zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2007 sierpień przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Śląska artysta nie odczaruje
Gazeta Wyborcza, Łukasz Kałębasiak 2007.08.28
Z czym w Polsce kojarzy się Śląsk? Okazuje się, że cokolwiek byśmy robili, zawsze to będzie to samo: węgiel, górnicy, architektura rodem z lat 70. Nawet gdy chodzi o skojarzenia tak doskonałych artystów jak ci zaproszeni na wystawę Polska część Śląska w Mysłowicach.
To miała być wystawa, która odczaruje śląski mit i obali stereotypy. Zderzy nasze wyobrażenie o miejscu, w którym żyjemy, ze świeżym spojrzeniem artystów z zewnątrz: z Warszawy, Krakowa czy Gdańska. Pokaże, jak bardzo nieprawdziwy jest już obraz czarnego Śląska. Komu jak komu, ale Marcinowi Szczelinie - kuratorowi z Mysłowic, który od dawna pracuje jednak poza ich granicami - taka sztuka powinna się udać. Tym bardziej że na wystawę towarzyszącą Off Festivalowi ściągnął wyjątkowe nazwiska. Mury Mysłowickiego Centrum Kultury nie widziały jeszcze obrazów Edwarda Dwurnika czy filmów Wilhelma Sasnala (luźno jednak związanych z tematem). Do tego dochodzą ciekawe prace pokolenia 30-latków: związanej z Fundacją Galerii Foksal Anny Niesterowicz, Joanny Rajkowskiej (autorki palmy na rondzie de Gaulle\\\'a) czy Agaty Nowickiej. Powinno było się udać.
Cóż, kiedy sztuka jest tylko odbiciem rzeczywistości, a ta nas nie rozpieszcza. Polska część Śląska to jedna sala przeznaczona dla artystów z zewnątrz i druga galeria z pracami młodych Ślązaków. Zawiedli, niestety, wszyscy. Nie w sensie artystycznym - to bez dwóch zdań doskonała wystawa. Ale nie-Ślązacy na każdym kroku potwierdzają tylko, że jesteśmy dla nich górniczym skansenem. Śląskie obrazy Dwurnika to słynna już seria portretów dziewięciu górników zabitych w 1981 roku w kopalni Wujek. Agata Nowicka swoim charakterystycznym stylem, przypominającym rozpikselowany rysunek komputerowy, pozwoliła sobie na żart i w jakimś biedaszybie umieściła japońskich inżynierów. Do tego dokłada się jeszcze Mikołaj Długosz. Ten wykształcony w Łodzi artysta zabłysnął niedawno projektem Pogoda ładna, aż żal wyjeżdżać, którym odkrył przed nami urok PRL-owskich pocztówek. Te zebrane w Mysłowicach i dotyczące Śląska pokazują smutny fakt, że przez 30 lat w wielu miejscach zmieniło się niewiele. Gorzej - niektóre z miast wyglądały wtedy lepiej niż dziś.
- Większość z tych artystów odbiera Śląsk przez pryzmat kopalń, rozegranych tam tragedii i architektury, która zatrzymała się gdzieś w latach 70. - przyznaje Szczelina. Niestety, to samo przekleństwo ciąży na artystach, którzy na Śląsku tworzą albo się tu wychowali. Wschodząca gwiazda śląskiej sztuki Szymon Kobylarz pokazał charakterystyczną dla siebie makietę tajemniczego budynku, do której można zajrzeć małym wizjerem. W środku widzimy tylko opuszczoną, poprzemysłową ruinę, których pełno w pejzażu Bytomia czy Chorzowa. Fotografie Karoliny Kowalskiej - rzędy ciemnych okien, m.in. katowickiego Domu Prasy - pogłębiają tylko ponury obraz Śląska. Żart Janusza Łukowicza, który zamiast nazw klubów wyszył na szalikach nazwiska malarzy, śmieszy mniej, gdy przypomnimy sobie, że w nieodpowiednim miejscu za szalik GKS-u czy Zagłębia można w najlepszym razie dostać po twarzy.
- Chciałem stworzyć wystawę rozrachunkową. Montując ją, pomyślałem, że ma jednak charakter sentymentalny. Część prac kultywuje mit, część wyostrza, żeby pokazać go w innym kontekście - przyznaje Szczelina. Dla owego wyostrzenia wysypał całą podłogę galerii ziemią i bryłami węgla, pieczętując nią śląski stereotyp.
Tylko wielki obraz namalowany przy pomocy asystentów przez Dwurnika - dziesiątki roześmianych twarzy na kamienicy w centrum Mysłowic - mógłby być zapowiedzią nowej (nomen omen) twarzy Śląska. Tyle że powstał na przygnębiającej, ślepej ścianie z widokiem na mysłowickie więzienie. Sztuka jest odbiciem rzeczywistości, a tej tak łatwo zaczarować się nie da. (...)


Cieszyn: Piknik pasjonatów militariów
Gazeta Wyborcza, TR 2007.09.02
Miłośnicy historii II wojny światowej z całej Polski zjechali w sobotę do Cieszyna na Piknik Militarny.
W obozowisku przy zabytkowym schronie bojowym z 1939 roku koczowały grupy z okolic Cieszyna, Rzeszowa i Lublina. W 68. rocznicę wybuchu II wojny światowej pasjonaci militariów zaprezentowali inscenizację walk o Normandię w 1944 roku. Uczestniczyło w niej ponad 80 osób.
Przemysław Bajorek ze Strzelec Opolskich walczył po stronie niemieckiej. - Sam zrobiłem kopię armaty i skompletowałem mundur żandarmerii polowej Wehrmachtu - mówi Bajorek. (...)


Śląski wrzesień 1939 wyglądał inaczej
Dziennik Zachodni, Rozmawiała: Grażyna Kuźnik 2007.09.01, Wrzesień 1939 roku na Śląsku wyglądał inaczej, niż utrwaliły to legendy...
Dziennik Zachodni: Śląski wrzesień doczekał się pięknych opowieści. O wzruszającej obronie Wieży Spadochronowej w parku Kościuszki, o zaciekłych walkach w Domu Powstańca. O dziewczynie w sukience w grochy, która strzeliła do esesmana, podając mu bukiet kwiatów. Czy to wszystko prawda?
Zygmunt Woźniczka: Śląsk potrzebował takich historii dla pokrzepienia serc polskich patriotów. Była to reakcja na głoszone wieści o całkowitej niemieckości Śląska, o radosnym powitaniu armii hitlerowskiej i o tym, że polski opór był słaby. Legendy pogłębiała polska inteligencja na Śląsku, między innymi pisarz Kazimierz Gołba czy działacz narodowościowy, AK-owiec Alojzy Targ. Oni wiedzieli, jak w trudnych czasach potrzebne są takie symbole. A dzisiaj nie jest łatwo oddzielić prawdę od mitów.
DZ: Generał Ferdinand Neuling, który wkraczał do Katowic 4 września, podawał w swoich meldunkach, że katowiczanie witali go owacjami, a opór w parku Kościuszki zdławiono jednym działem. Były różne incydenty obronne, ale mało ważne. Czy Wehrmacht przyjmowano na polskim Śląsku z otwartymi ramionami?
ZW: Meldunki Neulinga, które w Freiburgu odnalazł prof. Ryszard Kaczmarek u Uniwersytetu Śląskiego, to ważne źródło, ale trzeba je konfrontować z innymi. Są to meldunki dowódcy dywizji, dla którego walki w obronie Katowic były epizodem, bo toczyły się na szczeblu kampanii i były krótkotrwałe. Po stronie polskiej broniły się niewielkie kilkudziesięcioosobowe grupy. Ponadto należy pamiętać, że Neuling był zawodowym wojskowym i dla niego - dowódcy dywizji liczącej tysiące żołnierzy, były to walki mało istotne.
DZ: I dlatego nie poświęcił im zbyt dużo uwagi?
ZW: Fakty te potraktował lakonicznie. Na przykład nie podał, kto bronił wieży spadochronowej i parku Kościuszki czy Domu Powstańca. Natomiast dla nas te dane są teraz bardzo ważne. W dodatku obrońcy nie byli wojskowymi z regularnej armii. Cywilów, harcerzy czy powstańców nie chroniła konwencja genewską i dla Niemców byli zwykłymi bandytami, których można było bezkarnie rozstrzeliwać. Dlatego też o obrońcach wieży spadochronowej nie mamy wiarygodnych relacji. Gdyby bronili jej żołnierze regularnej armii polskiej, to zgodnie ze wspomnianą konwencją, trafiliby do niewoli. Tak jak obrońcy Węgierskiej Górki, którzy zadali przecież Niemcom ogromne straty, ale przeżyli obozy jenieckie. Po wojnie mogli dać sprawozdanie z tamtych wydarzeń. Cywilów stawiających opór Niemy zabijali na miejscu.
DZ: Dlaczego obronę Katowic musieli wziąć na siebie harcerze i ochotnicy?
ZW: Grupa Operacyjna Śląsk, dowodzona przez gen. Jana Jagmin Sadowskiego, wchodząca w skład Armii Kraków, wycofała się ze Śląska 3 września. A razem z nim zorganizowane jednostki, grupy powstańców i harcerze. W Katowicach pozostali tylko ci, do których nie dotarł rozkaz o odwrocie, albo odpowiednio przeszkolone grupy specjalne. Decyzję o odwrocie podjął przygnębiony klęskami i obawiający się okrążenia dowódca Armii Kraków gen. Antoni Szylling. Było to już po zaciętych walkach pod Mikołowem, Wyrami i Kobiórem. Ta decyzja do dzisiaj budzi kontrowersje: z jednej strony Szylling ocalił żołnierzy, którzy potem wykazali się w walkach pod Tomaszowem Lubelskim i Lwowem, zadając Niemcom poważne straty. Z drugiej jednak strony, zrezygnowano. z możliwości zamknięcia się GO Śląsk i podjęcia przez nią obrony okrężnej.
DZ: Byliśmy do tego przygotowani?
ZW: I to dobrze. Obok fortyfikacji na Śląsku była tu równie silna jak w Warszawie obrona przeciwlotnicza, która przez pierwsze dni września paraliżowała niemieckie naloty. Do tego dochodzą sprawnie zorganizowane oddziały powstańcze i harcerskie, zaplecze mobilizacyjne w postaci załóg robotniczych. Obrona okrężna wojsk polskich zatrzymałaby impet niemieckiego i dała czas reszcie sił Armii Kraków na odskoczenie od nieprzyjaciela. Z drugiej jednak strony doszłoby do zniszczenia okrążonych wojsk i dużych strat w okręgu przemysłowym. Bilans zysków byłby jednak większy od pasywów. Nie tylko w sztabie Armii Kraków nie dostrzeżono tej szansy.
DZ: Polskie wojsko jednak się wycofało, a wcześniej uciekli z Katowic wszyscy dygnitarze i urzędnicy.
ZW: Siła armii niemieckiej była ogromna, zwłaszcza oddziały pancerne. To było morze żelaza, czegoś podobnego jeszcze nikt nie widział. Mówiło się o dywizjach pancernych żelazo jedzie i tak to wyglądało. Mieli więcej żołnierzy, czołgów, samolotów, samochodów od nas, chociaż my byliśmy piątą armią Europy. Nasz opór był i tak silny. Mieliśmy nadzieję na pomoc sprzymierzonych. Niestety, 12 września nasi sojusznicy na konferencji w Abbevile uznali, że nie mogą nam udzielić pomocy; zostaliśmy zdradzeni. Stalin dowiedział się o tym przez swoich agentów i 17 września wbił nam nóż w plecy. Wzięci w kleszcze - między Niemcy a Rosję, byliśmy bez szans. Wszyscy na naszym miejscu byliby bez szans.
DZ: Czy urzędnicy, opuszczając w pośpiechu Katowice, wiedzieli od razu, że wojnę przegramy?
ZW: To nie była ucieczka, ale ewakuacja. A to różnica. Instytucje państwowe oficjalnie przeniosły się na inny teren, żeby tam nadal pracować. Ofensywa niemiecka była jednak tak szybka, że urzędowania nie podjęto. Ale z drugiej strony wiadomo, że większość urzędników była napływowa, nie miała na Śląsku korzeni i nie bardzo była związana z tą ziemią. Wyjeżdżając, unikali też represji, bo wielu z nich znajdowało się na hitlerowskich listach gończych. Na tych listach byli powstańcy, inteligencja, twórcy, a także, o czym mało kto wie, absolwenci Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych. Jaka więc byłaby z tego korzyść, że wojewoda Michał Grażyński zostałby w Katowicach, dał się aresztować i rozstrzelać?
DZ: Czy można sobie wyobrazić inny scenariusz śląskiego września?
ZW: Polskie plany obrony Śląska paraliżowała nie tylko przewaga armii niemieckiej, ale też ich wywiad. Szybko odkryli, jakie mamy słabe strony. Atakowali nas na skrzydłach, pod Lublińcem i Tarnowskimi Górami, w okolicach Bielska. Groziło nam okrążenie. Ale być może, gdyby wojsko wiedziało o polskim osamotnieniu, to w oparciu o fortyfikacje broniłoby się do ostatniej krwi, jak później w Warszawie czy Lwowie.
DZ: Ale w końcu tylko garstka ochotników broniła honoru Katowic.
ZW: W Katowicach obok grup powstańczych Franciszka Kruczka, Karola Orendorza, Nikodema Renca, Franciszka Feige i harcerzy kierowanych przez hm. Józefa Pukowca, zostały też grupy tzw. dywersji przyfrontowej, które znały się na swojej robocie. Te różne akcje, które przetrwały w legendach obrony Katowic, choćby strzał z bukietu, albo inne, o których nie nawet nie wiemy, to być może była właśnie robota naszej dywersji. Potem to oni zakładali na Śląsku i w Zagłębiu ruch oporu.
DZ: Śląsk miał najtrudniejsze w kraju warunki do rozwoju takiego ruchu.
ZW: To prawda. Nikt nie wiedział, co zamierza sąsiad, co wiedzą znajomi. Już we wrześniu donoszono gestapo, gdzie mieszkają ludzie z gestapowskiej listy śmierci. Wspominał mi gen. Zygmunt Walter-Janke, komendant ruchu oporu na Śląsku, że przez konfidentów zginęły tutaj setki konspiratorów.
DZ: I zabrali ze sobą do grobu relacje, wspomnienia, które mogłyby wyjaśnić wiele zagadek, związanych także z początkiem wojny.
ZW: Rzeczywiście, brak tych relacji jest bardzo dotkliwy. Dlatego też rodziły się te piękne legendy, których nie da się ani całkowicie odrzucić, ani przyjąć. Nie ma świadków, nie ma świadectw. Historycy jeszcze długo będą się zastanawiać, co naprawdę zdarzyło się we wrześniu 1939 roku na Śląsku.


Superpociągi pojadą w Śląsku
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2007.08.30, Superpociąg pojechał z Katowic do Gliwic
Jazda pociągiem Flirt/Tilo to czysta przyjemność. Doskonale wyciszone wnętrze, duże okna, superwygodne siedzenia i wreszcie toaleta większa niż w niejednej... kawalerce. Za dziesięć miesięcy pierwsze takie pociągi pojawią się na Śląsku. (...)
Do Gliwic ruszyliśmy tuż po godz. 11. W środku nowoczesnego pociągu jest zupełnie inaczej niż w tradycyjnych składach należących do PKP. Flirt ma duże, widne okna i bardzo wygodne lotnicze siedzenia. Odległość między nimi jest spora - tak że pasażerowie nie muszą podróżować z podkurczonymi nogami.
Choć jedziemy dość szybko, wewnątrz pociągu jest cicho. Wydaje się, że Flirt płynie, a nie jedzie po torach. I kolejna zaleta - gdy staniemy na końcu przedziału, widzimy wnętrze całego pociągu. Nie ma w nim żadnych zakamarków czy wąskich przejść, w których pasażerowie mogliby czuć się niepewnie. - Zamontowaliśmy też specjalne telefony SOS, przez które w każdej chwili można wezwać pomoc - tłumaczy Stanisław Skalski, dyrektor ds. handlowych Stadlera.
Widać, że producent nie oszczędza na bezpieczeństwie. W suficie zamontowano obrotowe kamery i czujniki przeciwpożarowe. We Flircie jest też klimatyzacja i kilka niewielkich monitorów, na których można wyświetlać nazwy stacji czy rozkład jazdy. I w końcu półkolista toaleta, oddalona o tysiąc lat świetlnych od WC, jakie znamy z tradycyjnych pociągów. Jest większa niż w niejednej kawalerce.
Słabym punktem Flirta jest niewiele miejsca dla pasażerów, którzy podróżują na stojąco. Choć teoretycznie każdy skład może pomieścić 500 osób, gdyby rzeczywiście byłoby ich aż tyle, w pociągu zrobiłoby się trochę ciasno.
Pierwsze dwa Flirty zamówione przez województwo mają trafić na Śląsk w czerwcu przyszłego roku. Kolejne dwa - do końca 2008 roku. Kupione przez województwo maszyny zostaną wydzierżawione PKP.
Pociągi, które kosztowały w sumie 90 mln zł, będą kursować między Bielskiem-Białą i Częstochową oraz między Tychami, Katowicami a Sosnowcem. Na tej drugiej trasie, specjalnie dla pociągów Flirt, przeprowadzony zostanie remont. - To przełomowa chwila, bo ostatnie całkowicie nowe pociągi trafiły na Śląsk jakieś dwadzieścia lat temu - przekonuje Jarosław Kołodziejczyk, członek zarządu województwa śląskiego.
Do 2013 roku na śląskich torach ma pojawić się 16 następnych nowoczesnych maszyn (osiem z nich to nowe składy, a drugie osiem - gruntownie wyremontowane). Województwo chce przeznaczyć na ten cel kolejne 160 mln zł. Pociągi mają jeździć m.in. pomiędzy Gliwicami a Częstochową oraz Bielskiem-Białą a Katowicami.
Wygląda na to, że dla pasażerów nadchodzą lepsze czasy, bo unowocześnienie taboru zapowiada też PKP. Na przełomie 2008 i 2009 roku kolej chce kupić 20 nowoczesnych maszyn produkowanych przez bydgoską Pesę. Marek Nitkowski, dyrektor handlowy PKP Przewozy Regionalne, zapewnił wczoraj Gazetę, że połowa z nich trafi na Śląsk.


Odkopują historię Graf Reden
Gazeta Wyborcza, Milena Nykiel 2007.08.29, Odkopują historię hotelu Graf Reden
Teatr Rozrywki w Chorzowie poszukuje pamiątek po swojej hotelowej przeszłości. Hotel Graf Reden powstał w 1900 r. Na sławę i renomę długo nie czekał. Na bale zjeżdżali się goście nawet z odległego Berlina. Hotel słynął z dobrej obsługi, wyśmienitej kuchni i doskonałych trunków. Funkcje hotelu budynek przestał pełnić po II wojnie światowej. Dziś mieści się tu Teatr Rozrywki.
Wydawało się, że o hotelu wszyscy już zapomnieli. - Kilka miesięcy temu nasza pracownica podczas porządków w teatralnym ogródku znalazła fragment stłuczonego talerza z herbem hotelu Graf Reden. Wcześniej w szybie wentylacyjnym odkryto stary czajnik, który po oczyszczeniu okazał się prawdziwym cudem. On także należał do hotelowej zastawy. Postanowiliśmy pójść typ tropem i dotrzeć do historii hotelu, czyli w pewnym sensie także naszej historii - mówi Jolanta Król, dyrektor literacki Teatru Rozrywki.
W przyszłości znalezione przedmioty mają być wyeksponowane w teatralnym foyer. Początek kolekcji już jest, jednak to za mało, aby wystawa zachęciła odwiedzających. Dlatego dyrekcja teatru prosi wszystkich mieszkańców Chorzowa i okolicznych miast o włączenie się do poszukiwań.
- Zwracamy się z apelem o nieodpłatne przekazywanie pamiątek po byłym hotelu. Mogą to być hotelowe sztućce, fragmenty stołowej zastawy, elementy wyposażenia wnętrz. (...)


W Sejmie o języku śląskim
Oświadczenia, 5 kadencja, 46 posiedzenie, 4 dzień (28.08.2007)
Poseł Krzysztof Szyga:
Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! W lipcu bieżącego roku Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych, największa biblioteka świata, oficjalnie uznała język śląski za język żywy, a przez to w swoich zbiorach otwarła nową podgrupę językową dla języków europejskich. Obecnie w tej instytucji można spokojnie wypożyczyć pozycje wydane po śląsku.
Warto podkreślić, że w polskim ustawodawstwie ciągle obowiązuje zasada centralizmu językowego, która być może była potrzebna w okresie odzyskania niepodległości w 1918 r., lecz obecnie wydaje się troszkę anachroniczna. Jako przykład może posłużyć tutaj konstytucja Królestwa Hiszpanii, która za język hiszpański uznaje wszystkie języki i dialekty, jakimi mówi się na terenie tego państwa (baskijski, kataloński, galicyjski oraz oksytoński).
Język śląski nie jest jakimś nowym dialektem powstałym sztucznie w ostatnim czasie, lecz jest to wielowiekowy tradycyjny język, który ewoluował często wbrew panującym na tej ziemi władcom. Od XIII w. ziemie te oderwane od Polski tworzyły własną kulturę opartą na polskich i słowiańskich korzeniach, ale pod wpływem licznej ludności niemieckiej stopniowo rozwijał się na nich własny dialekt regionalny. Obecnie można uznać język śląski za pośredni pomiędzy literackim językiem polskim a językiem używanym przez naszych przodków w czasach średniowiecza.
Dlatego w imieniu wszystkich środowisk regionalnych na Śląsku chciałbym zapewnić o staraniach, jakie będą podejmowane w celu zmiany centralistycznego podejścia do języka i kultury, jakie obecnie wbrew naszej tradycji i historii występuje w Rzeczpospolitej. Dziękuję.


Kilar: Nie napiszę hymnu Śląska
Gazeta Wyborcza, Rozmawiała Magdalena Bochenek 2007.08.27, Wojciech Kilar: Nie napiszę hymnu dla Śląska
Od kilku dni zastanawiamy się, jaka piosenka najlepiej oddaje charakter Śląska. Byliśmy też ciekawi, co nam powie wielki kompozytor...
Magdalena Bochenek: Napisałby Pan pieśń, która promowałaby nasz region?
Wojciech Kilar: Niestety, nie jestem taki zdolny, by pisać piosenki. Tylko raz mi się udało. Napisałem Balladę o małym rycerzu do filmu Przygody Pana Michała. Teraz okazało się, że to hymn polskich siatkarzy. Kiedyś próbowałem napisać pieśń na uroczystość kościelną, ale nie byłem zadowolony z wyniku mojej pracy. W efekcie ksiądz, który chyba nawet nie był muzykiem, stworzył tę piosenkę i zrobiła ona później międzynarodową karierę. Do pisania pieśni potrzebny jest szczególny dar. Często posiadają go amatorzy - ludzie, którzy nawet nie znają nut. (...)
Jaka powinna być ta melodia?
- Trzeba o to zapytać socjologów. Myślę, że powinno to być coś niebanalnego, niekoniecznie o hutach czy kopalniach. No i musi bezwzględnie wchodzić do ucha. Według mnie do naszego regionu pasowałby jakiś skoczny utwór. I nie ma większego znaczenia, czy wykonywałby go chór, czy solista. Można na przykład nagrać dwie wersje lub połączyć je w jedną z podziałem na zwrotki i refreny. Autor takiego hymnu musi mieć poczucie, że tworzy dla mas.
Czy jest jakaś pieśń, która kojarzy się Panu z naszym regionem?
- Karolinka ma ciekawe brzmienie, takie fanfarowe i hejnałowe, z trąbkowym tematem. Ta piosenka już jest zakorzeniona w Ślązakach, chociaż może trochę banalna, jak na hymn.


Śląskie cuda w garnku
Gazeta Wyborcza, Aleksandra Czapla-Oslislo 2007.08.26, Śląskie skarby - smakowite cuda w garnku
Na przekór panującym modom na zdrową żywność i obsesyjne liczenie kalorii zapraszam do kuchni - każdego do swojej, na tradycyjne specjały i śląski łobiod.
Moje pokolenie nie gotuje. 20- i 30-latki odgrzewają, podgrzewają i przetwarzają. Obowiązkowo liczą kalorie. Nie patroszą kurczaków, nie kruszą mięsa, a karpia na wigilię kupują w szczelnie opakowanych porcjach. Na naszych stołach w niedzielne popołudnia nie lądują co tydzień kluski i świeżo pieczony kołocz z posypką.
Moje pokolenie nie gotuje, za to namiętnie ogląda gotowanie na ekranie: moje, twoje, wasze - odmieniane przez wszystkie przypadki - polityków, aktorów czy popowych wokalistek. Niezależnie od wieku, lubujemy się także w informacjach, co jada papież na śniadanie, prezydent w Wielkanoc, a Adam Małysz przed skokiem. Byle jak najdalej od osobistych garnków, a czas przygotowania posiłku nie przekraczał 20 minut.
(...) Bez trudu z pamięci wyrecytuję przepis na marokański tadżin z jagnięciny, znam proporcje mascarpone i amaretto w tiramisu, ale jak kilkanaście dni temu postanowiłam zrobić domowe, śląskie nudle (makaron) to nie obyło się bez telefonu do mamy. I tak, korzystając z dnia wolnego, postanowiłam, niczym miłośnik wygasających rzemiosł, przygotować tradycyjny śląski obiad.
Przygoda zaczęła się bladym świtem w sklepie mięsnym, w którym nieraz widziałam gotowe, pozawijane rolady i myśląc, że nieco skrócę proces tworzenia stanęłam w kolejce. Kiedy pełna nadziei zapytałam o mięso, usłyszałam tylko: Pani, rolady ino w piątki, tak, coby były na niedziela. A że był wtorek, sklep opuściłam z kawałkiem wołowiny, kiełbaską i boczkiem na farsz. Trzeba było jeszcze dokupić ogórek kiszony (choć jak wiadomo są i miłośnicy konserwowych w roladzie), włoszczyznę na rosół, no i kapustę (bez modrej się nie obędzie).
Potem zaczął się prawdziwy maraton, od rozbijania mięsa i smarowania musztardą, po przygotowanie nudli (z dwóch jajek), które - jak to bywa w zwyczaju - suszy się niczym pranie na stojaku na balkonie. Kiedy rosół bulgotał, walczyłam z muliną w ręku, by powiązać rolady, nie tracąc farszu. Kiedy rolady dusiły się kolejną godzinę, przyszła pora na kluski, które według przepisu podpatrzonego u babci robił mój mąż: duże, z tartymi kartoflami i obowiązkową dziurką na sos. Na finał pozostały zasmażka do modrej kapusty i szatkowanie marchewki oraz świeżej pietruszki, które muszą bezwzględnie pływać w każdym rosole. Było jeszcze i ciasto z sezonową śliwką, i kompot z tegorocznych wiśni zabrany z piwnicy rodziców, który zimy już nie doczeka. Było pysznie!
Najwyższy czas na odkrywanie kulinarnych skarbów. Bez telewizji, bez liczenia kalorii, bez półproduktów. Dzwońcie zatem do mam i babć po przepisy nie tylko przed świętami (one znają je na pamięć, wyliczone w łyżkach i szklankach). (...)


15 lat po wielkim pożarze
Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.08.24, To był największy taki pożar w dziejach kraju
15 lat temu spłonęło ponad 9 tys. ha lasu w okolicach Rud Raciborskich. - Mamy doświadczenie, nowoczesny sprzęt, wyciągnęliśmy wnioski, ale gdyby pożar wybuchł dziś, też byśmy mu ulegli - mówi nadleśniczy Zenon Pietras.
To był największy taki pożar w dziejach Polski. Ogień strawił obszar wielkości Zabrza czy Bytomia. Strażacy byli bezradni, bo z powodu wysokich upałów ściółka była sucha jak materac. Iskry strzelały wysoko w korony drzew, a płomienie przeskakiwały z drzewa na drzewo.
Już pierwszego dnia zginęło dwóch strażaków, załogi kilku innych wozów cudem się uratowały. Gdy po miesiącu zakończyło się dogaszanie, teren od Rud Raciborskich aż pod Kędzierzyn sprawiał upiorne wrażenie: czarna plama bez śladu życia, z nagimi pniami drzew. W następnych miesiącach leśnicy większość z tych pni musieli wyciąć.
Rudy, 15 lat później. Z Gabrielem Tworuszką, odpowiedzialnym w nadleśnictwie za ochronę przeciwpożarową, wchodzę na ponadtrzydziestometrową wieżę i oglądam teren byłego pożarzyska.
W pierwszej chwili trudno się domyślić, co działo się tu w 1992 roku. Zielone morze drzew przecinają krzyżujące się pod kątem prostym szutrowe i asfaltowe drogi. Dopiero gdy się przypatrzeć, że wszystkie drzewa są podobnej wysokości i stoją równo w rzędach niczym napoleońscy piechurzy, widać, że coś tu nie gra.
No i drogi - są lepsze od tych w okolicznych miejscowościach. Na poboczach pasy wykoszonej łąki, a dopiero za nimi brzoza, sosna i modrzew. Tej pierwszej jest najwięcej, ten ostatni osiąga już w niektórych miejscach dziesięć metrów. Gdzieniegdzie wyrastają ponad nie nieliczne dęby, które odrodziły się po kataklizmie. W ich konarach są ponoć drapieżne ptaki.
Gdy pędzimy autem równą jak autostrada drogą, Tworuszka radzi zwolnić, bo zza drzew może wyskoczyć sarna lub dzik. Jest ich już w lesie tyle, co przed pożarem. (...)
Ale wszystko, co widzę, to tylko pozory lasu. Brzoza przez leśników traktowana jest jak chwast, ale na razie pozwalają jej rosnąć, bo ma przygotować glebę pod bardziej szlachetne i wymagające gatunki. Gdyby nie brzoza i sosna, pożarzysko zarósłby trzcinnik, wysoka na dwa metry łatwopalna trawa, która zagłusza wszystkie inne rośliny.
W brzozowo-sosnowym zagajniku nie ma runa. Na jagody trzeba będzie czekać aż sto lat. Dużo mniej czasu minie, zanim leśnicy pozwolą wejść tu postronnym osobom. Żeby to było możliwe, młode drzewa muszą mieć co najmniej cztery metry. Powinno się to stać za pięć, może osiem lat. (...)


Śląskie kopalnie do UNESCO!
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.08.23, Śląskie kopalnie na listę UNESCO!
Śląsk to zagłębie zabytków przemysłowych, unikatowych nie tylko w skali kraju, ale i Europy. Jednak żaden z nich nie znalazł się na liście UNESCO. - Nie mamy szans. To porywanie się z motyką na słońce - twierdzi Urząd Marszałkowski.
Czy warto się starać o taki wpis? Marek Danielak, dyrektor Hali Stulecia we Wrocławiu, która jest ostatnim polskim miejscem wpisanym na listę UNESCO: - Oczywiście! To olbrzymi prestiż. Przybyło nam turystów i pieniędzy. Każdy chce zobaczyć perłę UNESCO. Czy śląskie kopalnie i huty mają szansę na taką promocję? Katarzyna Piotrowska-Nosek z Zespołu ds. Światowego Dziedzictwa i Pomników Historii w Krajowym Ośrodku Badań i Dokumentacji Zabytków w Warszawie wyjaśnia: - Coraz trudniej wpisać pojedynczy obiekt. Lista nie może się rozszerzać w nieskończoność, bo wtedy utraciłaby swój elitarny charakter. Szansę mają duże zespoły obiektów, a najlepiej projekty transgraniczne.
I podaje przykłady. Dzięki porozumieniu dwóch krajów, Polski i Białorusi, na liście znalazła się Puszcza Białowieska, a trzy lata temu Park Mużakowski, największy park w stylu angielskim, który znajduje się po obu stronach rzeki Nysy Łużyckiej stanowiącej granicę polsko-niemiecką. Jeśli nasze województwo starałoby się o wpisy, musiałby pomyśleć o współpracy zagranicznej, najlepiej z Czechami. W Karwinie jest zespół kopalń, można by je połączyć z górnośląskimi. W aglomeracji zachowały się duże zespoły architektury z okresu międzywojennego, podobnie w czeskiej Ostrawie.
Jednak by jakiś obiekt mógł kandydować na listę UNESCO musi być wpierw uznany w Polsce za Pomnik Historii. Obiekty nominuje minister kultury, a uznaje je prezydent. Na tej liście z województwa jest zespół klasztorny na Jasnej Górze oraz wpisane przed trzema laty podziemia zabytkowej kopalni rud srebronośnych oraz sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach. Ten ostatni wpis to wielki sukces Stowarzyszania Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, właściciela obiektów, które lobbowało od lat na rzecz zabytkowych kopalni. - Jesteśmy w przedsionku do UNESCO - mówi Józef Moszny, kierownik kopalni.
Szansę na UNESCO ma także zabrzańska kopalnia Guido. - Naszym atutem jest autentyzm. Guido jest jedyną kopalnią węgla kamiennego w Europie, gdzie turyści mogą zjechać na dół prawdziwą klatką, która jeszcze do niedawna zwoziła górników - przekonuje Dorota Kosińska z zabrzańskiego magistratu.
Szansę na UNESCO miałby też katowicki Nikiszowiec, unikatowe osiedle robotnicze zachowane w pierwotnym kształcie urbanistycznym. (...) Pomysł z wpisywaniem regionalnych zabytków na listę UNESCO nie interesuje też wydziału promocji regionu, turystyki i sportu Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego. - Każdy, kto widział niemiecką kopalnię Zollverein i porówna z Guido lub skansenem Luiza zobaczy, że mamy jeszcze dużo do nadrobienia. Nie wystarczą same obiekty. One muszą być dla ludzi, powinny więc mieć odpowiednią infrastrukturę turystyczną. Na tym etapie zgłaszanie się do UNESCO jest porywaniem się z motyką na słońce - uważa Adam Hajduga, główny specjalista w wydziale.


Śląsk się kurczy?
Dziennik Zachodni, Marek Szołtysek 2008.08.24, Śląsk się kurczy
Pojęcie Śląska czy ziem śląskich jest dynamiczne. Na przestrzeni dziejów podlega ciągłym przemianom, ale patrząc z historycznego punktu widzenia, bardzo łatwo można określić jego granice.
Wystarczy sięgnąć po odpowiednie książki i mapy, aby zauważyć linie dzielące Śląsk Dolny od Górnego lub części Górnego Śląska, np. księstwo cieszyńskie czy bytomskie. Teoretycznie więc łatwo pokazać historyczne granice Górnego Śląska. Ale problem powstanie wówczas, gdy zapytamy: Na jakich terenach ludzie przyznają się dzisiaj do kultury śląskiej czy górnośląskiej? Wówczas okaże się, że wielu mieszkańców ziemi śląskiej widzi ten problem w odmienny sposób. (...)
Zauważa się coraz silniejszą tendencję używania nazw Śląsk Opolski czy Opolszczyzna, jako przeciwstawienia historycznej nazwie Górny Śląsk. Cóż z tego, że w przeszłości Opole było stolicą Górnego Śląska, skoro niektórzy współcześni mieszkańcy Opolszczyzny nie chcą tego zaakceptować, kojarząc Górny Śląsk z węglem, przemysłem, Katowicami, a może nawet - w przypadku tamtejszej mniejszości niemieckiej - z nadmierną polskością. Cóż, wypada przyjąć to do wiadomości i uszanować. Ale czy sytuacja ta, z punktu widzenia Krakowa czy Poznania, nie wygląda komicznie?
Na linii Raciborza, Gliwic i Bytomia
Mniej więcej wzdłuż linii wyznaczonej przez Racibórz, Gliwice, Bytom w latach 1922- 1939 biegła granica podziału Górnego Śląska między Polskę i Niemcy. W miastach tych mieszkało wówczas bardzo dużo Niemców, którzy w większości po drugiej wojnie światowej wyjechali do Niemiec. Na ich miejsce sprowadzili się na Śląsk przybysze z innych części Polski. Większość z nich zaakceptowała swe nowe miejsce na ziemi, ale nie wszyscy zintegrowali się z górnośląską kulturą. Ten proces integracji trwa i trudno się temu dziwić. Głupotą też byłoby go jakoś sztucznie przyspieszać przez niedorzeczne ankiety, spisy ludności, referenda czy akcje polityczne. Myślę też, że integrowanie się ze śląską kulturą musi być wyborem atrakcyjnych wartości. Bardzo wiele tu zależy od postaw, od dobrego przykładu samych Ślązoków!
Mieszkańcy Bielska, Skoczowa, Strumienia, Ustronia, Wisły czy Cieszyna to tzw. cieszynioki czy cesaroki. Choć ziemie te, podobnie jak Opolszczyzna, powinny z powodów historycznych nazywać się górnośląskimi - to jednak w większości mieszkańcy tego nie chcą. Rzecz zastanawiającą powiedział mi kiedyś dr Kazimierz Ślęczka, pracujący wówczas w Cieszynie i w Katowicach, a znający bardzo dobrze obie odmiany śląskości: W Cieszynie książkę o Górnym Śląsku kupi się z podobnym zainteresowaniem, jak książkę np. o Francji. (...)
Osobnym problemem jest część Górnego Śląska po czeskiej stronie, nazywana czasami Czeskim Śląskiem lub Zaolziem. Dla tamtejszych Ślązoków najważniejszy jest problem przetrwania przy swej regionalnej, a zwłaszcza narodowej odrębności, a nie to, czy są Górnoślązakami czy Cieszyniokami.
Coś się zaczyna
Mieszka na Śląsku, czy w zasadzie na Górnym Śląsku, pewna grupa ludzi, którzy nie utożsamiają się z regionalną kulturą. Nie zadają oni sobie pytania: Kim jestem?. Tak bywa, ale w imię tolerancji, mają do tego prawo! Choć z drugiej strony ludzi tak myślących do elity kulturalnej Śląska z pewnością nie można zaliczyć.
Mówiąc językiem obrazowym, kurczy nam się nie terytorium historycznej ziemi śląskiej, ale obszar, na którym dzisiaj jego mieszkańcy chcą się nazywać Ślązokami czy precyzyjniej - Górnoślązokami. A zatem spod kurczącego się kocyka górnośląskiej tożsamości dawno wykopali się już w większości mieszkańcy Opolszczyzny, a może i ziemi cieszyńskiej... Natomiast ci zadeklarowani Ślązacy są coraz bardziej świadomi wartości swej kultury. A zatem ilość śląskości na Śląsku się nie zmienia.
Raczkuje też powoli inne, nieznane dotąd nowe zjawisko. Otóż zauważam powoli, że spora część mieszkańców Zagłębia, Żywiecczyzny oraz ziemi częstochowskiej odnosi się z dużą sympatią do śląskiej kultury, podobają im się śląskie: książki, felietony w Dzienniku Zachodnim, kabarety, śpiewanie, no i jedzenie. Czyżby więc kształtował nam się jakiś Nowy Śląsk?


Szukamy hymnu dla Śląska
Gazeta Wyborcza, Magdalena Bochenek 2007.08.22, Szukamy hymnu dla Śląska. Pomóż nam wybrać
Śląsk ma się czym chwalić: zabytki, smaczna kuchnia, osiągnięcia w medycynie. Przy promocji regionu pomogłaby też muzyczna wizytówka. - Jaki powinien być hymn Śląska? - zapytaliśmy ludzi muzyki, kultury i polityki. Swoje hymny mają m.in. hiszpańska Katalonia, niemiecka Bawaria czy belgijska Flandria. Śpiewa się je podczas lokalnych uroczystości, imprez sportowych. (...)
- Przede wszystkim musi to być piosenka prawdziwa, dobrze zaśpiewana. Musi wpadać w ucho. Nie jest moim zdaniem ważne, czy będzie skoczna, czy poważna, byle aranżacja była ciekawa - mówi Piotr Kupicha, kompozytor, autor tekstów i wokalista grupy Feel.
- Jak pomyślę o takim utworze, to chciałabym, by nawiązywał do ciekawych miejsc naszego regionu, np. do Pszczyny, Cieszyna, Górki Klemensowej. Piosenka mogłaby nawiązywać do kopalń, lasów i samochodów. Powinna też mówić o humorze, dowcipie Ślązaków. Nie można pominąć w niej naszej gwary. Powinna też pamiętać o żyjących tu góralach, górnikach czy informatykach - dodaje dr Maria Lipok-Bierwiaczonek, dyrektorka Muzeum Miejskiego w Tychach.
Zdaniem Pawła Golca hymn dla Śląska to trudne zadanie. - Nie ma piosenki, która dobrze zaprezentowałaby Śląsk. Te sprzed lat nie są już aktualne, region się ciągle zmienia, aglomeracja powiększa. Trzeba by taki hymn stworzyć od początku - mówi Golec.
Ireneusz Dudek, muzyk i organizator festiwalu Rawa Blues, nie miał problemu ze wskazaniem utworu, który mógłby być regionalnym hitem. - Za mało, by umrzeć, za dużo, by żyć. To blues, bo ten gatunek muzyki dobrze pasuje do Śląska. Tekst tej piosenki wpisuje się w sytuację ludzi w naszym regionie, w przekształcanie, modernizację hut i kopalń - mówi Dudek.
Senator Maria Pańczyk uważa, że tekst do takiego hymnu powinien być zupełnie nowy, łączący historię ze współczesnością: - Muzykę można by stylizować na melodii ludowej np. z Pozłacanego warkocza.
Mirosław Neinert nie sądzi, by pieśń promująca nasz region musiała być patetyczna. Zaproponował kilka utworów: Czerwone słoneczko, piosenkę ze spektaklu Cholonek na podstawie prozy Janoscha Fajny chłop z niego był, ino gorzołę pił, czy Obalili halba zespołu Koala Band z Tarnowskich Gór.
- Jasne, że to mógłby być hit dla Śląska! Dlaczego nie?! - zareagował z entuzjazmem Wojciech Szyszko, członek tego zespołu.
Nasz pomysł popiera Mateusz Zmyślony, dyrektor kreatywny marketingowej grupy Eskadra. - Gdyby śląski hymn był rzeczywiście dobrą piosenką, świetnie wpisałby się w promocję województwa. Odbiorcy od zawsze zapamiętują nośne, charakterystyczne melodie lepiej niż sam obraz czy tekst. Można by go wykorzystać do spotów reklamowych w telewizji, internecie. Na Śląsku jest wielu kierowców, słuchają radia, więc byłaby to bardzo dobra reklama. Piosenkę można by prezentować przed koncertami i imprezami - mówi Zmyślony.
Która piosenka zdaniem Państwa mogłaby zostać hymnem Śląska? Na propozycje czekamy pod adresem listy@katowice.agora.pl


Cieszyn i Czeski Cieszyn bliżej
Gazeta Wyborcza, pap 2007.08.21, Kolejne przeprawy połączą Cieszyn i Czeski Cieszyn
Cieszyn i Czeski Cieszyn wybudują nad graniczną rzeką Olzą trzy kładki dla pieszych - powiedział Bogdan Ficek, burmistrz Cieszyna. Na razie miasta łączą dwa mosty graniczne: Przyjaźni i Wolności, oddalone od siebie o kilkaset metrów.
- Na budowę zgodę wyraziły już obie rady miejskie. Kładki mają na razie robocze nazwy: Europejska lub Francoisa Rocha, od nazwiska francuskiego projektanta, Kolejowa i Sportowa. Pierwsza z nich będzie miała niezwykle futurystyczny kształt, przypominający szkielet ryby - powiedział burmistrz.
Najbardziej zaawansowana jest sprawa przeprawy Rocha. Burmistrz powiedział, że zlecone już zostało przygotowanie studium wykonalności, a władze Czeskiego Cieszyna zamówiły projekt techniczny. - Gdy wszystko będzie gotowe, w przyszłym roku wystąpimy o pieniądze z funduszy europejskich - dodał burmistrz. Kładka będzie kosztowała około 1 miliona euro. (...)


Chrobry zajechał na Świdnicką w częściach
Gazeta Wyborcza, Magda Nogaj 2007.08.20
Ogromny pomnik z brązu przedstawiający postać króla Bolesława Chrobrego na koniu przejechał w poniedziałek ulicami Wrocławia. Laweta przetransportowała go z magazynów wojskowych na skwer przy ul. Świdnickiej, gdzie czeka już na niego potężny granitowy cokół.
Nim czterotonowy monument stanie na cokole, musi być jeszcze zmontowany, bo na skwer trafił w trzech częściach. - Kilkanaście dni zajmie nam zespawanie króla z koniem. To precyzyjna robota. Chodzi o dzieło sztuki, a nie budowę garażu, nie ma się więc co spieszyć - mówi Tomasz Kabat, wiceprezes fundacji Pro Wratislavia, która prowadzi budowę pomnika.
Na plac między domem handlowym Renoma a galerią Na Odwachu pomnik trafił z magazynów na terenie jednostki wojskowej przy ul. Zwycięskiej, gdzie przeleżał ponad rok. Brakowało pieniędzy na wykonanie tzw. wstęg, czyli tablic z brązu, które miały być przytwierdzone do cokołu. W poniedziałek można je było już oglądać. Znajduje się na nich napis po czesku, niemiecku i polsku: Bolesław Chrobry, pierwszy koronowany władca Polski, sprzymierzeniec papiestwa i cesarstwa w idei zjednoczenia Europy w roku 1000.
O budowę pomnika fundacja Pro Wratislavia zabiegała od 10 lat. Co pierwszy polski król ma wspólnego z Wrocławiem? - Chrobry ustanowił we Wrocławiu biskupstwo, wyznaczając w ten sposób kierunek rozwoju miasta - mówi Kabat. - To będzie dopiero drugi pomnik Chrobrego w Polsce. Pierwszy stoi przed katedrą w Gnieźnie, ale jest znacznie mniejszy od naszego. W Polsce budowane były dotąd pomniki przypominające o martyrologii narodu. My chcemy promować postać i wydarzenia z naszej historii, które są przykładami sukcesu. (...)
Wyładunek pomnika z zainteresowaniem obserwowali przechodnie. Pierwsi zdążyli już sobie nawet zrobić zdjęcia z królem. Zwłaszcza, gdy za głowę wisiał na linie dźwigu. - Może to wielki pomnik, ale nie chodzi nam o patos. Chcemy, by ludzie się pod nim umawiali. Zostanie ładnie podświetlony. Obok będzie można przysiąść na ławeczce - mówi wiceprezes fundacji.
Pomnik zaprojektowała Dorota Korzeniewska z wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ufundowany został przez sponsorów.


Czy kołocz jest śląski?
Gazeta Wyborcza, Dorota Wodecka-Lasota 2007.08.03, Kołocz jest śląski? UE chce dowodów
Akcja Gazety, portalu Gazeta.pl i Związku Śląskich Rolników. Kołocz śląski może być naszym produktem regionalnym zarejestrowanym w UE. Ale potrzeba dowodów, że się go na Śląsku od lat piecze. - My to wiemy, ale UE nie. Dlatego proszę czytelników Gazety o stare książki kucharskie, fotografie i wszelkie datowane zapiski nt. kołocza - apeluje Klaudia Kluczniok z ZŚR.
Jeśli kołocz zostanie uznany za nasz produkt regionalny, to każdy cukiernik, który będzie go piekł wedle ustalonej receptury, może nakleić na swój towar znaczek UE. - A to gigantyczna promocja - twierdzi Kluczniok, pilotująca rejestrację produktu. - Badania marketingowe prowadzone na Zachodzie pokazują, że towary opatrzone takim znaczkiem sprzedają się nie dość, że drożej, to w większej ilości - zapewnia.
Podkreśla, że znaczek unijny daje konsumentom pewność, że zamiast sproszkowanych jajek będą użyte świeże albo że masło nie będzie zastąpione jego tańszym odpowiednikiem - słowem, gwarantuje wysoką jakość. (...)
Ważne było znaleźć grupę producentów, którzy złożą wniosek z dokumentacją i zapewnią, że będą piec ciasto wedle wspólnie uzgodnionego przepisu. - Byłam spanikowana, czy to się uda, bo część cukierników podchodziła do naszej propozycji bardzo sceptycznie. Twierdzili, że każdy ma swój sekret w wypiekaniu ciasta. Bałam się, że się nie dogadają - opowiada Kluczniok.
Na pierwsze spotkanie przyszło 20 cukierników z przepisami przechowywanymi niekiedy przez kilka pokoleń. I okazało się, że nie ma w wypieku żadnych sekretów, bo wszyscy przygotowują tak samo ciasto drożdżowe. - Ich kołocze różnią się tylko dodatkami. A że we wniosku unijnym mogą być widełki w składnikach, to najpewniej się dogadają - przypuszcza Kluczniok.
Cukiernicy mają na to czas do końca roku, by na początku przyszłego Ministerstwo Rolnictwa wystąpiło do UE z gotowym wnioskiem.
Wtedy konieczne będzie dołączenie dokumentacji, że kołocz śląski jest na Śląsku wypiekany od dziesięcioleci. - Ta dokumentacja jest bardzo ważna. Dlatego bardzo prosimy Opolan o pomoc - apeluje Kluczniok.


Familok - to brzmi dumnie
Gazeta wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.08.19
Powinniśmy skończyć z patrzeniem na dziedzictwo osiedli robotniczych jak na nieprzystający do współczesności balast. Familoki to najszczersza twarz Śląska, najważniejsze znaki naszej tożsamości regionalnej.
Nie ma budynków brzydkich ani ładnych. Są tylko prawdziwe i kłamliwe. Na Śląsku odnajduję dużo szczerości - tego najważniejszego dla mnie kryterium. Nie liczy się ilość pieniędzy władowanych w budynek, nazwisko projektanta, cena materiałów wykończeniowych. Ważne jest przesłanie - czy forma zgadza się z funkcją, czy materiały są po to, by budować przestrzeń, czy służą tylko ukrywaniu niedoskonałości bądź mają dodać prestiżu zleceniodawcy.
Skazy, nierówne mury, źle wypalona cegła - są jak ludzie, perfekcyjnie niedoskonali. Nie ma szczerszej architektury od przemysłowej. Miała służyć jakiemuś procesowi technologicznemu i basta. Szczęśliwie również domy robotnicze, które powstawały wokół zakładów, mają tę szczerość w genach. Zwykły familok dla każdego architekta to wspaniałe dzieło budowlane, genialne w swej prostocie. (...)
Może przesadzam, zbyt mitologizuję doskonałość osiedli robotniczych, ale może po prostu tęsknię za porządkiem, za światem, który rządził się jasnymi prawami?
Mieszkam w bloku. Jest funkcjonalny jak familok. Jednak nie jest szczery. Architekt skłamał, mówiąc, że w jednym budynku może mieszkać tysiąc osób. To, co cenię niezmiernie w domach robotniczych, to ich niewielka skala, która doskonale służyła integracji kilku familiom. Nawet jeśli budynek był większy, to wydzielano osobne klatki schodowe, by tworzyć jak najmniejsze mikrospołeczności. I te podwórka. To one były prawdziwymi salonami. To na nich się przesiadywało, tutaj się klachało, piło kawę, jadło kołocz. Tutaj odbywały się komunie, weseliska.
Osiedla robotnicze są swojskie, może dlatego, że robotnicy wywodzili się ze wsi i nawet pracując na kopalni, nie stracili kontaktu z naturą. Przy familoku musiał być ogród, musiał być chlewik z obowiązkową świnią, no i gołębnik, królikarnia. Każdy familok był jak samowystarczalne gospodarstwo. W jego obrębie można było odpocząć w ogrodzie, oddać się hobby, wygodnie mieszkać, spotykać się.
Od stu lat urbaniści nie wymyślili niczego lepszego od miasta ogrodu. Na Śląsku mamy kilka realizacji tej idei - z najdoskonalszym Giszowcem na czele. Same osiedla robotnicze mają w sobie coś z wyspy. Powstawały w pobliżu kopalni bądź huty, w oderwaniu od miasta. Giszowiec zbudowano na wykarczowanej polanie w środku lasu. Rozrastające się miasta wchłaniały kolonie robotnicze, ale zachowało się na Śląsku jeszcze wiele samotnych wysepek - katowicki Nikiszowiec czy mój ulubiony Kaufhaus w Rudzie Śląskiej. Ten ostatni odcina od miasta rozlewisko torów kolejowych, hałdy i olbrzymia Huta Pokój. Dzięki temu na Kaufhasie można odnaleźć dawny urok, utraconą gdzie indziej śląską atmosferę życia. (...)
Współczesne osiedle jest zazwyczaj tylko sypialnią, nie pracujemy na nim, nie odpoczywamy. W blokowisku czujemy się wyalienowani. Mieszkańcy robotniczych koloni nawet dziś silnie się z nimi utożsamiają.
Patrząc na osiedla robotnicze, można powiedzieć jedno - cała ta nowoczesność nie dorasta im do pięt. Powinniśmy zatem skończyć z patrzeniem na kolonie jak na slumsy. Skromne, ceglane domy robotnicze mają większą wartość dla naszej regionalnej tożsamości niż wszystko, co powstało po 1945 roku. Familok - to brzmi dumnie!


Telewizje walczą o Bytków
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2007.08.16, Cztery telewizje chcą nadawać z Bytkowa
Aż czterech nowych nadawców stara się o wolną częstotliwość na Śląsku. Walka zapowiada się emocjonująco, bo nasz region to kilka milionów potencjalnych widzów.
Do konkursu na nadawanie naziemne z Bytkowa zgłosiło się sześć stacji, ale jak poinformował wczoraj branżowy portal Presserwis, dwie z nich - TV Biznes i Superstacja - nie spełniają warunków formalnych. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zastrzegła bowiem, że o prawo nadawania na Śląsku mogą się starać tylko nadawcy naziemni, a obydwie telewizje są stacjami satelitarnymi.
Na placu boju pozostały więc cztery telewizje: TVN, Puls, TV4 oraz Telewizja Odra. Choć nadajnik w Bytkowie ma małą moc - zaledwie 1 kW - rywalizacja zapowiada się bardzo interesująco. Zwycięska telewizja będzie docierać do około jednej trzeciej mieszkańców Śląska, głównie na północy regionu. - Zależy nam na zwycięstwie, bo to oznacza dotarcie do kilku milionów Ślązaków, którzy nie mają ani satelity, ani telewizji kablowej - mówi Mariusz Walkiewicz, wiceprezes TV 4, którą obecnie na Śląsku można oglądać tylko z satelity.
Naziemnych nadajników na Śląsku nie mają też Puls i Telewizja Odra. Ta ostatnia może w ogóle odpaść z rywalizacji, bo trwa właśnie postępowanie w sprawie odebrania jej koncesji: Rada zarzuca Odrze, która jest telewizją regionalną, że nadaje za mało programów lokalnych oraz że nie poinformowała o zmianie właściciela. Ewentualna wygrana TVN-u oznaczałaby, że stacja będzie miała dwa nadajniki w naszym regionie. TVN korzysta teraz z nadajnika w Kosztowach o mocy 30 kW, który działa na południe od Katowic. (...)
KRRiT nie poinformowała, kiedy konkurs na nadawanie z Bytkowa zostanie rozstrzygnięty, choć specjaliści przypuszczali, że jeszcze w tym roku. Sprawę mogą jednak skomplikować przyspieszone wybory, które oznaczają też zmiany w Radzie.


Ślązacy mają dość Warszawy
Przemysław Jedlecki 2007.08.16, Ślązacy mają dość Warszawy i tworzą związek
Jan Czogała, biznesmen pochodzący z Katowic, postanowił założyć Związek Ślązaków. - Trzeba odbudować tożsamość regionu - mówi. Wspierają go Jerzy Gorzelik z RAŚ i senator Kazimierz Kutz.
Do Związku może należeć każdy, kto czuje się Ślązakiem. Nie ma znaczenia, jakiego jest wyznania, narodowości i do jakiej partii należy. - To wszystko jest nieważne. Liczy się tylko to pierwsze kryterium. Członkowie Związku muszą chcieć pomagać regionowi, starać się odbudować jego tożsamość i kulturę - zapowiada Jan Czogała. Dodaje, że Związek jest już zarejestrowany w Lichtensteinie i Katowicach, a gdy zostanie uznany w Niemczech i Austrii - tam też będzie się można zapisywać.
- Teraz się zbieramy i liczymy. Myślę, że będzie nas 200-300 tysięcy. Chcę też zmobilizować młodych ludzi, którzy czują się Ślązakami. Chociaż wyjechałem stąd w latach 50., to cały czas śledzę, co się tu dzieje i widzę, że do tej pory byliśmy, jak to mawia Kutz, trochę dupowaci - dodaje Czogała.
Do tej pory był bardziej znany jako opozycjonista i biznesmen. Z wykształcenia jest inżynierem lotnikiem i ekonomistą. Przez 28 lat pracował w WSK Świdnik. W 1976 r. został dyrektorem naczelnym. Potrafił załatwić rzeczy niemożliwe. Mimo całkowitego zakazu sprzedaży Polsce nowoczesnych amerykańskich technologii nawiązał współpracę z Airbusem, Bellem, Sikorskym. Interesy załatwiał w Zakopanem - przy ognisku, lampce wina. Każdy sposób był dobry, by przekonać kontrahenta.
Ze Świdnika odszedł z twarzą. W grudniu 1981 r. został w zakładzie razem z protestującą załogą. Zwolniono go dyscyplinarnie. Potem zajął się biznesem. W połowie lat 90. był na 28 miejscu listy najbogatszych Polaków tygodnika Wprost. Jego najpoważniejszym przedsięwzięciem jest firma spożywcza Agrohansa.
O swoich planach Czogała już opowiedział senatorowi Kazimierzowi Kutzowi i Jerzemu Gorzelikowi, liderowi RAŚ. Obydwaj przyklasnęli jego pomysłom.
Kutz od dawna twierdził, że rządząca do niedawna Polską koalicja z PiS-em na czele lekceważy Śląsk i traktuje go jak kolonię. - Nie należy się tym przejmować. Ślązacy muszą działać we własnej organizacji i porządkować swój świat bez partii politycznych. I niedługo tak będzie - mówi senator. Dodaje, że Związek powinien zacząć działać jesienią.
- To będzie ruch, który może startować w wyborach samorządowych i zakładać komitety dla swoich kandydatów na posłów. Pozwoli też Ślązakom na radosne życie. Jeśli ktoś chce śpiewać sobie po niemiecku, to niech śpiewa. Czas, żeby podziały wśród mieszkańców regionu przestały istnieć - dodaje Kutz.
Gorzelik jest podobnego zdania. Dla niego ważne jest, by Ślązacy poczuli potrzebę odpowiedzialności za region. - Z tym ciągle jest źle. Region cierpi na słabość własnych elit. To może się zmienić - dodaje.
Nie brakuje jednak osób, które sceptycznie patrzą na plany budowy nowej organizacji. Andrzej Złoty, prezes Związku Górnośląskiego: - Po pierwsze Ślązacy nie są dupowaci. Nasza organizacja istnieje już od 19 lat i jej szeregi są dla wszystkich otwarte. Powoływanie kolejnych organizacji nie ma sensu. To tylko rozdrobni scenę polityczną Górnego Śląska. (...)


Kolejne polskie dyktando
Gazeta Wyborcza, Marcin Czyżewski 2007.08.15, Cudzoziemcy pisali w Cieszynie polskie dyktando
... jak życzenie ściągające opiekę przyjaznych sił nadprzyrodzonych, ale także niechybnie odżegnujące moce nieprzychylne - to tylko fragment dyktanda, z którym zmagało się wczoraj w Cieszynie prawie 200 cudzoziemców.
W mieście od dwóch tygodni trwa Letnia Szkoła Języka, Literatury i Kultury Polskiej. W środę nadszedł jej kulminacyjny moment: międzynarodowe dyktando. Pisało je prawie 200 cudzoziemców z 34 krajów i pięciu kontynentów. - Chociaż wszyscy przychodzą tu z uśmiechem, nie jest to tylko zabawa. Dla wielu osób to ważny moment na sprawdzenie, ile już potrafią w naszym języku - mówi Katarzyna Bytomska, rzeczniczka Letniej Szkoły.
W 10-letniej historii międzynarodowego dyktanda w Cieszynie jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś napisał je bezbłędnie. Tymczasem dr Aldona Skudrzyk z Uniwersytetu Śląskiego, która od początku układa treść dyktand, przed rozpoczęciem wczorajszego sprawdzianu powiedziała Gazecie, że w tym roku będzie ono najtrudniejsze ze wszystkich.
- To jubileuszowe dyktando, więc chciałam, żeby miało bardziej edukacyjny charakter i więcej opowiadało o polszczyźnie. Do tej pory były to różne scenki - mówiła Skudrzyk, przyznając, że przy układaniu tekstu sama raz wspomogła się słownikiem.
Punktualnie o godz. 11 rozpoczęło się odczytywanie dyktanda. Było poświęcone polskim imionom, ich tradycji, zdrobnieniom (...). A w treści nie brakowało takich perełek jak: Działać miało jak najoczywistsze zaklęcie niosące dziecku pomyślną wróżbę, jak życzenie ściągające opiekę przyjaznych sił nadprzyrodzonych, ale także niechybnie odżegnujące moce nieprzychylne.
Zgodnie z regulaminem bardziej zaawansowani uczestnicy pisali dyktando w całości, a początkujący wypisywali wszystkie słowa, które udało im się rozpoznać. Jedni starali się pisać zawzięcie przez cały czas, inni co chwila bezradnie rozglądali się na boki. Po ostatniej kropce wszyscy odetchnęli. (...)
Ostatecznie z tekstem dyktanda najlepiej poradził sobie (zrobił tylko jeden błąd) 24-letni Oleg Erszow z Rosji, który otrzymał tytuł Cudzoziemskiego Mistrza Języka Polskiego. Wszyscy uczestnicy dostali upominki.
Gdy emocje opadły, studenci przeszli na cieszyński rynek, gdzie odbył się Wieczór Narodów. Poszczególne nacje starały się zaprezentować mieszkańcom swoje kraje. Na koniec wszyscy zatańczyli na rynku poloneza.


Zabytkowy szyb w Bytomiu
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.08.13, Krystyna z Bytomia ciągle czeka na kupca
Zabytkowy szyb Krystyna od kilkunastu lat popada w ruinę. Bytomska Spółka Restrukturyzacji Kopalń, żeby przyciągnąć kupca, chce go sprzedać wraz z sąsiednim atrakcyjnym gruntem. Bytomski szyb to prawdziwa architektoniczna perła. W 1929 roku kiedy powstał był najwyższą górniczą wieżą na Górnym Śląsku. Modernistyczna, wysoka na 56 metrów ceglana konstrukcja w niczym nie przypominała tradycyjnych wież wyciągowych. Szersza niż podstawa górna część mieściła ogromną maszynownię. W hali przez lata pracowały elektryczne maszyny wyciągowe o kilkumetrowych kołach zamachowych.
- Nawet po latach możemy się tylko nisko pokłonić architektowi, który wybudował tak unikatową konstrukcję. To genialne połączenie architektury prostego modernizmu z symbolizmem. Szyb kształtem przypomina pyrlik, górniczy młotek. Już w latach 30. był symbolem niemieckiego Górnego Śląska. Jego podobizna znalazła się nawet na pocztówkach z tamtego okresu. Do dziś jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych bytomskich budowli, tak jak wieża Eiffla w Paryżu czy Colosseum w Rzymie. Szkoda, że od dłuższego czasu szyb niszczeje, a we wnętrzu hula tylko wiatr - mówi Dariusz Walerjański, historyk z Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu.
Sąsiednie zabudowania dawnej kopalni Szombierki zniknęły z powierzchni ziemi. Szyb Krystyna ocaliło to, że przed trzema laty został wpisany do rejestru zabytków. Właścicielem niszczejące wieży jest Bytomska Spółka Restrukturyzacji Kopalń. Żeby znaleźć kupca zdecydowała się go sprzedać wraz z przylegającymi działkami. - Czekamy jeszcze na zgodę zgromadzenia wspólników. Przetarg najprawdopodobniej ogłosimy pod koniec sierpnia albo na początku września - informuje Józef Banasik z BSRK. 4,5-hektarowa działka razem z szybem została wyceniona na 2,8 mln zł. Na dodatek ziemia ma przylegać do budowanej obwodnicy Bytomia. - Liczymy, że to będzie magnesem dla inwestorów. Już odebraliśmy kilka telefonów od zainteresowanych osób, ale na prawdziwe oferty poczekamy do czasu przetargu - mówi Banasik.
Pomoc dla inwestora obiecuje również bytomski magistrat. - Nam również zależy, żeby ożywić to miejsce. Wyremontowana wieża mogłaby się stać wizytówką miasta. Jeśli znajdzie się inwestor, który zaproponuje jakieś ciekawe zagospodarowanie obiektu, może liczyć na naszą pomoc - mówi Katarzyna Krzemińska-Kruczek, rzeczniczka UM w Bytomiu. (...)


Dawne wsie templariuszy
Zbigniew Bereszyński 2007.08.10
Leżąca niedaleko zachodniej granicy województwa opolskiego Oleśnica Mała stanowiła w średniowieczu siedzibę śląskiej komandorii legendarnego zakonu rycerskiego templariuszy. (...) Dzieje zlikwidowanego równo 700 lat temu (w 1307 r.) zakonu rycerskiego templariuszy stały się tematem licznych mitów i legend, powielanych chętnie w różnego rodzaju popularnych wydawnictwach i publikacjach. Wyobraźnia XIX-wiecznych miłośników średniowiecza stworzyła m.in. legendy na temat pobytu templariuszy w różnych miejscowościach dzisiejszej Opolszczyzny - Rogowie Opolskim, Obrowcu, Krapkowicach, Kałkowie. Legendy takie nie mają najczęściej żadnego umotywowania w zachowanych źródłach historycznych. Faktem jest natomiast funkcjonowanie komandorii zakonnej templariuszy w Oleśnicy Małej niedaleko Oławy i Wiązowa w dzisiejszym województwie dolnośląskim.
Bąków i dawna komandoria w Oleśnicy Małej
Templariusze osiedli w Oleśnicy Małej za czasów sprzyjającego zakonom rycerskim księcia śląskiego Henryka Brodatego (ten sam władca sprowadził na Śląsk także Krzyżaków, nadając im dobra ziemskie w okolicach Namysłowa). Po patronatem utworzonej tu komandorii założono szereg wsi, leżących dziś m.in. w granicach województwa opolskiego. Do templariuszy z Oleśnicy Małej należał m.in. Bąków w obecnej gminie Grodków (...). Po skasowaniu zakonu templariuszy dobra komandorii, a wśród nich także Bąków, zostały przejęte w 1312 r. przez inny zakon rycerski - joannitów. Już w 1335 r. istniał w Bąkowie kościół, pozostający pod patronatem rycerzy-zakonników z Oleśnicy Małej. Przypuszczalnie w nieco późniejszym czasie, około połowy XIV w., został zbudowany istniejący do dziś murowany kościół gotycki. Bąków leżał w granicach księstwa brzeskiego, którego władcy w okresie reformacji przyjęli wyznanie ewangelickie. W związku z tym również miejscowy kościół został w 1534 r. przejęty przez protestantów. Od 1945 r. funkcjonuje on ponownie jako świątynia katolicka.
Zabytkowy kościół w Bąkowie
Wieś zachowała średniowieczny układ przestrzenny z czasów lokacji na prawie niemieckim. Jest to układ tzw. owalnicy, z wrzecionowatym placem centralnym, stanowiącym rozszerzenie głównej drogi przez wieś. Pośrodku placu stoi zabytkowy kościół filialny pw. św. Katarzyny. Najstarszą częścią świątyni jest korpus, zbudowany w XIV w. z kamienia z dodatkiem cegły. Łącząca się z nim wieża została zbudowana z cegły w XV-XVI w. (...) Do zabytkowego wyposażenia świątyni należą m.in. płaskorzeźbiony tryptyk późnogotycki z około 1500 r., renesansowa ambona z drugiej połowy XVI w. oraz pochodząca przypuszczalnie z XV w. chrzcielnica kamienna. We wschodnią ścianę prezbiterium wmurowana jest marmurowa, inskrypcyjna płyta nagrobna pastora Jana Lindnera (+1736).
Kamienny stół sądowy
Niedaleko kościoła, po stronie południowo-wschodniej, w ogrodzie dawnej plebanii i późniejszego domu nauczyciela, zachował się unikatowy zabytek archeologii prawnej - granitowy stół sądowy, wsparty na czworobocznym słupie kamiennym. Przy stole tym mógł w dawnym czasie zasiadać sąd pod przewodnictwem sołtysa. To jedyny tego rodzaju zabytek w województwie opolskim i jeden z nielicznych w Polsce (podobnego typu stoły można zobaczyć m.in. na rynku w Strzelinie oraz na dziedzińcu dawnej komandorii joannitów w Oleśnicy Małej). Po bokach stołu umieszczone są dwa bloki granitowe, z których jeden ma formę podwójnego stożka z grubym wałkiem pośrodku. Bloki te bywają określane jako siedziska. W rzeczywistości są to jednak najprawdopodobniej kamienie pręgierzowe, do których przykuwano osoby ukarane wystawieniem na widok publiczny.
Zabytkowy kościół w Młodoszowicach
W odległości 3 km na wschód od Bąkowa, przy drodze z Grodkowa do Brzegu, leżą Młodoszowice. Również ta wieś należała w średniowieczu do dóbr komandorii w Oleśnicy Małej. Także Młodoszowice zachowały średniowieczny układ przestrzenny owalnicy, z wrzecionowatym placem centralnym, pośrodku którego stoi zabytkowy kościół filialny pw. św. Marcina. Miejscowy kościół istniał już w 1318 r. Obecnie istniejąca murowana świątynia gotycka została wzniesiona przypuszczalnie w XV w., a w 1526 r. dobudowano do niej wieżę. W latach 1534-1945 kościół należał do ewangelików. (...)


Czeski Cieszyn zmieni nazwę?
Gazeta Wyborcza, mac 2007.08.10, Czy Czeski Cieszyn zmieni swoją nazwę?
Władze Czeskiego Cieszyna otrzymały wniosek, aby zmienić nazwę miasta na Cieszyn. Urzędnicy są jednak sceptyczni.
O zmianę nazwy miasta wystąpił Karol Cieślar, architekt mieszkający w Czeskim Cieszynie. Argumentuje, że obecna nazwa - Český Těšín - to relikt przeszłości. - Sztuczna nazwa nadana części miasta po jego podziale w 1920 roku. Przypomina nieciekawe czasy, gdy odcinano się od sąsiadów. Zmiana nazwy na Těšín byłaby powrotem do normalności. Poza tym Těšín nie leży w geograficznych Czechach, tylko na Śląsku - mówi Cieślar.
Wnioskodawca dodaje, że nazwa Cieszyn bez dodatku Czeski już od dawna funkcjonuje w języku codziennym. - Mamy przecież Těšínské divadlo (Teatr Cieszyński), Muzeum Těšínska (Muzeum Cieszyńskie), nawet adres internetowy brzmi www.tesin.cz - mówi Cieślar. Dorota Havlková, rzeczniczka prasowa Urzędu Miejskiego w Czeskim Cieszynie tłumaczy, że wniosek wpłynął oficjalnie, dlatego rada miejska zajmie się nim we wrześniu. Przyznaje jednak, że władze miasta uważają tę inicjatywę za chybioną. - Miasto powstało w 1920 roku właśnie jako Czeski Cieszyn. Nie miało wcześniej żadnej innej nazwy. Dlatego nazwa Czeski Cieszyn też jest historyczna - mówi Havlková. Dodaje, że zmiana niosłaby za sobą duże utrudnienia dla mieszkańców. - Musieliby wymieniać dowody osobiste, paszporty, pieczątki. To wszystko kosztuje - mówi rzeczniczka.
Władze Cieszyna po polskiej stronie granicznej Olzy podchodzą do sprawy ostrożnie. - Niczego nie należy wykluczać, ale najpierw trzeba się skupić na współistnieniu obu organizmów (...) - mówi Włodzimierz Cybulski, zastępca burmistrza Cieszyna.


Ruch wygrał z Zagłębiem!
Gazeta Wyborcza, Wojciech Todur 2007.08.10, Ruch czekał 15 lat na zwycięstwo z Zagłębiem!
Po 1539 dniach przerwy ekstraklasa znowu zawitała na Cichą. Dzień to był szczególny także z powodu rywala. Niebiescy czekali na wygraną nad Zagłębiem Sosnowiec długie piętnaście lat i... wreszcie dopięli swego!
Trybuny nie zapełniły się do ostatniego miejsca. Potężna ulewa, która późnym popołudniem przetoczyła się nad Śląskiem, wystraszyła wielu kibiców. - Nie ma, co narzekać... Gdy przed meczem spojrzałem na ciemne niebo, myślałem, że będzie jeszcze gorzej. Doping był świetny. Dzięki kibicom graliśmy w dwunastu - podkreślał Wojciech Grzyb, kapitan chorzowskiej drużyny.
Sosnowiczanie mogą na razie tylko pomarzyć o wielotysięcznym tłumie fanów, którzy wspierają Zagłębie fanatycznym dopingiem. Drużyna bez stadionu na ekstraklasę gra cały czas na wyjeździe. Efekt jest taki, że po trzech meczach Zagłębie nie zdobyło choćby punktu. - Będziemy walczyć dalej. Zagraliśmy dobry mecz, najlepszy z dotychczasowych. Tylko ta nieskuteczność - wzdychał Jerzy Kowalik, szkoleniowiec drużyny gości.
Zimnej krwi pod bramką rywala brakowało też chorzowianom. Szczególnie do przerwy, gdy młokos Łukasz Janoszka dwa razy był bliski, by zabrać chorzowskich kibiców do piłkarskiego raju. Strzał głową, a potem fantastyczne, ale jednak obronione uderzenie przewrotką będą się śniły młodemu napastnikowi po nocach. - Jego wielkim atutem jest fakt, że ma tak wiele dobrych okazji pod bramką rywala. Czasami brakuje mu sprytu, dokładności, ale to przyjdzie z czasem. Ruch będzie miał z tego chłopaka wielki pożytek - chwalił Tomasz Sokołowski.
Doświadczony, 37-letni pomocnik nie grał tak efektownie jak Janoszka, ale to on znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Wykorzystał dokładne podanie Martina Fabusza i z kilkunastu metrów trafił do siatki, tuż obok wychodzącego z bramki Adama Bensza. - Fajnie strzelić gola w lidze po dwóch latach przerwy. W dwóch pierwszych kolejkach nie grałem, byłem głodny gry - opowiadał Sokołowski.
Grzyb: - Ten gol był nam bardzo potrzebny. Wcześniej ciągle czegoś nam brakowało. Po dobrej pierwszej połowie coś zaczęło szwankować.
Sosnowiczanie trzeci raz z rzędu utrzymali bezbramkowy remis do przerwy, by w drugiej połowie stracić wszystko. Tym razem mogło być inaczej, bo trudno wymarzyć sobie lepsze sytuacje do zdobycia bramek, niż te, które mieli Grzegorz Kmiecik i w końcówce spotkania Piotr Bagnicki... - Mogę tylko przeprosić kolegów. Trudno to skomentować - kajał się Kmiecik, który dwa razy miał dość miejsca i czasu, by zdobyć gola, ale za każdym razem wpakował piłkę prosto w Roberta Mioduszewskiego. (...)
Zagłębie nie dość, że przegrało, to jeszcze straciło Rafała Berlińskiego. Defensywny pomocnik Zagłębia konsekwentnie pracował na czerwoną kartkę. Gdy na boisku dochodziło do przepychanki bądź ostrej wymiany zdań, można było stawiać w ciemno, że w środku zawieruchy jest Berliński. Cierpliwość sędziego skończyła się w ostatniej minucie meczu, gdy Berliński wykonał obraźliwy gest w kierunku piłkarzy z Chorzowa.
Spotkanie na długo zapamięta Gerard Cieślik. Legendarny piłkarz niebieskich został wczoraj uhonorowany tytułem sportowca wszech czasów Chorzowa, który został mu nadany z okazji 750-lecia miasta.
Dodajmy, że w barwach Ruchu zadebiutował pierwszy w historii klubu Latynos - Brazylijczyk Lilo.


Piękna mapa rolniczego Śląska
Gazeta Wyborcza, mac 2007.08.09
Kopalnie i huty nie zawsze były symbolem Śląska. Cieszyńskie muzeum wzbogaciło się o piękną, najstarszą angielską mapę tego regionu, która podkreśla jego... rolniczy charakter.
Silesiae Ducatus. Accurata et vera delineatio, czyli Księstwo Śląska. Dokładne i wierne odwzorowanie. Tak zatytułowana jest mapa, która wzbogaciła właśnie zbiory Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Kolorowany miedzioryt powstał w 1681 roku w Oxfordzie i był częścią większego atlasu geograficznego, który trafiał wówczas do nielicznych bibliotek czy na uniwersytety. - To najstarsza z angielskich map całego Śląska, zachowana w znakomitym stanie. To rzadki egzemplarz, cenny dla naszego regionu. (...) - tłumaczy Marian Dembiniok, dyrektor placówki.
Muzeum kupiło mapę od prywatnego kolekcjonera z Wrocławia. Jej arkusz ma wymiary 69 na 59 cm. Przedstawia Górny i Dolny Śląsk oraz część sąsiednich terenów. W jej centralnym punkcie znajduje się Breslaw, czyli Wrocław. Można się też doszukać takich grodów i miejscowości, jak: Ratibor (Racibórz), Riebnick (Rybnik), Mieslowitz (Mysłowice), Plesa (Pszczyna), Bylitz (Bielsko), Skotzow (Skoczów) czy Teschen (Cieszyn). Zaznaczono też m.in.: Pragę, Kraków i Drezno.
Mapa jest wykonana w barokowym stylu, kunsztownie kolorowana. Jej szczegóły są utrzymane w żywych, kontrastowych i efektownych barwach. Specjaliści zachwycają się przede wszystkim kolorowym kartuszem mapy, czyli obrazkiem, który otacza jej tytuł. Widnieje na nim żniwiarka ze snopem zboża, kury, bażanty, bydło, trzoda. - To akcentuje ówczesny, wybitnie rolniczy charakter tego regionu - tłumaczy Dembiniok.
Mapa będzie przechowywana w zbiorach działu historii, ale zwiedzający będą mogli ją obejrzeć w trakcie niektórych wystaw. (...)


Nie każdy zrozumie film po śląsku
Echo Miasta, Łukasz Buszman, 2007.08.07, Lyncha nie potrzebujemy
Na festiwalu Era Nowe Horyzonty wielu widzów oglądających Raj za daleko Radosława Markiewicza musiało korzystać z angielskich napisów. Dlaczego? Bo większość dialogów jest w gwarze śląskiej.
Macio, osiemdziesięciokilkuletni mieszkaniec domu starców, postanawia uciec, by zobaczyć się z synem. Wraz z dwójką pensjonariuszy terroryzuje kierowcę i wybiera się w daleką podróż do Dortmundu. Tak zaczyna się film Raj za daleko katowickiego reżysera, absolwenta Wydziału RTV UŚ Radosława Markiewicza. Na zakończonym tydzień temu we Wrocławiu festiwalu Era Nowe Horyzonty, obraz został uznany za najlepszy polski film.
Po naszymu
- Izraelskiemu przewodniczącemu jury Ronowi Havilio bardzo spodobało się to, że film pokazuje problemy dotykające każdego człowieka przez pryzmat konkretnego miejsca, którym dla mnie stały się Katowice - mówi Markiewicz. Dodatkowym atutem produkcji okazali się naturszczycy - prawdziwi mieszkańcy katowickiego Domu Pomocy Społecznej w Ligocie. No i śląska gwara, której sporo w filmie słychać, głównie z ust Jana Skrzeka. - Część polskiej publiczności musiała sobie tłumaczyć słowa za pomocą angielskich napisów - śmieje się Markiewicz. Raj za daleko (tytuł również ma śląski podtekst - rajza to po naszymu podróż) to zresztą niejedyny śląski akcent wrocławskiego festiwalu. Filmowcy ze Śląska zdobyli tam trzy z czterech najważniejszych nagród. Obok Rajzy wyróżnienie za pełny metraż dostała Ballada o Piotrowskim, do której zdjęcia robił Paweł Dyllus, a kierownikiem produkcji był Piotr Ledwig (obaj absolwenci katowickiego Wydziału RTV). (...)
Dwaj ostatni pracowali także przy filmie Emilka płacze (najlepszy film krótkometrażowy) - to już 15 nagroda jaką obraz otrzymał w Polsce. - Na Śląsku robi się coraz więcej, coraz lepszych filmów. Duża w tym zasługa katowickiego studia Supra Film, które pomaga absolwentom katowickiego wydziału RTV kręcić właściwie za darmo. Pomagają w montażu, dźwięku, muzyce - całej postprodukcji, a po pieniądze zgłaszają się jak film odniesie sukces. O Śląsku będzie jeszcze głośno - mówi Ledwig. (...)


Powstały współczesne familoki!
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.08.07, Współczesne familoki powstały w Rudzie Śl.
Ruda nie wstydzi się swojego robotniczego rodowodu. Jako jedyne miasto w regionie dba o zabytkowe kolonie robotnicze. Najnowsze osiedle komunalne, które właśnie oddano do użytku, nawiązuje do najlepszych wzorców prostych domów robotniczych.
Ruda Śląska to prawdziwa stolica przemysłowego dziedzictwa, jest tu 30 zabytkowych kolonii robotniczych. Na wzgórzu czarnoleskim, najwyżej położonym miejscu w mieście, powstało nowe osiedle komunalne. Zaprojektowali je architekci Jan Pallado i Aleksander Skupin, autorzy udanego osiedla w katowickim Giszowcu. Podobnie jak tam, projektanci postanowili nawiązać do śląskiej architektury, jednak bez dosłownego kopiowania.
W pierwszym etapie, pomiędzy ulicami Cynkową a Wysoką, oddano do użytku osiem budynków wielorodzinnych, każdy po 16 mieszkań. Ich rudawe elewacje i zielone ukośne dachy są najbardziej widocznym nawiązaniem do familoków. Mniej dosłowne za to jest rozwiązanie przestrzenne budynków. Każde mieszkanie ma indywidualne wejście, nawet te mieszczące się na piętrze mają drzwi na poziomie parteru. - Dzięki temu uniknęliśmy klatek schodowych, które najbardziej sprzyjają patologii. Ludzie traktują wspólne klatki jako miejsca niczyje, nie dbają o nie, a zarządcy budynków mają kłopot z utrzymywaniem ich w czystości. Indywidualne wejście są przyjaźniejsze dla mieszkańców - tłumaczy Skupin. Takie rozwiązania często spotykano w familokach w pobliskiej kolonii Ficinus przy ul. Kubiny - kamienne domki robotnicze mają też osobne wejścia do poszczególnych mieszkań.
Przy Cynkowej i Wysokiej wejścia rozmieszczono w taki sposób, by sprzyjały integracji nowych mieszkańców. Przy małych, wybrukowanych dziedzińczykach zgrupowano po czworo drzwi. Kameralną przestrzeń od ulicy odcina mur, na tym współczesnym odpowiedniku podwórka będzie można w spokoju poklachać z sąsiadami przy kawie i kołoczu.
Mieszkania na parterze mają nawet przydomowe niewielkie ogródki. Na osiedlu praktycznie do minimum ograniczono przestrzenie wspólne. Każdy skrawek ma swojego gospodarza, który będzie o niego dbał - podobnie było na osiedlach robotniczych. Prostota budynków także ma w sobie coś z familoków, widoczna jest oszczędność, ale nie ma tutaj prostactwa. Zamiast kutych płotów nowobogackich są tu ogrodzenia i balustrady ze zwykłej stali ocynkowanej.
Wczoraj klucze odbierali pierwsi mieszkańcy. Wprowadzą się tutaj m.in. Dziurowie. (...) Zajmą największe trzypokojowe mieszkanie, którego okna wychodzą na znajdujący się za osiedlem las. Z balkonu widzą też miejscową atrakcję - schron z końca lat 30. XX wieku, który jest na końcu osiedlowej uliczki. Najmniejsze mieszkania mają 30 m kw., największe - 58. Te na parterze, pozbawione progów, są doskonałe dla niepełnosprawnych. (...) Nowi mieszkańcy podkreślają, że czują się tu jak u siebie. - Chcieliśmy nawiązać do ducha miejsca. Ruda jest robotnicza, nasze osiedle miało być trochę swojskie, żeby ludziom dobrze się tutaj żyło - opowiada Skupin.
Domy rozpoczęto budować na początku 2006 roku. Największy problem wykonawcy, firmie Mitex SA, sprawiły dawne wyrobiska, bo przed stu laty wzgórze było miejscem eksploatacji górniczej. Na całym terenie należało wzmocnić grunt. Inwestycję w całości sfinansowało miasto, pierwszy etap kosztował 21 mln zł. W kolejnym powstaną jeszcze dwa podobne budynki.


Śląskie wieże wodne umierają...
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2007.08.06, Wieże wodne znikają ze śląskiego krajobrazu
Jeszcze przed rokiem Zabrze miało cztery zabytkowe wieże ciśnień. Dziś zostały już tylko trzy, a wkrótce może zniknąć kolejna.
Wieża wodna na terenie Huty Zabrze to najstarsza z zachowanych wież nie tylko w mieście, ale i na terenie całego woj. śląskiego. Wysoką na 30 m budowlę zwieńcza charakterystyczna 12-boczna drewniana obudowa stalowego zbiornika, przypominająca gołębnik. Została wzniesiona w 1871 r., gdy zakłady należały jeszcze do rodu Donnersmarcków. Od tego momentu remontowano ją zaledwie trzy razy. Ząb czasu solidnie nadgryzł wiekową konstrukcję. W katastrofalnym stanie jest dach, przez który do wnętrza wpada deszczówka. - Jeszcze kilka lat temu w środku widziałem przepiękne metalowe schody z misternie zdobioną balustradą, kompletną instalację ze wszystkimi rurami i pompami. To wszystko przepadło w skupach złomu. Zawiadomiłem magistrat i konserwatora zabytków. Dopiero wtedy zarządca huty zamurował wszystkie wejścia. Ale co z tego, jak cały czas przez dach wlewa się woda, osłabiając konstrukcję. Za kilka lat albo sama się zawali, albo wcześniej podzieli los wieży wodnej w zabrzańskich zakładach Linodrut, której rozbiórkę nakazał inspektor budowlany - denerwuje się Dariusz Walerjański, historyk, który kilka publikacji poświęcił śląskim wieżom ciśnień.
Jak zapewnia prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik, miasto od dawna zabiegało o objęcie wieży ochroną konserwatorską. - Dwukrotnie składaliśmy wniosek w tej sprawie, ale za każdym razem torpedował go właściciel. Mamy związane ręce, bo budowla nie należy do nas. Tym bardziej szkoda, bo miejsce ma doskonałą lokalizację, a sąsiednie obiekty mogłyby zostać przekształcone w centrum na miarę łódzkiej Manufaktury albo Starego Browaru w Poznaniu. Cały czas prowadzimy z hutą rozmowy, które pozwolą uratować wieżę, ale to trudny partner. Na pewno będziemy też dalej walczyli o objęcie wieży ochroną konserwatorską - zapewnia prezydent Mańka-Szulik. (...)


Guido magnesem dla turystów
Jacek Madeja 2007.08.05, Kopalnia Guido magnesem dla turystów
Zabytkową kopalnię Guido w Zabrzu oblegają tłumy turystów z Polski i Europy. Przemysłowa część Górnego Śląska była do tej pory białą plamą na turystycznej mapie Polski. Turyści omijali ją szerokim łukiem w przeświadczeniu, że i tak nic ciekawego tu nie ma. Niekorzystny wizerunek powoli się zmienia m.in. za sprawą otwartej w połowie czerwca zabytkowej kopalni Guido. Można tu zwiedzać prawdziwe, a nie aranżowane, jak to się zdarza w niektórych górniczych muzeach na Zachodzie, podziemne wyrobiska. Dlatego gospodarze reklamują zabrzańską sztolnię jako jedyną taką atrakcję w Europie.
- Tylko w lipcu odwiedziło nas 2 tys. osób. To prawie maksymalna liczba zwiedzających, których możemy przyjąć. Większość to Ślązacy, ale 30 proc. to turyści z innych regionów Polski i Europy. Jest bardzo dużo Niemców, Francuzów i Anglików. Turystyka przemysłowa cieszy się u nich dużą popularnością. Ostatnio pojawiła się grupa pasjonatów z Belgii, którzy przez kilka ostatnich lat śledzili losy zabrzańskiej kopalni w internecie i przyjechali, gdy tylko dowiedzieli się, że jest otwarta - mówi Tomasz Masoń, kierownik działu promocji kopalni Guido.
Barbara Grossard z mężem Patrickiem i siedmioletnim synem Mathieu mieszka we francuskiej Miluzie. Wakacje planowali spędzić w Krakowie. - Kilka dni temu byliśmy w Wieliczce. Dowiedzieliśmy się tam, że kilkadziesiąt kilometrów dalej jest druga kopalnia, którą można zwiedzać. Tak trafiliśmy do Zabrza. Już sam zjazd windą był ogromnym przeżyciem, a atmosfera pod ziemią jest niepowtarzalna. Znajomym na pewno przekażemy, że jeśli wybiorą urlop w Polsce, to muszą tu przyjechać - mówi pani Barbara. (...)
Udostępniony do zwiedzania poziom 170 to muzealna część zabytkowej kopalni. - Zwiedzającym najbardziej brakuje węgla. Tak, żeby się mogli ubrudzić - śmieje się Bogusław Szyguła, emerytowany górnik, który oprowadza wycieczki podziemną trasą.
Na zwiedzanie prawdziwego górniczego przodka trzeba będzie poczekać do końca 2008 roku. Wtedy zaplanowano otwarcie poziomu 300. Dwuipółkilometrowa trasa ma prowadzić podziemnymi chodnikami, w których będą prawdziwe górnicze kombajny i pociągi. - Pracujemy też nad planem połączenia obydwu poziomów za pomocą pochylni, w której będzie kursowała kolejka podwieszona pod stropem. To wszystko jednak zależy od tego, czy dostaniemy fundusze unijne - mówi Masoń.


Apel wrocławskiego muzeum
Gazeta Wyborcza, Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miejskiego Wrocławia 2007.08.02, Apel dyrektora Muzeum Miejskiego w sprawie powodzi
Drodzy mieszkańcy Wrocławia! Wszyscy dobrze pamiętamy wydarzenia z lipca 1997 roku, kiedy wielka powódź, zwana również powodzią wszech czasów, przeszła przez nasze miasto. Dokonała ogromnych zniszczeń; wielu ludziom zabrała dach nad głową, wielu odebrała dobytek całego życia. Wzburzona Odra zagroziła nie tylko prywatnym domom, ale też miejscom i przedmiotom szczególnie nam drogim, najwartościowszej części dziedzictwa kulturowego i historycznego Wrocławia.
I to właśnie bezprecedensową walkę z żywiołem oraz zaangażowanie, jakie wykazali mieszkańcy miasta w ratowaniu Ostrowa Tumskiego, zbiorów Biblioteki na Piasku czy bezcennych woluminów spoczywających w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich, wspominamy najczęściej.
W związku z dziesiątą rocznicą tych wydarzeń w Muzeum Miejskim Wrocławia powstaje zbiór pamiątek z powodzi - dokumentów, fotografii i przedmiotów codziennego użytku, które w sposób wyjątkowy wiążą się z tamtymi chwilami. Część z podarowanych nam zdjęć mogą już Państwo oglądać na wystawie Wrocław - powódź wszech czasów 1997, eksponowanej w ratuszowym patiu oraz przy zachodniej pierzei Rynku. Chcemy jednak znacznie poszerzyć ten zbiór, dlatego zwracamy się do Państwa z prośbą o pomoc w jego tworzeniu.
Apelujemy do wszystkich mieszkańców Wrocławia, którzy byli świadkami wielkiej powodzi, o przekazywanie muzeum pamiątek z nią związanych. Najciekawsze przedmioty i fotografie, jakie uda nam się zebrać, zostaną zaprezentowane na specjalnej wystawie przygotowanej przez Muzeum Miejskie.
Będziemy czekać na Państwa w siedzibie muzeum w Starym Ratuszu (wejście od strony pomnika Fredry) do 10 września, od poniedziałku do piątku, w godzinach 10-14. Numer telefonu, pod którym mogą Państwo otrzymać wszelkie informacje o naszej inicjatywie, to (071) 347 16 91 wew. 27.
Liczymy, że nasz apel spotka się z Państwa przychylnością i zainteresowaniem. Jesteśmy pewni, że wspólnymi siłami stworzymy unikatowy zbiór, będący szczególną pamiątką dla przyszłych pokoleń wrocławian.


Kocie łby wrócą do Bytomia!
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.08.01, Bytomskie ulice zalśnią od kocich łbów
Prawie całe śródmieście w Bytomiu miało kiedyś szlachetną granitową nawierzchnię, którą w latach 70. i 80. szczelnie przykrył asfalt. Dziś miasto chce przywrócić dawną świetność jezdni, w planach jest odsłonięcie bruku na 42 ulicach.
O tym, że bytomskie ulice kryją pod asfaltem kostkę granitową, wiedzą dobrze starsi mieszkańcy oraz kierowcy, którzy podczas jazdy odczuwają nierówności. - Asfalt nie wiąże się z kostką, to jakby na kowadle położyć monetę i walić w nią młotem. Moneta podskakuje, podobnie zachowuje się asfalt pod naciskiem kół. Ale dzięki temu możemy przywrócić ulicom kostkę, wystarczy zdjęć warstwę asfaltu - mówi Józef Butrym, dyrektor do spraw technicznych w Miejskim Zarządzie Dróg i Mostów w Bytomiu.
O kostkach granitowych Butrym wie wszystko, jest ich wielkim pasjonatem. - Ulice z kostki były gładkie jak szkło. W Bytomiu były też przepiękne chodniki wykładane płytami granitowymi łączonymi z kostką mozaikową, granitową - wspomina drogowiec. Kostkę układano w rybią łuskę, wyglądającą jak wachlarze, czy bardziej kunsztowny kwiat miłorzębu. Jednak w latach 70. i 80. zeszłego wieku granitowe ulice zniknęły pod asfaltem. Teraz widać tylko krawężniki.
Odkąd dwa lata temu powstał w mieście Miejski Zarząd Dróg i Mostów, wciąż ponawia swój apel o odsłonięcie bruku. Teraz jednak pojawiła się w końcu na to szansa. Bytom przygotowuje zakrojony na szeroką skalę program rewitalizacji śródmieścia. MZDiM złożył projekt przywrócenia bruku na 42 ulicach - to prawie całe śródmieście oraz kilka ulic w Szombierkach i na osiedlu robotniczym Bobrek. Na odsłonięcie czeka prawie 70 tys. m kw. granitu. Nie wiadomo tylko, w jakim jest stanie. W planach są odkrywki na ulicy Moniuszki i placu Słowiańskim. (...)
O zaletach kostki jest przekonany Andrzej Grzybowski, urbanista i prezes Fundacji Przestrzeni Górnego Śląska. - Kostka granitowa to materiał naturalny, więc jest trwalsza od asfaltu. Jest też ekologiczna, bo przy remoncie kanalizacji asfalt trzeba zniszczyć, a kostkę łatwo zdjąć i powtórnie ułożyć na swoje miejsce - przekonuje Grzybowski. Dodaje, że kostka na ulicach może mieć dobry wpływ na kierowców, bo zmusi ich do wolniejszej jazdy.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry