z gloryfikacją ustrojów i ideologii totalitarnych oraz ich przedstawicieli wydaje się przesądzona. Dotyczy to szeregu ulic, placów czy skwerów na terenie Górnego Śląska. Powstaje zatem szansa na uhonorowanie postaci i wydarzeń wpisanych w historię i tradycję naszego regionu. Ruch Autonomii Śląska podjął już działania w tym kierunku. Od kilku lat trwa batalia o zmianę patrona niewielkiej ulicy Ilji Erenburga w Opolu. Sowiecki pisarz zasłynął zredagowaniem odezwy do żołnierzy Armii Czerwonej, w której wzywał do mordowania Niemców, w tym, ludności cywilnej. Pragnienie Erenburga spełnione zostało także w samym Opolu i w sąsiednich wioskach, gdzie krasnoarmiejcy dopuścili się masowych mordów na Ślązakach. Mimo to władze miasta długo wzbraniały się przed zmianą patrona. Sprawa nabrała tempa, gdy prawicowi radni przedstawili swoje propozycje nazw opolskich ulic, w tym także ul. Erenburga. Zabrakło wśród nich postaci związanych z historią Górnego Śląska. Opolski RAŚ prowadzi starania, by nowym patronem ulicy Erenburga stał się hrabia Michael Matuschka, starosta opolski zaangażowany w antyhitlerowski ruch oporu, zamordowany przez nazistów w 1944 roku.
Z podobną sytuacją mamy do czynienia w Rudzie Śląskiej. Koło RAŚ wnioskowało o zmianę nazwy ulicy Gwardii Ludowej przy nowobytomskim osiedlu Kaufhaus na Eduarda Meyera, dawnego dyrektora Huty Pokój, zasłużonego dla rozwoju tego przemysłowego zakładu. Pierwszy wniosek w tej sprawie został odrzucony przez władze miasta.
Apelujemy do mieszkańców Górnego Śląska o nadsyłanie informacji o nazwach ulic i placów, które mogą zostać zmienione wskutek interwencji IPN, oraz o proponowanych patronach, związanych z naszym regionem.


Niszczą nasze dziedzictwo!!!
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.03.23, Śląskie zabytki poprzemysłowe bez ochrony
Z powierzchni ziemi zniknęła już Huta Szopienice, w tym unikatowa w skali światowej estakada hutniczej kolei wąskotorowej. Dochodzi do dewastacji, bo brakuje osób zajmujących się ochroną zabytków przemysłowych.
W naszym regionie ochroną dziedzictwa przemysłowego zajmują się tylko dwie osoby. Piotr Wybraniec jest jedną z nich. W poniedziałek w biurze wojewódzkiego konserwatora zabytków w Katowicach przyjmuje petentów. W pozostałe dni przebywa w terenie. - Często już po fakcie dowiadujemy się, że coś zostało zniszczone. Tak było np. z młynami w Raciborzu (...) - mówi Wybraniec. Opowiada, jak właściciel huty w Chorzowie w pośpiechu zezłomował zabytkowe maszyny, bo dowiedział się, że konserwator stara się je wpisać do rejestru zabytków. Gdyby inspektorów było więcej, pewnie zdążyliby ochronić urządzenia przed dewastacją.
Zdaniem Jerzego Gorzelika, historyka sztuki i prezesa Ruchu Autonomii Śląska, problem mógłby zostać rozwiązany, gdyby uprawnienia wojewódzkiego konserwatora zabytków w dziedzinie ochrony dziedzictwa przemysłowego przejęli konserwatorzy w poszczególnych miastach. - Zwykle gminy nie korzystają z tej możliwości. Chlubnym wyjątkiem jest Ruda Śląska - mówi Gorzelik.
Rudzki konserwator ma szerokie uprawnienia, czego efekty widać w mieście. Uratował np. szyb Mikołaj wraz ze stuletnią maszyną parową. Ostatnio dzięki jego staraniom odrestaurowano szyb Andrzej, jedyny na Górnym Śląsku, który wygląda jak obronna baszta, a w Nowym Bytomiu efektownie podświetlono wieżę wodną.
Na drugim biegunie są Katowice, Chorzów, Gliwice i większość miast aglomeracji. Tam konserwatorzy miejscy nie mają uprawnień do ochrony dziedzictwa przemysłowego. Chorzowska Huta Kościuszko jest stale dewastowana. Katowickie Zakłady Metalurgiczne Silesia w kilka lat rozszabrowano.
Problem znany jest wicewojewodzie Wiesławowi Maśce, któremu podlega wojewódzki konserwator. - Wkrótce rozstrzygniemy konkurs na stanowisko wojewódzkiego konserwatora zabytków. Swoją pracę rozpocznie od reorganizacji pracy biura. Przekonam go, by wzmocnił pion zajmujący się ochroną zabytków techniki. Z rezerw budżetowych mogę wysupłać pieniądze tylko na jeden dodatkowy etat. Więcej obiecać nie mogę - mówi wicewojewoda.


Wspaniała wystawa na żorskim rynku!
Dziennik Zachodni, Tomasz Siemieniec 2007.03.23, Mieszkańcy Żor, wychodząc na miejską starówkę mają okazję... przenieść się w czasie o sto lat
W ramach projektu związanego z obchodami jubileuszu miasta na rynku ustawiono 12 potężnych fotografii, wykonanych przed wiekiem. - Kapitalny pomysł. Tak jakbym przeniósł się w czasie - ocenia Jan Żur, mieszkaniec Żor.
Dwanaście dużych, starych fotografii ustawiono w miejscach, w których przed stu laty nieznany fotograf przycisnął spust migawki aparatu. W ten sposób autorzy niecodziennej wystawy uzyskali piorunujący efekt. - Stojąc przed fotografią mamy przed sobą dwa obrazy Żor. Na zdjęciu widzimy przystanek autobusowy i kamienice z XIX wieku, a gdy popatrzymy obok zdjęcia widzimy dokładnie to samo miejsce, tylko ponad sto lat później - mówi Tomasz Górecki, jeden z pomysłodawców wystawy.
Zarówno mieszkańcy, jak i ci, którzy na żorskim rynku znaleźli się przy okazji, są zachwyceni. - Mieszkam tutaj od ponad dwudziestu lat i interesuję się historią miasta. Już kilka lat temu widziałem te fotografie, ale pomysł ich powiększenia i ustawienia w miejscach, gdzie sto lat temu stał ich autor, jest naprawdę niezwykły - mówi Jan Żur.
Fotografie wykonano na przełomie XIX i XX wieku, ich autorzy są nieznani. - Zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów mieszkańców. Kilka lat temu odpowiedzieli oni na apel muzeum, które wydało album pt. Żory światłem malowane - opowiada Tomasz Górecki. - To bardzo dobry pomysł - mówią Grażyna i Dorota, żorskie gimnazjalistki. - Fajnie jest zobaczyć, jak kiedyś wyglądały nasze Żory. Ale muszę zaznaczyć, że teraz rynek bardziej mi się podoba. Jest więcej zieleni - mówi Grażyna, patrząc na zdjęcie starówki z 1908 roku.
Niezwykłe jest to, że patrzymy na miasto z tego samego miejsca, w którym sto lat temu przystanął nieznany fotograf i zrobił zdjęcie. - Aby uzyskać taki efekt musieliśmy się trochę nachodzić po rynku i przymierzać zdjęcia do miejsc, z których zostały wykonane. (...) - mówi Tomasz Górecki.
Wystawę starych fotografii można oglądać przez cały dzień, a nawet w nocy. Wystawa jest okazją do historycznej podróży w czasie. Wystarczy poświęcić kilka minut podczas niedzielnego spaceru i zabawić się w wyłapywanie różnic między tym, co jest na zdjęciu, a tym, co znajduje się za nim. (...)


Seks przestaje być w Śląsku tabu
Dziennik Zachodni, Maciej Wąsowicz, osz 2007.03.22, Seks przestał być tabu, nie boimy się nowości w łóżku
Inicjacja seksualna dużo wcześniej niż w innych miejscach kraju, śmiałe zachowania w łóżku i częste zdrady małżeńskie - tak jawi się nasz region w najnowszym raporcie Zakładu Seksuologii Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. Badania przeprowadzone wśród młodych ludzi (16-35 lat), których wyniki właśnie teraz podsumowano, nie pozostawiają wątpliwości: - Jesteśmy odważniejsi w tych sprawach niż jeszcze kilka lat temu - mówi dr Krzysztof Nowosielski ze Śląskiej Akademii Medycznej.
Wśród danych, które mogą wywołać wstrząs - takich jak te, że już nawet 14-letni chłopcy i 16-letnie dziewczynki przeżywają inicjację seksualną - są i takie, po których oblejemy się zdrowym rumieńcem. Okazuje się, że sypialnie to wcale nie jedyne miejsca, gdzie lubimy to robić. Łazienka, samochód, kino? Badania mówią - owszem, w tych miejscach odbywa się to coraz częściej. Słowem - fantazji nam nie brakuje.
Wbrew stereotypowi mówiącemu o śląskim tradycjonalizmie, wcale nie obawiamy się nowości w łóżku. Przestajemy bać się eksperymentów, śmiało zaglądamy do sexshopów. Niestety - fatalnie wyglądamy w badaniach na temat wierności. Aż 58 procent mężczyzn w naszym województwie przyznaje się do zdrady małżeńskiej. Także Ślązaczki coraz rzadziej widzą się wyłącznie w roli strażniczek domowego ogniska. W badaniach aż 46 procent z nich przyznało się do zdrady.
W opozycji do tych danych - w świetle których jesteśmy demonami seksu - stoją wyniki analiz opisujących częstotliwość łóżkowych zbliżeń. Weźmy dla przykładu populację młodych śląskich kobiet - 10 procent z nich mówi, że uprawia seks raz w roku, a ponad 5 procent - że nie robi tego wcale. Kochamy się zatem niezbyt często, ale za to pikantnie.
Dr Krzysztof Nowosielski ze ŚAM, który razem z prof. Violettą Skrzypulec, dr Agnieszką Drosdzol, Robertem Kowalczykiem i Magdaleną Łosik przygotował jedno z pierwszych tego typu profesjonalnych opracowań dotyczących zachowań seksualnych mieszkańców Górnego Śląska, nie dziwi się tym danym. Niektóre wyniki badań mogą jednak zastanawiać. - Już nawet 14-letni chłopcy i 16-letnie dziewczynki przeżywają inicjację seksualną. To o wiele wcześniej niż w innych regionach kraju - mówi dr Nowosielski.
Według ogólnopolskich badań, które przeprowadził Zbigniew Lew-Starowicz, średni wiek inicjacji w naszym kraju to 18 lat. Jednak w konkretnych przypadkach zdarza się, że życie płciowe rozpoczynają nawet uczniowie gimnazjum. Wczesne rozpoczęcie życia seksualnego wśród Ślązaków nie dziwi socjologa Krzysztofa Łęckiego z Uniwersytetu Śląskiego. - Seks przestał być u nas tematem tabu - ocenia Łęcki. - Jest obszarem naszego życia, o którym mówi się z ostentacją. Do szybszej inicjacji seksualnej młodzieży przyczynia się także duże zagęszczenie ludności. Śląsk to duża aglomeracja. Młodzież puszczona sama sobie ogranicza swoją ciekawość świata do seksu i alkoholu.
- Podstawą seksu powinno być uczucie. Jeżeli dwoje osób darzy się miłością, to intymne zbliżenie będzie tego dopełnieniem. Tak było w naszym przypadku. Zdecydowaliśmy się na seks dopiero wtedy, gdy byliśmy pewni swoich uczuć - mówią Katarzyna Żmudzka i Maciej Skowroński z Dąbrowy Górniczej. Od trzech lat tworzą zgodną i kochającą się parę. - Kiedy jest czas na pierwsze zbliżenie? To zależy od dojrzałości młodych ludzi. Można być dojrzałym zarówno w wieku 16 lat, jak i osiągnąć to dopiero po dwudziestce - dodają zgodnie.
Purytańska i konserwatywna dotąd śląska sypialnia zaczyna być miejscem bardziej fantazyjnych uciech. Temat seksu zaczął wychodzić poza małżeńskie łoże. Gdzie Ślązacy lubią się kochać? Które miejsca działają na nich jak afrodyzjak? Podnieca ich uprawianie seksu m.in. w łazience, co deklaruje 40 proc. kobiet i 28 proc. mężczyzn. Na miejsce erotycznych uciech wybierany jest także samochód. Miłość na tylnym siedzeniu zadeklarowała aż połowa mężczyzn i 43 proc. kobiet. Na tym nie koniec. W miejscach publicznych (np. w kinie) oraz w szkole lub w pracy seks uprawia blisko jedna piąta Ślązaków. - Seks nie jest niczym złym, po warunkiem, że podchodzi się do niego z głową i z umiarem. Nic na siłę - mówią Katarzyna i Maciej. (...)


W Opolu Sowieci mordowali Ślązaków
Gazeta Wyborcza, Dorota Wodecka-Lasota, współpraca Leszek Frelich 2007.03.19
Przy byłej ul. Jagiellońskiej w Opolu prawdopodobnie była po wojnie sowiecka katownia, w której zamordowano 124 Ślązaków (...). Na trop mordów wpadł obecny pracownik opolskiego więzienia dr Andrzej Kurek. Przygotowując pracę na temat jego historii, znalazł w Archiwum Państwowym rejestr alfabetyczny niemieckiego więzienia w Opolu w latach 1933-1946.
- Dowiedziałem się z niego, że począwszy od przejęcia więzienia przez władze polskie, czyli od kwietnia 1945 roku do końca 1946 roku, 124 więźniów umarło poza jego siedzibą, która była przy ul. Sądowej. Jako miejsce zgonu tych ludzi w rejestrze podawano ul. Jagiellońską 1, czyli budynek, który nigdy nie należał do więziennictwa - wyjaśnia dr Kurek.
Przejrzał tzw. księgi zejścia w Urzędzie Miasta w Opolu. Wynikało z nich, że na Jagiellońskiej jednego dnia umierało po kilku więźniów, zaś akty ich zgonów wypisywane były nawet kilka miesięcy później. I to seryjnie - po kilkanaście jednego dnia. Często nie ma w nich odnotowanej przyczyny zgonu. Jeśli jest, to podaje się udar serca lub ogólne wycieńczenie.
- Te zgony nie mogły być naturalne. Prawdopodobnie na ul. Jagiellońskiej była katownia, do której przewożono więźniów z więzienia przy Sądowej - uważa dr Kurek.
W niewyjaśnionych dotąd okolicznościach umarło na Jagiellońskiej ponad 100 osób narodowości niemieckiej, kilku - narodowości polskiej, a w przypadku kilkunastu osób ich narodowości nie określono.
Morel i Sowieci
W latach 1945-47 budynek przy Jagiellońskiej 1 był we władaniu wojsk sowieckich. Ulica była zamknięta dla mieszkańców.
Od grudnia 1945 do września 1946 naczelnikiem opolskiego więzienia był osławiony Salomon Morel. Wcześniej, od lutego do listopada 1945 r., zarządzał obozem w Świętochłowicach, w którym w ciągu kilku miesięcy z powodu tyfusu zmarło przynajmniej półtora tysiąca osób - osadzonych bez sądu, w większości Ślązaków.
Po odejściu z Opola Morel kierował obozem w Jaworznie, do którego zsyłano m.in. akowców i podejrzaną o antykomunizm młodzież. Tam też część więźniów zmarła.
W latach 90. prokuratura postawiła Morelowi zarzut zbrodni ludobójstwa, ale ten po wszczęciu śledztwa wyjechał do Izraela, który odrzucił wniosek o jego ekstradycję. 87-letni Morel zmarł tam kilka tygodni temu.
Będą badania mogiły
W lipcu 2005 roku prokurator IPN Grzegorz Bryda rozpoczął dochodzenie w sprawie śmierci więźniów. Przeprowadził wizję lokalną w obiekcie, który mógł być katownią. Prokurator nie odnalazł żadnych świadków. W mocno przetrzebionych archiwach służby więziennej też nic nie było. Nie wiadomo też, co stało się z ciałami zabitych. - Wszystko przelewa się przez palce. O 30 lat za późno to wypłynęło - komentuje prokurator Bryda, który pod koniec ubiegłego roku umorzył śledztwo. - Ale to nie oznacza, że ta historia nie miała miejsca. Ja tylko nie mam na nią przekonywujących dowodów - dodaje.
Dziennikarze Gazety próbowali znaleźć świadków. Wspomagał nas ks. Wolfgang Globisch, duszpasterz mniejszości niemieckiej. Dr Kurek z kolei przekazał listę zabitych przy Jagiellońskiej do ks. Tadeusza Słockiego, na Półwieś, by poszukał nazwisk w księgach parafialnych. Nic nie znalazł.
W Komprachcicach natrafiliśmy jednak na ślad rodziny Buhl. To nazwisko jest na liście, ale spolszczone, bez litery h. - Majster drogowy Marceli Buhl mieszkał tu z rodziną przy ul. Opolskiej. Został zabrany do więzienia w Opolu w 1945 roku. Zginął tam, o czym jego żona dowiedziała się, kiedy zawiozła mu jedzenie. Wartownik powiedział jej, by już nic nie przywoziła, bo mąż dawno nie żyje - opowiada 74-letnia Kunegunda Koszyk, która była znajomą Buhlów.
Mówi, że te wspomnienia mimo upływu czasu są dla niej nadal bardzo bolesne. - Pani Buhl zmarła kilka lat później. Ich jedyny syn Ernst w 1945 r. dostał się do francuskiej niewoli, bo jako Ślązak był wcielony do Wehrmachtu. Na prośbę matki nie wrócił do Komprachcic. Matka obawiała się bowiem, że go zabiją tak, jak zabili jego ojca, którego ciała nigdy jej nie wydano.
- Grzebano ciała prawdopodobnie w miejscach nieoznakowanych na cmentarzu. Taka była praktyka - uważa dr Krzysztof Szwagrzyk, szef Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN we Wrocławiu, który na opolskich cmentarzach odnalazł już kilka miejsc tajnych pochówków akowców.
Dotarliśmy do byłego opolanina, dziś mieszkańca Bonn, który zajmuje się historią Opola i jego mieszkańców. Przesłał listę zabitych przy Jagiellońskiej do Heimatortskartei w Passau, czyli Kartoteki Wysiedlonych Niemców - instytucji, która prowadzi poszukiwania zaginionych w czasie wojennej zawieruchy. Powiadomił także Niemiecki Czerwony Krzyż w Hamburgu.
Jest jednym z niewielu świadków, o ile nie jedynym, którzy wiedzą, gdzie mogą być pochowani zamordowani w katowni w Opolu. - Widziałem na cmentarzu komunalnym w Opolu mogiłę, do której w latach 1945-46 przywożono zmarłych wozami konnymi. Ciała były zawinięte w słomę, a przywożący je zaprzęg należał do opolskiego więzienia - mówi i prosi, by nie ujawniać jego nazwiska.
Dokładnie opisał nam miejsce zbiorowej mogiły i przygotował odręczną mapkę, jak do niej dojść. Dzięki niej prawdopodobnie znaleźliśmy ten grób i informacje o nim przekazaliśmy dr. Szwagrzykowi. - To bardzo interesujące informacje. Zajmiemy się tą sprawą, przeprowadzimy badania, będziemy szukać zbiorowej mogiły - zapowiada dr Szwagrzyk.


Złoty skarb wykopany w Śląsku
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.03.19, Złoty skarb wykopany pod zamkiem
Sto średniowiecznych monet wykopali archeolodzy na zamku w Chudowie. - Takiego znaleziska nie mieliśmy na Śląsku od ponad 30 lat - nie kryje entuzjazmu Jacek Pierzak, archeolog z Biura Śląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Na monety naukowcy natrafili podczas prac wykopaliskowych na dziedzińcu chudowskiego zamku. Pod jednym z drewnianych elementów konstrukcji odnaleźli zbitą grudę wielkości pięści. - To była zwarta skorupa. Na początku nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, na jak cenne znalezisko natrafiliśmy - opowiada Przemysław Nocuń, archeolog, szef fundacji Zamek Chudów.
Dopiero po oczyszczeniu okazało się, że gruda to prawdziwy skarb. Kryła 97 tzw. brakteatów - cienkich, jednostronnie wybijanych monet. (...) Monety są z XV wieku. Mają od 8 do 10 milimetrów średnicy i pochodzą ze śląskich mennic w Opolu, Legnicy i Świdnicy. Zostały wybite ze stopu srebra i miedzi. - Właśnie dlatego, że są tak cienkie, łatwo ulegają zniszczeniu i należą do niezwykle cennych znalezisk - wyjaśnia Nocuń. - Poza tym jedna z monet to prawdziwy rarytas. Ma wybitą literę T. Do tej pory odnaleziono tylko cztery takie brakteaty. Niektórzy uważają, że pochodzą ze średniowiecznej mennicy w Toszku, o której istnienie do dziś spierają się historycy - dodaje.
Najmłodsze z monet pochodzą z ostatniego ćwierćwiecza XV wieku. To pozwoliło ustalić, że skarb został zakopany około 1475 roku. Jaka była wartość skarbu z Chudowa w średniowieczu i ile wart jest dziś, pozwolą ocenić dopiero szczegółowe badania numizmatyczne.
- To rewelacyjne odkrycie. W województwie śląskim bardzo rzadko udaje się odnaleźć średniowieczne monety. A tak duża ilość to już prawdziwa sensacja. Poza tym znalezisko jest niezwykle prestiżowe dla samego Chudowa. Jest kolejnym potwierdzeniem, że zamek był siedzibą rycerską już w średniowieczu. Być może sakiewka należała właśnie do któregoś z Chudowskich, którzy mieszkali tutaj, zanim powstał jeszcze zamek murowany - mówi Pierzak.


Spóźniony dobry przykład z Zabrza
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.03.18, Muzeum w zabrzańskiej wieży wodnej
Zabrze chce odkupić zdewastowaną wieżę ciśnień przy ul. Zamojskiego, którą sprzedało prywatnemu właścicielowi przed siedmiu laty. W jej murach siedzibę ma znaleźć Muzeum Miejskie.
Miłośnicy miasta o prawie stuletniej wieży mówią nie inaczej, jak ikona Zabrza. Wybudowana na jednym z najwyższych wzniesień w mieście, unikatowa ośmioboczna konstrukcja, wsparta na ceglanych podporach, góruje nad okolicą. - Wygląda jak startujący statek kosmiczny. To fenomen na skalę światową, drugiej takiej wieży nie ma nigdzie na świecie - mówi Dariusz Walerjański, historyk i prezes zabrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zabytkami.
Przez kilkadziesiąt lat wieża zaopatrywała zabrzan w wodę. Po wojnie, kiedy przestała być potrzebna, stopniowo popadała w ruinę. Mimo wielu pomysłów, jak zagospodarować zabytkową budowlę, władze miasta postanowiły ją sprzedać.
W 2000 r. kupił ją obywatel Szwajcarii Robert Wallon. Zapłacił za nią 409 tys. zł. W umowie zawartej z magistratem zobowiązał się, że do końca 2004 r. przekształci budowlę w obiekt kulturalny. Na obietnicach się skończyło, a inwestor zamiast uratować wieżę, przyczynił się tylko do jej dewastacji.
- Dwa lata temu okoliczni mieszkańcy zaalarmowali mnie, że w środku dzieje się coś złego. Z wnętrza widać było błyski ognia. Kiedy przyjechałem na miejsce z policją, okazało się, że robotnicy na zlecenie właściciela kończyli właśnie demontować ogromny stalowy zbiornik - opowiada Walerjański.
Z wnętrza wieży zniknęły wszystkie metalowe elementy, a przez zdewastowany dach wlewa się do środka woda. Nie pomaga nawet ponad 170 tys. zł kar nałożonych na właściciela za niedotrzymanie warunków umowy. Zabrzańskie władze postanowiły więc same ratować niszczejącą wieżę i rozpoczęły rozmowy w sprawie jej odkupienia.
- Prowadzimy rozmowy z przedstawicielem właściciela. Jesteśmy bliscy porozumienia. W przyszłym tygodniu powinniśmy znać konkretne ustalenia - mówi Dariusz Krawczyk, naczelnik wydziału kontaktów społecznych w zabrzańskim magistracie. (...)
Wyremontowana wieża w przyszłości miałaby się stać siedzibą Muzeum Miejskiego, które od dawna poszukuje nowej siedziby. Teraz swoje zbiory zabrzańskie muzeum przechowuje w budynku przy ul. 3 Maja 91, gdzie nie da się realizować funkcji wystawienniczych. - Jeżeli ten pomysł się powiedzie, to już sama siedziba będzie ogromną atrakcją dla zwiedzających - komentuje pomysł przeprowadzki do wieży Piotr Hnatyszyn z Muzeum Miejskiego w Zabrzu.
Według Walerjańskiego to ostatni dzwonek, by uratować wieżę. - Obecny właściciel doprowadził ją do stanu śmierci technicznej. Nie tylko przez zaniechanie, ale i rozmyślne działania. Jeśli teraz nie wie, co z nią zrobić, to powinien ją oddać miastu za symboliczną złotówkę - mówi historyk.


Muzeum Żydów Górnośląskich
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.03.16, Ruina zamieni się w muzeum
Gliwice dogadały się wreszcie z katowicką gminą żydowską, która przekaże miastu dom przedpogrzebowy przy ul. Poniatowskiego. W planach jest utworzenie tutaj muzeum Żydów - najpierw gliwickich, a w przyszłości górnośląskich.
Gliwicki dom przedpogrzebowy to jedna z niewielu ocalałych pamiątek po górnośląskich Żydach. Powstał w 1903 roku, według projektu Maksa Fleischera, który zasłynął również jako twórca wiedeńskiego ratusza. Dziś straszy powybijanymi witrażami, a dach grozi zawaleniem.
Właścicielem domu wciąż jest Skarb Państwa, a jego prawny spadkobierca Gmina Wyznaniowa Żydowska w Katowicach nie chce przejąć nieruchomości, tłumacząc się brakiem pieniędzy na utrzymanie obiektu. Tym samym gliwiccy urzędnicy mają związane ręce.
- Nie można przekazać pieniędzy na ratowanie czegoś, co nie jest naszą własnością - argumentują.
Patową od kilku lat sytuację rozwiązuje przekazanie domu przedpogrzebowego miastu. - Jesteśmy już bardzo blisko zawarcia porozumienia z prezydentem Gliwic, z tym oczywiście zastrzeżeniem, że obiekt będzie przeznaczony na cele muzealne, kulturalne i edukacyjne - tłumaczy Włodzimierz Kac, przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Katowicach.
Takie rozwiązanie odpowiada także miastu. - Właśnie przygotowujemy akt notarialny w tej sprawie. Wtedy będziemy mogli uruchomić pieniądze, które w pierwszej kolejności pozwolą uratować zabytek, a następnie utworzyć w tym miejscu muzeum - mówi Marek Jarzębowski, rzecznik gliwickiego magistratu. (...)


Kopalnie sprzedają atrakcyjne działki
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2007.03.16
Być może czeka nas rewolucja na śląskim rynku nieruchomości. Kopalnie zaczynają wyprzedawać należące do nich działki i nieruchomości. Okazało się, że sporo z nich znajduje się w bardzo atrakcyjnych miejscach: w samym centrum Gliwic czy wzdłuż autostrady A4.
Przez całe dziesięciolecia najpierw do kopalń, a potem do spółek węglowych trafiały działki, na których budowano mieszkania zakładowe, ośrodki wczasowe, stołówki, pawilony czy magazyny. W ten sposób górnictwo stało się - po Polskich Kolejach Państwowych - jednym z największych właścicieli nieruchomości na Śląsku. Teraz kopalnie postanowiły sprzedać niepotrzebny im majątek. I okazało się, że mogą na tym zarobić krocie. Sporo działek znajduje się bowiem w bardzo atrakcyjnych miejscach Śląska.
Kompania Węglowa w ostatnim czasie uruchomiła specjalną stronę internetową, gdzie można obejrzeć niektóre z nieruchomości. Są tam prawdziwe perełki. Chociażby działka w samym centrum Gliwic przy ul. Armii Krajowej, warta według bardzo ostrożnych szacunków kilkaset tysięcy złotych. Kopalnie mają też tereny wokół autostrady A4, w pobliżu stref ekonomicznych na Śląsku i w miejscowościach wypoczynkowych, takich jak Ustroń. - To dopiero początek, bo zupełnie niedawno zaczęliśmy przyglądać się temu co mamy i co moglibyśmy sprzedać. Mimo to deweloperzy już zaczęli pukać do naszych drzwi - przyznaje Artur Kosiński, wiceprezes Kompanii Węglowej, odpowiedzialny m.in. za sprawy nieruchomości.
Księgową wartość działek i nieruchomości należących dziś do Kompanii szacuje się na 480 mln zł. Wartość rynkowa w niektórych przypadkach może być jednak dużo wyższa. Spółka szacuje, że mogłaby sprzedać ok. 25 proc. swoich nieruchomości. - Tak naprawdę o wszystkim zadecyduje rynek, ale spodziewamy się, że sporo na tym zarobimy - mówi prezes Kosiński.
Podkreśla, że zasady będą jasne: na sprzedaż wszystkich działek zorganizowane zostaną przetargi. Kompania ma też inny pomysł na promocję. Już zaczęła dogadywać się z burmistrzami i prezydentami śląskich miast, by prezentując ofertę swoich gmin, przy okazji reklamowali też działki należące do górnictwa. (...)
- Oferta górnictwa może spowodować na rynku spore zamieszanie, bo deweloperzy rzucają się dosłownie na każdą okazję, a ceny nieruchomości na Śląsku w ciągu ostatniego półrocza wzrosły o 20 proc. - przyznaje Andrzej Kalus, szef Polskiego Stowarzyszenia Doradców Rynku Nieruchomości i jednocześnie właściciel agencji nieruchomości w Katowicach. - Działki należące niegdyś do kopalń mają ogromny plus - doskonałą lokalizację, co pokazała chociażby Silesia City Center, powstała przecież na terenach pogórniczych. Często jednak te tereny mają też duży minus - są zdegradowane i nieuzbrojone. Jeżeli jednak organizowałbym jakieś śląskie targi nieruchomości, to na pewno zaprosiłbym na nie przedstawicieli górnictwa - dodaje Kalus.


Wyjeżdżać ze Śląska czy nie?
Gazeta Wyborcza, Łukasz Smolin, Siemianowice Śląskie 2007.03.15
Pragnąłbym odnieść się do wypowiedzi nieznanego z imienia i nazwiska czytelnika Państwa pisma w temacie Wyjeżdżać ze Śląska czy nie w numerze z piątku 9 marca 2007 r. Chodzi o wypowiedź dotyczącą uczniów z Francji przyjeżdżających w ramach wymiany do szkoły, do której to uczęszczał szanowny czytelnik.
Najbardziej uraził mnie ogólny ton listu oraz sformułowanie, że żyjemy w mieście, w którym NIE MA NIC do zaproponowania przyjezdnym, w związku z tym cały czas - poza przybyciem i odlotem - należało spędzić poza granicami Śląska.
Przeraża mnie, że w naszym regionie żyją ludzie, którzy mają się za niezwykle wykształconych, ponieważ uczęszczali do dwujęzycznej klasy, a nie mają najmniejszego pojęcia o własnym regionie. Wypowiedź ta świadczy o piszącym, a raczej o jego nauczycielach niż o regionie jako takim. Osoba, która kocha swój region i zna jego historię, jest w stanie znaleźć na Śląsku wiele interesujących miejsc wartych pokazania obcokrajowcom. Weźmy chociażby same Katowice: unikalny w skali Europy obszar parkowy WPKiW, gmach Urzędu Wojewódzkiego z przepiękną salą sejmową, na której wzorowana jest znana nam wszystkim doskonale sala na Wiejskiej, gmach Teatru im. Wyspiańskiego, unikalna zabudowa Nikiszowca.
Odjedźmy kawałek od Katowic: przepiękny zespół pałacowo-parkowy w Pszczynie, rynek pszczyński, Tarnowskie Góry ze Sztolnią Czarnego Pstrąga, Zabytkową Kopalnią Srebra, rynkiem Sedlaczkiem, pałac Kawalera i park świerklaniecki wraz z historią śląskiego Wersalu, zabytkowa kopalnia węgla w Zabrzu. Nieco dalej przepiękny klasztor na Górze św. Anny. Można również spojrzeć w stronę Zagłębia i odwiedzić np. średniowieczny zamek w Będzinie, element Szlaku Orlich Gniazd czy znajdujący się w pobliżu cmentarzyk żydowski. (...)
Problem nie leży w tym, że nasz region nie ma nic do zaoferowania. Jest to przecież jeden z najwcześniej zurbanizowanych regionów Polski. Problem leży w tym, że nie nauczamy właściwie historii regionu, przez co niektórym wydaje się, że mieszkają w pustce kulturalnej. I tutaj właśnie, moim zdaniem, leży główny problem promocji regionu. Kto, jeśli nie my sami, może zadbać o to, byśmy byli na świecie postrzegani takimi, jakimi naprawdę jesteśmy.


Gorole z dalekiego wschodu
Dziennik Zachodni, Michał Wojak 2006.03.14, Spawacze przyjadą z Chin
Śląscy robotnicy wyjeżdżają na Zachód, więc firmy w regionie postanowiły importować tanich obcokrajowców ze Wschodu. Mostostal Zabrze chce sprowadzić z Chin trzystu pięćdziesięciu spawaczy. Azjaci będą pracować za dwukrotnie niższe stawki niż Polacy, których do pozostania w kraju nie przekonują podwyżki płac sięgające nawet kilkudziesięciu procent.
Pomysł na zatrudnianie Chińczyków zrodził się w Mostostalu pod koniec ubiegłego roku. - Mamy w tym kraju dobre kontakty. Pomyśleliśmy, że warto byłoby je wykorzystać - przyznaje Paweł Gaworzyński, dyrektor Biura Zarządu Mostostalu Zabrze.
Szefowie Mostostalu założyli więc w Chinach firmę, która w porozumieniu z miejscową agencją pracy poszukuje wykwalifikowanych robotników. Jeszcze przed przyjazdem do Polski ich umiejętności sprawdzi na miejscu wysłannik Mostostalu, który w tym miesiącu zostanie wysłany do Pekinu. Jeśli przejdą testy, pierwsza grupa spawaczy pojawi się w Polsce już w czerwcu.
- Na początku zatrudnimy około pięćdziesięciu. Potem możemy ściągnąć nawet trzysta osób - wyjaśnia Gaworzyński.
Azjaci przyjadą do Polski na kilkunastomiesięczne kontrakty. Zarobią około sześciuset dolarów miesięcznie. - O konkretnych kwotach nie chciałbym na razie mówić. Na pewno nikogo nie sprowadzimy tu siłą. Zamierzamy sięgnąć po robotników ze środkowych rejonów Chin, gdzie płace są niższe niż w regionach bogatych - mówi Paweł Gaworzyński.
Spawacze z Państwa Środka wypełnią lukę po polskich robotnikach Mostostalu, którzy pojadą na kontrakt do Norwegii, gdzie Mostostal ma tam budowy. Polacy będą zarabiali nawet kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. (...)
Stawki, za które będą pracować goście z Azji, są nawet dwukrotnie niższe niż te oferowane Polakom. - Dobry spawacz żąda na dzień dobry około czterech tysięcy złotych. Za połowę tej kwoty nikt pracy nie podejmie - mówi Marek, właściciel zakładu obróbki metali w Gliwicach.
Dlaczego nie chce podać nazwiska? Bo obawia się, że konkurencja podkupi mu pracowników. Już raz przyszedł do niego jakiś człowiek, który przedstawił się jako ankieter. - Po cichu zaproponował moim pracownikom robotę, a na drugi dzień do firmy nie przyszło czterech spawaczy. Trudno uzupełnić takie braki, bo z urzędu pracy od dawna nikogo mi nie podsyłają - dodaje Marek.
Braki kadrowe są na tyle poważne, że wiele firm ostatnio znacznie podwyższa pensje pracownikom. - Stosujemy motywacyjny system płac. Poszukamy jeszcze innych rozwiązań, jeśli kryzys na rynku pracy się pogłębi - zapowiada Marcin Gesing, rzecznik Polimexu Mostostal.
Czy takim rozwiązaniem są Chińczycy? - Poszukamy na Wschodzie, ale może Ukraińców albo Rosjan. Są nam bliżsi kulturowo. Łatwiej byłoby im współpracować z polskimi robotnikami - przyznaje Gesing.
(...) Grzegorz Grabik, robotnik budowlany z Zabrza, pracy z Azjatami sobie nie wyobraża. - Pracować z Chińczykiem? To jakaś totalna egzotyka! - denerwuje się Grabik. - Polacy będą ich traktować jak konkurencję, która pracuje za żenujące pieniądze i tylko psuje rynek.
Obawy przed zalewem tanich robotników z zagranicy podzielają związkowcy. Ryszard Drabek ze śląsko-dąbrowskiej Solidarności: - Zamiast myśleć o ściąganiu taniej siły roboczej z Azji, lepiej zastanowić się, jak pomóc Polakom pozostającym bez pracy. Robi się w tej kwestii skandalicznie mało - zauważa Drabek.


Aglomeracja Śląska w internecie
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2007.03.13, Aglomeracja Śląska już w internecie
Śląski Urząd Wojewódzki uruchomił specjalny serwis internetowy, poświęcony w całości Aglomeracji Śląskiej. Każdy może zapytać wojewodę o przyszłą metropolię i sprawdzić, co o niej sądzą prezydenci największych miast.
Stronę poświęconą Aglomeracji Śląskiej można znaleźć w internecie od wtorku. Pod adresem www.aglomeracja.slask.eu umieszczono teksty śląskich gazet na temat mającej wkrótce powstać metropolii. Pomysł jej powołania oceniają także wojewoda śląski Tomasz Pietrzykowski, marszałek województwa Janusz Moszyński i prezydenci Katowic, Sosnowca oraz Gliwic. (...)
Wtóruje mu Zygmunt Frankiewicz, prezydent Gliwic. Podkreśla, że miasta regionu mogłyby z łatwością wygrać konkurencję z Łodzią, Krakowem czy Wrocławiem. Dziś tę konkurencję przegrywamy. - Dzieje się tak dlatego, że na zewnątrz występujemy jako pojedyncze miasto, które ma na przykład dwieście tysięcy mieszkańców - uważa prezydent.
Marta Malik, rzeczniczka wojewody, dodaje, że za pośrednictwem serwisu każdy będzie mógł zadać pytanie o aglomerację. - Będziemy odpowiadać na bieżąco. Już dostajemy pierwsze pytania. Mieszkańcy chcą wiedzieć, czy powstanie metropolii oznacza wymianę dowodów osobistych i tablic rejestracyjnych albo czy inne miasta staną się jedynie dzielnicami Katowic - mówi Malik.
- I co odpowiadacie? - pytamy.
Malik: - Że nie będzie takiej potrzeby.
Jednocześnie w MSWiA trwają prace na ustawą aglomeracyjną. Jacek Kościelniak, sekretarz stanu w kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego, mówi, że już 20 marca w ministerstwie odbędzie się spotkanie w tej sprawie. Najpóźniej kilkanaście tygodni później projekt ustawy ma być gotowy.
- Do Sejmu może trafić jesienią tego roku. Wcześniej będą jeszcze potrzebne konsultacje z samorządowcami. Sądzę, że potrwa to dwa tygodnie. Propozycje wojewody śląskiego i śląskich naukowców w sprawie aglomeracji już zostały wpisane do projektu ustawy - mówi minister.
Przypomnijmy, że zgodnie z założeniami przygotowanymi przez wojewodę i jego zespół ekspertów, głównym organem aglomeracji będzie zgromadzenie prezydentów i burmistrzów. Podczas głosowań nie będą jednak mieli po tyle samo głosów - ich liczba ma zależeć od liczby mieszkańców danego miasta. Zgromadzenie będzie m.in. wybierać dyrektora wykonawczego związku, który na co dzień będzie nim kierował.
Przez pierwszych pięć lat działalności metropolii nie będzie mogło z niej wystąpić żadne miasto. W ustawie nikt za to nie będzie przesądzał nazwy związku miast. Najpewniej zostanie ona wybrana już przez władze metropolii.


Nieantypolska obrona śląskości
Gazeta Wyborcza, Jerzy Gorzelik 2007.03.12, Jerzy Gorzelik polemizuje z Januszem Okrzesikiem
Nikt nie ma prawa zabraniać jednostkom lub organizacjom społecznym tworzenia i propagowania tożsamości podbeskidzkiej czy jakiejkolwiek innej. Ci, którzy postrzegają ją jako konkurencyjną wobec własnej, a sam należę do tego grona, powinni zabiegać o odpowiednio atrakcyjne zaprezentowanie swojej opcji. Taka rywalizacja może być inspirująca i ożywcza.
Dwudziestowieczne eksperymenty na tkance społecznej Europy Środkowej pozostawiły po sobie skutki poważne i często nieodwracalne. W efekcie nieraz brutalnej uniformizacji zakończyły swój żywot regiony o pięknej tradycji i historii, inne zostały zdeformowane i zubożone.
Wymuszone wędrówki ludów i administracyjne decyzje były też czasem katalizatorem tworzenia nowych tożsamości, nierzadko konkurencyjnych wobec znajdujących się w defensywie postaw osadzonych na trwalszym, okrzepłym już historycznym i kulturowym fundamencie. To procesy, które trzeba przyjąć do wiadomości, starając się unikać zbyt pochopnych i jednostronnych ocen. Będąc tego świadom, nie zamierzam polemizować z głównymi tezami pana Janusza Okrzesika, przedstawionymi w wywiadzie udzielonym portalowi gazeta.pl. (...)
Niestety, nie po raz pierwszy wobec wypowiedzi pana Okrzesika odnoszę wrażenie, że zamiast odważnie zmierzyć się z racjami oponentów, próbuje on przenieść swych potencjalnych wyznawców w wyimaginowany świat, skazany na nieustanną walkę z równie wyimaginowanym przeciwnikiem, podstępnym, szpetnym i pozbawionym skrupułów niczym Tolkienowskie orki. By uwiarygodnić swą czarno-białą wizję rzeczywistości polityk z Bielska-Białej wkłada w usta adwersarzy kwestie, których nigdy nie wypowiedzieli, przypisuje im intencje, z którymi zapewne nigdy się nie nosili.
Wspólnie z panem Michałem Smolorzem doświadczyliśmy podobnych prób ze strony Janusza Okrzesika podczas niedawnej dyskusji w bielskim Teatrze Polskim. We wspomnianym wywiadzie pojawia się ta sama nuta. Pan Okrzesik spieszy z deklaracją, że wprawdzie autonomia mu nie straszna, ale w wersji lansowanej przez RAŚ jej najsilniejszym (a może jedynym) motywem jest radykalna niechęć do państwa polskiego i do polskości w ogóle. Intrygujące, w jaki sposób były poseł i senator posiadł tak gruntowną wiedzę na temat motywów ludzkich działań. Czyżby sam opierał swe emancypacyjne wobec Śląska dążenia na radykalnej niechęci do śląskości i mierzył nas, autonomistów, własną miarą? Nie śmiałbym odpowiedzieć twierdząco na to pytanie, brak mi bowiem owej brawury w penetrowaniu zakamarków serc i umysłów, którą imponuje pan Okrzesik. A może po prostu w szlachetnym uniesieniu obrońca Podbeskidzia utożsamił to, co niepolskie z tym, co antypolskie? Może uraziło go to, że część Ślązaków identyfikuje się ze śląskością silniej niż z polskością, której elementem pan Okrzesik się czuje? Jeżeli tak się stało, mogę jedynie wyrazić żal, że poczuł się on przez śląskich autonomistów niekochany czy nawet odtrącony. Mam przy tym głęboką nadzieję, że jako osoba inteligentna i zdolna do empatii zrozumie naszą hierarchię wartości, podobnie jak my rozumiemy, że Bielsko-Białą można darzyć silniejszym uczuciem niż Śląsk.
Panie Januszu, pora skończyć marnować zapał na walkę z wirtualnymi wiatrakami antypolonizmu! Zamiast prowadzić swą krucjatę przeciw demonizowanym śląskim regionalistom lepiej stanąć w szranki rzeczowej polemiki z poglądami, a nie ze swoimi wyobrażeniami na ich temat. Jeżeli jednak już nic i nikt nie jest w stanie sprowadzić Pana z drogi krzyżowca, niechże przynajmniej Pańskie ciosy nie trafiają w próżnię, by obrona Podbeskidzia nie przypominała surrealistycznej krucjaty dziecięcej.


Chcą uhonorować Eduarda Meiera
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.03.11, Rudzianie chcą uhonorować Eduarda Meiera
Górnośląskie miasta na nowo odkrywają swoją przeszłość. Wielkim przemysłowcom, wcześniej kojarzonym z niemieckim uciskiem, przywraca się należne miejsce w historii. Katowice upamiętniły już Grundmanna, Chorzów Redena, teraz rudzianie myślą o Meierze.
Nowy Bytom, dzielnica Rudy Śląskiej, powstała początkowo jako osada przy Friedenshütte, której początki sięgają 1840 roku. Zakład szybko się rozwijał, a jego największy rozkwit przypadł na okresy, gdy był zarządzany przez Eduarda Meiera.
Saksończyk przybył na Górny Śląsk jako inżynier hutniczy, w 1880 roku został dyrektorem generalnym Friedenshütte, dzisiejszej Huty Pokój. - Niestety, mało kto o nim pamięta - mówi Leon Swaczyna, rudzianin, przewodniczący Koła Ruchu Autonomii Śląska. - To była wybitna postać. Meier zmodernizował zakład, za jego dyrekcji uruchomiono stalownię tomasowską oraz martenowską, były to wtedy najnowsze osiągnięcia techniki - wyjaśnia Swaczyna.
Dynamiczny rozwój huty szedł w parze z gwałtownym rozwojem całej osady. W czasach Meiera liczba pracowników wzrosła trzykrotnie, zaistniała konieczność budowy osiedla przy hucie. Dyrektor postawił nie tylko na familoki, ale i na kamienice urzędnicze oraz budynki usługowe. Tak powstała kolonia robotnicza nazywana popularnie Kaufhausem. Wysoki standard mieszkań i nowoczesne rozwiązania osiedla były magnesem przyciągającym do huty najlepszych specjalistów. Meier pomyślał nawet o rozrywce dla swoich ludzi, z jego intencji wybudowano budynek kasyna, funkcjonujący do dziś jako Miejskie Centrum Kultury. Te zasługi dla lokalnej społeczności spowodowały, że jako jedyny dyrektor został uhonorowany pomnikiem przy bramie zakładowej. Monument powstał prawdopodobnie w 1905 roku, na niewysokiej kolumnie umieszczono żeliwne popiersie dyrektora, obok stała również odlana postać hutnika. Po II wojnie światowej pomnik zniknął.
- Należałoby przypomnieć rudzianom postać Meiera. Powinien zostać patronem ulicy na osiedlu robotniczym, które wybudował. Proponuję zmienić nazwę ulicy Gwardii Ludowej - mówi Swaczyna.
Ulica Gwardii Ludowej biegnie przez środek Kaufhausu, jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku była po obu stronach szczelnie wypełniona ceglanymi familokami, jednak teraz stoi tam tylko kilka domów. Niektóre zostały w ostatnim czasie odnowione. - Nie byłoby więc problemu ze zmianą adresu, bo jest tam tylko kilkudziesięciu mieszkańców - argumentuje Swaczyna. (...)
Uhonorowanie Meiera podoba się też miejskiemu konserwatorowi zabytków Henrykowi Mercikowi. - Gwardia Ludowa nie miała żadnych zasług dla tego osiedla. Tam nawet przystanek autobusowy ma nazwę Gwardii, która się chyba ostała przez jakieś niedopatrzenie. Meier byłby adekwatny do tego miejsca. To był człowiek o niesamowitych zdolnościach menedżerskich, nawet po wielkim wybuchu kotłowni w 1887 roku potrafił wznowić działalność huty i zwielokrotnić jej moc produkcyjną - mówi Mercik.
Konserwatorowi kilka lat temu udało się odkryć zaginiony fragment pomnika dyrektora. W czasie remontu kościoła w Bielszowicach okazało się, że kolumna, na której stoi anioł przed kościołem, ma inskrypcję z nazwiskiem Meiera. Przez tyle lat nikt tego nie zauważył, bo napis był skierowany w stronę muru. Natomiast cokół od kolumny na pobliskim skwerze odkrył dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej, Krystian Gałuszka. - Meier to wielka postać, to on praktycznie zbudował Nowy Bytom, dzielnicę centralną Rudy Śląskiej, a więc jego osoba ma znaczenie dla całego miasta. Odnaleźliśmy kawałki pomnika dyrektora, warto byłoby odbudować cały monument - mówi Gałuszka.
Swaczyna będzie próbował w najbliższym czasie przekonać miejskich rajców do zmiany nazwy ulicy. - Potem można pójść za ciosem i odtworzyć również pomnik Meiera - mówi.


Śląsk to diament do oszlifowania
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.03.09
Mamy wielki potencjał, ale fatalny wizerunek. Śląsk to diament, który wymaga oszlifowania - to jeden z najważniejszych wniosków trzytygodniowej dyskusji o tym, co trzeba zmienić w naszym regionie.
W studiu TVP Katowice spotkali się w piątek politycy, naukowcy i specjalista od PR. Punktem wyjścia był raport o Katowicach firmy PricewaterhouseCoopers, który w ostatnich dniach prezentowaliśmy w Gazecie. Z badań wynikało, że stolica Śląska na tle innych największych miast w Polsce wcale nie prezentuje się najgorzej. Swojego zaskoczenia nie krył nawet kierujący pracami nad raportem ekonomista prof. Witold Orłowski. - My wszyscy w Polsce trochę Śląska się boimy - stwierdził i przyznał, że on też bywa Śląskiem przerażony. (...)
Piotr Uszok, prezydent Katowic, winę za fatalny wizerunek miasta zrzucił na poprzednie dziesięciolecia i zapewnił, że najtrudniejszy moment - restrukturyzację górnictwa - stolica województwa śląskiego ma już za sobą. Ale choć obiecał, że za cztery, może osiem lat centrum rządzonego przez niego miasta zmieni się na lepsze, to jemu najbardziej dostało się od prowadzących dyskusję dziennikarzy: za brak reprezentacyjnego rynku, kiepską promocję, a nawet drogie bilety na teatralny festiwal Interpretacje.
- Śląsk jest dziś dobrym miejscem do pracy, niezłym do spania i bardzo złym do tego, co między pracą a snem - stwierdził Tomasz Pietrzykowski, wojewoda śląski, ale potem wspólnie z marszałkiem Januszem Moszyńskim mówił jednak przede wszystkim o dobrych perspektywach dla Katowic i całego województwa: pieniądzach z UE na inwestycje, rosnącej liczbie studentów, zmniejszającym się bezrobociu.
Podobnego zdania był prof. Orłowski. - W ciągu najbliższych 20 lat przed polskimi miastami stoi wielka szansa rozwoju - zapewnił. Przestrzegł jednak, że nie wystarczy tylko umiejętny marketing. - Dopóki aleja Korfantego będzie wyglądać tak, jak teraz, to lepiej zaczekać z zapraszaniem gości - tłumaczył.
Co trzeba zrobić, żeby szansy nie zmarnować?
Pietrzykowski: - Stworzyć lepsze warunki dla młodych, wykształconych ludzi.
Moszyński: - Zacząć się promować i chwalić takimi osiągnięciami, jak najprężniej działająca Specjalna Strefa Ekonomiczna i zakłady z nowoczesną technologią.
Prof. Szczepański zapewnił: - Potrzebujemy mniej skromności. Nikt nas tak dobrze nie pochwali, jak my sami. Ludzie mniej skromni zyskują więcej.
Rafał Czechowski, specjalista od PR, proponował wziąć przykład z Wrocławia i postarać się, żeby Śląsk nie kojarzył się już tylko z kopalniami i familokami. - Śląsk jest jak diament, który wymaga oszlifowania, ale tego się nie da zrobić pilniczkiem do paznokci, to wymaga radykalnych działań - stwierdził.
Organizatorzy dyskusji byli na taką propozycję przygotowani - wojewoda, marszałek i prezydent Katowic dostali w prezencie tarcze szlifierskie.


Więcej Śląska w TVN-ie
Gazeta Wyborcza, am 2007.03.08
Nowy oddział telewizji TVN powstał w Katowicach. - Na Śląsku jest grupa widzów porównywalna z małymi krajami europejskimi. To fakt nie do przecenienia - mówił Kamil Durczok, szef Faktów, na wczorajszym uroczystym otwarciu.
Do tej pory w Katowicach działał oddział TVN24. - Kiedy rozpocząłem pracę w TVN-ie, nie ukrywałem, że chcę, aby na Śląsku powstał duży oddział telewizji. Sprawa była jasna: w Katowicach musi być silna placówka - mówił Durczok.
Docelowo w nowym oddziale będzie pracować ok. 35 osób. W ośrodku znalazły się Fakty, program Uwaga, platforma Nsport, portal Onet.pl oraz dział produkcji i sprzedaży.
- Tu po prostu jest kopalnia tematów. Na Śląsku ciągle coś się dzieje. Chcemy być bliżej ludzi tutaj i ich spraw - mówił z kolei Krzysztof Mejer, producent Uwagi. (...)


Śląska Rospuda: Ślązacy nie pozwolą!
Dziennik Zachodni, Aldona Minorczyk-Cichy, jol 2007.03.07, Śląska Rospuda: Zagrożone tereny w Puszczy Pszczyńskiej
Siedliska chronionych ptaków, otulinę rezerwatu żubrów i cenne torfowiska w Puszczy Pszczyńskiej ma przeciąć w 2014 roku droga prowadząca z lotniska w Pyrzowicach do Zwardonia. Mieszkańcy okolic puszczy już protestują. Chcą zachować dla dzieci to, co przekazali im dziadowie.
Sołtys Janusz Pławecki do Frydka przyjechał 16 lat temu. Ożenił się tu, zapuścił korzenie. Zakochał się w puszczy. I będzie jej bronić przed zakusami tych, którzy postanowili przeciąć las drogą szybkiego ruchu. - Tu są żubry, derkacze, czarne bociany, borsuki, daniele i unikalne torfowiska. Tego nie oddam. Mam synów: Łukasza i Tomka. Jestem im to winien - zarzeka się Pławecki. Takich jak on jest kilka tysięcy w okolicznych miejscowościach. Nie chodzi im tylko o przyrodę, ale też o tradycję i wiarę. Bo nowa droga we Frydku ma przeciąć na pół cmentarz, a kościół minąć o zaledwie 70 metrów. Zaś w Woli ma sąsiadować z pogórniczym osiedlem. Tam przetnie teren, gdzie chciano wybudować zakład produkcji paliw płynnych.
Trasa szybkiego ruchu ma prowadzić według nowego projektu przez Miedźną, Bojszowy, Bieruń Stary i Brzeszcze. - Nie pozwolimy na to. Tu ziemie są czyste, nieskażone. Jak zaczną nam samochody smrodzić pszczelarze stracą certyfikaty jakości na miód, a leśnikom ucieknie zwierzyna. Pola przetnie droga i by je skosić, rolnicy będą musieli nadkładać kilometry drogi - żali się Bogdan Taranowski, wójt Miedźnej.
- Niczego nie zrobimy bez konsultacji - uspokaja Artur Mrugasiewicz z biura prasowego Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.
To nie jedyna inwestycja drogowa budząca duże emocje. Podobnie jest z odcinkiem jednojezdniowej drogi ekspresowej o długości 1,8 km Laliki-Zwardoń.
Czy Puszcza Pszczyńska stanie się naszą śląską Rospudą? Dolina miała być przecięta drogą na długości 900 metrów. Puszcza - na odcinku 12 km. Obrona Rospudy uświadomiła ludziom, że warto walczyć o zachowanie natury dla następnych pokoleń. Dlatego teraz mieszkańcy Miedźnej, Gilowic, Frydka, Woli, Góry i Grzawy odważyli się powiedzieć: Nie! Kochają swój las. Nie pozwolą zniszczyć domów, cmentarza, pól. Takich miejsc na Śląsku jest więcej.
Nie tylko w naszym regionie, ale w całym kraju ruszylo budownictwo dróg. To za sprawą funduszy strukturalnych. Unia hojnie obdarza nas środkami na ten cel. To miliardy euro, do wykorzystania w najbliższych latach. - Każda taka budowa pociąga za sobą straty w przyrodzie. Inaczej się nie da. Jednak trzeba zrobić wszystko, by były one jak najmniejsze. - mówi ekolog Jacek Bożek z klubu Gaja. Dodaje, że wielu problemów można by uniknąć, gdyby inwestorzy konsultowali się z organizacjami i społecznością na etapie planowania tras, a nie już po sporządzeniu planów budowy. - Pole do popisu ma też Ministerstwo Środowiska. Warto wziąć przykład z Czechów i Słowaków. Oni już dawno dokonali inwentaryzacji tego, co cenne. Teraz wszelkie inwestycje, przygotowania do nich, zajmują mniej czasu i są bardziej przejrzyste - dodaje ekolog.
W Miedźnej i w okolicach występują liczne gatunki chronionych zwierząt. To m.in. traszka grzebieniasta i zwyczajna, kumak nizinny, ropucha szara, jaszczurka zwinka i około stu gatunków ptaków chronionych. Rośnie tam rosiczka okrągłolistna, pióropusznik strusi, skrzyp olbrzymi, widłaki, storczyki, dziewięćsił bezłodygowy. Obszary te nie są objęte ochroną. Mieszkańcy szanują przyrodę i o nią dbają. Nikomu nie przyszło do głowy, by to prawnie regulować. Ale też nie zamierzają oddać drzew pod topór bez walki.
Na zebraniach wiejskich uchwaliliśmy, że nie pozwolimy na budowę drogi. Nie chcemy jej - mówi Jan Cofała, sołtys Miedźnej. Podobnego zdania jest Janusz Pławecki, sołtys sąsiedniego Frydka. - Nie będzie lasu, nie będzie nas - mówi. Wyjaśnia, że stawy w Brzeszczach, które zostały wpisane do rejestru 2000 są pokopalniane. - A w puszczy zwierzynę mamy od wieków. Czym ona jest gorsza od stawów? Nasze żubry, czarne bociany? - pyta Pławecki.
Opowiada o czarnym bocianie: - Ma gniazda na Międzyrzeczu. Jedyne na tym terenie. W Kobiórze osiedliły się bobry. Zaś na polach po 20 latach przerwy zaczęły pojawiać się bażanty. Są też kuropatwy. No i daniele mamy. Sprowadził je do puszczy ostatni książę pszczyński. I tak zostały. Budowa drogi, a potem samochody przepłoszą te piękne zwierzęta - obawia się sołtys Frydka. Zarzeka się, że puszczy bronić będzie. Dla siebie, synów i wszystkich, którzy kochają las tak jak on. - To jest nam drogie. To nam dziadowie zostawili. I my następnym pokoleniom też to zostawmy - kwituje.
Wójta Bogdana Taranowskiego interesuje gospodarka gminy Miedźna. - Droga to nie tylko asfalt. To także po 500 metrów strefy ochronnej z każdej strony. Tam nie będzie można poczynić żadnych inwestycji. Straty mogą być ogromne. Do tego dojdzie zanieczyszczenie - ubolewa wójt. (...)
Nasza Dolina Rospudy
To jest nasza Dolina Rospudy. Tu są siedliska derkacza i bociana czarnego. Tu są torfowiska. Lasy, przez jakie przeszłaby droga to puszcza. Jej zniszczenie byłoby dla nas wielką tragedią. To są zielone płuca nie tylko dla Górnego Śląska, ale i dla Małopolski - mówił Bernard Szweda, były poseł. Mieszka w rejonie, przez który ma przejść trasa S1. Wziął udział w spotkaniu z mieszkańcami. Przyszło ich kilkuset. Nie chcą, by droga przebiegała koło ich domów. Chcą ocalić swoje gospodarstwa, ciszę, drzewa. Ten wariant przebiegu trasy pojawił się w listopadzie 2006 roku. Już w styczniu były protesty. - Ten wariant jest najbardziej negatywnie odbierany - przyznała podczas spotkania Monika Kalinik z katowickiego oddziału GDDKiA. Z kolei Małgorzata Łukaszek, przedstawiciel projektanta - biura Ekosund, twierdziła, że są dopiero na etapie zbierania opinii o tym wariancie trasy. Przyznała, że nie wiedziała o skarbach przyrody w gminie. Do protestów Miedźnej dołączyły gminy Bieruń, Bojszowy i Bestwina. To spotkanie sprawiło, że mieszkańcy odzyskali nadzieję. Być może uda im się sprawić, że droga ekspresowa ominie ich domy i puszczę.


Region pełen zabytków
Gazeta Wyborcza, tm 2007.03.05
Najnowszy numer ogólnopolskiego dwumiesięcznika Zabytki w całości poświęcony jest województwu śląskiemu. Na kilkudziesięciu stronach można poczytać o nieznanym obliczu regionu, pełnym drewnianych kościółków, secesyjnych kamienic, unikatowych zabytków techniki.
Dwumiesięcznik Zabytki od kilku numerów prezentuje różne regiony Polski, eksponując bogactwa ich kulturowego dziedzictwa. - Ten numer pomaga przełamywać stereotyp Śląska, funkcjonującego w świadomości wielu Polaków jako region szary, pełen kopalnianych szybów i familoków. Tu także jest wiele piękna i bogactwa. Trzeba tylko umieć je dostrzec - mówi Grzegorz B. Mazur, redaktor naczelny dwumiesięcznika.
Na kilkudziesięciu kolorowych stronach udało się przedstawić różnorodność krajobrazu kulturowego Śląska, niespotykaną nigdzie indziej w kraju. Bo jest tu i krajobraz dawny, którego pozostałościami są romańska rotunda w Cieszynie czy klasztor cysterki w Rudach, i krajobraz warowny, o którym można przeczytać w artykule o zamku w Ogrodzieńcu. Jest również krajobraz przemysłowy, który dzięki nowemu Szlakowi Zabytków Techniki ma szansę stać się wizytówką regionu. Pejzaż miejski przenosi nas w kreślony kolorem świat świeckich witraży, fundowanych przez wielkich przemysłowców w szkołach czy we własnych, pełnych przepychu willach. Nie brakuje też sensacyjnych epizodów z historii - jak choćby o śląskim Kopciuszku, czyli Joannie Grycik, córce ubogiej służącej, która odziedziczyła olbrzymią fortunę po królu cynku - jak nazywano Karola Godulę - i stała się z dnia na dzień milionerką.
Autorami tekstów są śląscy historycy sztuki, konserwatorzy zabytków, architekci, którzy w sposób przystępny opisują świetnie im znaną materię.
Jedno wydanie Zabytków (...) przede wszystkim pobudza apetyt na poznanie historii i zabytków tego najbardziej uprzemysłowionego i zarazem zalesionego regionu w kraju. Dołączona mapa zabytków całego województwa śląskiego ma zachęcić do zobaczenia na własne oczy opisywanych atrakcji.


Rollercoaster zakręci Śląskiem?
Gazeta wyborcza, Małgorzata Goślińska 2007.03.04, Rollercoaster wreszcie na Śląsku
Takiej karuzeli nie ma w okolicy. Czy park przyciągnie młodych?
Wysoka na siedem pięter (21 m), z podwójną pętlą, czas przejazdu - niespełna półtorej minuty. Ma ruszyć najpóźniej w czerwcu i będzie największą atrakcją w historii śląskiego lunaparku. Bezkonkurencyjna w całej rozrywkowej Polsce, ba, podobnej można szukać najbliżej w Wiedniu.
Cezary Dominiak, prezes Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, liczy więc na klientów z zagranicy. - Na pewno zahamujemy spadek liczby odwiedzających wesołe miasteczko. To będzie magnes, który przyciągnie młodych. Z naszych badań wynika, że od lat jest dziura, jeśli chodzi o ofertę dla tego typu klienteli - mówi Dominiak.
Najpewniej trafił w dziesiątkę. Gdy rok temu decydenci WPKiW po raz kolejny pytali społeczeństwo, jakiego parku by sobie życzyli, Gazeta rzuciła kilka propozycji i zaprosiła Czytelników do dyskusji.
Najżywiej zareagowali na postawienie dużej kolejki górskiej. Pomysł poparł Eugeniusz Wiecha, wydawca pisma branżowego Interplay. Ale nie wierzył, że ktokolwiek odważy się w kolejkę zainwestować. W zeszłe wakacje o rollercoaster pokłócili się wojewoda z marszałkiem. Pierwszy był za, ale niewiele miał do gadania, bo właścicielem parku jest marszałek. A temu pomysł się nie bardzo podobał.
Ostatecznie kolejkę kupił park. Cena jest tajemnicą handlową. Czy mamy się z czego cieszyć? Nie wyszła prosto z fabryki, na nową spółki nie byłoby stać. Ma 19 lat i pochodzi z likwidowanego parku rozrywki w Anglii.
We wtorek pracownicy WPKiW wylatują na Wyspy, żeby ją rozmontować.
Maj będzie czasem testowania. Dopiero wtedy okaże się, czy prezes nie łata dziury w ofercie złomem. Jeśli się uda, rollercoaster powinien zapracować na kolejne karuzele.
Dominiak już upatrzył sobie 50-metrową wieżę. Można się kręcić na szczycie w krzesełkach na łańcuchach, zjeżdżać wolno po obwodzie, podziwiając widoki albo - dla miłośników sportów ekstremalnych - spadać pionowo w dół. Urządzenie jest nowiutkie. Zostało wyprodukowane na zamówienie w firmie zbrojeniowej na Ukrainie, ale zleceniodawca się wycofał.
Tymczasem modernizowane jest wejście do wesołego miasteczka. Ma być stylizowane na bramę do zamku. Obsługa założy jednakowe uniformy. (...)


Kat Ślązaków nie żyje?
Dziennik Zachodni, Grażyna Kuźnik 2007.03.03, Kat Świętochłowic nie żyje?
Salomon Morel, naczelnik powojennych obozów w Świętochłowicach i w Jaworznie prawdopodobnie zmarł w Izraelu. Miał 88 lat, chorował na serce. Katowicki Instytut Pamięci Narodowej czeka na potwierdzenie informacji z ambasady polskiej w Tel Awiwie.
Morel wyjechał z Polski 1992 roku, unikając kary za zbrodnie dokonane na więźniach ze Śląska: Niemcach, Polakach i cudzoziemcach, przetrzymywanych w obozie w Świętochłowicach i w Jaworznie. Pion śledczy IPN zarzuca mu odpowiedzialność za śmierć ponad 1500 osób. Taka zbrodnia nie ulega przedawnieniu, ale Morel nie zamierzał stawać przed sądem. Przepisy pozwalały mu pobierać za granicą wysoką emeryturę z Polski.
W 1998 roku Polska wystąpiła o ekstradycję Morela, jednak bezskutecznie. Strona izraelska uznała, że Morel nie dopuścił się ludobójstwa, a jego czyny, nawet jeśli były przestępcze, uległy przedawnieniu.
Więźniowie wspominają Morela jako człowieka, który kierował się w życiu zemstą i okrucieństwem. Był Żydem, urodził się w 1919 roku w Garbowie pod Lublinem. W czasie wojny rodzice i brat zginęli. On sam wstąpił do partyzantki AL, po wojnie organizował w Lublinie jednostki MO, pracował w Urzędzie Bezpieczeństwa, został naczelnikiem więzienia na Zamku w Lublinie. Od lutego do listopada 1945 roku był komendantem obozu w Świętochłowicach-Zgodzie, a potem obozu w Jaworznie, w którym przetrzymywano Ślązaków, a potem Ukraińców i młodocianych więźniów politycznych.
Od 1951 do 1956 Morel nadzorował Ośrodki Pracy Więźniów, później był urzędnikiem w aparacie więziennictwa, a w 1968 roku przeszedł na emeryturę.
Gerhard Gruschka, obecnie niemiecki nauczyciel i teolog, napisał o Morelu w książce Zgoda, miejsce grozy: Zabijał własnymi rękami. Brał ciężki taboret i siedziskiem rozbijał więźniowi głowę. To był jego pomysł na mordowanie. Miał jeszcze inny sposób - piramidy. Na leżących więźniów rzucał innych, aż powstał wysoki stos. Ci na dole rzadko przeżywali. Najgorsze było, że na tortury i zabijanie trzeba było patrzeć. Strażnicy tego pilnowali. Morel zapowiedział - moi bliscy zginęli w Oświęcimiu i wy za to odpowiecie.
Morel nigdy nie przyznał się do winy. Kiedy w 1989 roku, pisząc reportaż o Jaworznie, odnalazłam go i zapytałam o obozy, wyglądało, jakby zrobiło mu się słabo. A potem wściekły wyrzucił mnie za drzwi, krzycząc, że nic nie pamięta. (...)


Proniemieccy Ślązacy wrócą?
Dziennik Zachodni, Marek Świercz 2007.03.02, Późni przesiedleńcy mogą upomnieć się o swoją własność sprzed lat
Sejmik Województwa Opolskiego przyjął rezolucję w sprawie niemieckich roszczeń majątkowych. Potępił działania Powiernictwa Pruskiego i zaapelował do samorządów na Ziemiach Odzyskanych o pilne uporządkowanie ksiąg wieczystych. Ma to zapobiec fali roszczeń ze strony tak zwanych późnych przesiedleńców, czyli tych obywateli polskich, którzy wyemigrowali do Niemiec po roku 1950. Taką lustrację ksiąg zarządziło w sierpniu 2004 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Strona niemiecka szacuje, że łączna wartość poniemieckich majątków przejętych przez Polskę po II wojnie sięga kwoty 19 miliardów euro.
Pomysłodawcą opolskiej rezolucji jest radny PiS Jerzy Czerwiński. Wystąpił z tą inicjatywą w grudniu ub.r., gdy Powiernictwo Pruskie, prywatna spółka z siedzibą w Duesseldorfie założona przez lidera Ziomkostwa Ślązaków Rudiego Pawelkę, ujawniło, iż 20 listopada ub. r. złożyło do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu 22 pozwy przeciwko Polsce.
Rezolucję przyjęto 27 lutego br. - Zaapelowaliśmy do opolskich samorządów wszystkich szczebli o uporządkowanie ksiąg wieczystych należących do nich działek. To samo powinny zrobić sejmiki z innych regionów kraju, których sprawa dotyczy - mówi Czerwiński. Ostatnie lata pokazały, że w wielu przypadkach zapomniano o wpisaniu do księgi wieczystej Skarbu Państwa jako właściciela. A wszędzie tam, gdzie w księdze figuruje dawny właściciel, istnieje ryzyko, że on sam lub jego spadkobiercy upomną się o pozostawiony w Polsce majątek.
Gdy media nagłośniły przypadek Petera Golby z Głogówka na Opolszczyźnie, w sierpniu 2004 roku wiceminister spraw wewnętrznych Jerzy Mazurek wystąpił do wojewodów o pilne uporządkowanie ksiąg wieczystych. Mieli się tym zająć starostowie, bo to im podlega tak zwany zasób nieruchomości Skarbu Państwa. Na Opolszczyźnie okazało się, że około 40 procent ksiąg założonych dla tych nieruchomości wymaga poprawek. - Do końca 2006 roku uporządkowaliśmy większość ksiąg - mówi geodeta wojewódzki Marek Świetlik. Z kolei Śląski Urząd Wojewódzki ostatni raz zajmował się tą sprawą w marcu 2005 roku. Natomiast w biurze prasowym MSWiA pytanie o zleconą lustrację ksiąg wywołało konsternację. Jak się okazało, właściwy departament nie zdołał w ciągu dwóch dni przygotować odpowiedzi na temat zaawansowania operacji. (...)
Samorządy lokalne powinny pilnie uporządkować zapisy w księgach wieczystych. Ciągle wisi nad nimi groźba roszczeń tzw. późnych przesiedleńców, którzy wyemigrowali z Polski do Niemiec po roku 50. Na Opolszczyźnie problem rozwiązywany jest na bieżąco. Śląski Urząd Wojewódzki ostatni raz zajmował się sprawą w 2005 roku, gdy składał sprawozdanie do MSWiA. - Starostowie powinni robić swoje, ale my tego na bieżąco nie śledzimy - przyznaje Renata Kostów z biura prasowego urzędu.
Polscy specjaliści od prawa międzynarodowego twierdzą, że pozwy Powiernictwa Pruskiego nie stanową zagrożenia. Źródłem problemów mogą być jednak roszczenia ze strony niemieckich obywateli, którzy nie zostali wysiedleni po wojnie, ale wyemigrowali później. Warunkiem zgody na wyjazd było zrzeczenie się obywatelstwa polskiego i uporządkowanie kwestii majątkowych.
Uporządkowanie jednej księgi to wydatek rzędu 100 złotych, bo trzeba przygotować dokumentacją geodezyjną. Muszą to robić pracownicy starostwa obciążeni innymi obowiązkami. - Powinny się znaleźć środki publiczne na stworzenie specjalnego etatu dla urzędnika, który zajmowałby się tylko porządkowaniem ksiąg - twierdzi mecenas Jan Skalski, specjalista od niemieckich roszczeń.
Strona niemiecka szacuje, że łączna wartość poniemieckich majątków przejętych przez Polskę po II wojnie sięga 19 mld euro. Nie wiadomo, ile przypada na majątki pozostawione przez późnych przesiedleńców. Ta grupa liczy około 600 tysięcy osób. Nie sposób ocenić, jaka część tych byłych właścicieli nie została wykreślona z ksiąg wieczystych.
- Były właściciel kamienicy, który zniknął na całe lata, nagle o sobie przypomina i przejmuje swoją własność. Jest to zwykle zaskoczenie dla lokatorów, którzy myśleli, że mieszkają w budynku komunalnym - mówi Marek Świetlik, opolski geodeta wojewódzki.
Takich przypadków było w Polsce kilka. W Kędzierzynie-Koźlu mieszkający w RFN spadkobierca przejął kamienicę przy ul. Chrobrego 13, którą przez lata zarządzał Zakład Budynków Komunalnych. Teraz miasto żąda od niego zwrotu nakładów za remont budynku po powodzi w 1997 roku. Inaczej zakończyła się sprawa kamienicy w Głogówku, którą chciał odzyskać Peter Golba z Dusseldorfu. Jako spadkobierca Getrudy Golba wpisał się do księgi wieczystej budynku, ale na wniosek skarbu państwa został z niej wykreślony. Sąd uznał, że dom nie wchodził w skład masy spadkowej, bo został oddany państwu polskiemu, gdy Getruda Golba wyemigrowała w 1981 roku w RFN.
Niemiecki rząd oficjalnie odcina się od roszczeń Powiernictwa Pruskiego, ale działania niemieckich samorządów lokalnych prowokują roszczenia. Wysiedleni, którzy przyjeżdżali do Niemiec, otrzymywali rekompensatę za majątek pozostawiony w Polsce. Jeśli jednak nadal figurują w polskich księgach wieczystych, niemieckie władze żądają od nich zwrotu tej rekompensaty.
Tak było w przypadku Petera Golby, któremu nadburmistrz DUsseldorfu kazał oddać równowartość 8 tysięcy marek, które wypłacono w 1981 roku jego matce. (...)

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Współpraca  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry