zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2007 maj przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


10 lat po wielkiej powodzi
Gazeta Wyborcza, Paweł Łopaciński 2007.05.28, 14.07.1997: Raport z oblężonego miasta
Między godz. 18 a 19 w sobotę dominującym dźwiękiem w centrum Wrocławia było przenikliwe wycie syren samochodów. Po opustoszałych ulicach pędziły samochody policji, wojska, pogotowia ratunkowego, pogotowia gazowego, straży, wodociągów.
Na wąskich, zabytkowych uliczkach co rusz pojawiały się rzadko tu zazwyczaj goszczące wielkie wywrotki z piaskiem. Setki wrocławian przechadzały się wzdłuż Odry na wysokości mostów Pomorskiego, Uniwersyteckiego i Piaskowego. Jej wystąpienie z brzegów w tym miejscu oznaczałoby śmiertelne zagrożenie dla Starego Miasta.
Dostępu do Starówki bronią wały z worków z piaskiem. Zagrodzono w ten sposób wyloty ulic biegnących w kierunku Odry.
Oblegane przez ludzi były także mosty. Wszyscy patrzyli na wodę. Do brzegu brakowało jej ok. 1-1,5 metra.
Aspirant Waldemar Forsiak ze straży miejskiej pełnił dyżur na moście św. Macieja od godziny 15. - Trudno ocenić, ile przybyło przez te dwie godziny. Myślę, że około kilkunastu centymetrów-poinformował.
Kiedy patrzyło się na wodę z mostu, wydawało się, że jest tuż pod stopami. Na zamkniętym w południe moście Pomorskim stała grupa policjantów. Pytani, czy może runąć, odpowiadali: - Istnieje taka możliwość. Jest stary, zniszczony. Starszy mężczyzna na ul. Nożowniczej, prowadzącej do Rynku, wykopał niewielką łopatką piasek z wyrwy w chodniku.
Około północy woda zaczęła zalewać plac Legionów i wdarła się na ulicę Grabiszyńską. - Boże, już jest! - krzyczała kobieta stojąca na rogu skrzyżowania. Policja zawracała samochody, które nadjeżdżały ulicą Piłsudskiego. W całkowitych ciemnościach podjechała wielka wywrotka z workami piachu. Przez wodę przemykały sylwetki żołnierzy. Pierwsza zapora z worków została ustawiona błyskawicznie. W ciemnościach, rozjaśnianych tylko światłami samochodu, słychać było nawoływania matek, które wyległy na ulicę z pobliskich domów. - Później przyjedziesz, najpierw się przebierz - wołała jedna z nich do kilkunastoletniego chłopca kręcącego się koło ciężarówki. Sklepikarz przy ul. Lelewela, otoczony do kolan workami, ze strachem patrzył w kierunku płynącej dalej wartkim nurtem wody. Całą noc wrocławianie pracowali bez wytchnienia wzdłuż ul. Hallera i Wiśniowej. Rozbijali pryzmy piachu i ładowali go do worków. Około godz. 2, jak relacjonował Zbigniew Brodala, instruktor Służby Ochrony Kolei, woda pokonała zapory z piasku na ul. Piłsudskiego i podeszła pod dworzec. - Całą noc dostępu do dworca bronili kolejarze i cywile. Setki osób. Niestety, nie mieliśmy pomocy wojska - powiedział Brodala (...). Najdotkliwszy, oprócz wody, był brak światła. W niedzielę w południe Piłsudskiego, główna ulica miasta, na całym odcinku przypominała górski potok, który podzielił centrum na część północną i południową. Wokół budynku odbudowanego teatru wciąż ustawiano worki z piaskiem. Jacek Bylica, mieszkaniec Nowego Dworu, w sobotę pracował na Biskupinie, w niedzielę był przy teatrze. - Muszę się przespać, odpocząć. Proszę przekazać potrzebującym rękawice - rzucił.
- Czy jest radio? Potrzebne nam jest radio - wołał kierujący pracą na barykadzie przy ul. Zielińskiego. Pod barykadę po drugiej stronie wody podjechał właśnie star z workami piasku. Koła ledwo wystawały z wody. - Wyżej, wyżej! - pokrzykiwał do układających mężczyzna w rękawicach i roboczym kombinezonie. Piłsudskiego najlepiej było forsować na wysokości ul. Bałuckiego. Woda sięgała tam po uda, choć rwący nurt utrudniał utrzymanie się na nogach.
- Idę po papierosy na dworzec. Tam są podobno otwarte kioski - tłumaczył człowiek w slipkach i koszuli, nadchodzący od ul. Kościuszki. Od Domu Towarowego Renoma już niemal suchą nogą można było się dostać do Rynku. Na placu Kościuszki młody człowiek, który przedstawił się jako Rafał Matysiak, szukał kogoś od mediów. - Są ofiary śmiertelne. Na parterze przy Kołłątaja utopiło się dwuletnie dziecko i siedmioletnia dziewczynka. Wzywaliśmy pomocy, ale nie nadeszła - mówił chaotycznie Rafał, pracujący jako wolontariusz przy PCK.
Na placu Kościuszki można było też spotkać żołnierzy, którzy przyjechali z Międzyrzecza w Gorzowskiem. Zmęczeni, z oczami jak szparki, odpoczywali, opierając się na rozrzuconych workach. - Jedzenie, picie, wszystko jest - rzucił jeden z nich.
- Woda opada - mówił z przekonaniem starszy mężczyzna w dresie przy operze. - Chodzę do parku i mierzę. Opadła od rana z 10 cm - twierdził.
Gwar dochodził z otwartej knajpki na pl. Solnym. - Wracam z obchodu Odry - rzucił mężczyzna napotkany na Szewskiej. - Woda przy mostach trochę się obniżyła - powiedział z nadzieją. Jego informacje potwierdził policjant strzegący na moście dostępu do Ostrowa Tumskiego. - Jestem tu od czwartej rano. Nurt trochę spowolniał, wody jest jakby mniej. Chyba o tyle - powiedział z wahaniem, rozwierając dłoń na szerokość siedmiu-ośmiu centymetrów. - Na wyspie nie ma już cywili -poinformował policjant.
- Otrzymaliśmy polecenie, aby nikogo nie wpuszczać. Co miało być zrobione, już zostało zrobione - dodał. Około godz. 13 wydawało się, że Ostrów jest względnie bezpieczny. Do szczytu zapór z worków wodzie sporo brakowało. Doszczętnie zostały zalane przejścia podziemne i przejazd podziemny na placu Dominikańskim. Na ul. Kołłątaja woda sięgnęła pierwszego piętra.
Około godz. 15 wciąż trwała walka o niedopuszczenie wody do dworca. Młodzi ludzie podbiegali do instruktora Brodali. - Gdzie teraz kłaść? Są następne worki. Może tam - pokazywał jeden z nich w kierunku Dworcowej.
Kilka osób otoczyło okienko z informacją. - Jak do Gdańska? - pytał młody człowiek w skórze. - Trzeba było wcześniej jechać, teraz nie wiem, czy gdziekolwiek dojedziemy - usłyszał w odpowiedzi.





Czy warto było łączyć się z Polską?
Gazeta Wyborcza, Michał Smolorz 2007.06.22
Niezależnie od wszystkich dobrych skutków epizodu historycznego z czerwca 1922 roku jego końcowy bilans nie jest korzystny dla Śląska. Szlachetne dzieło powstańców śląskich było powodowane wizją świetlanej przyszłości, bliźniaczo podobnej do iluzji szklanych domów u Żeromskiego. Niestety, dobre wizje rzadko się materializują.
Pisanie o wydarzeniach sprzed 85 lat ma najczęściej wymiar patriotyczny, dyskutanci uderzają w wysokie tony, inscenizuje się widowiska o charakterze akademii ku czci. To ważne, bo pielęgnowanie doniosłych epizodów własnej historii jest bezcenne dla określania regionalnej tożsamości. Z drugiej strony minęło wystarczająco dużo czasu, aby oderwać się od emocji i spojrzeć na Czerwiec '22 z chłodną kalkulacją: ile korzystnych i niekorzystnych skutków dla Górnego Śląska wiązało się z tą datą, ile dobrego i ile złego zostało nam do dziś. Społeczne i gospodarcze następstwa takich przełomów są nie mniej ważne niż ich aspekt polityczny. Polityka bowiem zmienia się i wije, reszta zostaje, wrasta w ludzką świadomość i na długie dziesięciolecia (a bywa że na stulecia) określa warunki naszego życia.
Narysujmy więc z buchalteryjnym chłodem prosty księgowy bilans aktywów i pasywów tamtego czasu.
Aktywa
Akcja propagandowa sprzed plebiscytu odwoływała się - bodaj po raz pierwszy w historii regionu - do podmiotowości Ślązaków. Przez długie stulecia historia przewalała się nad naszymi głowami, nam zaś zostawiano rolę bezwolnych ofiar. Plebiscyt był wydarzeniem przełomowym, bo tym razem ktoś nas zapytał o zdanie. Zawdzięczamy to Amerykanom, którzy ideę plebiscytów na spornych terytoriach przywieźli na konferencję wersalską. Było to novum w Europie, gdzie dotąd kontynentalne mocarstwa rozstawiały pionki wedle własnego uznania. Teraz Górnoślązacy sami mieli zdecydować o własnym losie (...). Paradoksalnie była to też... ostatnia taka okazja. Później już nikt nie raczył nas o nic zapytać. I z tego punktu widzenia lata 1918-1922 to było pierwsze doświadczenie obywatelskiej demokracji.
Ponieważ mogliśmy sami decydować, dlatego obie strony oferowały nam do wyboru wyszukane rozwiązania polityczne na przyszłość. Górny Śląsk był niczym atrakcyjna panna wydaniu, o względy której prześcigają się konkurenci. Strona polska przedstawiła korzystną dla regionu wizję województwa autonomicznego, która w istocie była wyrafinowaną formą samorządności. Po stronie niemieckiej kuszono nas wizją osobnego landu (...).
Powstałe ostatecznie Autonomiczne Województwo Śląskie było bezsprzecznie tworem modelowym i nowoczesnym, także wedle dzisiejszych kryteriów. Region praktycznie mógł sam decydować o własnych sprawach, mógł sam zbierać i wedle własnego uznania wydawać pieniądze publiczne - do stolicy odprowadzano jedynie określony procent z podatków. Nad budżetem (skarbem) czuwał lokalny parlament (Sejm Śląski), a jedynym ogniwem administracyjnym łączącym region z państwem był lokalny rząd, czyli Śląska Rada Wojewódzka z wojewodą na czele (...). Z samostanowienia wyłączone były praktycznie tylko sprawy wojskowe i polityka zagraniczna.
Polsko-niemiecka rywalizacja wokół Górnego Śląska nie skończyła się w 1922 roku. Po niemieckiej stronie granicy tamtejsze władze postanowiły stworzyć silną konkurencję dla polskiej autonomii. W planach było powołanie wielkiego Trójmiasta: Bytom - Zabrze - Gliwice, które miało być modelową metropolią niemieckich kresów wschodnich. Zaczął się wielki boom inwestycyjny. Skorzystało na nim zwłaszcza Zabrze, które z małej, nieznaczącej osady przemysłowej w kilka lat miało stać się centrum konurbacji. Ściągnięto najwybitniejszych architektów i urbanistów, którzy mieli stworzyć budzące zachwyt rozwiązania. Dla Trójmiasta przewidziano wspaniałe systemy komunikacyjne, zarówno w połączeniu z Berlinem (autostrada i magistrala kolejowa), jak i w transporcie miejskim (kolej miejska, metro, obwodnice drogowe). Zaczęły powstawać imponujące budowle publiczne, kościoły, stadiony. Inwestycją na wielką skalę był Kanał Gliwicki (wówczas noszący imię Adolfa Hitlera), otwierający bezpośredni szlak wodny do Bałtyku i skomunikowany z całym systemem dróg wodnych Niemiec. Centralny port przeładunkowy w Koźlu do dziś imponuje swymi możliwościami (niestety, niszczeje niewykorzystany).
Po polskiej stronie władze podjęły rękawicę i przystąpiły do wyścigu inwestycyjnego. Odpowiedzią na niemieckie Trójmiasto był szybki rozwój Katowic i Królewskiej Huty, przemianowanej w 1934 roku na Chorzów. W stolicy województwa zaczęły szybko rosnąć monumentalne i do dziś budzące zachwyt budowle. Administracyjne forum wokół dzisiejszego placu Sejmu Śląskiego, Biblioteka Śląska, Muzeum Śląskie, katedra i kuria (dokończone dopiero po wojnie), Śląskie Techniczne Zakłady Naukowe, nowoczesne dzielnice mieszkaniowe (...). Chorzowskie Zakłady Azotowe były oczkiem w głowie prezydenta Mościckiego. Nieco dziś zapomnianą inwestycją była magistrala kolejowa z Tarnowskich Gór do Gdyni (...). Łączyła ona śląski przemysł z Bałtykiem. W planach była też droga wodna szlakiem Wisły - tego problemu Polska nie ugryzła jednak do dziś.
Wielką zasługą tamtego czasu był rozwój Beskidów jako obszarów letniskowych i uzdrowiskowych, które połączono z Katowicami dobrą szosą i linią kolejową. Powstała alternatywa dla licznych niemieckich uzdrowisk w paśmie Sudetów.
Pasywa
Patrząc od strony społecznej, przecięcie Górnego Śląska polsko-niemiecką granicą państwową było wielką tragedią. Wprawdzie region przerabiał to już w przeszłości (w połowie XVIII wieku przecięto go granicą prusko-austriacką), ale tamto doświadczenie nie umniejszyło negatywnych skutków nowego podziału. Pierwszym widomym następstwem było masowe przesiedlanie ludności, która powodowana względami patriotycznymi porzucała swoje strony rodzinne, aby przenieść się na drugą stronę granicy. Jakkolwiek było to dobrowolne, zawsze pozostawia ślad w ludzkich sercach (...)
Na terenie Autonomii społeczny kryzys rozpoczął się już po śmierci pierwszego wojewody Józefa Rymera. Był on pierwszym i ostatnim Ślązakiem na tym stanowisku. Odtąd rozpoczęła się polityka przywożenia w teczce kolejnych kandydatów, którzy z powodu kompletnej indolencji w śląskich sprawach wywoływali tylko społeczne napięcia. Było ich pięciu. Ale największą polityczną awanturę rozpętał dopiero sanacyjny wojewoda Michał Grażyński. Choć ma on wielkie zasługi na polu rozwoju gospodarczego regionu, w kwestiach społecznych okazał się pospolitym satrapą z dużym workiem grzechów. U źródeł zła leżał wielki konflikt wojewody z Wojciechem Korfantym, który przekładał się na całą politykę w regionie. Wielu wybitnych działaczy regionalnych musiało dokonywać dramatycznych wyborów: albo kolaboracja z reżimem wojewody, albo dystansowanie się od spraw śląskich, a nawet emigracja. Konflikty schodziły aż na sam dół społecznej drabiny (...). Wielką tragedią było uwięzienie, emigracja i przedwczesna śmierć Korfantego.
Grażyński coraz silniej ograniczał prawa mniejszości niemieckiej, wymuszał nawet likwidację niemieckich nabożeństw w kościołach katolickich i ewangelickich (...). Antygermańską krucjatę wojewody musiał studzić nawet warszawski minister spraw zagranicznych Józef Beck. W administracji wojewódzkiej Ślązacy szybko stali się niemile widziani. Praktycznie wszyscy miejscowi urzędnicy, nawet polskiej orientacji, zostali usunięci ze stanowisk i zastąpieni importowanymi zastępcami, którym oferowano wysokie wynagrodzenia i atrakcyjne warunki osiedlenia.
Niejednoznaczne były skutki podziału dla lokalnego Kościoła katolickiego. Górnoślązacy zyskali wprawdzie własnego biskupa, ale jednocześnie oderwano ich od wrocławskiego matecznika, gdzie przez stulecia była ich duchowa stolica. Zderzenie europejskiej otwartości pielęgnowanej we Wrocławiu z diametralnie odmienną mentalnością polskiego Kościoła przyniosło wiele rozczarowań (...).
Skutki politycznego podziału regionu odczuwamy do dziś. Podjęta w 1998 roku próba ponownego zjednoczenia Górnego Śląska w jeden organizm administracyjny zakończyła się wielką awanturą. Niektóre miejscowości dzisiejszego województwa śląskiego, które dawniej były po drugiej stronie granicy (np. Racibórz), już stawiają na porządku dziennym kwestię secesji i przeniesienia się pod opolskie skrzydła.
Reforma struktur kościelnych z 1992 roku i stworzenie górnośląskiej prowincji też dały mizerne rezultaty. Dawna granica polsko-niemiecka sprzed 85 lat realnie wciąż istnieje: Kościół katowicki do dziś jest ostentacyjnie odrębny od Kościoła gliwickiego i opolskiego. Nie udało się nawet wprowadzić wspólnego dla całej metropolii modlitewnika, księża niezmiennie unikają organizowania pielgrzymek do sanktuariów po drugiej stronie (...).
Najwięcej zła leży jednak w ludzkich sercach. Bezkonfliktowa wielokulturowość, którą przez stulecia chlubił się Górny Śląsk, legła w gruzach wraz z wybuchem nacjonalizmów w końcu XIX wieku. Ich skutkiem był m.in. rok 1922. Pokłosiem tamtej epoki są pokutujące do dziś demony, karykaturalna kopia mentalności z epoki Grażyńskiego. Śląsk, zamiast być modelowym przykładem polsko-niemieckiej koegzystencji, do dziś jest widownią groteskowych wystąpień ludzi szafujących nacjonalistyczną ideologią z początku XX wieku, zaprawioną tandetnym pieprzem z epoki gomułkowskiej. (...)


Śląsk traktowany jak kolonia...
Dziennik Zachodni, Witold Pustułka 2007.06.22, Mieszkańcy Gdańska czy Poznania znają Śląsk tylko z korupcji i patologii
Niedzielne, wyjątkowe, wzniosłe i świetnie zorganizowane uroczystości 85. rocznicy powrotu (przyłączenia - dop. red.) Górnego Śląska do Macierzy po raz kolejny pokazały, że sprawy naszego regionu coraz trudniej przebijają się na szczebel krajowy. Żadna z wielkich stacji telewizyjnych, zarówno publicznych, jak i komercyjnych, w swoich głównych dziennikach nie nadała relacji z katowickich uroczystości. To kolejny dowód na to, jak województwo śląskie traktowane jest w Warszawie.
Gdy przed trzema laty obchodziliśmy 60. rocznicę Powstania Warszawskiego, wielkiego, szlachetnego, ale mimo to przegranego, rządzona wówczas przez postkomunistyczną lewicę telewizja publiczna nadawała na żywo masę relacji z tego wydarzenia. Tym razem ograniczono się do małej relacji w III programie TVP. W ten sposób młodzi ludzie z całego kraju nie mogli dowiedzieć się na przykład, że skutkiem zwycięskiego III Powstania Śląskiego był potężny rozwój gospodarczy całej II RP; dzięki potencjałowi tutejszego przemysłu możliwe było wybudowanie nowoczesnego portu w Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Na uroczystości do Katowic, mimo wcześniejszych nieoficjalnych obietnic, nie przyjechał też żaden z braci Kaczyńskich. W minioną niedzielę, wraz z najbliższą rodziną, świętowali oni bowiem wigilię swoich 58. urodzin.
Ten przykład jeszcze raz pokazuje, jak w ciągu minionych lat spada pozycja Śląska i całego województwa w skali kraju. Trudno, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, być apologetą realnego socjalizmu, ale do 1989 roku nasza pozycja w Polsce była o wiele lepsza, tym bardziej, że dawne województwo katowickie było zaledwie ogryzkiem na mapie kraju. To wtedy jednak górnictwo, hutnictwo, przemysł maszynowy były motorem napędowym Polski, a dzięki temu na przykład Górnik Zabrze i Ruch Chorzów po 14 razy zdobywali tytuł Mistrza Polski w piłce nożnej. Dziś oczywiście można mówić, że tamta sytuacja była chora, oparta na pseudorynkowych mechanizmach, ale tutejsi mieszkańcy na pewno mieli wówczas o wiele większe poczucie własnej wartości niż dzisiaj.
Spadek naszej roli w skali kraju widać praktycznie na każdym kroku. We wspomnianych największych stacjach telewizyjnych nasze sprawy przebijają się na antenie tylko w sytuacjach ekstremalnych. O Śląsku, ale w pejoratywnym kontekście mafii węglowej, zrobiło się głośno przy okazji śmierci poseł Barbary Blidy. Ostatnio w Wiadomościach pojawiła się na przykład informacja, że najwięcej lekarzy dotkniętych chorobą alkoholową mieszka na Śląsku. Nikt nie powie, ilu ich jest, z jakich miast pochodzą, ale wrzucenie ich do wspólnego worka uwiarygadnia przekazaną informację.
W tej chwili między Krakowem a Katowicami trwa też spór o zlokalizowanie wielkiej firmy państwowej - Energetyki Południe. Jeszcze w listopadzie ubiegłego roku premier Jarosław Kaczyński w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w Elektrowni Halemba zapewniał, że siedziba nowego, wielkiego koncernu mieścić się będzie w Katowicach. Tymczasem, jak się okazuje, struktury tej firmy zaczynają być budowane pod Wawelem. Ponoć lobbystą tego pomysłu jest osobiście minister sprawiedliwości - rodowity krakowianin - Zbigniew Ziobro (...). Jeśli prezydent Katowic, wojewoda śląski i marszałek przegrają szansę na zlokalizowanie u nas siedziby największego zakładu energetycznego na południu kraju, to ogromne podatki z tytułu działalności tej firmy zasilą kasę miejską Krakowa, a nie Katowic.


Nowa linia kolejowa w Śląsku!
Dziennik Zachodni, mokr 2007.06.21, Koleją na lotnisko
Jest już list intencyjny w sprawie budowy szybkiej kolei między lotniskiem w Pyrzowicach a śląskimi miastami. Wczoraj podpisali go przedstawiciele zarządu województwa śląskiego oraz PKP Polskie Linie Kolejowe SA.
Projekt połączenia kolejowego między Międzynarodowym Portem Lotniczym Katowice w Pyrzowicach a miastami aglomeracji górnośląskiej ma już kilka lat. Zakłada uruchomienie wygodnego dojazdu między Pyrzowicami, a miastami, takimi jak: Katowice, Chorzów, Bytom, Zabrze i Gliwice. Projekt obejmuje również wybudowanie węzłów przesiadkowych z połączeniami do innych miast i regionów województwa. Połączenie z Chorzowem usprawni m.in. dojazdy na wielkie imprezy organizowane na Stadionie Śląskim. Rozwiąże równiesz część ewentualnych problemów transportowych podczas Euro 2012. (...)


Finał konkursu na Muzeum Śląskie
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.06.15, Rozstrzygnięto konkurs na Muzeum Śląskie
W konkursie na nową siedzibę Muzeum Śląskiego wygrali architekci z Grazu. Sale muzealne umieścili pod ziemią, będziemy do nich zjeżdżać niczym do kopalnianych chodników.
Takiego budynku będzie mogła nam pozazdrościć cała Polska! Tuż za Spodkiem, na terenie po kopalni Katowice, wznosić się będą szklane wieże z ogrodem na dachu. Projekt architektów biura Riegler Riewe Architecten z Grazu został jednomyślnie wybrany spośród 18 prac, które wpłynęły na ogłoszony przez władze województwa śląskiego konkurs. Międzynarodowe jury pod przewodnictwem Bohdana Paczowskiego uznało, że najlepiej wpisuje się w otoczenie - nie zasłania zachowanych pokopalnianych budynków, ale podkreśla jeszcze ich piękno. Sale muzealne znajdą się pod ziemią, będziemy do nich zjeżdżać niczym do kopalni. Światło dochodzić do nich będzie dzięki szklanym wieżom.
- Czegoś takiego na świecie nie było, ważne, żeby nasi politycy walczyli o realizację tego projektu - zachwycał się Paczowski.
Inne prace, które nadeszły na konkurs, też były ciekawe. Francuzka Odile Decq otrzymała wyróżnienie za budynek, którego gigantyczna bryła przebija się przez ziemię, jak złoże węgla. Holenderski architekt Dick van Gameren wspólnie z Bartłomiejem Nawrockim i Marcinem Jojko - absolwentami gliwickiego Wydziału Architektury - zaproponował zaś umieszczenie muzeum w budynku z trzech brył wyrastających ze wspólnej platformy. Jury przyznało im trzecie miejsce.
Z rozstrzygnięcia konkursu cieszyli się wczoraj pracownicy Muzeum. (...) Budowa nowej siedziby jest wymieniana przez władze województwa wśród najważniejszych zadań. Ma ruszyć w 2009, a otwarcie nastąpi dwa lata później. Wcześniej będzie można zwiedzać zaadaptowane do celów wystawienniczych stare obiekty, w tym maszynownię szybu Bartosz. Nowe muzeum będzie kosztować ponad 200 mln zł, które województwo chce zdobyć z funduszy Unii Europejskiej.


Ślązacy mają żal do stolicy
Dziennik Zachodni, rozmawiała Grażyna Kuźnik 2007.06.19
20 czerwca 1922 roku Polska dostała 85 proc. górnośląskich zasobów węgla, 75 proc. zakładów przemysłowych, prawie milion obywateli.
Dziennik Zachodni: Ślązacy mają żal do stolicy, że nie docenia Śląska ani roli powstań śląskich w polskiej historii. Już Wojciech Korfanty twierdził, że gdyby zawsze stosował się do zaleceń rządu, Górny Śląsk dawno by przepadł dla Polski. Mówił wprost, że rząd nie ma głowy, planów ani żadnych wytycznych wobec tego regionu..
Historyk dr hab. Zygmunt Woźniczka: Korfanty jednak przesadzał. Warszawie oczywiście zależało na Śląsku, ale z powodu sytuacji politycznej, stolica nie mogła powstańców wspierać oficjalnie. Można było narazić Polskę na krytykę, czy nawet potępienie opinii międzynarodowej, ba, nawet na konflikt zbrojny polsko-niemiecki. Należało działać ostrożnie, niejawnie. Rząd z Wicentym Witosem sprzeciwił się III powstaniu, ale bokiem słał pomoc. Wielu dowódców powstańczych było zawodowymi żołnierzami polskiej armii, bez śląskich korzeni. Akcja Mosty, która rozpoczęła III powstanie, jest dobrym tego przykładem.
DZ: Dzisiaj o tej akcji pamiętają chyba już tylko historycy.
ZW: Kierował nią porucznik Tadeusz Puszczykowski ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, który zameldował się w Strzelcach Opolskich jako Konrad Wawelberg. Pracował z grupą kilkudziesięciu specjalnie wyszkolonych dywersantów, w większości pochodzących z innych regionów kraju. Był wśród nich i ojciec Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Chodziło o jednoczesne wysadzenie kilku mostów na liniach kolejowych łączących Śląsk z Niemcami, w okolicach Opola, Kędzierzyna i Kluczborka. Doszło do tego 2 maja 1921 roku. Pomysł był ryzykowny, bardzo niebezpieczny, ale okazał się wielkim sukcesem. Niemcy nie znaleźli winnych. To ułatwiło w dużym stopniu sukces powstania. Łącznie Polska wysłała na Śląsk 800 oficerów i 7 tys. szeregowych żołnierzy oraz 12 pociągów z amunicją. Opracowano plan powstania. Ponadto dano pieniądze na przykład na żołd dla powstańców. Trudno więc mówić o obojętności polskiego rządu.
DZ: Polska pewnie liczyła na lepszy wynik plebiscytu. 40 proc. głosów było rozczarowaniem.
ZW: Niestety, to nasz profesor Eugeniusz Romer zgłosił na konferencji w Paryżu wniosek, żeby w plebiscycie mogli głosować również emigranci, czyli osoby urodzone na Śląsku, ale mieszkające gdzie indziej. Przyjechało 10 tys. głosujących za Polską, a prawie 200 tys. za Niemcami. To był szok. Trzeba jednak pamiętać, że minęło sześć wieków od czasów, gdy Śląsk należał do Polski, a Niemcy byli świetnie zorganizowani. Wojciech Korfanty uznał, że jedyną drogą do odzyskania Śląska jest trzecie powstanie.
DZ: Które rozwinęło się inaczej, niż chciał.
ZW: Miała to być raczej manifestacja, pokazanie światu, że stała się niesprawiedliwość. Korfanty na taki protest otrzymał nawet cichą zgodę Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej. Generał Henri Le Rond, który stał na jej czele, poufnie poparł Korfantego. III powstanie okazało się jednak gwałtowniejsze, niż zakładano.
DZ: Nie była to grzeczna demonstracja.
ZW: Nerwy po obu stronach były już bardzo napięte. Poza tym nie udawajmy, że powstańcy składali się z samych aniołów. Historyczne źródła dowodzą, że dochodziło również z ich strony do samosądów, zabójstw, aktów terroru. Znamy przykłady, że siłą zaciągano Ślązaków do powstania, pod groźbą kuli w łeb. Ale działania Grenzschutzu i Freikorpsu, paramilitarnych grup złożonych ze zdemobilizowanych żołnierzy niemieckich, pokazały już wcześniej, że w tej walce nie ma miejsca na żarty.
DZ: Powstanie toczyło się ze zmiennym szczęściem. Sam Korfanty obawiał się eskalacji walk, nadmiernej inicjatywy powstańców. Odwołał płk. Macieja Mielżyńskiego z funkcji dowódcy powstania.
ZW: Ale tylko dlatego, że ten naprawdę sobie nie radził. Nawet bitwa pod Górą św. Anny mogła zakończyć się klęską. Zresztą Mielżyński to była dość mroczna postać. Przed pierwszą wojną światową zastrzelił swoją żonę i siostrzeńca, sądził go sąd honorowy, w rodzinnej Wielkopolsce był bojkotowany. Potem rzucił się w wir walk. Zastąpił go z sukcesem Kazimierz Zentkeller, powstaniec wielkopolski.
DZ: III powstanie wywalczyło dla Polski ogromny majątek. 85 proc. górnośląskich zasobów węgla, 75 proc. zakładów przemysłowych, prawie milion obywateli. To był łakomy kąsek.
ZW: Mało powiedziane - dla biednej Polski bardzo łakomy. Bez pomocy śląskiego przemysłu nie byłoby portu w Gdyni, czy jednej z największych inwestycji dwudziestolecia międzywojennego - Centralnego Okręgu Przemysłowego. To był prezent o znaczeniu o wiele większym dla Polski niż dla Niemiec. Niemcy miały rozbudowany przemysł w innych regionach. Ale z drugiej strony stolica szybko dała odczuć Ślązakom swoją wyższość. Tutejsze obyczaje, tradycje, język traktowano jak folklor. Brakowało miejscowej inteligencji, zastąpiono ją napływową. Zaczęli przyjeżdżać ludzie, którzy nie mieli żadnej wiedzy o Śląsku. Budziło to rozgoryczenie miejscowych, którzy czuli się wykorzystani.
DZ: Zapomniano, że ten Ślązak niby ze skansenu już dawno znał nowoczesną technologię w zakładach, miał elektryczność, gaz w mieszkaniach, sprawny transport miejski.
ZW: Śląsk czuł się jak eksploatowana i lekceważona kolonia, co często podkreśla Kazimierz Kutz. To są też główne pretensje zwolenników autonomii, którzy twierdzą, że Śląsk powinien wybrać trzecią drogę. Zresztą już nie tylko książę Hochberg von Pless chciał utworzenia na Śląsku odrębnego państwa. Przed wojną województwo śląskie miało dużą autonomię, Sejm Śląski, co wychodziło naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Niemniej jednak wojewoda Michał Grażyński na polecenie Warszawy systematycznie je ograniczał. Polonizując ten teren jednocześnie dbał o jego rozwój.
DZ: Czy dzisiaj stolica bardziej niż kiedyś uznaje znaczenia daty przyłączenia Górnego Śląska do Polski?
ZW: Przegrane powstanie warszawskie ma takie muzeum, o jakim my na Śląsku, dla naszego wygranego - nie mamy co marzyć. Tegoroczne uroczystości w stolicy z okazji 85-lecia powrotu Śląska do Macierzy, połączone z występem zespołu Śląsk, nie odbyły się w jakimkolwiek warszawskim teatrze, tylko skromnie, w holu Muzeum Narodowego. Tłumów nie było. (...) Śląsk obdarzył Polskę wielkim zaufaniem. Oby tej ufności nigdy nie straciła.


Czy jest się z czego cieszyć?
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.06.17, Ludzie w słońcu, VIP-y w loży
Niedzielna uroczystości 85. rocznicy przyłączenia części Górnego Śląska do Polski mogły być piękną lekcją historii i okazją do wzruszeń. Tymczasem wiele osób wychodziło z niesmakiem.
Katowicki rynek, niedziela w samo południe. Kilkaset osób. - Spodziewałem się, że będzie dużo więcej, ale organizatorzy chyba za mało tę imprezę rozpropagowali - mówi poseł Tomasz Tomczykiewicz, szef śląskich struktur Platformy Obywatelskiej. Dwa dni wcześniej zatelefonował do Urzędu Wojewódzkiego, bo chciał dowiedzieć się, w którym momencie będzie mógł złożyć kwiaty pod pomnikiem. - Delikatnie mi zasugerowali, że to nie będzie wskazane - opowiada zdziwiony.
Wczoraj na katowickim rynku dziwił się nie tylko on. Okazało się, że organizatorzy podzielili gości na kilka kategorii. W głównym sektorze, tuż przed Teatrem Śląskim, wygodnie usiedli ci najważniejsi - oprócz wojewody, marszałka i prezydenta Katowic byli to przede wszystkim parlamentarzyści PiS-u, ale także Jerzy Buzek, europoseł PO i były premier oraz minister transportu Jerzy Polaczek - jedyny reprezentant rządu, ale jednocześnie poseł z Piekar Śląskich.
Przy wejściu okazywali żółtą plakietkę. Mieli najlepszy widok na zainscenizowaną wojskową defiladę - główny punkt tych uroczystości, a w dodatku tuż przed sobą olbrzymi telebim. Ten akurat przydałby się w innym miejscu, bo pozostali goście tak dobrego widoku nie mieli.
Parlamentarzyści opozycyjni, ale też np. Alojzy Lysko (należy do klubu PiS-u, ale jest bezpartyjny), z niebieskimi plakietkami zasiedli nieco z boku. Taką plakietkę miała też przy sobie senator Krystyna Bochenek (PO), ale przeszła do sektora żółtego, zanim ktokolwiek zdążył ją zawrócić. Kilku jej kolegom, wśród nich Andrzejowi Dolniakowi, już to się nie udało.
- Ktoś układał scenariusz uroczystości pod VIP-ów z Warszawy. Tylko że stamtąd akurat nikt nie przyjechał - ocenia poseł Jan Rzymełka (PO, sektor niebieski).
Blisko niego, w tym samym sektorze, siedzieli ks. prałat Jerzy Pawlik i Andrzej Rożanowicz, obaj bardzo zasłużeni dla Katowic. Ojciec tego drugiego, Stanisław Rożanowicz, był organizatorem powitania wojsk polskich wkraczających do Katowic w 1922 roku. (...)
Najgorzej mieli zwykli mieszkańcy - musieli stać za barierkami. Niektórzy odchodzili, nie czekając nawet na koniec imprezy. - Żar lał się z nieba, dziecko mi płakało, zostałbym dłużej, gdyby ktoś pomyślał choćby o jakichś dużych parasolach - mówił nam jeden z nich.
Organizatorem uroczystości był wojewoda. Po południu próbowaliśmy zapytać go o powody tego zamieszania, ale on i jego rzeczniczka byli nieuchwytni. Osoba, która zna kulisy przygotowań, mówiła nam, że niedociągnięcia wzięły się z nadgorliwości. - Jeszcze w piątek wierzono, że przyjedzie prezydent Kaczyński i wtedy podział na sektory miałby sens ze względów bezpieczeństwa - tłumaczy. - Może to i dobrze, że nie przyjechał. Jeszcze większy byłby wstyd, gdyby zobaczył te pustki na rynku - dodaje.


Festiwal opolski - policzek dla Śląska
M. Konsek, Żory 2007.06.16
W Polsce mają miejsce tylko trzy ogólnokrajowe wydarzenia związane bezpośrednio z językiem polskim. Są nimi Ogólnopolskie Dyktando w Katowicach (polszczyzna w piśmie), konkurs na Mówcę Znakomitego (polszczyzna w mowie) i Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu (polszczyzna w pieśni). Dlaczego wszystkie one przeprowadzane są właśnie na terenie etnicznego Śląska? Czy dlatego, że to właśnie tu mieszkają rdzenni Ślązacy, posługujących się własnym, wzgardzanym wciąż przez Polaków dialektem?
Może warto, by śląskie miasta straciły te ważne i cenione wydarzenia, skoro wyrażają one pogardę dla spuścizny językowej mieszkańców regionu, gdzie mają one miejsce? Te wydarzenia, a szczególnie fakt ich wyłącznej organizacji tylko na Śląsku, jawi się jako oczywisty, wywodzacy się jeszcze z PRL-u, cios w tożsamość Ślązaków. To że współtworzą je wychowankowie tej ziemi, świadczy o głęboko zakorzenionych im kompleksach i braku godności. Wstyd i gańba!


Poznamy projekt Muzeum Śląskiego
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.06.14, W piątek poznamy projekt Muzeum Śląskiego
(...) Po 80 latach tułaczki Muzeum Śląskie będzie miało wreszcie własną siedzibę. W piątek poznamy wyniki konkursu architektonicznego na nowy gmach muzeum, który powstanie na terenie nieczynnej kopalni Katowice.
Muzeum Śląskie na problemy lokalowe cierpi od swoich początków. W latach 20. korzystało z kilku sal Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. W latach 30. rozpoczęto budowę nowoczesnej siedziby, którą zaprojektował Karol Schayer. Imponujący, prawie ukończony gmach wyburzyli hitlerowcy w 1941 r. Na kilkadziesiąt lat muzeum przestało funkcjonować. Reaktywowane w 1984 r. zajęło budynek dawnego Grand Hotelu, przy alei Korfantego, gdzie działa do dziś.
Na wyniki konkursu z niecierpliwością czekają muzealnicy i zwiedzający, którzy narzekają na ciasnotę, jaka panuje w obecnej siedzibie. Nowe muzeum powstanie na rozległym, trzyhektarowym terenie po kopalni Katowice. Nad całością będzie górować zachowana wieża wyciągowa szybu Warszawa, która stanie się pierwszym w mieście punktem widokowym.
Konkurs architektoniczny na projekt muzeum ogłoszono w październiku zeszłego roku. O randze przedsięwzięcia świadczy międzynarodowe jury. W jego osiemnastoosobowym składzie znaleźli się m.in.: Adam Budak, kurator z Kunsthaus w Grazu, Zvi Hecker, uznany izraelski architekt, autor Muzeum Historii Palmach w Tel Awiwie, oraz Bohdan Paczowski, architekt i krytyk architektury z Luksemburga.
Do konkursu dopuszczono 62 pracownie, w tym gwiazdy architektury: Francuzkę Odile Decq, słynącą ze śmiałych projektów muzeów na całym świecie, oraz Holendra Dicka van Gamerena. Jednak ostatecznie jurorzy ocenili tylko 18 prac, bo z konkursu zrezygnowała większość zagranicznych biur. Wielu architektów odstraszyły skomplikowane warunki konkursu, które nie dawały projektantom swobody. Jeden z uczestników żalił się wręcz, że były tak szczegółowe, że pozostało mu tylko wyrysować okna w bryle budynku. Warunki opracował Stanisław Lessaer z biura architektonicznego P.A. Nova z Gliwic, który wygrał pierwszy, koncepcyjny konkurs na muzeum w 2005 r.
Rozczarowująca ilość projektów nie musi się przełożyć na poziom konkursu. W piątek o godz. 16 na terenie dawnej kopalni Katowice dowiemy się, jaki będzie nowy gmach Muzeum Śląskiego. Zwycięski architekt oprócz 100 tys. zł otrzyma też zaproszenie do opracowania kompletnej dokumentacji projektowej. Prace budowlane mają się zakończyć w 2011 r.


Śląsk Opolski z lotu ptaka
Gazeta Wyborcza, kop, ak 2007.06.08, Wystawa fotografii Hlawacza w Kędzierzynie-Koźlu
Śląsk Opolski zatrzymany w aparacie Romana Hlawacza będzie tematem wystawy na której otwarcie zaprasza Miejska Biblioteka Publiczna 15 czerwca o godz. 17.30, do Galerii z książką w tle, przy kozielskim Rynku.
Autor wystawy swoje dzieciństwo i młodość spędził w Koźlu. Przez długi czas był pracownikiem Życia Blachowni i członkiem klubu filmowego Groteska. Obecnie mieszka w Opolu, jest członkiem ZPAF. W dorobku ponad 400 zbiorowych wystaw fotograficznych, konkursów filmowych krajowych i zagranicznych, ponad 40 wystaw indywidualnych w kraju i za granicą m.in. Warszawskiej Zachęcie, na Węgrzech , w Niemczech i Wenezueli.
W kozielskiej bibliotece prezentuje architekturę opolskich miast, w tym również Kędzierzyna-Koźla.
Wystawa czynna będzie w godzinach pracy biblioteki do 31 sierpnia b.r. (...)


Katowice wabią opolan na studia
Gazeta Wyborcza, Anita Dmitruczuk 2007.06.01
Przystanek Opole. Opole, w którym jest 36 tys. studentów, promuje się jako miasto dla inwestorów i menedżerów. Katowice z kolei, które postanowiły się wykreować na miasto akademickie, dostrzegły, że Opole to miasto, skąd na studia się wyjeżdża. Dlatego reklamują się u nas jako miasto markowych uczelni.
W Opolu pojawiły się billboardy reklamujące Katowice jako miasto markowych uczelni i odsyłające do strony internetowej, na której zebrano wszystkie informacje, których mógłby szukać student. Od bazy kierunków po ofertę kulturalną miasta. Za wszystko zapłacił katowicki ratusz - w sumie ok. 150 tys. zł.
- Postawiliśmy na akademickość Katowic, ponieważ jest tutaj ponad 20 uczelni wyższych. Oczywiście, nie wszystkie zajmują wysokie miejsca w rankingach, ale niektóre owszem, poza tym część z nich ma unikatową ofertę, jak np. wydział jazzu i muzyki rozrywkowej na Akademii Muzycznej - mówi Marcin Stańczyk, odpowiedzialny za promocję w katowickim urzędzie miasta.
Na Opolszczyźnie billboardy Katowic pojawiły się w dwóch miastach - w Opolu i Kędzierzynie-Koźlu. - Postanowiliśmy ominąć miasta wojewódzkie, a Opole jest jednym z dwóch czy trzech wyjątków od tej zasady, ponieważ zauważyliśmy, że jest jednym z tych miast, skąd młodzi ludzie wyjeżdżają na studia. Chcieliśmy im zaproponować Katowice jako miejsce, w którym świetnie się studiuje, życie jest nieco tańsze niż w większych ośrodkach akademickich, a że Katowice wraz z przyległymi miastami to największa w Polsce aglomeracja, można tutaj po studiach znaleźć pracę i ułożyć sobie życie - uzasadnia Stańczyk.
A w Opolu wciąż swary
O tym, że akademickość Opola jest ważnym aspektem wizerunku miasta, wydawałoby się, że wiedzą wszyscy. I miasto, i opolskie uczelnie wyższe. Co jakiś czas pojawia się nawet idea, żeby połączyć wysiłki i wspólnie zająć się promocją, bo każdemu się to opłaci. Obok niej zawsze jest jednak szereg pretensji.
- Myślę, że jeżeli chodzi o akademickość Opola, to w przypadku działań ratusza możemy mówić nawet o antyreklamie. Wystarczy spojrzeć choćby na stronę internetową miasta. Tam nadal wizytówką uniwersytetu jest stary budynek na ulicy Oleskiej, a nie któryś z nowych obiektów, np. na placu Kopernika, a na podstronie zbierającej informacje o Opolu w liczbach nie ma nawet uczelni wyższych wymienionych z nazwy - mówi z żalem rzecznik UO dr Danuta Berlińska.
Przypomina spotkania przedstawicieli ratusza i środowiska naukowego, jakie odbywały się na uniwersytecie w zeszłym roku akademickim, a zakończyły awanturą. - Bardzo mnie to boli, ponieważ wyższe uczelnie, obok WCM, są głównymi powodami, dla których mieszkańcy województwa przyjeżdżają do Opola. Władze miasta owszem włączają się w organizację niektórych konferencji naukowych, wspierają inicjatywy studenckie, ale nie udało się nigdy ustalić wspólnego planu działania w zakresie promocji - uważa Berlińska.
Zarówno ona, jak i odpowiedzialna za promocję Politechniki Opolskiej Krystyna Duda zauważyły katowickie billboardy od razu. - Myślę, że intensywna kampania może nam zagrozić, ponieważ może spowodować ograniczenie liczby kandydatów na studia z województwa śląskiego i odpływ kandydatów z województwa opolskiego na katowickie uczelnie wyższe - stwierdza Berlińska. - Decyzji o studiach nie podejmuje się na podstawie billboardu, jednak politechnika już zaplanowała akcję promocyjną w miastach Opolszczyzny, z którą niebawem ruszymy - mówi Duda.
Katowickie billboardy zauważył też naczelnik wydziału gospodarki i promocji miasta Maciej Wujec. - Co do samej idei, to reklama uczelni jest bardzo dobrym pomysłem wartym naśladowania i na pewno odpowiemy na nią w najbliższym czasie. Co do formy, to nie wiem, dlaczego akurat na billboardach widnieje bardzo zniszczony indeks. Może Katowice chciały podkreślić swoją długą tradycję jako miasta akademickiego - ironizuje Wujec.
Dogadamy się, ale potem
Nikomu nie przychodzi z trudnością podanie powodów, dla których warto promować Opole jako miasto akademickie. - Nasze miasto leży pomiędzy Krakowem, Wrocławiem i Katowicami. To duże ośrodki akademickie, ale jednocześnie można wykorzystać to położenia jako nasz atut - mówi Duda. - Był wprawdzie pomysł, aby połączyć wysiłki promocyjne z uniwersytetem, ale zanim zebralibyśmy się wszyscy i wyznaczyli osoby, które mają się zajmować poszczególnymi sprawami, przegapilibyśmy moment rekrutacji. Było po prostu za mało czasu, ale może za rok - zastanawia się Duda.
- W Opolu co czwarty spotkany na ulicy człowiek to student. W naszych akcjach promocyjnych kierowanych np. do inwestorów zawsze podajemy to jako atut miasta, ponieważ to ważne, że jest tu zaplecze kadrowe. Na pewno na to jakoś odpowiemy, ale czy ruszymy z osobną kampanią, to jeszcze sprawa otwarta - mówi Wujec, który obiecuje również zmianę witryny internetowej Opola. - Na pewno nie zapomnimy o wyższych uczelniach - obiecuje. (...)


Uniwersytet nie taki czerwony?
Gazeta Wyborcza, Anna Stańczyk 2007.06.11, Uniwersytet nie był taki czerwony
Pierwszy raz o stworzeniu uniwersytetu na Śląsku (Górnym - przyp. red.) pomyślano w latach 20. Projekt zablokowali, zazdrośnie strzegący monopolu na wiedzę, profesorowie z Krakowa i Lwowa. Dziś Uniwersytet Śląski to kilkanaście gmachów i kilkanaście tysięcy studentów.
Uniwersytet Śląski powstał w 1968 r. z połączenia Wyższej Szkoły Pedagogicznej i filii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wprawdzie tuż po wojnie powołano na Śląsku komitet przygotowujący grunt pod humanistyczną wyższą uczelnię, ale po sporządzeniu bilansu profesorów potrzebnych w skali kraju zabrakło ich dla Katowic.
Panuje przekonanie, że utworzenie uniwersytetu to zasługa Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza KW PZPR. Miał on poprzeć represje wobec studentów w marcu 1968 r. i nie dopuścić do studenckich rozruchów na Śląsku. Tym samym pokazał, że jeśli uniwersytet powstanie, na pewno nie wymknie mu się spod kontroli, a może nawet stanie się wzorem dla niespokojnych ośrodków w Krakowie czy Warszawie. UŚ powołano niespełna trzy miesiące później, 8 czerwca.
Jego powstanie rozbudziło nadzieje śląskiego środowiska naukowego. Oczekiwania były ogromne. Pierwsza inauguracja odbyła się z wielką pompą, przyjechał premier Józef Cyrankiewicz, składano wiele obietnic. Zrealizowano niewiele z nich. Kampus uniwersytecki miał powstać w Ligocie, ale władza obawiała się, że tak duże skupisko studentów będzie dla niej niebezpieczne. Do uniwersytetu przylgnął przydomek czerwonego.
- Nie był znowu taki czerwony, ten kolor został nam po prostu przypisany. Może z powodu Gierka? Pamiętam, że na inauguracji roku akademickiego rektor Kazimierz Popiołek prowadził pod rękę Gierka (...) - wspominała podczas jednego z wywiadów Irena Okońska-Kozłowska, kiedyś kierowniczka Zakładu Krystalografii w Instytucie Chemii.


Po co Śląskowi inteligencja?
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.06.08
Śląsk nigdy nie miał własnych elit. Czy dziś ich potrzebuje? Tak, bo bez inteligencji nie ma co marzyć o rozwoju.
We wtorek w kinoteatrze Rialto zdarzyło się wiele cudów. Pierwszy polegał na tym, że spotkało się kilkadziesiąt osób przywykłych na co dzień do tego, że słucha się ich jak wyroczni: artyści, publicyści, naukowcy i duchowni. I gdzie tu cud? Tym razem głównie słuchali. Dyskusję o tym, po co Śląskowi inteligencja, prowadził publicysta, felietonista Gazety Michał Smolorz. Rozmawiali: metropolita górnośląski abp Damian Zimoń (z Niedobczyc, mieszka w Katowicach), senator i reżyser Kazimierz Kutz (z Szopienic, od lat w Warszawie), prof. Marek Szczepański (z Częstochowy, mieszka i pracuje w Tychach) oraz malarz i pisarz Henryk Waniek (z Katowic, mieszka w Warszawie).
Trzy razy T
O cudzie drugim mówił prof. Szczepański (nazywa siebie medalikorzem, bo pochodzi spod Jasnej Góry, ale z zasiedzenia i pasji jest Ślązakiem). - 200 tysięcy ludzi w tej krainie studiuje, a zaledwie kilkanaście lat temu było ich pięć razy mniej! - mówił. Dlaczego to tak ważne? Region nigdy nie będzie piękniejszy niż głowy jego liderów. Musimy być mądrzy, coraz mądrzejsi.
Według Szczepańskiego masowa edukacja sprzyja zbudowaniu na Śląsku nowoczesnej piramidy społecznej - takiej z silną i wykształconą klasą średnią. - Który region ma największe szanse? - pytał socjolog i sam - powołując się na prof. Richarda Floridę z nowojorskiego Uniwersytetu Columbia - odpowiadał: - Ten, który ma trzy T: talent, technologię i tolerancję.
Szczepański: - Talent da się zmierzyć odsetkiem ludzi z wyższym wykształceniem, pracujących twórczo. Właśnie wracam z uniwersytetu. Choć jest już po południu, tam ciągle są tłumy młodych, spragnionych wiedzy ludzi. To dobrze. Na Śląsku odsetek wykształconych ludzi wzrasta, jest on wciąż niezadowalający. Technologia - to liczba zgłoszeń patentowych, a tolerancja to nasza otwartość na inne kultury i grupy. Im wyższy wskaźnik trzy T, tym szybszy rozwój. Moja i nie tylko moja porażka polega na tym, że wciąż zbyt mało osób kreatywnych, świeżo upieczonych absolwentów uczelni, potrafimy zatrzymać u nas na miejscu. Wyjeżdżają do Cardiff, do Irlandii, ostatnio dwójka moich bardzo zdolnych studentów poleciała do Nowego Jorku. Naszym obowiązkiem jest zrobić wszystko, by ich zatrzymać tutaj, na Śląsku.
Jest jeszcze Z: - Czyli zaufanie społeczne. W Danii na 100 osób 80 odpowiada, że ma zaufanie do sąsiadów, kolegów, przyjaciół. Na Śląsku proporcje są dokładnie odwrotne. Zaufanie do innych deklaruje 20 osób na 100. Musimy to szybko zmienić - mówił Szczepański.
Kaj my to som
O cudzie drugim mówił abp Damian Zimoń. Przypomniał swojego poprzednika, bp. Herberta Bednorza (- On nas dobrze szkolił, choć my nie do końca chcielibyśmy być tacy jak on - powiedział żartobliwie Zimoń), i cytował jego słynne pytanie: Kaj my to som?
- To pytanie w odniesieniu do Śląska ciągle musimy sobie zadawać. Bo refleksja nad sobą, światem, życiem to sprawa podstawowa. Przed laty biskupi niemieccy ostrzegali mnie, że z nadejściem wolności skończą się tłumy pielgrzymów w Piekarach Śląskich. I co? Wciąż jestem zaskakiwany młodością i niemalejącą liczbą pątników. Papież Jan Paweł II kilka lat temu nie mógł uwierzyć, że tak wielu ludzi, aż 100 tys., ciągle chodzi na pielgrzymki. Pytał mnie, potem dopytywał jeszcze innych - stwierdził arcybiskup.
- No to jaka jest ta śląska religijność? - pytał go Smolorz i w tym momencie zdarzył się cud kolejny, bo oto o znaczeniu wiary zaczął mówić Kazimierz Kutz, od lat uchodzący za agnostyka niechętnego Kościołowi. - Ślązacy mają w sobie wielkie poczucie tożsamości - przekonywał. - W mordędze nieludzkiej pracy, gdy mężczyźni szybko umierali, a ich żony same zostawały z czeladką dzieci do wykarmienia, ludzie szukali oparcia. Byliśmy wędrownikami po obcych imperiach, odrzuceni i odtrąceni, w nieludzko ciężkiej pracy, a mimo to przetrwaliśmy. Mieliśmy w sobie jakieś parcie - dowodził.
- A czemu to się udało, skąd to parcie? Proszę powiedzieć - wtrącił się ksiądz arcybiskup.
- Hmm, wiadomo - bronił się Kutz.
Ksiądz arcybiskup nie odpuszczał: - No to skąd?
- Z potrzeby Boga - powiedział Kutz ku zaskoczeniu wszystkich.
- Gdybym to ja powiedział, posądziliby mnie o stronniczość - żartował arcybiskup.
Długie trwanie
Następny cud z początku zauważył tylko prof. Szczepański. Oto Kutz zaczął przemawiać jak... socjolog! - Śląsk to fenomen długiego trwania - zaczął reżyser i uzasadnił: ma odrębną pamięć, własną hierarchę ważności i język. - Śląsk to jest rasa. Przetrwaliśmy stulecia odtrącenia i odrzucenia, przetrwaliśmy paskudny wyzysk XIX wieku, sklepywanie przez prusactwo i brutalnie pozamykane kopalnie. Skoro nic nam nie dało rady, to teraz idą dobre czasy dla Śląska. Weszliśmy do Europy, która czeka na takich jak my, zahartowanych, heroicznie znoszących różne trudy ludzi pogranicza i regionów - zakończył optymistycznie.
Henryk Waniek był bardziej sceptyczny: - Heroizm to nie jest dobra cecha, ona bardziej upadla, niż uwzniośla. Raczej starajmy się z niej wydobyć, niż ją w sobie pielęgnować. A inteligencja? Proszę spojrzeć na śląskie ulice. Gdzie tu inteligencja, gdzie elity? Prześladuje nas - za przeproszeniem księdza arcybiskupa - dupowatość, o której mówi Kaziu Kutz.
- A bo nie czyńmy ze Śląska takiej wyjątkowej krainy. Jesteśmy tacy, jacy siebie stworzymy, będziemy tak widziani, jak na to zapracujemy - skonstatował Zimoń.
Kutz: - Pani Małgorzata Szejnert, która napisała książkę o Giszowcu, wydobyła ze swoich rozmówców Ślązaków zdanie, które najlepiej nas określa: my to smolimy. Czyli róbmy swoje mimo przeciwności.
Waniek: - A może raczej, że mamy wszystko gdzieś?
Pretekstem do spotkania w Rialcie było wydanie książki Aleksandry Klich Bez mitów. Portrety ze Śląska. (...)


Bank Śląski wybuduje Stadion Śląski?
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2007.06.05, ING Bank Śląski zainwestuje w Stadion Śląski?
ING Bank Śląski jest zainteresowany przebudową Stadionu Śląskiego! To odpowiedź na list władz województwa do wielkich koncernów w sprawie udziału w finansowaniu tej inwestycji. Urzędnicy są przekonani, że chętnych będzie więcej.
- Nie wykluczamy, że zainwestujemy w Stadion Śląski - mówi Grzegorz Konieczny, zastępca dyrektora departamentu finansowania strukturalnego w ING Banku Śląskim. Od razu zastrzega: - To nie ma nic wspólnego z faktem, że nasz bank wywodzi się z Katowic. Traktujemy to jak każdy inny projekt ekonomiczny. Jeżeli jest na tyle mocny, żeby udźwignąć koszty i je spłacić, to jest to w sferze naszych zainteresowań.
Gazeta od momentu przyznania Polsce organizacji Euro 2012 apeluje, żeby zburzyć przestarzały Stadion Śląski i wybudować w tym miejscu nowoczesny obiekt. Jednak marszałek Janusz Moszyński uważał, że należy jak najmniejszym kosztem dokończy remont. Argumentował, że naszym największym atutem jest to, iż mamy już stadion, a w innych polskich miastach budowa nawet się nie rozpoczęła. Nie wierzył, że zostaną one oddane na czas i wówczas UEFA, chcąc nie chcąc, i tak będzie musiała dać Śląskiemu kilka meczów.
- Nie powinniśmy liczyć tylko na to, że innym powinie się noga - sugerowała Gazeta. Śląski jest już przestarzałym obiektem i jego kolejne modernizacje tego nie zmienią. Jeśli w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu zostaną wybudowane nowoczesne areny, będą nas omijać ważne imprezy sportowe i kulturalne. Kibice w całym kraju śmieją się, że do biletów na Śląskim powinny być dołączane lornetki, żeby było coś widać.
Moszyński stopniowo zmieniał zdanie. Ze 100 mln zł na zadaszenie zrobiło się ok. 200 mln zł plus kolejne 40 mln zł na ogromny parking. Ale nadal uważał, że budowa nowego stadionu to wydatek 600-700 mln zł i województwa na to nie stać.
Zaproponowaliśmy więc, aby zaprosić do finansowania wielkie koncerny. Na Zachodzie to często stosowana praktyka.
Marszałek wreszcie zrobił to, od czego powinien zacząć. Napisał do blisko 60 największych firm list z propozycją zainwestowania w Śląski. W zamian mogłyby nim zarządzać, tak by wyłożone pieniądze się zwróciły. Możliwa byłaby nawet zmiana nazwy stadionu, według życzeń inwestora. - Jeżeli zadeklarują wyłożenie 300-400 mln zł, to będziemy rozmawiać o budowie nowego Stadionu Śląskiego - obiecał Moszyński.
Ale jak bardzo był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, świadczy inna jego wypowiedź: - Dopóki nasze kluby nie będą grały systematycznie w Lidze Mistrzów, nikt poważny nie zainwestuje w stadion.
Tymczasem okazało się, że na list Moszyńskiego odpowiedziała już pierwsza firma - ING Bank Śląski. - To bardzo ciekawy projekt - nie ukrywa Konieczny.
Na razie nie wiadomo, ile ING Bank Śląski jest gotowy wyłożyć. Najpierw chce się dowiedzieć szczegółów dotyczących tego obiektu. Interesuje ich m.in. na jakim etapie jest modernizacja, czy jest już gotowy projekt zadaszenia stadionu, kto zajmie się przebudową. Wyjątkowo ważne dla finansistów jest też to, czy marszałek ma zamiar współpracować z niezależnymi doradcami finansowymi.
Z naszych informacji wynika, że z tym ostatnim postulatem nie będzie problemu. Urzędnicy marszałka już spotkali się z przedstawicielami firmy audytorskiej Deloite, która chce doradzać przy wyborze inwestorów dla Śląskiego. - Dziś spotkamy się z kolejną firmą, która chce z nami rozmawiać o stadionie i WPKiW - mówi Krzysztof Krzemiński, rzecznik marszałka.
- Taki doradca to pierwszy krok w tego typu przedsięwzięciach, bo to właśnie on powinien opracować niezależne studium wykonalności - mówi Konieczny.
Urzędnicy poważnie potraktowali zainteresowanie ING i jeszcze wczoraj przygotowali odpowiedź. To cztery strony szczegółowego opisu, co ma się przed Euro 2012 zmienić na stadionie. (...)
- Myślę, że list ING Banku Śląskiego to dopiero początek zainteresowania naszym stadionem - uważa Krzemiński.


Głosuj za katowickim dworcem!!!
Przemysław Jedlecki, Tomasz Malkowski 2007.06.04, Możesz zagłosować za katowickim dworcem PKP
Zniszczenie katowickiego dworca wcale nie jest przesądzone! PKP pyta internautów, czy chcą zachować jego charakterystyczną architekturę nawet po przebudowie gmachu.
Odkąd zarząd PKP zapowiedział, że szuka dewelopera, który ma przebudować prawie czterdziestoletni obiekt, o wyburzeniu katowickiego dworca mówi się coraz częściej.
Oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich w Katowicach przygotowuje list otwarty do władz miasta i PKP. Podobne pismo w obronie gmachu uważanego za jeden z najciekawszych przykładów powojennej architektury, napisali amerykańscy architekci, pracownicy Massachusetts Institute of Technology, wśród nich prof. Wacław Zalewski, 90-letni konstruktor stacji.
Walkę o zachowanie budynku dworca zapowiedział także polski oddział Docomomo, ogólnoświatowej organizacji zajmującej się dokumentacją i ochroną dziedzictwa modernistycznego.
- Z powodu decyzji politycznych wyburzono willę Grundmanna w Katowicach, zniszczono dużą część osiedla Giszowiec. Teraz o losie dworca, niestety państwowego obiektu, po raz kolejny może zadecydować bez pytania jakiś polityk-architekt - martwi się Henryk Mercik, miejski konserwator zabytków w Rudzie Śląskiej. Jego zdaniem budynek dworca to bardzo rzadki przypadek tak konsekwentnej brutalistycznej architektury w Polsce. - Jego piękne, żelbetowe kielichy nawet dziś, pod warstwami brudu są zauważalne - mówi.
Michał Wrzosek, rzecznik PKP przyznaje, że do centrali firmy dotarły głosy architektów i historyków w sprawie dworca. Dlatego na internetowej stronie PKP pojawiło się pytanie Czy twoim zdaniem architektura obecnego Dworca Głównego w Katowicach po jego przebudowie powinna zostać zachowana?. Wczoraj na stronie zagłosowało już ponad 1300 osób. Większość chce jednak radykalnej zmiany, co oznacza, że decydenci w PKP - jeśli zdecydują o wyburzeniu dworca - będą się mogli podeprzeć wolą społeczeństwa.
Dlatego członkowie Stowarzyszenia Moje Miasto apelują do wszystkich, którym leży na sercu los tego unikatowego budyku i głosowali za zachowaniem konstrukcji stacji. - To wartościowy gmach. Nie można go burzyć tylko dlatego, że jest brudny. Jak ktoś ma brudnego mercedesa, to nie odstawia go przecież na złom, tylko jedzie do myjni. Dlatego za wszelką cenę należy ochronić dworzec, bo nie wiadomo co powstanie w tym miejscu - mówi Łukasz Brzenczek, szef stowarzyszenia. Swoich znajomych już poprosił, by zagłosowali w obronie dworca.
Jednak Jerzy Polaczek, minister transportu, w sprawie dworca ma już wyrobione zdanie. - Nie spotkałem się z opiniami chwalącymi estetykę tego budynku. Fakty są takie, że w dużym stopniu musi on zostać wybudowany na nowo - uważa minister. (...)


Miś i Tygrysek w Gliwicach
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.06.01, Kutz i Janosch, czyli Miś i Tygrysek
Przyjechali z Warszawy i Teneryfy, rozmawiali przez tłumacza, ale już po chwili zachowywali się jak starzy znajomi. Kazimierz Kutz i Janosch spotkali się w piątek w Gliwicach.
Urodzonego w 1929 roku w katowickich Szopienicach reżysera i o dwa lata młodszego pisarza rodem z zabrzańskiej Poremby na godzinną pogawędkę o Śląsku zaprosił Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej. Bardzo szybko okazało się, że artyści potraktowali to spotkanie jako okazję do zabawy.
Janosch opowiadał o kontaktach z córką: - Są świetne, nie rozmawiamy ze sobą.
I o kobietach: - Schodzę im z drogi, a one mi też. To od czasu, gdy z prania wyciągnąłem biustonosz mojej mamy i dostałem za to po głowie. Niemal przy każdym zdaniu publiczność zastanawiała się, czy mówi serio, czy żartuje.
- Jak Pan zachowuje tak młody wygląd? - zapytała pewna pani.
- To proste, kroję ogórki w plasterki i kładę na twarz - instruował pisarz.
- A na talent pisarski to też działa? - dopytywał ktoś inny.
- Talent? Jaki talent? Przecież ja nie mam żadnego - przekomarzał się autor Cholonka..., ale podał swój przepis na pisanie: siadam w kącie, biorę czystą kartkę i dwie wódki... I znowu wielu zachodziło w głowę, czy to tylko żart. (...)
Bardziej serio odpowiadał za to na pytania przybyłych na spotkanie dzieci. Tłumaczył, kiedy wymyślił Misia i Tygryska i kim jest tajemnicza pani z portretu w pewnej książce. A gdy jakaś dziewczynka zapytała, co najbardziej lubi rysować, Janosch naszkicował bałwanka.
- Bałwanek? To nie z Pana książki - dziwili się z kolei dorośli i wtedy okazało się, że ta postać pochodzi z książki, która w Polsce jeszcze nie została wydana.
Potem przyszła wreszcie kolej na tematy śląskie i ton rozmowie zaczął nadawać Kutz, ale Janosch wczuł się w narzucony przez reżysera klimat. - Był taki Ślązak, który odkrył Amerykę. Nazywał się Kolumbiorz albo Kolumbowski - mówił z pewnością w głosie pisarz. Zarzekał się, że zrobi z Kutzem film - śląski blues. Pytany o swoją śląskość, stwierdził: - Myślałem, że to jakiś genetyczny defekt. Tak jakbym miał w głowie dziurkę, a przez nią kontaktował się z całkiem innym światem niż inni. Podał też przykład tego swojego śląskiego myślenia: - 40 lat temu wypisałem się z kasy chorych, żeby nie chorować, a gdy uszkodziłem sobie kość, to sam próbowałem sobie ją nastawić.
- O, to tak jak ja! - ucieszył się Kutz i opowiedział, jak pewnego razu usunął sobie guza, którego miał na głowie. - Mówiłem o tym znajomemu z Warszawy, ten zbladł i zemdlał, a jak się obudził, został nacjonalistą, bo takich rzeczy żaden nie-Ślązak nie zrozumie - wspominał reżyser, a sala trzęsła się ze śmiechu.
Na koniec spotkania obaj artyści pozowali do fotografii w monidle. Użyczyli swoich twarzy Tygryskowi i Misiowi z Janoschowych książek.
- Poznaliśmy się dwie godziny temu, a tyle już zdążyliśmy sobie powiedzieć, jakbyśmy znali się od zawsze - cieszył się Kutz.


Janosch: Jestem w domu
Gazeta Wyborcza, acek Madeja 2007.05.30
Janosch wrócił w rodzinne strony. Niestety, tylko na trzy dni. (...) Choć oficjalnie wizyta rozpoczęła się w środę, Janosch przyleciał na Śląsk już we wtorek rano. Chciał samotnie, bez błysku fleszy, odwiedzić stare śmieci. Przez cały dzień włóczył się po rodzinnym Zabrzu. Mimo że ulica z jego familokiem już nie istnieje, odnalazł wiele znajomych miejsc. - Jest szkoła, do której chodziłem, a w sieniach domów czuć zapach moczu, tak samo jak wtedy, gdy byłem chłopcem. Pamiętam też kościół, co się spalił i jak się z tego cieszyłem - wspomina pisarz.
Janosch nie wygląda na swoje 76 lat. Wysoki, postawny, pełen energii. Do tego siwe wąsy - wymarzony dziadek dla każdego wnuczka. Na wczorajsze spotkanie z dziennikarzami w Gliwicach przyjechał jedynie ze skromnym brezentowym workiem. Taki sam tobołek mogliby dźwigać Tygrysek z Misiem, którzy ruszyli na poszukiwanie wymarzonej Panamy.
- Dzień dobry. Bez akcentu - cieszył się, że udało mu się powitać wszystkich płynną polszczyzną.
Dziennikarze pytali o wszystko: dzieciństwo, ulubionych pisarzy, przyjaźń i o to, jak się dogaduje z dziećmi. Odpowiedzi często wprawiały w zakłopotanie. Były szczere aż do bólu.
- To nie ma sensu i tak niedługo umrę - komentował propozycję przeprowadzki do Zabrza. Zarzuty o to, że w powieści Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny przedstawił krzywdzący obraz Górnego Śląska, kwitował krótko: - Tak było. To są moje wspomnienia, a wszyscy ci, którzy dziś najgłośniej krzyczą, że w familokach nie było wszechobecnego zapachu gotowanych łupin kartofli, przemieszanego z zapachem moczu, pewnie właśnie w tym smrodzie się wychowali.
Nie ukrywał, że w pracy pomaga mu alkohol, a za powstanie Cholonka powinien podziękować św. Ginowi. - Zamknąłem się w chacie na pustkowiu z 30 butelkami ginu, ale książkę napisałem. Zapłaciłem za to tylko zatruciem wątroby - żartował.
Janosch podkreślał, że czuje się Górnoślązakiem i to właśnie w Zabrzu zawsze będzie jego dom. Dzisiaj pisarz będzie honorowym gościem w zabrzańskim Przedszkolu nr 28, które nosi jego imię. W czwartek wieczorem okazję do spotkania z Janoschem będą mieli Czytelnicy Gazety. Podczas uroczystej gali w katowickim kinoteatrze Rialto spotka się on z laureatami i nominowanymi w organizowanym przez katowicką Gazetę Wyborczą plebiscycie Cegła z Gazety - Nagroda im. Janoscha.
W konkursie, w którym nagrodą są cegły ze zburzonego familoka Janoscha, ozdobione autografem pisarza, nagradzamy osoby najbardziej zasłużone dla budowania śląskiej tożsamości. Cegły dostali już Irek Dudek i Artur Rojek. (...)


Choroba szalonych krów w Śląsku!!!
Dziennik Zachodni, mark 2007.05.31, Choroba szalonych krów na Opolszczyźnie
Przypadek BSE, czyli choroby szalonych krów, pojawił się na Opolszczyźnie. Informację podał portal tvn24 powołując się na Radio Opole. Chorobę stwierdzono u półrocznego byczka z hodowli w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim. Inspekcja weterynaryjna nie wie, jak doszło do zarażenia. Hodowca twierdzi, że nie karmił swoich krów paszą pochodzenia zwierzęcego.
Próbki mięsa chorego byczka zostały wysłane do instytutu weterynarii w Puławach. Poinformowano także o chorobie Komisję Europejską. Stado jest obserwowane, nie stwierdzono innych przypadków zachorowań. Pomimo to grozi mu wybicie.
BSE wykryto w 1986 roku w Wielkiej Brytanii (...). Mięso z zakażonej krowy może wywołać u ludzi wariant choroby Crautzfeldta-Jakoba. Jej objawy to lęk, agresja, depresja, odczuwanie bólu, zaburzenia równowagi i czucia, ruchy mimowolne, a potem otępienie umysłowe, spowodowane zniszczeniem komórek nerwowych w mózgu.


1.FC Katowice znów istnieje!
Gazeta Wyborcza, Paweł Czado 2007.05.29, Klub piłkarski 1.FC Katowice znów istnieje!
Po 62 latach przerwy na śląskie boiska wraca katowicki Erster Fussball-Club! Klub o tej nazwie to kawał historii śląskiego i polskiego futbolu. Jego zawodnik był pierwszym piłkarzem z naszego regionu, który został reprezentantem Polski.
- 1. FC został już zarejestrowany w sądzie jako stowarzyszenie i zgłoszony do OZPN-u. Wśród założycieli są kibice Ruchu Chorzów, Górnika Zabrze i GKS-u Katowice. Chcemy, żeby nasz klub łączył ludzi, którzy czują się Górnoślązakami - mówi Jerzy Gorzelik, prezes klubu, a jednocześnie lider Ruchu Autonomii Śląska.
Współpraca z Baskami
Wiadomo, że nowy 1. FC chce odwoływać się do tego sprzed lat. Piłkarze będą grać w biało-czarnych strojach. Klub przejmuje też dawny herb. Na razie niezbyt dużo wiadomo o kadrze i trenerze. - Wszyscy chętni, którzy chcą spróbować sił w naszym klubie, mogą pisać na adres: red_jaskolka@interia.eu - informuje Gorzelik.
Działacze, wykorzystując prywatne kontakty, planują nawiązać współpracę z Baskami, zwłaszcza z klubem Athletic Bilbao. Nie oznacza to jednak wcale, że w 1. FC - wzorem Athletic, gdzie występują sami Baskowie - będą grać wyłącznie Ślązacy. - Chcemy jednak, żeby nasi piłkarze mieszkali na Górnym Śląsku - podkreśla Gorzelik. Zaznacza, że nie planuje kariery działacza piłkarskiego, chce tylko pomóc klubowi w pierwszym okresie działalności.
Klub ma rozgrywać swoje spotkania na boisku Rapid na Koszutce. Meczów na dawnych przedwojennych boiskach 1. FC zorganizować się nie da, bo są w ruinie.
Nie chcieli być Klubem Piłkarskim
Dzieje 1. FC były bardzo skomplikowane, w ich tle widać napięte stosunki polsko-niemieckie na przedwojennym Śląsku. Protoplastą 1. FC był klub o nazwie Preussen - jedna z najstarszych piłkarskich drużyn w naszym regionie. Pierwotnie piłkarze Preussen grali przy dzisiejszej ul. Fliegera. W 1920 roku klub dostał zgodę na dzierżawę terenów na południu Katowic (niedaleko parku Kościuszki), gdzie wybudował stadion. Obiekt istnieje do dziś, niestety, jest w fatalnym stanie (po wojnie przejął go Wojewódzki Milicyjny Klub Sportowy, później Gwardia). Rozegrano na nim kilka historycznych spotkań. W 1924 roku odbył się tam pierwszy w historii mecz Polski Górny Śląsk - Niemiecki Górny Śląsk (3:3), cztery lata później reprezentacja Polski wygrała tam w oficjalnym meczu towarzyskim ze Szwecją 2:1. To był pierwszy mecz biało-czerwonych na Górnym Śląsku.
W 1922 roku, na życzenie polskich władz administracyjnych Katowic, klub musiał zmienić nazwę z Preussen na 1. Klub Piłkarski. Niemieccy działacze nie chcieli się pogodzić z decyzją. Zaskarżyli ją do sądu i... wygrali. Odtąd klub nazywał się Erster Fussball-Club i uczestniczył w... polskich rozgrywkach. 1. FC był drużyną zdecydowanie mieszczańską, wspieraną przez drobny kapitał. Szybko stał się jedną z najsilniejszych na Śląsku. Asami 1. FC byli reprezentanci Polski: bramkarz Emil Goerlitz i napastnik Karol Kossok. Goerlitz był pierwszym Ślązakiem, który zagrał w biało-czerwonych barwach. (...) Z kolei supersnajper Kossok stał się sławny poza granicami Śląska, kiedy zrobił karierę w Cracovii - w 1930 roku Kozok wywalczył z Pasami mistrzostwo Polski, sam z 24 golami zdobywając tytuł króla strzelców.
Miasto wymówiło dzierżawę
W 1927 roku, w pierwszym sezonie istnienia ligi, niewiele brakowało, żeby piłkarze 1. FC zostali mistrzami Polski! W decydującym meczu na własnym stadionie przegrali jednak 0:3 z Wisłą Kraków i ostatecznie musieli zadowolić się wicemistrzostwem.
W 1930 roku władze Katowic wymówiły klubowi 10-letnią dzierżawę terenów, gdzie znajdował się obiekt. Klub przeniósł się na boisko na Muchowcu. Otwarto je w 1934 roku. Na inaugurację w towarzyskim meczu 1.FC przegrał z bardzo silną wówczas Tennis-Borussią Berlin 1:5. Nic dziwnego - w latach 30. katowicki klub nie był już tak mocny (po spadku z ekstraklasy w 1929 roku grał w lidze śląskiej), ale jego wychowankiem był sam Ernest Wilimowski, który grał w 1. FC do 1934 roku.
W czerwcu 1939 roku działalność klubu zawieszono, bo w tym czasie grupował już środowiska niemieckie o skrajnie nacjonalistycznych sympatiach. W czasie okupacji hitlerowcy pozwolili na wznowienie działalności. Wkrótce w barwach 1. FC przez krótki czas kopali piłkę przedwojenni reprezentanci Polski, uczestnicy MŚ i rodowici katowiczanie - Wilimowski, Erwin Nyc i Ewald Dytko. Ciekawe, czy kiedyś uda się jeszcze kiedykolwiek zagrać piłkarzowi 1. FC w reprezentacji Polski. Teraz to znów możliwe - przynajmniej teoretycznie.


Sosnowiec nie chce do Aglomeracji!
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2007.05.28
Radni z Sosnowca sceptycznie traktują informacje o przyłączeniu ich miasta do Aglomeracji Śląskiej. Niektórzy wprost twierdzą, że w tej sprawie zagłosowaliby dzisiaj przeciw.
Pod koniec zeszłego roku Tomasz Pietrzykowski, wojewoda śląski i Krzysztof Mikuła, poseł PiS-u zapowiedzieli początek prac nad ustawą, która pozwoli na utworzenie Aglomeracji Śląskiej, składającej się z kilkunastu miast regionu. Tworzeniu Aglomeracji od początku towarzyszą emocje. Prezydenci miast, które na pewno jej tworzyć nie będą, obawiali się marginalizacji, zaś np. burmistrz Tarnowskich Gór domagał się przyłączenia do niej. Jednak Aglomeracja Śląska największe emocje wywołuje w Sosnowcu. Nie chodzi tylko o nazwę, która dziś nie jest jeszcze ostatecznie znana. Na sosnowieckich portalach i forach internetowych pojawiły się głosy wzywające do obrony tożsamości Zagłębia i budowy Wielkiego Zagłębia.
Janusz Lewanda, redaktor naczelny portalu sosnowiec.info.pl potwierdza, że coraz więcej osób w Sosnowcu nie chce udziału tego miasta w AŚ.
- Sceptycyzm narasta. Większość polityków nie mówi tego jednak głośno, ale na siłę nie da się nic zrobić. Sam też liczyłem na to, że jeszcze przed powstaniem AŚ zacznie się jakaś współpraca w regionie, a tymczasem żadna instytucja kulturalna w Zagłębiu nie jest finansowana przez władze województwa. (...)
Tomasz Jamrozy (PO), sosnowiecki radny też ma poważne wątpliwości. - Jeżeli okaże się, że Aglomeracja ma wspierać i promować tylko część regionu, to sens naszego udziału będzie wątpliwy - tłumaczy.
Wtóruje mu kolejny radny, Karol Winiarski. - Tworzenie potężnych struktur z kolejnymi organami zarządzającymi, wydaje mi się mało sensowne - mówi. Miasta mogą ze sobą współpracować nawet bez powoływania Aglomeracji - dodaje.
Największym sceptykiem jest jednak Arkadiusz Chęciński (PO). Sam mówi o sobie silesiosceptyk. - Nie wszystko da się zrobić z Katowic! Nie chcę, by ten związek mieszał się np. do kultury i edukacji. To nasze miejskie sprawy - podkreśla.
Boi się również, że w Sosnowcu będzie mniej dużych inwestycji, takich jak np. budowa nowego centrum targowego przez spółkę Kolporter. To nie podobało się urzędnikom z Katowic, bo w Sosnowcu będą się mogły także odbywać kongresy, a prezydent Piotr Uszok myśli o budowie Międzynarodowego Centrum Kongresowego właśnie w Katowicach.
- Lobby śląskie może uznać, że nie ma sensu tworzyć czegoś w Zagłębiu, bo to należy się tylko im. Gdyby dziś było głosowanie w sprawie przystąpienia Sosnowca do AŚ zagłosowałbym przeciw - przyznaje otwarcie Chęciński.
Kazimierz Górski, prezydent Sosnowca, przyznaje, że zna opinie przeciwników Aglomeracji. Zgadza się z nimi i deklaruje, że Zagłębie powinno być traktowane po partnersku.
- Nie będę jednak zachowywał się jak chorągiewka, skoro zdecydowałem się poprzeć AŚ, to zdania nie zmieniam. Należy zastanowić się tylko jak współpracę miast poukładać. Bo na sporach między Śląskiem i Zagłębiem nic nie ugramy - ostrzega.
Pytany o obawy Zagłębiaków poseł zapewnia, że nikt nie chce tworzyć nowego związku miast na siłę.


Piekary: żeby politycy zmądrzeli
Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2007.05.27, Piekary: modlono się, żeby politycy zmądrzeli
Żeby roboty nie stracić, żeby dzieci wróciły z emigracji, żeby gorzej nie było - modlili się w niedzielę pielgrzymi w Piekarach Śląskich.
- W PRL-u mówiło się, że do Piekar chodzimy Panu Bogu na chwałę, a tym pieronom, czyli komunistom, na złość. Teraz idziemy na złość tym pieronom - politykom. Żeby Pan Bóg ich oświecił i żeby zmądrzeli, przestali się kłócić - mówili w niedzielę pielgrzymi, którzy spotkali się pod kościołem Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Piekarach Śląskich. Przybyło ponad 100 tys. ludzi: pieszo, na rowerach, autokarami, samochodami.
- 50. raz tu jestem. Tyle, ile mam lat, bo ojciec mnie zabierał jeszcze w wózku - mówił Jan Tyczka z Miasteczka Śląskiego. (...) Andrzej Kosmala z Piekar Śląskich na pielgrzymkę chodzi od 10. roku życia. - No to będzie, że ponad 30 razy. Dziadek chodził, ojciec. Jo mom dwie dziołchy. One mają swoją pielgrzymkę, ale w sierpniu. Dziś będę się modlił za nie. Żeby pracę miały, choć jedna jeszcze jest w gimnazjum, ale druga już studiuje. Żeby se chopów dobrych znalazły. O zdrowie dla żony. No i za siebie. Żeby roboty nie stracić. Pracuję w firmie, w której już raz był syndyk. Mówiło się o zwolnieniach. Jakoś się pozbierało i Matkę Bożą będę prosił, żeby gorzej nie było - wylicza pan Andrzej.
Piekary to najsłynniejsze sanktuarium w aglomeracji górnośląskiej. Tradycyjnie tysiące mężczyzn - głównie górników i hutników - przychodzi tutaj w ostatnią niedzielę maja na pąć, jak w gwarze śląskiej określa się pielgrzymkę. W czasach PRL-u słuchali kazań biskupów: śląskiego Herberta Bednorza i krakowskiego Karola Wojtyły. - Mówili głośno takie rzeczy, o których my balibyśmy się pomyśleć. Że mamy prawo chrzcić dzieci, posyłać je do komunii, modlić się - opowiadał nam Wilhelm Kowalczyk, emerytowany górnik z Żor. Partia tak bardzo bała się spotkań w Piekarach, że urzędnicy kazali zalać szyny tramwajowe asfaltem, by pielgrzymi nie mogli tu dojechać, na rogatkach stała milicja, a pod kościołem - tajniacy.
Po 1989 roku nikt już nie broni robotnikom pielgrzymowania do Piekar. Temat spotkań jest jednak dalej taki sam: sytuacja ludzi pracy, ich prawa i obowiązki.
W niedzielę arcybiskup Damian Zimoń, metropolita katowicki, nawoływał do wprowadzenia w życie idei solidarności społecznej i obrony niezależności Kościoła: - Kościół nie może być podmiotem walki politycznej. Kościół jest obrońcą sprawiedliwości i ubogich właśnie dlatego, że nie utożsamia się z politykami ani interesami partyjnymi. Tylko będąc niezależnym, może nauczać o niepodważalnych wartościach, kształtować sumienia i ofiarowywać wybór życiowy, wykraczający poza środowisko polityczne.
Biskup mówił też o trudnej sytuacji rodzin wystawionych na ubóstwo i konieczność emigracji za pracą. Apelował o reformę podatków. Prosił, by nie poddawać się konsumpcyjnemu stylowi życia i nie rezygnować z zakładania rodziny.
Słuchali go m.in. premier Jarosław Kaczyński i były marszałek Marek Jurek. Premier nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, Jurek krótko skomentował słowa biskupa Zimonia: - Polityka również jest zwrócona na dobro publiczne. Rzeczywistości nadprzyrodzona i przyrodzona są odmienne, ale ze sobą korespondują.
Homilię wygłosił biskup Edward Dajczak z Gorzowa Wielkopolskiego. - Mężczyzna: ojciec, brat, mąż musi umieć przekroczyć własne ja. Chciałbym, by dziś, kiedy wrócicie do swoich domów, mogliście powiedzieć swoim bliskim: wrócił mężczyzna! Mocniejszy, bardziej ludzki. Tacy jesteście potrzebni rodzinie, Śląskowi i Polsce - apelował biskup.
Mszę koncelebrowało blisko 50 kapłanów i biskupów pod przewodnictwem kardynała Franciszka Macharskiego. Był też metropolita krakowski kardynał Stanisław Dziwisz. Symbolicznie pożegnał się ze Śląskiem biskup Piotr Libera, biskup pomocniczy diecezji katowickiej, sekretarz Konferencji Episkopatu Polski. - Do Piekar chodziło się od bajtla. Z dziadkami i ujakmi do Panienki Piekarskiej. W cieniu tego sanktuarium rosło moje powołanie kapłańskie - mówił biskup.
Libera za kilka dni oficjalnie obejmie urząd biskupa płockiego, który jeszcze niedawno piastował arcybiskup Stanisław Wielgus. List do pielgrzymów napisał papież Benedykt XVI, zapewnił o modlitwie za bezrobotnych i ubogie rodziny.


Janosch powraca w rodzinne strony
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.05.23
Przez trzy dni będzie gościł w swoich rodzinnych stronach. Spotka się z zabrzańskimi przedszkolakami, porozmawia z Kazimierzem Kutzem jak Ślązak ze Ślązakiem i pozna zwycięzców plebiscytu Cegła z Gazety.
Pierwszy raz z oficjalną wizytą pisarz przyjechał na Śląsk przed dwoma laty. Żartował wtedy, że nie wróci już na Teneryfę, tylko znowu zamieszka w swoim rodzinnym Zabrzu, a książki będzie pisał wyłącznie po polsku. - Widać, że przez cały czas nosił tamto spotkanie w sercu. Bez wahania zgodził się ponownie przyjechać. Mówi, że tylko u nas czuje się znowu jak małe dziecko. Stęsknił się też za piwem i kuchnią śląską - mówi Katarzyna Sekuła z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwicach, który zaprosił Janoscha.
Pisarz przyjedzie na Śląsk w środę - 30 maja. Następnego dnia będzie honorowym gościem w zabrzańskim Przedszkolu nr 28, które nosi jego imię. Po oficjalnych uroczystościach na festynie w ogrodach przedszkola będzie podpisywał swoje książki. Wieczorem okazję do spotkania z Janoschem będą mieli Czytelnicy Gazety. Podczas uroczystej gali w katowickim kinoteatrze Rialto spotka się on z laureatami i nominowanymi w zorganizowanym przez katowicką Gazetę Wyborczą plebiscycie Cegła z Gazety - Nagroda im. Janoscha.
Pomysł plebiscytu, w którym nasi Czytelnicy wybierają najbardziej zasłużone dla budowania śląskiej tożsamości osoby, narodził się trzy lata temu. Wtedy próbowaliśmy ocalić przed wyburzeniem familok, w którym urodził się Janosch. Nie udało się, ale zanim buldożery zrównały budynek z ziemią wydłubaliśmy ze ściany kilkadziesiąt cegieł, na których podpisał się później Janosch. Do tej pory otrzymali je Irek Dudek, Artur Rojek i prof. Kornel Gibiński. (...)
Dla pisarza przyjazd na Śląsk to powrót na stare śmieci. Janosch, a właściwie Horst Eckert, urodził się w 1931 roku w Porembie, dzisiejszej dzielnicy Zabrza. Dorastał w śląskiej rodzinie, która wraz z zakończeniem wojny musiała porzucić skromny familok, bo została wysiedlona do Niemiec. Świat z pogranicza polsko-niemieckiego, który obserwował jako chłopiec, opisał później w powieści Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny. Książka szybko stała się biblią śląskości. Największą sławę przyniosły mu jednak bajki dla dzieci, które autor ilustruje własnymi rysunkami. Opowieści o Tygrysku, Misiu i tygryskowej kaczce na kółkach znają dzieci na całym świecie, a w Niemczech dzisiejszych trzydziestolatków wychowanych na bajkach Janoscha określa się jako pokolenie J.
Janosch od prawie 30 lat mieszka w San Miguel na Teneryfie. Mimo że jest milionerem, żyje w skromnej chacie krytej słomą i sypia w hamaku.


Nieboczowy zostaną przeniesione?
Tomasz Głogowski 2007.05.22, Nieboczowy - wieś zostanie przeniesiona
Jest szansa, że w przyszłym roku rozpocznie się budowa zbiornika retencyjnego Racibórz Dolny. Protestujący mieszkańcy Nieboczów zgodzili się na przeniesienie swojej wsi do niedalekiej Syryni. W czerwcu tamtejsi gospodarze zdecydują, czy chcą nowych sąsiadów.
Ogromny zbiornik retencyjny ma chronić całą południową Polskę przed powodzią. Przez 50 lat będzie pusty, dopiero później pojawi się w nim woda, tworząc jedno z największych w Europie sztucznych rozlewisk. Projekt zbiornika jest gotowy od dawna, ale budowa utknęła w miejscu. Blokują ją mieszkańcy Nieboczów, niewielkiej wsi położonej 15 km od Raciborza. Przez lata walczyli o to, by nie musieli wyprowadzać się ze swoich domów.
Niedawno w sprawie nastąpił przełom. Nieboczowianie zaproponowali kompromis: zgodzą się na budowę zbiornika, jeśli ich wieś zostanie w całości przeniesiona do sąsiedniej Syryni. Cała - razem z kościołem, remizą, cmentarzem i zabytkowymi kapliczkami. Na takie rozwiązanie zgodziło się już 90 rodzin spośród 113 gospodarstw. - W ten sposób zostaniemy blisko naszych starych domów, zamiast wyprowadzać się gdzieś daleko - mówi Łucjan Wendelbelger, sołtys Nieboczów.
Takie rozwiązanie popiera Śląski Urząd Wojewódzki, który ostatnio zdecydował się na dość ryzykowny krok. Wycofał wszystkie wnioski o przymusowe wywłaszczenie mieszkańców Nieboczów. - Chcemy, aby ta inwestycja miała ludzką twarz. Dlatego nie będziemy już więcej rozmawiać z ludźmi o wywłaszczeniu, ale o przeniesieniu ich życiowego dorobku w inne miejsce - zapewnia Wiesław Maśka, wicewojewoda śląski.
Pierwsze kroki zostaną zrobione już 2 i 14 czerwca. Mieszkańcy Syryni, gdzie mają przenieść się nieboczowianie, zdecydują w specjalnym głosowaniu, czy chcą mieć nowych sąsiadów. - Ci ludzie muszą gdzieś mieszkać, a ja nie ma nic przeciwko temu, by żyli obok nas. Myślę, że takiego samego zdania są inni, ale jak jest naprawdę, dowiemy się dopiero na zebraniu wiejskim - zastrzega Andrzej Pawełek, sołtys Syryni.
Ewentualna zgoda Syryni to dopiero początek. Potem musi powstać jeszcze szczegółowy plan zagospodarowania przestrzennego, który uwzględni nową wieś. - Trzeba będzie też zdecydować, czy nowe domy wybuduje firma prywatna, gmina czy też sami mieszkańcy - przypomina wicewojewoda Maśka.
Nie rozwiązano też kwestii wyceny. Już pojawiły się głosy, że stawki za grunty pod budowę zbiornika będą znacznie niższe od oferowanych za działki pod budowę autostrad. Urzędnicy zapewniają jednak, że ludzie w Nieboczowach nie stracą, a wycena będzie zgodna z rynkową wartością gruntów. Mimo to ludzie mają wątpliwości. Halina Błaszczok, która razem z mężem będzie musiała zostawić duży dom, 10 ha pola i kawałek sadu, zwraca uwagę na coś innego. - Kiedyś ziemia w sąsiedniej Lubomi kosztowała 30 zł za metr, a teraz już 100 zł. W Raciborzu działki skoczyły do 200 zł i ludzie się o nie biją. Odszkodowanie, jakie dostanę, na pewno nie starczy mi na budowę takiego gospodarstwa, jakie mam w Nieboczowach - mówi.
Prace przy zbiorniku powinny ruszyć w połowie przyszłego roku, rząd potwierdził już zagwarantowanie na ten cel 250 mln euro. Budowa ma kosztować ok. 336 mln euro. (...)


Rozpoczął się strajk lekarzy
Gazeta Wyborcza, tg, pap 2007.05.20
W województwie śląskim w strajku bierze udział ok. 60-70 proc. lekarzy publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Szacunki oparte są na deklaracjach komitetów strajkowych weryfikowanych minionej nocy. Rzeczywistą skalę strajku będzie można ocenić za kilka godzin.
Według danych związku, protest rozpoczął się w ponad połowie ze 110 śląskich szpitali. W 51 z nich ma to być bezterminowy strajk ciągły (dotyczy to m.in. dużych szpitali specjalistycznych w Bielsku-Białej, Bytomiu, Częstochowie, Jastrzębiu Zdroju, Piekarach Śląskich, Tychach oraz Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach), w czterech innych, jeszcze nie gotowych do strajku pod względem prawnym, lekarze mają wziąć urlop na żądanie.
Tam, gdzie obsada lekarska na to pozwala, czyli prawie we wszystkich oddziałach szpitalnych, strajk będzie absencyjny, czyli do pracy przyjdą jedynie lekarze dyżurni. Zamknięte będą przyszpitalne poradnie. - Do pracy mają przyjść tylko lekarze, których nieobecność mogłaby zagrażać zdrowiu lub życiu pacjentów - mówi Maciej Niwiński, szef regionu śląskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.
To oznacza, że szpitale będą pracować tak jak w soboty, niedziele i święta. Niwiński wyjaśnił, że ponieważ wygaszanie pracy oddziału szpitalnego jest stopniowe, początkowo do pracy może przychodzić nieco więcej lekarzy, podobnie jak w czasie ubiegłorocznych strajków w służbie zdrowia. Pozostali pozostają w gotowości do pracy pod telefonem.
Komitety strajkowe niektórych szpitali zdecydowały o zamknięciu wszystkich poradni specjalistycznych już od poniedziałku, w innych placówkach część poradni ma pracować jeszcze do piątku, a następnie - w razie braku porozumienia z rządem - zostaną zamknięte. Czynne będą poradnie w kilku szpitalach, gdzie lekarze pracują na innej podstawie niż umowa o pracę, na przykład na podstawie umowy cywilnoprawnej.
Podczas strajku - jak zapowiadają związkowcy - w szpitalach nie będą wykonywane zabiegi operacyjne poza ratującymi życie. W niektórych oddziałach szpitalnych będą również operowani i normalnie leczeni wszyscy chorzy, którzy zostali przyjęci przed 18 maja. (...)
Zapowiadany na dzisiaj strajk został poprzedzony 15 maja dwugodzinnym protestem ostrzegawczym. W województwie śląskim strajk ostrzegawczy podjęło 49 szpitali i zakładów opieki zdrowotnej.
Śląski Urząd Wojewódzki uruchomił infolinię dla pacjentów. Pod numerami telefonów 032 20 77 628 (z telefonu komórkowego) oraz 0800 119 793 i 0800 196 006 (z telefonu stacjonarnego) można uzyskać informacje dotyczące czynnych oraz strajkujących placówek.


Noc Muzeów w Śląsku
Gazeta Wyborcza, Łukasz Kałębasiak 2007.05.16, Noc Muzeów na Śląsku
Jeszcze kilka lat temu na nocne wycieczki do muzeów wybierali się co najwyżej złodzieje dzieł sztuki. W sobotę muzea w całej Europie, w tym na Śląsku, zapraszają gości bez kominiarek na głowach na wyjątkowe zwiedzanie: w nocy, za darmo i z atrakcjami
Noc Muzeów wymyślili Francuzi i szybko zarazili tym pomysłem muzealników w innych krajach. Tradycyjnie w majową noc przed wszystkimi chętnymi otworem stają tysiące muzeów (w tym roku będzie ich 2 tys.). Sale rozbrzmiewają wtedy graną na żywo muzyką, kolekcje ożywają dzięki aktorom, a z magazynów wyciągane są eksponaty, których na co dzień na uświadczymy na stałych ekspozycjach. W zeszłym roku na te atrakcje skusiło się w 41 krajach aż 1,2 mln ludzi!
W sobotę ponownie kolejki ustawią się przed muzeami w Gliwicach. Zabytkowe wnętrza Willi Caro, przesiąknięta historią Radiostacja i Zamek Piastowski oraz fascynujący techniczną przeszłością Oddział Odlewnictwa Artystycznego będą otwarte od godz. 17 do północy. Tylko wtedy w Willi Caro będzie można zerknąć do Pokoju Fajkowego. To olśniewające, kameralne pomieszczenie - z przepiękną boazerią i malowidłami - na co dzień jest gabinetem dyrektora muzeum. Rarytasem będzie również oryginalny album z XIX-wiecznymi fotografiami Wilhelma Blandowskiego. Ten pionier fotografii na Śląsku i podróżnik uwiecznił na nich Gliwice i jego mieszkańców sprzed niemal dwóch stuleci. Współcześni gliwiczanie w ogrodach Willi posłuchają zaś o godz. 20 najlepszego jazzu w wykonaniu Grażyny Auguścik i jej tria. (...) Trasa koncertowa Auguścik biegnie teraz przez Śląsk i artystka występowała już w Katowicach. Jednak tylko w Gliwicach jej doskonałego głosu posłuchamy za darmo.
Hasłem tegorocznej Nocy Muzeów jest Malarstwo - magia koloru. Dlatego noc w Muzeum Śląskim w Katowicach pełna będzie atrakcji związanych z malarstwem. Uczniowie katowickiego plastyka zdradzą, jak powstaje obraz. Wszyscy zaś będą mogli spróbować swoich sił w malarskim fachu podczas interaktywnych warsztatów. Inspiracji będą dostarczały pokazywane teraz w gmachu przy al. Korfantego wielkie rysunki Franciszka Starowieyskiego z Teatrów rysowania - artystycznych akcji warszawskiego malarza, który tworzył je na oczach widzów i kamer telewizyjnych. Do godziny pierwszej w nocy w MŚ dużo też będzie muzyki. Od dźwięków z Antypodów (koncert na aborygeńskim didgeridoo o godz. 19.30), przez folklor (Jacenty Ignatowicz z Żywca zaprezentuje góralskie instrumenty o godz. 21), po klasykę w wykonaniu kwartetu smyczkowego A.Quartet (godz. 22.45).
Spod Muzeum Śląskiego odjeżdżać będzie specjalny autobus wożący (odpłatnie) nocnych zwiedzających do Muzeum Historii Katowic. Warto tam pojechać na spotkanie z Witkacym, którego rzeźba zostanie odsłonięta o godz. 20.30, z jego kobietami (prezentacja o godz. 21.45) i ulubioną modelką zwaną Asymetryczną Damą (godz. 21).
Na Noc Muzeów w regionie zaprasza również muzeum w Siemianowicach Śląskich (od godz. 21 do 1).


Statuetki G-śl. Tacyta rozdane
Gazeta Wyborcza, tm 2007.05.16
Badacze i popularyzatorzy dziejów na Górnym Śląsku doczekali się swojej nagrody. Statuetkę Górnośląskiego Tacyta otrzymali prof. Ewa Chojecka i Henryk Waniek.
Ruch Autonomii Śląskiej przyznał w środę w pałacu w Nakle Śląskim pierwszą w historii nagrodę im. ks. Augustina Weltzla Górnośląski Tacyt.
Wręczono ją w dwóch kategoriach: historyk i popularyzator. Pierwszą otrzymała prof. Ewa Chojecka, wybitna historyk sztuki, która współtworzyła i przez wiele lat kierowała Zakładem Historii Sztuki Uniwersytetu Śląskiego. Kapituła Górnośląskiego Tacyta złożona z naukowców z uniwersytetów w Katowicach i Opolu przyznała jej nagrodę za redakcję syntezy Sztuka Górnego Śląska od średniowiecza do końca XX wieku. Prof. Chojecka ma też wielkie zasługi w rozpoczęciu badań nad górnośląską architekturą i sztuką XX wieku, w tym pochodzącą z okresu międzywojnia.
Nagrodę za popularyzację historii otrzymał Henryk Waniek, pisarz i malarz. Kapituła chciała w ten sposób uhonorować go za powieść Finis Silesiae, która propaguje bogactwo historyczne Śląska.
Nagroda to statuetka autorstwa Augustyna Dyrdy przedstawiająca jej patrona - ks. Weltzla, trzymającego atrybuty muzy historii Klio. Weltzel, nazywany Górnośląskim Tacytem, był wieloletnim proboszczem parafii w Tworkowie. Dziś uznawany jest za pioniera górnośląskiej historiografii.
Nagroda będzie odtąd przyznawana co roku, zawsze w dwóch kategoriach. Mogą ją otrzymywać nie tylko osoby, ale i instytucje. (...)


Studenci bawią się na całego
Gazeta Wyborcza, bc, jm 2007.05.15
- Pokażmy mieszkańcom Śląska, ilu nas jest, jacy jesteśmy fajni! - zachęcają studenci Uniwersytetu Śląskiego i Politechniki Śląskiej. Przez cały tydzień będą się bawić na juwenaliach i Igrach.
Juwenalia Śląskie 2007 rozpoczęły się wczoraj barwnym korowodem w centrum Katowic. Na czas swojego święta studenci Uniwersytetu Śląskiego dostali od prezydenta klucze do bram miasta. Podobnie jak w ubiegłych latach, przed sesją będą mogli poszaleć na koncertach, obejrzeć występy kabaretów, pokazy sportowe. W Katowicach zagrają dla nich m.in.: Łowcy.B, Grzegorz Halama, Hey i Dżem.
Studenci Politechniki Śląskiej zamiast juwenaliów świętują Igry. Okazję do zabawy mają szczególną, bo zawładną miastem po raz 50. Główną atrakcją Igrów mają być czwartkowy korowód przebierańców, który przejdzie ulicami miasta, oraz koncerty na płycie gliwickiego lotniska. Tu zagrają m.in.: Lady Pank, Carrantuohill, Armia i Pidżama Porno. (...)


MEN: Sami zadbajcie o swoją historię!
Gazeta wyborcza, bc 2007.05.14, MEN tłumaczy się z ośmiu z Wujka
Ośmiu z Wujka to literówka. Jeśli w Programie wycieczek edukacyjnych dla dzieci i młodzieży prawie nie ma Śląska, niech nauczyciele i uczniowie uzupełnią go sami - odpowiada Ministerstwo Edukacji Narodowej na publikację Gazety O kontrowersyjnym Programie wycieczek edukacyjnych dla dzieci i młodzieży, reklamowanym przez MEN, pisaliśmy kilka dni temu. W załączonej do niego, liczącej około dwustu pozycji, liście miejsc pamięci polecanych szkolnym wycieczkom znalazło się zaledwie sześć ze Śląska. Przy notce o pacyfikacji kopalni Wujek MEN błędnie podało, że zginęło tu ośmiu, a nie dziewięciu górników, natomiast sanktuarium w Piekarach Śląskich uznało za ważne, bo pielgrzymowali tu król Jan III Sobieski i Józef Piłsudski (w rzeczywistości król i marszałek byli tam tylko raz).
Zawartość Programu... wzburzyła śląskich historyków i radnych wojewódzkiego sejmiku. Po publikacji Gazety zaprotestował też zarząd śląsko-dąbrowskiej Solidarności. Zarzucił ministerstwu ignorancję i lekceważenie poległych górników i ich rodzin.
W odpowiedzi MEN tłumaczy, że nie opracowało pełnego wykazu miejsc pamięci, ale wybór propozycji, które autorzy - nauczyciele szkolni i akademiccy - dobrali według kryteriów najważniejszych dla edukacji. Nie wskazuje jednak konkretnych autorów programu i nie wyjaśnia, o jakie kryteria chodzi.
Bagatelizuje też błędy i kontrowersyjne informacje w opisach śląskich miejsc pamięci. Ośmiu z Wujka to według MEN błąd literowy, a Piłsudski nie przyszedł do Piekar Śląskich tylko raz, ale raz - z okazji oficjalnego przyłączenia Śląska do Rzeczypospolitej Polskiej - czytamy w piśmie MEN. (...)


Na grubie będzie chłop za chłopa
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2007.05.11
Kopalnie przyjmą tylu młodych górników, ilu odejdzie na emerytury - dowiedziała się Gazeta. Po raz pierwszy od lat spółki węglowe nie będą musiały pytać Warszawy o zgodę na przyjęcie nowych ludzi.
Już teraz w kopalniach trwają przyjęcia, ale wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie ich jeszcze więcej. Rząd zgodził się ostatnio na wprowadzenie nowych zasad zatrudniania górników. Do tej pory na przyjęcia do kopalń za każdym razem musiało zgodzić się Ministerstwo Gospodarki. Teraz decydować mają tylko i wyłącznie szefowie spółek węglowych, a list z nowo przyjętymi pracownikami nie trzeba będzie już wysyłać do Warszawy. Pomysł popiera Krzysztof Tchórzewski, wiceminister gospodarki odpowiedzialny za górnictwo. - Chcemy, aby był chłop za chłopa, czyli do kopalń przyjdzie tylu młodych, ilu górników odejdzie na emerytury - mówi Dominik Kolorz, szef górniczej Solidarności.
To oznacza, że sama tylko Kompania Węglowa musiałaby przyjąć w tym roku prawie 3 tys. nowych ludzi. Czy to możliwe? Oficjalnie spółka chce zatrudnić niewiele ponad tysiąc osób, z czego większość mają stanowić absolwenci szkół górniczych. Ale zdaniem związkowców to o wiele za mało.
- Wszyscy widzą, że na dole brakuje rąk do pracy, ale do tej pory to sami dyrektorzy kopalń blokowali przyjęcia. Nie chcieli podpaść szefom Kompanii Węglowej, więc specjalnie zaniżali zapotrzebowanie. Teraz to się skończy - mówi Kolorz.
Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii Węglowej, przyznaje, że kopalnie potrzebują rąk do pracy. Jednak decyzję o masowych przyjęciach wstrzymuje na razie sytuacja kopalń, gdzie kończą się pokłady węgla. Niedługo przestaną fedrować kopalnie Polska-Wirek w Rudzie Śląskiej i Silesia w Czechowicach-Dziedzicach. Nie wiadomo też, czy silne wstrząsy nie zagrożą istnieniu kopalni Anna-Rydułtowy. W każdym z tych zakładów pracuje po kilka tysięcy ludzi. - Tym górnikom będziemy musieli zapewnić pracę w innych kopalniach - przypomina Madej.
Przyjęcia nowych ludzi są jednak przesądzone, a to oznacza, że ciężkie czasy czekają firmy zewnętrzne wykonujące dziś usługi dla górnictwa. Okazuje się, że kopalnie nie tylko wynajmują ochroniarzy czy pracowników stołówek, ale nawet górników dołowych. Teraz w ich miejsce mają pojawić się górnicy zatrudnieni przez kopalnie. - Przez pierwszych pięć lat nowy pracownik kopalni jest tańszy niż ten zatrudniony przez spółkę zewnętrzną - przekonuje Kolorz.
Tymczasem górnictwo to wciąż bardzo atrakcyjny pracodawca. Do pracy w kopalniach Jastrzębskiej Spółki Węglowej zgłosiło się ostatnio 7191 osób. Na jedno górnicze miejsce przypadło 4,7 kandydata. Trwają właśnie przyjęcia tych, którzy przebrnęli szczęśliwie przez sito rekrutacyjne - przeszli badania psychotechniczne, mają mniej niż 35 lat i wykształcenie górnicze, mechaniczne lub elektryczne. (...)


Ruiny w Orzechu do likwidacji?
Dziennik Zachodni, Krzysztof Szendzielorz 2007.05.10, Romantyczne ruiny w Orzechu z XIX wieku już wkrótce mogą przestać istnieć
Lada chwila w powiecie tarnogórskim może zniknąć kolejny zabytek po rodzinie Henckel von Donnersmarck. Z ruin zamku w Orzechu została tylko jedna z czterech baszt. Grozi jednak zawaleniem. Na otaczających obiekt drzewach wywieszono nawet tabliczki z informacją: Uwaga! Obiekt w likwidacji.
Ruiny zamku w Orzechu znajdują się po wschodniej stronie sołectwa na wzgórzu. Z daleka trudno je dostrzec, bo zasłaniają je drzewa. Mieszkańcy Orzecha doskonale jednak znają ten teren. - Odkąd pamiętam jest to ostoja zieleni i miejsce spacerów całych rodzin. Być może ruina jest obiektem zabytkowym - napisał do nas jeden z mieszkańców Orzecha (nazwisko do wiadomości redakcji), który obawia się, że obiekt lada chwila zniknie. Kazimierz Flakus, powiatowy radny ze Świerklańca, przyznaje, że też otrzymał informacje od mieszkańców, że ruina w Orzechu jest zagrożona. - (...) Dlatego poprosiłem wicestarostę i powiatowego konserwatora zabytków, żeby zainteresowali się sprawą - mówi Flakus.
Obiekt w Orzechu został rzeczywiście wpisany do rejestru zabytków 2 maja 1966 roku. - Są to ruiny zamku z XIX wieku usytuowane w lesie na wschód od wsi, na planie prostokąta z ryzalitem w fasadzie zachodniej i czterema okrągłymi basztami. Ochronie podlega całość obiektu i jego najbliższe otoczenie. Taki zapis znajduje się w decyzji o wpisie do rejestru zabytków ówczesnego województwa katowickiego - tłumaczy Cecylia Maryńczuk, powiatowy konserwator zabytków. Historyk Arkadiusz Kuzio-Podrucki przypomina, że obiekt w Orzechu wybudował Guido Henckel von Donnersmarck. - To nie są pozostałości po żadnym zamku. Takie budowle powstawały w całej ówczesnej Europie. Była moda na ruiny romantyczne. Dlatego obiekt w Orzechu jest pod ochroną konserwatorską, jako przykład takiego trendu architektonicznego - wyjaśnia Kuzio-Podrucki. - W Orzechu ruiny służyły myśliwym, którzy odpoczywali tam w czasie polowań - dodaje.
Kto zatem zawiesił tabliczki o zamiarze wyburzenia ruin? - To my je zawiesiliśmy, ale nie zamierzamy niczego wyburzać. Tabliczki to ostrzeżenie, bo te zabudowania grożą zawaleniem - mówi Boguchwał Szymaszek, prezes Agro-Sadu, firmy która dzierżawi te tereny od Agencji Nieruchomości Rolnej. W oddziale opolskim tej instytucji dowiedzieliśmy się, że tereny wokół ruiny agencja już kilka razy chciała sprzedać, ale nie było na razie chętnych. Sam Agro-Sad działką, na której znajduje się zabytek, nie jest zainteresowany. Ireneusz Racławicki, specjalista ds. gospodarowania zasobami w Agencji Nieruchomości Rolnej nie wiedział, że w Orzechu znajduje się zabytek. - Proszę mi dać przynajmniej dwa tygodnie. Pojadę do Orzecha i zobaczę ruiny. Jeśli rzeczywiście są one w złym stanie technicznym to postaram się coś w tej sprawie zrobić i spotkać się z konserwatorem zabytków - zapewnił DZ Racławicki.


Rudy - atrakcja i przyjemność
Dziennik Zachodni, Aleksander Król 2007.05.10, Spacer nad książęcym stawem w Rudach to niejedyna atrakcja i przyjemność
Ukryty wśród starych dębów Zespół Klasztorno-Pałacowy w Rudach jest jednym z najpiękniejszych miejsc nie tylko na mapie Śląska. Do malowniczej miejscowości odległej o 14 kilometrów od Rybnika i 20 kilometrów od Raciborza i Gliwic ściągają turyści z kraju i zagranicy.
Dziś w parku, po którym dawniej spacerowali raciborscy książęta, sztalugi rozkładają okoliczni malarze. Pod murami zabytkowego pałacu cystersów nowożeńcy robią sobie pamiątkowe fotografie.
Są pieniądze!
- To magiczne miejsce, które oparło się działaniu czasu. Chociaż minęły wieki, tu wciąż obecny jest duch cystersów - mówią mieszkańcy Rud Wielkich.
- Proszę zwrócić uwagę na tę ciszę. W pobliżu jest ruchliwa ulica, a tu tylko słychać śpiew ptaków. Czy to nie jest niezwykłe? - mówi pani Jadwiga z Rud, która razem z wnukami spaceruje po parku.
Jeszcze niedawno zdawało się, że rudzki pałac skazany jest na zagładę. We wspaniałych salach, w których niegdyś tętniło życie, rosły drzewa. Do wiekowych wnętrz wlewała się woda. Niedawno w Rudach wydarzył się jednak cud. W unijnej kasie znalazło się 10 milionów złotych na renowację zabytku.
Więcej pieniędzy z Unii Europejskiej na inwestycje z zakresu kultury i sportu otrzymał tylko Stadion Śląski. Tak naprawdę lepsze czasy dla cystersów przyszły już w 1998 roku, kiedy państwo przekazało zabytek diecezji gliwickiej.
Odnowiony park
- Kiedy tu przyszedłem, nie wiedziałem od czego zacząć. Tu dosłownie nic nie było. Tylko usiąść i płakać - mówi ks. Jan Rosiek, dyrektor do spraw odbudowy pocysterskiego Zespołu Klasztorno-Pałacowego w Rudach. - Zaczęliśmy od drobnych prac, pomagali wolontariusze - wspomina. Najpierw dawny blask odzyskał park. W alejkach znów pojawili się spacerowicze. Turyści mogli odpocząć nad książęcym stawem. Z czasem udało się wstawić okna w stare mury dawnego opactwa.
Na początku roku Rudy otrzymały z funduszów unijnych ponad 10 mln złotych. Kolejne miliony na renowację zabytku przekażą diecezja i państwo. Koszt wszystkich robót szacowany jest na 13 mln zł. Obecnie wre tu praca. Budowlańcy rozpoczęli od umocnienia stropów i wymiany dachu o powierzchni pół hektara! Dziś błyszczą już nowe dachówki. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w przyszłym roku pocysterski zabytek w Rudach odzyska dawny blask! W przyszłości mają tutaj powstać muzeum diecezjalne, dom pielgrzyma ze schroniskiem, kawiarnia dla turystów, dom pracy twórczej, ośrodek informacyjno-edukacyjny, miejsce wystaw i koncertów.
Tymczasem marszałkowie województw śląskiego, opolskiego i dolnośląskiego starają się o to, by Zespół Klasztorno-Pałacowy w Rudach znalazł się na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO.
Miejsce na majówkę
- Zamierzamy wpisać wszystkie zespoły opactw cysterskich znajdujących się na tym terenie - tłumaczy Jacek Owczarek, dyrektor Śląskiego Centrum Dziedzictwa Kulturowego w Katowicach. Na Śląsku nie ma ani jednego obiektu, który znajdowałby się pod patronatem UNESCO.
Bez względu na to, czy Rudy trafią na prestiżową listę i tak będą przyciągać turystów z całego kraju. - To najlepsze miejsce na majówkę - zapewnia Małgorzata Ciupek z Kuźni Raciborskiej, która często przyjeżdża do parku na rowerze. - Tu jest przepięknie. Już niedługo zakwitną rododendrony, a park zaroi się od malarzy - mówi pani Małgorzata.
- W weekendy przyjeżdżają całe rodziny, zabierają ze sobą prowiant i rozkładają na trawie koce - dodaje pani Małgorzata. (...)


Śląsk jest w szkołach pomijany
Gazeta Wyborcza, Beata Cichoń, Józef Krzyk 2007-05-08, Ilu górników zginęło w Wujku?
Podczas pacyfikacji kopalni Wujek zginęło ośmiu górników, a przed powstaniami śląskimi nic na Śląsku się nie działo - wynika z opracowanego przez MEN historycznego poradnika dla szkół.
Żeby zachęcić nauczycieli i uczniów do organizowania plenerowych lekcji historii, Ministerstwo Edukacji Narodowej przygotowało Program wycieczek edukacyjnych dla dzieci i młodzieży. Projekt 30 bloków tematycznych z historii Polski reklamuje na stronach internetowych MEN sam wiceminister Mirosław Orzechowski. Poleca uczniom i nauczycielom listę najważniejszych miejsc pamięci narodowej. Szkoły, które przygotują o nich ciekawe lekcje, będą mogły zdobyć dotacje na ich zwiedzanie.
Wśród około dwustu zaproponowanych przez ministerstwo obiektów prawie nie ma tych związanych ze Śląskiem. Przed XX wiekiem Śląsk wymieniony został tylko raz, dzięki średniowiecznej rotundzie św. Mikołaja w Cieszynie. Potem, jak wynika z poradnika, na Śląsku nie działo się nic godnego uwagi. Dopiero przy opisie XX wieku pojawiły się: kwatera poległych w trzech powstaniach śląskich na cmentarzu w Mysłowicach, miejsce walk w pierwszym powstaniu śląskim w Tychach, schrony bojowe w Węgierskiej Górce, kopalnia Wujek w Katowicach oraz sanktuarium w Piekarach Śląskich. Według poradnika pielgrzymować tu mieli król Jan III Sobieski i Józef Piłsudski. W rzeczywistości Sobieski zatrzymał się tutaj tylko w wyprawie pod Wiedeń, a Piłsudski - podczas jedynej wizyty na Śląsku w 1922 roku. Ani słowa nie można znaleźć za to w informatorze o corocznie wygłaszanych homiliach przez kardynała Karola Wojtyłę, ani o ich wpływie na budzenie się wolnościowych nastrojów na Śląsku. Może zresztą nie ma się czemu dziwić, skoro przy rozdziale o Solidarności poradnik nie wspomina Jastrzębia, w którym wybuchły najgwałtowniejsze, poza Wybrzeżem, strajki, za to błędnie podaje liczbę poległych w kopalni Wujek górników. Według poradnika było ich ośmiu, gdy każde dziecko na Śląsku wie, że zginęło dziewięciu.
Równie ciekawe jest, że w poradniku nie dopatrzono się na Śląsku żadnego przykładu polskiej myśli technicznej i sukcesu gospodarczego. Na uwagę nie zasłużyło sobie też żadne z naszych muzeów, zaś z pomników tylko jeden - Powstańca Śląskiego w Tychach.
- Pamiątka po powstaniu śląskim w Tychach? Jest, ale zdaje mi się że nie pierwszym, tylko drugim - zastanawia się Robert Rajczyk, rzecznik tyskiego magistratu. Dopiero po dłuższym zastanowieniu przypomina sobie, że na jednym z przedszkoli jest pamiątkowa tablica.
W przewodniku nie ma ani słowa nie ma o trzech powstańczych skrzydłach z Katowic i Wojciechu Korfantym. Nie zasłużyła sobie na wzmiankę sala Sejmu Śląskiego - pamiątka jedynego lokalnego polskiego parlamentu. W kilku rozdziałach związanych z II wojną światową Śląsk pojawia się tylko za sprawą bronionych we wrześniu 1939 roku umocnień w Węgierskiej Górce, chociaż nawet zagraniczne podręczniki historii piszą o radiostacji gliwickiej. Rzekomy atak na nią posłużył hitlerowcom jako pretekst do wywołania wojny.
MEN zastrzega, że lista to tylko propozycja, ale historycy i tak są oburzeni. Dla Zygmunta Woźniczki to dowód ignorancji. - Ktoś usiadł w Warszawie i nawet nie zadał sobie trudu, żeby czegoś się o Śląsku dowiedzieć - mówi. Piotr Spyra, radny sejmiku i lider Ruchu Obywatelskiego Polski Śląsk, sypie przykładami miejsc, które jego zdaniem na liście powinny się znaleźć: wieża spadochronowa w Katowicach, trzy dęby w Pszczynie, spod których do walki ruszali powstańcy śląscy, w Tychach obelisk przy ulicy Kościuszki poświęcony rozstrzelanym przez hitlerowców żołnierzom polskiego podziemia, a w Świętochłowicach - obóz Zgoda, w którym komunistyczne władze w 1945 roku więziły Ślązaków. - Mógłbym tak długo wymieniać, jestem zaszokowany przypadkowością tej listy, zainteresuję sprawą sejmik - obiecuje Spyra. (...)


Racibórz odejdzie do Opolskiego?
Dziennik Zachodni, Jacek Bombor 2007.05.08, Wezmą rozwód ze Śląskiem?
Grupa raciborskich radnych ma plan, by przyłączyć Racibórz do województwa opolskiego. - Tam będziemy się liczyć, Śląsk traktuje nas po macoszemu - argumentuje Grzegorz Urbas, jeden z pomysłodawców secesji.
Pomysł spotkał się z zainteresowaniem mieszkańców. 80-letni Paweł Jaworowski z dzielnicy Brzezie zapewnia, że w referendum poparłby przyłączenie do Opola. - Racibórz nie rozwija się tak, jak należy. Rybnik to co innego, my chyba jesteśmy dla Katowic niewygodni - zastanawia się.
- Do Katowic jest 80 kilometrów, do Opola też. Więc bliżej nie jest. Co nas łączy z Opolem? Chyba tylko Odra - zauważa trzeźwo 24-letni Michał Polinecki, student, przeciwnik zmiany województwa.
Czy pomysł jest realny? Na razie w 23-osobowej radzie miasta radni ODRR mają trzy głosy. Są w opozycji, razem z PiS, który ma czterech radnych. PiS jeszcze nie podjął decyzji w tej sprawie.
- Musimy rozważyć wszystkie za i przeciw, na pewno przed nami wiele rozmów - mówi radna Katarzyna Dutkiewicz. Sama jednak ma sporo wątpliwości, czy to dobry pomysł.
- Faktycznie pozyskiwanie przez nasze gminy pieniędzy z UE leży na łopatkach. Ale nie wiem, czy to wina podziału administracyjnego. Racibórz nie ma zespołu ekspertów, którzy tak jak w Rybniku zajmowaliby się tylko tym - mówi Dutkiewicz.
Podobnie uważają władze województwa w Katowicach. - Jeśli chodzi o program na lata 2007-2013 to miasto nie złożyło żadnego projektu, a powiat raciborski cztery, ale żaden nie uzyskał akceptacji - przyznaje Krzysztof Krzemiński, rzecznik Urzędu Marszałkowskiego w Katowicach. - Jednak zamiast się obrażać, trzeba pracować nad kolejnymi pomysłami, bo pieniędzy jest sporo - mówi.
Do tej pory na Śląsku rozdysponowano 40 procent unijnej puli. Do subregionu zachodniego, do którego należy Racibórz, trafiło ponad 58 mln.
Na pewno zrobimy dwie duże inwestycje za ponad 4 miliony. Będziemy startować do kolejnych konkursów. Szukanie teraz nowego województwa nie ma sensu. Przypominam, że na Śląsk w ciągu pięciu najbliższych lat trafi ponad 1,5 miliarda euro, a województwo opolskie dostanie trzy razy mniej, czyli 427 milionów - wylicza Mirosław Lenk, prezydent Raciborza. W odpowiedzi Urbas szybko przelicza, że to wcale nie znaczy, że mniej...
- W przeliczeniu na mieszkańca Opole wygrywa. Na Śląsku wychodzi 335 euro na głowę, a w Opolu prawie 408 euro - szacuje.
Najbardziej radykalne zdanie ma na ten temat Tadeusz Wojnar, przewodniczący rady miasta, którego ugrupowanie rządzi z ludźmi Lenka w mieście. - Secesja to głupota, bo w ogóle obecny podział na województwa jest archaiczny i powoduje bałagan. Powinny zostać utworzone cztery duże regiony, aglomeracje, na wzór tych w Unii Europejskiej - wyjaśnia Wojnar. (...)


Ustawa o aglomeracji ze Śląska
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2007.05.06, Ustawa o aglomeracji powstanie na Śląsku
Tomasz Pietrzykowski, wojewoda śląski, poprosi marszałka Sejmu Ludwika Dorna o zgodę na napisanie ustawy aglomeracyjnej przez śląskich prawników. W ten sposób chce uniknąć kłótni przy tworzeniu metropolii.
19 miast ze Śląska i z Zagłębia najdalej za dwa lata ma wejść w skład Aglomeracji Śląskiej. Oprócz 14 miast na prawach powiatu obejmie też prawdopodobnie Mikołów, Tarnowskie Góry, Knurów, Czeladź i Będzin. Politycy i samorządowcy są zgodni, że nowy związek miast wszystkim się opłaci: wreszcie będzie można zadbać np. o wspólną promocję regionu, która dziś mocno kuleje, a cała Drogowa Trasa Średnicowa będzie miała wspólnego gospodarza. Zanim to jednak nastąpi, Sejm musi przyjąć ustawę, która pozwoli na powołanie Aglomeracji Śląskiej. Z tym jednak wiążą się obawy śląskich samorządowców. Nie ukrywają, że wszystko może się skończyć tym, że wielu posłów zacznie zgłaszać rozmaite poprawki i zupełnie nowe pomysły, które zburzą dotychczasowe ustalenia zespołu ekspertów powołanego przez wojewodę Pietrzykowskiego.
Tego chce uniknąć również wojewoda. Do tej pory starał się trzymać posłów z daleka od aglomeracji i wszystko konsultował jedynie z prezydentami miast. Wiadomo bowiem, że gdy tzw. ustawa o obszarach metropolitalnych zostanie uchwalona, to w pierwszej kolejności w ramach pilotażu będzie obowiązywała właśnie na Śląsku.
Aby przyspieszyć prace nad ustawą, Pietrzykowski chce poprosić marszałka Sejmu Dorna o zgodę na napisanie projektu ustawy przez śląskich prawników, którzy do tej pory zajmowali się aglomeracją. Nieoficjalnie wiadomo, że wojewodzie chodzi o to, by samorządowcy nie mieli obaw o sejmowe losy aglomeracji.
Poseł PiS-u Krzysztof Mikuła mówi, że każdy sposób na szybkie powołanie metropolii jest dobry.
- Ale bez polityków i tak nie da się tego zrobić. W końcu przecież także posłowie będą musieli się tym zająć. Ustawę trzeba będzie omówić na komisjach sejmowych, a potem przegłosować - mówi Mikuła.
Marek Wójcik, poseł PO, przypomina jednak, że zawsze jest lepiej, jeśli ustawy piszą prawnicy, którzy się na tym znają.
- Jeżeli projekt będzie dobry, to go poprzemy. Prawda jest jednak taka, że na razie mamy tylko ogólne założenia dotyczące aglomeracji - mówi Wójcik. (...)

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry