zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2008 styczeń przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Chopy z bilda idóm!
Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2008.01.30, Chopy z plakatu idą! Cześć gwiazdory!
- Daj autograf! Chopy z plakatu idą! Cześć gwiazdory! - krzyczą górnicy z katowickiej kopalni Wieczorek do swoich 12 kolegów, którzy pozowali... do kalendarza na tle erotycznych obrazów Erwina Sówki
Krzysztof Kuc, pomysłodawca kalendarza dla kopalni Wieczorek, mówi, że miał on być połączeniem erotyki z etosem pracy i surowością górniczego trudu. Do fotografii modele pozowali zaraz po szychcie. Brudni i zmęczeni na tle obrazów - czekających na swych mężczyzn śląskich kobiet.
- Ktoś powiedział: stańcie, jest fotograf, co zdjęcie ino pstryknie. Nie wiedzieliśmy tylko, że tłem będą obrazy Sówki - śmieje się styczeń, czyli Krzysztof Romaniuk, sztygar zmianowy. Pozuje do obrazu Wyhuśtany nocą.
Sierpień to Grzegorz Strużyna, manewrowy kopalnianej kolei podziemnej, 22 lata w górnictwie. Pozuje do Narodzin Venus 76. Obaj przyznają, że twórczość Sówki jest dla nich trudna. Podoba im się jednak, że artysta swoje modelki umieszcza w śląskich realiach. - Widać, że pan Sówka lubi kobiety obfite, a nasze żony czy matki wyglądają zupełnie inaczej - uśmiechają się górnicy.
Jak zareagowały po obejrzeniu kalendarza? - Podobało się. Chociaż moja żona nie jest taką, co tylko na męża czeka. Oboje pracujemy, mamy w domu te same obowiązki, nie jesteśmy modelem rodziny, gdzie chop pracuje, a żona się tylko domem zajmuje - mówi Romaniuk.
Inaczej jest w przypadku Strużyny. - Żona nie pracuje. Po robocie zawsze obiad na stole czeka. Moim obowiązkiem jest tylko węgiel, drzewo przynieść, a potem to już wersalka, kawusia i pilot do ręki. Można więc powiedzieć, że jesteśmy tradycyjną śląską rodziną - śmieje się sierpień.
Pomysł zestawienia górniczego trudu z delikatnością kobiet podoba się obu modelom. - Kopalnia jest tylko dla mężczyzn! Kiedyś była wycieczka pod ziemię dla rodzin. Wziąłem żonę. Była przerażona. Najpierw, jak zobaczyła ścianę i przodek, a potem stada gryzoni, których na dole nie brakuje. Już sam nie wiem, czego bała się bardziej: szczurów czy głębokości chodników? - zastanawia się Romaniuk.
Górnicy przyznają, że fotografie w tak wyjątkowym kalendarzu to dla nich nie lada pamiątka. W dodatku Romaniuk ostatni rok pracuje w kopalni: - Na emeryturę to lepszy prezent niż wszystko inne.
Strużyna podarował kalendarz córce, która na stałe mieszka w Niemczech. Będzie mogła znajomym pokazać. (...)


Ratujmy Nikiszowiec!
Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2008.01.29, Trzymamy kciuki za Nikiszowiec
Monitoring w dzielnicy, nowy komisariat, reaktywacja kolejki Balkan, budowa boiska - mieszkańcy Nikiszowca dobrze wiedzą, czego chcą dla swojej dzielnicy. We wtorek podzielili się z nami swoimi pomysłami. (...)
Jeszcze kwadrans przed godz. 17 sala restauracji SITG była pusta. Potem nagle zapełniła się mieszkańcami. Nie dla wszystkich wystarczyło miejsc, ludzie stali nawet w przedsionku. Za stołem zaproszeni goście, wśród nich Bolesław Śmigielski, marszałek województwa oraz Arkadiusz Godlewski, wiceprezydent Katowic.
Zadaliśmy mieszkańcom Nikiszowca pytanie: Co zrobić, by dzielnica przestała niszczeć i stała się wizytówką regionu?
I otrzymaliśmy odpowiedzi:
- Trzeba zacząć od porządków, czyli położyć nowe chodniki, by przechodnie po deszczu nie musieli grzęznąć w błocie.
- Konieczne są kamery, bo ludzie mają już dość wandali i drobnych złodziei, a jeśli w dzielnicy nie będzie bezpiecznie, nic się nie uda zrobić.
- Brakuje boiska do gry w piłkę lub lekkoatletycznego, żeby dzieci miały co robić i żeby sportowe tradycje wróciły do Nikiszowca; na razie o jakimkolwiek uprawianiu sportu - poza lodowiskiem -nie ma mowy.
- Trzeba sprawić, by historyczna kolejka Balkan znów zaczęła jeździć. Kiedyś wagoniki woziły ludzi na trasie Giszowiec-Nikiszowiec-Szopienice. Dziś mogłaby wozić do Nikiszowca turystów z ośrodka kempingowego przy Trzech Stawach.
- Można stworzyć rodzaj areny kulturalnej - miejsca, w którym odbywałby się spektakle, opery czy musicale, a scenę ustawić na wolnym powietrzu, gdzie wzorem Letniego Ogrodu Teatralnego, w ciepłe wieczory odbywałby się przedstawienia.
- Wyłączyć z ruchu Rynek, niech staną na nim ławeczki i koncentruje się tu życie towarzyskie dzielnicy.
- Do Katowic przyjeżdżają turyści z całego świata, ale o Nikiszowcu nie ma materiałów w językach obcych, nawet skromnego folderu, więc taki trzeba wydać.
- Uruchomić punkt informacji turystycznej w dzielnicy.
- Ujednolicić szyldy, by przypominały przedwojenne.
To tylko niektóre pomysły, jakie podsunęli nam mieszkańcy. - Co z tym zrobicie? - pytali nas uczestnicy spotkania.
Myślimy tak: każdy pomysł opiszemy, przegadamy na łamach Gazety (prosimy Was o listy i opinie), wybierzemy pięć najciekawszych i wrócimy z nimi do Nikiszowca. Wtedy poprosimy, żebyście wybrali jeden pomysł, który warto zrealizować. Zacznijmy od jednego. A jak nam się uda, przyjdzie czas na kolejne.
- Ale czy się uda? - pytaliście nas po spotkaniu.
Nie wiemy, ale gorąco w to wierzymy. I trzymamy za nas wszystkich kciuki.


Józef Polok nie żyje
Dziennik Zachodni, Ola Szatan 2008.01.29, Józef Polok, śląski aktor i artysta estradowy, nie żyje
Widzowie popularnego serialu telewizyjnego Święta wojna poznali go jako Ernesta - szwagra głównego bohatera, Bercika. Telewizyjne szlaki przetarły mu również regionalne programy rozrywkowe, m.in. Śląska Laba, czy Śląski Koncert Życzeń, gdzie pojawiał się jako prezenter i artysta estradowy. To dzięki temu ostatniemu programowi udało mu się spełnić największe marzenie - stworzyć własną grupę muzyczną, Kapelę ze Śląska Józka Poloka. Zespół, który w szybkim tempie zdobył ogromną popularność wśród miłośników twórczości śląskiej. Od pewnego czasu trwały przygotowania do kolejnej płyty Kapeli. Część materiału udało się zrealizować. Niestety Józek Polok już tej pracy nie dokończy. Artysta zmarł wczoraj rano w szpitalu w Jastrzębiu Zdroju.
O tym, że od kilku miesięcy zmaga się z podstępną chorobą nowotworową wiedzieli nieliczni, czuwająca stale rodzina, jego najbliżsi przyjaciele i znajomi. Ale wszyscy wierzyli, że jego organizm jest na tyle silny, że się podniesie. Przecież w listopadzie tego roku miał skończyć dopiero 50 lat.
- Nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że tak się stanie. Wprawdzie w ostatnich tygodniach Józek nie czuł się najlepiej, ale zawsze była nadzieja - mówi poruszony Mirek Szołtysek, jedna z największych gwiazd śląskiej estrady.
Bo to właśnie Szołtysek i Józek Polok byli dawna byli zaliczani do absolutnego topu śląskiej piosenki. Na ich występy tłumnie ściągała nawet kilkutysięczna publiczność. - Często spotykaliśmy się również przy okazji nagrań różnych programów telewizyjnych. W ich przerwach siadaliśmy po prostu w kawiarenkach i rozmawialiśmy. O życiu. Bardzo się cieszył, że żyje spokojnie, ma piękną żonę i rodzinę - wspomina swojego przyjaciela z estrady Mirek Szołtysek.
A niewiele brakowało, by Józek został aktorem. Ten urodziny w Żorach artysta jest bowiem absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Studia skończył w 1982 roku, w okresie stanu wojennego, co zwichnęło mu karierę - jak sam stwierdził w wywiadzie udzielonym naszej gazecie w ubiegłym roku. - Bo teraz na pewno byłbym bardzo znanym artystą w Hollywood, ale niestety nie mieliśmy wtedy połączeń lotniczych w tamtą stronę. I musiałem zostać w Rybniku - mówił.
Aktorstwa zdążył posmakować w serialu Święta wojna, od kilkunastu lat nadawanym w telewizyjnej Dwójce. Wcielił się tam w postać Ernesta - szwagra Bercika, którego gra Krzysztof Hanke (...). - Cała nasza ekipa jest załamana i bardzo przeżywamy jego śmierć - powiedział nam łamiącym się głosem aktor. - Znamy się od tylu lat, zaprzyjaźniliśmy się, sporo czasu spędzaliśmy także prywatnie. Wyjeżdżaliśmy na przykład wspólnie na narty. To był wspaniały człowiek - dodał.
Zaraz po studiach Józef Polok został zatrudniony w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, który wówczas nie posiadał jeszcze własnej sceny, a jego działalność polegała głównie na nagrywaniu programów telewizyjnych, głównie muzycznych. Rok później wystąpił na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Dzięki temu debiutowi trafił do Kapeli Czerniakowskiej Staśka Wielanka, prezentującej folklor stricte warszawski! Przez blisko pięć lat zjechał z nią pół świata i całą Europę, zagrał prawie 3 tysiące koncertów.
- Kończyłem szkołę teatralną z przeświadczeniem, że nigdy nie będę grał Hamleta. Aktorstwo nie było moją największą pasją. Nie miałem innego wyjścia, zresztą do dzisiaj nie ma w Polsce prawdziwej szkoły estradowej. A ja zawsze chciałem śpiewać. Dlatego przygody w Opolu, w Teatrze Rozrywki czy w Kapeli Czerniakowskiej nie były smutną koniecznością, a właściwym wyborem - podkreślił w wywiadzie dla Dziennika Zachodniego.
Zanim założył swój zespół, w jego życiorysie pojawił się etap telewizyjny. Okazało się, że Józek był prawdziwym diamentem, urodzonym prezenterem, którego kamera wprost kochała.
- Poznałem go jako aktora, ale szybko wyczułem, że ma predyspozycje do błyskawicznego nawiązywania kontaktów. Śmiało można powiedzieć, że był takim zwierzęciem telewizyjnym - mówi Waldemar Patlewicz, reżyser programów rozrywkowych Telewizji Katowice. W połowie lat 90. rozpoczął nowy cykl zatytułowany Śląska Laba. Do współpracy zaprosił Józka Poloka, któremu powierzył rolę prezentera. - Józek doskonale sprawdził się w swojej roli. Był naturalny, co spodobało się widzom - dodaje Patlewicz.
Szczerość i naturalność okazały się również największą siłą Kapeli Ze Śląska Józka Poloka. - Był profesjonalistą w każdym calu i zarazem bardzo otwartą i pogodną osobą, z którą można było podyskutować na każdy, nawet sporny, temat - opowiada Bogdan Tyc, szef firmy Box Music, wydawcy m.in. płyt Kapeli ze Śląska Józka Poloka. - Wiedział czego chciał i potrafił znaleźć odpowiednie argumenty, by przekonać do swojego pomysłu - podkreśla Tyc.
Polok najbardziej jednak marzył, by zarazić wszystkich miłością do śląskiej twórczości. Kiedy spotkaliśmy się w maju ubiegłego roku w Spodku na Śląskiej Gali Biesiadnej (na której nie dość, że śpiewał, to jeszcze z wdziękiem wcielił się w rolę konferansjera), był uradowany widokiem kilkutysięcznej publiczności.
- Ta scena muzyczna to jest fenomen przez duże F. Stało się coś takiego, o czym parę lat temu nawet nie marzyłem, bo myślałem, że będzie to niszowe i festynowe granie, które nie przeskoczy pewnej bariery artystycznej, kulturowej. Może czasem zdarzył by się występ w telewizji czy w radiu... A tu się robi ogromne show, w którym występuje kilkudziesięciu wykonawców, lubianych, popularnych. I ludzie kupują na to bilety - mówił z dumą.
Dla wielu osób, w tym dla kolegów z branży, fenomenem tej sceny był sam Józek Polok. - Bardzo dobrze rozumiał śląskość i pięknie ją tworzył. Wiele mnie nauczył. Pamiętam jak mówił: To nie ja jestem ważny, ale publiczność, która na mnie patrzy. Cieszył się, że media coraz bardziej zaczęły zauważać tę muzykę. Każdy tego przebłysk był dla niego bardzo istotny. Może to wielkie słowa, ale właśnie straciliśmy kolejnego przyjaciela kultury śląskiej. Bo Józek teraz miał pożyć, nagrać nową płytę... - dodaje Mirek Szołtysek.
O płycie mówi też Paweł Polok, syn artysty, który występuje w Kapeli Ze Śląska Józka Poloka. - Wolą ojca było, żebyśmy dalej grali i kontynuowali jego dzieło. Dlatego ta płyta na pewno się ukaże. Część materiału udało nam się zrealizować jeszcze wspólnie - mówi Paweł. Zawsze dobrze się rozumiał z ojcem. Zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i czysto rodzinnej. - Rzadko kiedy zdarza się, żeby ojciec z synem tak dobrze się rozumieli. Trafiliśmy na siebie idealnie. Odnalazłem w sobie sporo cech po ojcu, a jedną z nich z pewnością jest umiejętność opowiadania dowcipów i kwitowania sytuacji - dodaje.
Jaka była najważniejsza cecha Józka Poloka? - Tata od początku miał taką iskrę, która wszystkich ujmowała - podkreśla Paweł. Pozostaje żal, że wczoraj ta iskra zgasła.


Kawałek Katowic do kupienia za 225 zł
Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 2008.01.27
Teatr Śląski można kupić już za 225 zł, właścicielem całej ulicy Wyzwolenia na Nikiszowcu staniemy się za 440 zł. Wszystko w grze planszowej Twoje miasto - Katowice, wzorowanej na słynnym Monopolu.
Zasady są proste: poruszamy się pionkami po katowickich dzielnicach i kupujemy całe ulice. Możemy też wejść w posiadanie Górnośląskiego Centrum Kultury, Teatru Śląskiego i kinoteatru Rialto, a także przystanków autobusowych i tramwajowych. Jak to bywa w tego typu grach, wszędzie czyhają niespodzianki - wypadek, więzienie czy mandat za złe parkowanie (z blokadą na kołach). Więcej szczęścia czeka na graczy, którzy trafią na pola losowe, nazwane od dawnych śląskich loterii Karolinką, Ondraszkiem i Skarbkiem. Od przypadku zależy, czy dostaniemy dodatkowe pieniądze, czy dołożymy się do remontów w mieście.
Katowicką wersję Monopolu wymarzył sobie Czesław Kłose, redaktor naczelny periodyku Uwaga-Debiut już w latach 70., podczas wizyty w Niemczech. Wtedy po raz pierwszy zetknął się z amerykańską wersją. - Graliśmy w nią na okrągło, całymi dniami - wspomina. Po powrocie do Polski zrobił swoją własną wersję, w której gracze kupowali i sprzedawali nieruchomości w Katowicach. Powstała jednak tylko w jednym egzemplarzu - na prywatne potrzeby. Dopiero teraz udało mu się wydać ją w większym nakładzie.
Na razie gry nie można kupić. Pierwszy nakład trafił do urzędu miasta, który rozdaje Twoje miasto - Katowice m.in. jako nagrody w konkursach. Jest jednak szansa, że gra pojawi się w sprzedaży już za kilka tygodni. Jej wydawcą jest Stowarzyszenie Wspierania Młodych Twórców Debiut, założone przez Kłose. (...)


Zamiast ołowiu eleganckie hale
Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2008.01.25
Bytomski Park Przemysłowy, czyli cztery nowoczesne hale, wyrósł na terenie zakładów Orzeł Biały. W miejscu, które do niedawna było wysypiskiem odpadów i ciężkich metali.
Tereny Zakładów Górniczo-Hutniczych od lat były solą w oku włodarzy Bytomia. Tuż obok zabytkowych pogórniczych budynków z czerwonej cegły rozciągał się prawdziwy śmietnik. Na dodatek najgorszy z możliwych. Ziemię zatruły ciężkie metale, głównie ołów z akumulatorów, które produkował Orzeł Biały. - Najpierw trzeba było wszystko dokładnie wyczyścić i zrekultywować. Dopiero wtedy inwestycja mogła ruszyć - opowiada Józef Korzec, inspektor nadzoru. Na zdjęciach sprzed kilku lat, które pokazuje, króluje prawdziwie księżycowy krajobraz.
Aż czterech lat trzeba było, żeby zamienić zdegradowane miejsce w Bytomski Park Przemysłowy. Skażona ziemia, najpierw oczyszczona, została zalana betonem. W miejscach, gdzie zalegały hałdy odpadów, stanął zespół czterech hal. Ogromne, naszpikowane elektroniką budynki mogą być wykorzystane jako magazyny lub przestrzenie produkcyjne. Razem zajmują ponad 10 tys. m kw. Do nich przylegają parkingi i utwardzone place. Sercem kompleksu jest budynek administracyjny z nowoczesnymi biurami. Do dwóch hal wprowadzili się już przedsiębiorcy. - Jedna z firm zajmuje się produkcją konstrukcji metalowych, druga handlem stalą. Prowadzimy też rozmowy z przedsiębiorstwami z branży elektroniki i automatyki - wylicza Liliana Cuber, szefowa Bytomskiego Parku Przemysłowego.
Park chce przyciągnąć nowe technologie. Firmy, które wprowadzą się do BPP, oprócz zaplecza logistycznego mogą liczyć na pomoc w poszukiwaniu partnerów, doradztwo i szkolenia w zarządzaniu innowacyjnymi projektami. (...)
- Mam nadzieję, że to pozwoli zmienić wizerunek miasta. To szansa na szybki rozwój. Oprócz tego udało nam się też zrekultywować skażone tereny - mówi Piotr Koj, prezydent Bytomia.
BPP to wspólne przedsięwzięcie Bytomia, Górnośląskiej Agencji Przekształceń Przedsiębiorstw, zakładów Orzeł Biały i przedsiębiorstwa PUMECH-Orzeł. Inwestycja pochłonęła 24 mln zł, z czego prawie 90 proc. pochodziło z pieniędzy unijnych.


Krajewski: mit jest miastu potrzebny
Gazeta Wyborcza, amd 2008.01.25
Autor poczytnych kryminałów Marek Krajewski dobrze wspomina swój pierwszy pobyt w Opolu za PRL-u. (...) W Opolu był także Eberhard Mock, główny bohater kryminałów Krajewskiego, niestety tylko na chwilę i tylko na dworcu kolejowym, ale dobre i to.
Spotkanie zdominowały opowieści o Wrocławiu, mieście, z którego Krajewski nienawidzi wyjeżdżać. - Gdybym wziął udział w Wielkiej Grze na temat historii Wrocławia, pewnie bym przegrał. Jest mnóstwo ludzi, którzy wiedzą sto razy więcej ode mnie - przyznał autor, choć i tak ilość historycznych i topograficznych szczegółów, jakimi operuje w książkach, sprawia, że często jest brany za eksperta.
Choć, jak opowiadał wczoraj, zdarzyło mu się na przykład dostać list pełen oburzenia i militarystycznych szczegółów od pewnego historyka z Poznania, który wytknął mu wszystkie błędy z książek. Zdarzyło mu się też odpierać zarzuty o to, że nienawidzi Niemców, bo przecież źle ich w książkach przedstawia. - Ale ja przecież piszę czarne kryminały, a nie świetliste romanse - śmiał się Krajewski.
Jego czytelnicy, którzy pojawili się na spotkaniu w Opolgrafie, dopytywali o to, skąd bierze fabuły. - To moje wymysły. Na razie na szczęście nie odczuwam niemocy twórczej i nie muszę się posiłkować starymi gazetami czy policyjnymi aktami - odpowiedział.
A dlaczego w pierwszych powieściach używał w tytule Breslau, a w treści Wrocław? - Nie chciałem używać poczwarki językowej, jak np. breslauska noc, bo wrocławska noc brzmi dużo lepiej.
A co wie o podziemiach Wrocławia? - Przestudiowałem dokumentację, znam te podziemia z opowieści ludzi, którym nie mam powodu nie ufać. Raz wybrałem się do podziemi z pewnym dziennikarzem i nawet mieliśmy już klucz w ręku, niestety wkroczył wtedy urzędnik sanepidu, który stwierdził, że schodzenie na dół grozi skażeniem bakteriologicznym. Te podziemia to taki mit Wrocławia. Ja go chciałem ożywić, bo mitologia jest każdemu miastu potrzebna.


Awantura o plan sprzedaży WPKiW
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.01.24
Ministerstwo Skarbu planuje sprzedaż swoich udziałów w WPKiW. Protestują posłowie, samorządowcy, prezydenci miast i nasi Czytelnicy. Marszałek województwa chciałby otrzymać za darmo akcje państwa, ale dopuszcza możliwość sprzedania ich prywatnemu inwestorowi.
O planach Ministerstwa Skarbu Państwa związanych z Wojewódzkim Parkiem Kultury i Wypoczynku napisaliśmy w czwartek. Okazało się, że resort chce sprzedać ok. 26 proc. swoich udziałów. Jako przewidywany tryb prywatyzacji podano publiczne zaproszenie do rokowań.
Kazimierz Kutz, poseł PO, alarmuje, że pomysł sprzedaży akcji jest zły. Tym bardziej że jeszcze niedawno wydawało się, że marszałek przejmie wszystkie akcje parku.
Zamieszanie wokół parku chcą też wyjaśniać inni śląscy posłowie PO i wojewoda Zygmunt Łukaszczyk. - Być może park znalazł się na tej liście przez przypadek. Przecież skoro większość parku już teraz należy do samorządu regionu, to wątpliwe, by znalazł się chętny na niewielką część akcji. Mogą być one przejęte przez region i państwo na tym nie straci - podkreśla Łukaszczyk.
Plany resortu zirytowały też naszych Czytelników. Na forum Gazeta.pl niemal od razu po pojawieniu się tekstu zrobiło się gorąco: Kiedy w końcu skończy się to sterowanie z Warszawy. Niech nasi wybrańcy w końcu zaczną walczyć o sprawy naszego regionu, Ręce precz od parku!!! To własność ludzi, którzy go tworzyli, mieszkańców Śląska i ich przyszłych pokoleń, Sprzedaż akcji oznacza utratę jakiejkolwiek kontroli nad inwestycjami, które będą się odbywać na tym terenie. (...) Nie można na to pozwolić, organizujmy się i napiszmy jakąś petycję - piszą internauci.
Zareagowali też samorządowcy. Marek Kopel, prezydent Chorzowa, uważa, że wszystkie akcje parku powinny zostać przekazane województwu. - To żaden problem. Prawo na to pozwala. Przecież dzięki temu KZK GOP przejął już akcje Tramwajów Śląskich. Pomysł sprzedaży udziałów w parku przez państwo jest absurdalny. Park to nie jest przecież żadna komercyjna firma - mówi Kopel.
Takiego samego zdania jest Waldemar Bojarun, rzecznik Urzędu Miasta w Katowicach. - WPKiW służy mieszkańcom województwa i to województwo powinno być jego jedynym gospodarzem - mówi.
Jednak nie wszyscy samorządowcy są przeciwnikami prywatyzacji. Jacek Guzy, prezydent Siemianowic Śląskich, przypomina, że przez lata głównym źródłem utrzymania parku były dotacje z budżetu centralnego. - Prawda jest taka, że jeżeli ciągle brakuje pieniędzy i kumulowane są kolejne idące w miliony złotych straty, to trzeba iść właśnie w kierunku prywatyzacji. Nie ma innej recepty. (...)
Marszałek Bogusław Śmigielski chce poczekać na oficjalne pisma z MSP. Jednak już dziś deklaruje, że będzie starał się przejąć udziały państwa. - Ale do współpracy w sprawie parku będziemy chcieli zaprosić również inwestorów prywatnych. Jeśli udział prywatnego kapitału będzie korzystny dla jego rozwoju, to dopuszczam taką możliwość - mówi.


O Derbach Śląska wie świat
Gazeta Wyborcza, Wojciech Todur 2008.01.21, O Wielkich Derbach Śląska wie już świat
Kibice Ruchu Chorzów wykazali się wielkim sprytem i pomysłowością. Zareklamowali hitowy mecz z Górnikiem Zabrze podczas derbów Madrytu.
Mecze Atletico - Real Madryt to dla kibiców piłki nożnej wielka atrakcja. Na stadionie Vicente Calderon zawsze jest komplet widzów, spotkaniom towarzyszy rekordowe zainteresowanie mediów, są bezpośrednio transmitowane do większości europejskich krajów. Tak było też i w niedzielny wieczór, a kibice niebieskich wykorzystali to po mistrzowsku! Mecz pokazywały 22 stacje telewizyjne (w Polsce Canal+).
Polscy telewidzowie przecierali oczy ze zdumienia, kiedy w 24. minucie pierwszej połowy na płocie znajdującym się za bramką Atletico kilka osób rozwinęło polskojęzyczny transparent o treści: 2 marzec - wielkie deRby.
Taki obrazek zobaczyli w swoich telewizorach Anglicy, Niemcy, Francuzi, Włosi... O spotkaniu, które ma zgromadzić na Stadionie Śląskim 40 tys. widzów, wiedzą już nawet abonenci arabskiej Al Jazeery!
Skąd obecność sympatyków Ruchu w stolicy Hiszpanii? Niecodzienna zgoda kibiców z Cichej i ze stadionu Vicente Calderon rozpoczęła się od wyjazdu do Hiszpanii kibica niebieskich z Żor, który w poszukiwaniu pracy dotarł aż do Madrytu. Zaczął chodzić na mecze Atletico, a potem jeździć na wjazdowe spotkania tej drużyny. Dzięki tej znajomości fani Atletico przyjechali w 2002 roku na piłkarski turniej sympatyków Ruchu w Radlinie. Na Śląsk dotarło wtedy 15 Hiszpanów. (...) Tym razem do Madrytu wybrało się kilkudziesięciu sympatyków Ruchu. Prawie 40 osób pojechało samochodami, kilka kolejnych doleciało samolotem. Z naszych informacji wynika, że podczas marcowych derbów na trybunach Stadionu Śląskiego nie zabraknie też fanów Atletico.


Śląsk Cieszyński ma stronę w gwarze
Gazeta Wyborcza, asz 2008.01.20
Od opisu regionalnych smakołyków do wytłumaczenia specyfiki architektury - najważniejsze informacje o Śląsku Cieszyńskim znalazły się w nowym portalu. Strona jako pierwsza jest napisana w miejscowej gwarze.
Autorem strony www.gwara.zafriko.pl jest Tomasz Sochacki, na co dzień pracownik firmy gazowniczej, a z wykształcenia etnolog i miłośnik folkloru. - Urodziłem się i wychowałem na Śląsku Cieszyńskim, znam tu prawie każdy kąt i wiem, jak specyficzny i wartościowy jest ten teren. Na pomysł stworzenia strony wpadłem w Wigilię, gdy oglądałem zdjęcia dziadka. Uświadomiłem sobie, jak szybko ginie dawna kultura, tradycja, a zwłaszcza język - opowiada Sochacki.
Gdy zaczynał pracę nad stroną, miał już kilka zebranych tekstów: legend, podań i piosenek. Szybko zbudował szkielet portalu. Postanowił, że ma być on zbiorem informacji o folklorze, o tym, co było dawniej i co przetrwało, m.in. o miejscowej kuchni, muzyce, instrumentach, tańcach, obrzędach, architekturze. Codziennie stara się wrzucać nowe dane, teraz opracowuje wiadomości o męskim stroju regionalnym. Witryna bardzo szybko stała się popularna, miała ponad 600 odsłon, a internauci pozytywnie ją komentują. Oczywiście w gwarze. - Na razie w pracy nikt mi nie pomaga. Jeśli ktoś chciałby zamieścić artykuły pisane gwarą, chętnie je przyjmę - zapewnia Sochacki.
Śląsk Cieszyński jest opisywany w wielu portalach, ale strona etnologa z Kończyc Małych jest jedyną w sieci tworzoną w gwarze. Na razie nie ma w niej działu aktualności, ale pojawiają się już wiadomości bieżące (np. o narodzinach syna pana Tomasza). (...)


Będzie kolejny komiks po śląsku!
Dziennik Zachodni, Michał Wroński 2008.01.18, Fredro w czasach popkultury
Musicall Pomsta - wspólne dzieło Katarzyny Gaertner i Mariana Makuli - doczeka się komiksowej wersji. Pracuje nad nią Mirosław Ogiński z Radzionkowa - grafik, malarz i pasjonat łemkowskich cerkwi. Wszystkie teksty będą w gwarowej, śląskiej formie.
Na scenę Pomsta trafiła 11 lat temu. Dialogi napisał Marian Makula, muzykę Katarzyna Gaertner. Zaadaptowana do śląskich realiów fabuła fredrowskiej Zemsty cieszyła się ogromnym zainteresowaniem widowni. Jesienią ubiegłego roku, po kilku latach przerwy, musicall pomyślnie wrócił na scenę z nową obsadą i nieco zmienionym tekstem. - To spektakl dla hanysów i goroli, pokazujący jak miłość łączy ludzi ponad podziałami i prowadzi do zgody - mówi Marian Makula.
Historię romansu Klary i Wacława będzie można również przeczytać na kartach komiksu. - Byłem na kilku spektaklach i za każdym razem widziałem pełne sale. Ludziom się to podoba. Uznałem więc, iż warto będzie to przełożyć na rysunek. Z samej Zemsty komiksu nie warto robić, bo wszyscy ją znają, a poza tym takie przedsięwzięcie wymagałoby ogromnych nakładów. Uznałem więc, iż lepszym wyjściem będzie pójście w śląski mikroregion. To nie jest łatwe zadanie dla rysownika, bo nie wiadomo, czy czytelnicy zrozumieją pisaną wersję Pomsty, a zatem trzeba włożyć do historyjki cały tekst. Każde pominięcie będzie szkodliwe albo dla tekstu albo dla akcji - tłumaczy rysownik.
Makula uznał, że gra jest warta świeczki, bo - jak mówi - lubi podejmować nowatorskie inicjatywy, a kultura potrzebuje świeżych pomysłów.
- Cały czas trzeba mieszać w tym kulturalnym kotle - wyjaśnia.
Postacie komiksu przypominać mają aktorów, występujących w scenicznej wersji Pomsty, choć, jak zastrzega Ogiński, nie będą to ich wierne portrety. Na razie jeszcze nie wiadomo jak długo potrwają prace nad komiksową wersją musicallu. Gdy już dobiegną końca, Makula chce wydać całość w formie książki.
- Mam nadzieję trafić w ten sposób do dzieci i młodzieży, by zainteresować je śląską gwarą. W ten sposób możemy kultywować naszą tradycję. Jeśli pomysł się sprawdzi, to być może spróbujemy przełożyć na język komiksu jeszcze parę innych opowieści - zapowiada.
Twórcy nie boją się zarzutów o profanację narodowej klasyki. Makula kwituje: zmieniają się czasy, musi się też zmieniać język i forma przekazu. - Zemsta to wciąż świetna sztuka, ale trzeba ją trochę uaktualnić, by mogła dotrzeć do jak największej liczby czytelników. A prawda jest taka, że młodzież żyje w świecie obrazków. Gdyby Fredro żył, to pewnie cieszyłby się, że chcemy rozpropagować jego dzieło - ocenia Makula. (...)
zerknij na fragment komiksu...


Muzeum PRL-u w Górnym Śląsku
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2008.01.17, Do Rudy Śląskiej powróci rzeczywistość PRL-u
Grupa miłośników chce stworzyć w Rudzie Śląskiej muzeum, gdzie odtworzona będzie zgrzebna rzeczywistość Polski Ludowej. Mieszkanie z meblościanką, bar mleczny i gabinet I sekretarza staną w stuletnich budynkach bielszowickiego folwarku.
Jeden z najstarszych w regionie folwarków, pamiętający jeszcze schyłek XIX wieku, przetrwał do dziś w Bielszowicach. Zabudowania przez 10 lat stały puste, odkąd zamknięto działający w nich PGR. W tym czasie szabrownicy rozkradli wszystko, w zrujnowanych budynkach ostały się tylko nagie mury.
Cztery lata temu olbrzymie ceglane obory, wozownie i spichlerze trafiły w prywatne ręce. Nowy gospodarz odrestaurował już okazały dom i wozownię, pozostałe budynki zabezpieczono przed zniszczeniem, a cały teren ogrodzono.
- Początkowo nie wiedziałem, co tu powstanie. Słyszałem o muzeum NRD w Zagłębiu Ruhry i pomyślałem: dlaczego nie zrobić czegoś podobnego u nas. Od lat mówi się o powołaniu muzeum komunizmu w różnych miejscach Polski, ale nic z tego nie wychodzi - tłumaczy właściciel folwarku.
W Warszawie od lat powstają kolejne projekty SocLandu. Tam Muzeum Komunizmu ma powstać w podziemiach Pałacu Kultury i Nauki, ale nie ma środków na jego realizację. Natomiast jedyna galeria sztuki socrealistycznej znajduje się w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, cieszy się sporym zainteresowaniem zwiedzających.
- Nie ma nigdzie w Polsce muzeum, które pokazywałoby codzienne życie powojenne. Młodzi ludzie mają nawet problem z rozszyfrowaniem skrótu PRL. Takie miejsce jest potrzebne - mówi Krzysztof Kornacki, dyrektor Muzeum Zamoyskich. Właściciel folwarku nawiązał z nim kontakt i tak powstała inicjatywa utworzenia muzeum PRL-u w dawnym folwarku. Powołano komitet honorowy muzeum, na jego czele stanął poseł Jan Rzymełka, a członkami są m.in.: prezydent Rudy Śląskiej Andrzej Stania, Piotr Greiner, dyrektor Archiwum Państwowego, oraz Andrzej Drogoń, dyrektor katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.
W trakcie rejestracji jest fundacja muzeum, która będzie prowadzić tę prywatną placówkę. - Liczymy na ofiarność ludzi, którzy podarują nam większość eksponatów. Szukamy przedmiotów codziennego użytku w dobrym stanie, mebli, a także samochodów czy motorów - mówi gospodarz folwarku.
Rudzkie muzeum będzie pokazywać życie w Polsce pomiędzy 1945 rokiem a przełomowym 1989. W zaadaptowanych budynkach folwarku pojawią się sklep mięsny z gołymi hakami, mieszkanie z meblościanką, gabinet I sekretarza i charakterystyczne dla epoki bary mleczne. - Na stworzenie kolejnej kolekcji sztuki socrealistycznej nie ma już szans. Ten okres w sztuce trwał tylko cztery lata i większość dzieł z tego okresu nie jest już do zdobycia. Ale zwykłe przedmioty mogą być gratką. Byle musztardówka, z której pito kiedyś wódkę, to dziś rarytas kosztujący kilkadziesiąt złotych. Nie mówiąc już o słynnych saturatorach, stały na każdej ulicy, a teraz nie możemy odszukać choćby jednego - mówi Kornacki. (...)
Irena Fugalewicz z Fundacji dla Śląska, która współpracuje przy tworzeniu muzeum PRL-u, uważa, że pomysł gromadzenia rzeczy z tego okresu jest znakomity, bo wiele z nich bezpowrotnie znika. - Sam folwark daje duże możliwości, wystawy nie będą musiały być zamknięte w murach, ale znajdą miejsce także na zewnątrz. Na pewno ważny będzie program takiej placówki, by zachowała równowagę pomiędzy trochę śmieszno-absurdalną stroną PRL-u a jego smutnymi momentami - mówi.


Pieniądze na górnośląskie zabytki
Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2008.01.16, Można brać pieniądze na śląskie zabytki
Co najmniej kilka milionów złotych na renowację zabytków trafi w tym roku do naszego województwa. Można po nie sięgnąć, wystarczy napisać wniosek. Niestety, do tej pory nikt się tymi pieniędzmi nie zainteresował.
Co roku śląski wojewódzki konserwator zabytków dostaje pieniądze na dotowanie renowacji zabytków. W zeszłym roku było to aż 11 milionów złotych. Pieniądze pomogły osuszyć i zaizolować stare mury zespołu pocysterskiego w Rudach Raciborskich, skorzystała z nich bazylika Matki Boskiej Anielskiej w Dąbrowie Górniczej - odnowiono polichromię i wyremontowano wieże świątyni. Z tej puli odnowiono też wieżę kościoła Najświętszej Marii Panny w Katowicach.
- Dominowały wnioski na remonty zabytków sakralnych. Proboszczowie przetarli ścieżki i potrafią zdobywać pieniądze, ale o dotacje mogą się starać wszyscy, także właściciele prywatnych obiektów - mówi Barbara Klajmon, śląski wojewódzki konserwator zabytków. Można dostać pieniądze nawet na pokrycie połowy kosztów remontu, wystarczy wypełnić wniosek. Formularz można ściągnąć ze strony internetowej urzędu konserwatora. (...)
Pieniądze można zdobyć nawet na drobne roboty. - Kościoły składają często wnioski na renowacje ołtarzy. Z dotacji odrestaurowano ostatnio np. cynowy sarkofag z Pszczyny, który jest jednym z wielu w krypcie kościoła Wszystkich Świętych - dodaje Klajmon.
Pieniądze otrzymała też Międzyzakładowa Górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa Perspektywa, która ma w Rudzie Śląskiej wiele zabytkowych obiektów. - W naszych zasobach są kamienice, ale i bardzo wiele kolonii robotniczych. Staramy się sukcesywnie wykonywać prace remontowe. Próbujemy zdobywać pieniądze gminne i dotacje od wojewódzkiego konserwatora - mówi Jan Warcok, prezes Perspektywy. Dotacje pomagają przy renowacji zespołu familoków przy ulicach Wolności i Zabrzańskiej w dzielnicy Ruda.
Konserwator wojewódzki ubolewa, że w zeszłym roku nie wpłynął żaden wniosek na dofinansowanie prac przy zabytkach przemysłowych. - Spółki restrukturyzacji kopalń nie korzystają z tego typu pomocy, a szkoda - mówi Klajmon.
Wnioski można składać w biurze wojewódzkiego konserwatora zabytków do końca lutego.


Śląskie dzieci były hitlerowcami?
Dziennik Zachodni, Teresa Semik 2008.01.15, Oprotestowany napis na tablicy upamiętniającej obóz z 1945 roku
Organizacje skupione wokół Ruchu Autonomii Śląska domagają się zmiany tablicy upamiętniającej w Świętochłowicach-Zgodzie miejsce powojennego obozu. Chcą, by z napisu na monumencie usunięto zdanie dotyczące przetrzymywanych w tym miejscu podejrzanych o kolaborację z hitlerowcami.
Nigdy ten obóz nie kojarzył się z kolaborantami - napisano w liście do prezydenta miasta.
Obóz w Świętochłowicach-Zgodzie (luty-listopad 1945 roku), założony w barakach po filii obozu oświęcimskiego Eintrachthütte, przeznaczony był dla zdrajców narodu polskiego, zbrodniarzy faszystowsko-hitlerowskich i wrogich elementów.
- Faktycznie stał się miejscem odosobnienia dla obywateli Rzeszy i tych, którzy podpisali volkslistę, ale także grupy osób podejrzanych o kolaborację i przestępstwa okupacyjne - wyjaśnia dr Adam Dziurok, historyk katowickiego IPN-u. - Badałem akta sądowe tych podejrzewanych o aktywność w ruchu nazistowskim. Wyroki skazujące zapadały wobec nielicznych byłych więźniów obozu w Świętochłowicach.
Z zachowanych dokumentów wynika, że w ciągu kilku miesięcy w obozie zmarło ponad 1800 osób, także z powodu epidemii tyfusu. Tablice - w języku polskim, niemieckim i angielskim - trafiły na postawiony w tym miejscu monument dopiero w ostatnim dniu października ub. roku. Napis brzmiał: W 1945 roku komunistyczne władze zorganizowały tu obóz pracy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego dla osób podejrzanych o kolaborację z hitlerowcami. Znalazło się wśród nich wielu niewinnych mieszkańców Śląska.
Już w następnym miesiącu pojawiły się protesty, że nie ma zgody na kolaborację. Głos podnieśli m.in.: Dorota Boreczek - jako nastolatka więziona w obozie, Andrzej Roczniok - inicjator pomnika z Ruchu Autonomii Śląska, Rudolf Kołodziejczyk ze Związku Ludności Narodowości Śląskiej, przedstawiciele Przymierza Śląskiego, Federacji Rozwoju Śląska. Ich zdaniem maleńka grupa faktycznych kolaborantów nie powinna być w ten sposób wyróżniona, a w obozie przebywały również dzieci i osoby schorowane.
- Liczymy, że niefortunne sformułowanie na tablicach zostanie poprawione - mówią zgodnie. Argumentują, że słowo: kolaboracja, ich zdaniem wymagałoby szerszego wyjaśnienia, na które nie ma miejsca na tablicy. Konieczne byłoby przypomnienie wezwania biskupa Adamskiego do przyjmowania niemieckiego obywatelstwa, apel rządu londyńskiego do niesprzeciwiania się obywatelstwu niemieckiemu, jak również akceptacja polskiego podziemia wojennego na Śląsku - uzasadniają.
Tablice zniknęły z monumentu, ale jak przekonuje wiceprezydent Świętochłowic, Rafał Świerk, nie ma to nic wspólnego z protestem niektórych organizacji śląskich.
- Zauważyliśmy błędy literowe w tekstach w języku niemieckim i angielskim - wyjaśnia samorządowiec. - Propozycję usunięcia słów dla osób podejrzanych o kolaborację z hitlerowcami zamierzamy przedyskutować z historykami i prawnikami.
Obecną treść tablicy zaakceptowała Rada Pamięci Walk i Męczeństwa. Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady powiedział nam, że każde słowo z tej tablicy było drobiazgowo analizowane, bo temat jest wrażliwy i delikatny. (...)


Budki z granicy na działki
Gazeta Wyborcza, mac 2008.01.14, Cieszyn: każdy może kupić budkę z granicy
Dzięki wejściu Polski do strefy Schengen niepotrzebne będą też mechanizmy do podnoszenia szlabanów i bramki do wykrywania materiałów radioaktywnych.
W najbliższych dniach budki, bramki i mechanizmy wystawi na przetarg Zakład Drogowych Przejść Granicznych. - Nie chcę ich przeznaczać na złom, bo są jeszcze w całkiem dobrym stanie i byłoby to marnotrawstwo. Nowi właściciele odbiorą je sobie prosto z przejść a pieniądze wpłyną do budżetu państwa - mówi dyrektor Adam Swakoń.
Budki są dobrze ocieplone, dlatego zdaniem urzędników, mogą służyć np. dozorcom na parkingach, sprzedawcom hot-dogów, czy działkowcom jako małe altany. Dla wszystkich zaś osób może to być pamiątka po czasach, w których przekroczenie granicy wiązało się z kontrolą w zielonej budce. Cenę wywoławczą określi rzeczoznawca, prawdopodobnie trzeba się będzie liczyć z wydaniem kilku tysięcy złotych. (...)
Wiaty - ku uciesze mieszkańców Cieszyna - znikną też z mostów Przyjaźni i Wolności. One jednak dochodu nie przyniosą, ponieważ są już stare i brzydkie, dlatego najpewniej trafią na złom. Po ich zdemontowaniu mosty na Olzie odzyskają dawny wygląd.


Rekord zdrowia w Opolu
Gazeta Wyborcza, gs 2008.01.13
817 - tyle według wstepnych obliczeń osób wzięło udział w pobijaniu rekordu, ćwiczeń na wolnym powietrzu. Rekord został więc pobity.
Wczoraj tuż przed godz. 11 w parku przy dawnym ZWM-ie rozpoczął się prawdziwy festiwal zdrowia. Swoje punkty otworzyły m.in. Opolskie Stowarzyszenie Diabetyków i Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Opolscy ratownicy uczyli udzielania pierwszej pomocy, a uczestnikom zabawy proponowano wspólne picie mleka i degustację domowych ciast. Była też wielka loteria fantowa z prawie 700 nagrodami.
Jednym z głównych wydarzeń opolskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy było jednak bicie rekordu w liczbie osób ćwiczących jednocześnie na świeżym powietrzu. Podczas ubiegłorocznego finału przyszło się wspólnie bawić 806 osób.
Tuż przed ćwiczeniami wszyscy zgromadzeni zaśpiewali piosenkę Budzi się moje miasto z repertuaru Pawła Kukiza, którą wybrali Czytelnicy Gazety w specjalnie przygotowanej sondzie.
Później setki osób z założonymi szarfami rozpoczęły gimnastykę. Były: maszerowanie, skłony, tańce i rozciąganie się. Ćwiczyli wszyscy, którzy zjawili się na imprezie, bez względu na wiek. Najmłodsza z uczestniczek, półroczna Natalia, w nagrodę za dzielne wspieranie rodziców w aerobiku otrzymała nagrodę specjalną - elektryczną kolejkę ufundowaną przez opolskie PKP. Festyn zorganizowali NZOZ ZWM Malinka i opolski MDK. Wszystkie pieniądze, które udało się zebrać podczas imprezy, czyli ponad 6 tys. zł, zostaną przekazane na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. (...)


Zmieni się Dworzec Główny we Wrocławiu
Gazeta Wyborcza, Beata Maciejewska 2008.01.11
Miasto i PKP postanowiły wspólnie ogłosić międzynarodowy konkurs na koncepcję rewitalizacji Dworca Głównego. W maju zostanie rozstrzygnięty, a jesienią zaczną się prace budowlane.
Warunki konkursu zostaną podane w przyszłym miesiącu. Wiadomo już jednak, że na pierwsze trzy nagrody przeznaczono 100 tys. zł, płatne po połowie przez miasto i kolej. - Nagrody muszą być przyzwoite, bo inaczej nikt się do konkursu nie zgłosi. To ogromny temat. Dotyczy nie tylko dworca, ale i terenu wokół niego, między ulicami Suchą i Piłsudskiego - mówi Grzegorz Roman, dyrektor miejskiego departamentu architektury i rozwoju.
Dworzec ma stać się wizytówką miasta przed rozpoczęciem Euro 2012. Nie on jeden, bo rewitalizacja czeka także Dworzec Nadodrze (jest już gotowa koncepcja) i pomniejsze stacje, jak Mikołajów, Żerniki i Psie Pole. Ale według dyrektor Teresy Kalisz z Biura Nieruchomości PKP, Dworzec Główny to numer jeden we wrocławskich planach remontowych Kolei. - Mamy pieniądze, najpóźniej do końca roku chcemy na dworzec wpuścić firmy budowlane - mówi Teresa Kalisz.
Zdaniem dr. Janusza Dobesza, znakomitego znawcy wrocławskich dworców, mający 150 lat neogotycki budynek Dworca Głównego stanowi wyjątek nie tylko wśród wszystkich wielkomiejskich niemieckich dworców tej klasy, lecz także w grupie europejskich i amerykańskich budowli tego rodzaju. Większość dużych dworców reprezentowała style bliskie renesansowi lub klasycyzmowi, gotyk był stosowany sporadycznie w małych obiektach. Dzieło Wilhelma Grapowa jest całkowicie oryginalne i nie ma żadnego prototypu. Ale w tej chwili budzi przede wszystkich grozę wśród przyjezdnych i zażenowanie wrocławian.
Śmierdzi od wejścia. Na posadzce podziurawionej jak ser szwajcarski czerwienieją stopy z folii opatrzone napisem Do sex shop. Prowadzą do dawnych schronów, gdzie kwitnie handel typu szwarc, mydło i powidło. Kto chciałby się tam zapuścić, musi mieć maskę gazową, bo smród jest tym większy, im głębiej schodzimy. W głównej hali jest tylko trochę lepiej. Z obudowy kiosków wyłazi szklana wata, ściany oblepione reklamami, brudne i podziurawione, w przejściu na perony kwitnie handel podróbkami perfum.
Upadek dworca oglądamy od początku lat 90. Podobnie jak nieudane próby jego ratowania. - (...) Konkurs w cieniu Euro traktuję jak dużą szansę na podniesienie dworca. Ale na razie tylko szansę - ocenia konserwator miejski Katarzyna Hawrylak-Brzezowska.
Wiceprezydent Wojciech Adamski ma nadzieję, że dworzec zostanie w pełni skomercjalizowany. - To dobre miejsce na porządne sklepy, restauracje, punktu usługowe. Dworzec może się sam utrzymać, znakomicie wyglądać i jeszcze zarobić. Bez komercjalizacji nie będzie skutecznej rewitalizacji - uważa Adamski. To samo mówi dyrektor Roman, przywołując przykład dworca Berlin-Lichtenberg, na którym jest aż 900 punktów usługowych.
- Ja bym nie stawiała tak wysoko poprzeczki - mówi Katarzyna Hawrylak-Brzezowska. - Mamy dworzec zabytkowy, cenny, w nie najgorszym stanie technicznym. Niech będzie czysty i funkcjonalny.


Autentyczna śląskość jest marginalizowana
Gazeta Wyborcza, Adam Rygjou 2008.01.12, Śląskość ciągle gości na marginesie kultury
Życzenie Ślązakom, by ich coraz bardziej zanikający jezyk jeszcze bardziej zszedł na dalszy plan, jest życzeniem doprawdy niefortunnym. A krytyka kultury z ust osoby spoza tej kultury jest wręcz nie na miejscu.
Trudno pogodzić się z faktem, że jest to wypowiedź członka elity kulturalnej naszego regionu, który z racji piastowanych funkcji i dorobku artystycznego powinien być naturalnie wyczulony na śląską kulturowość.
Tłumaczyć profesora może jedynie fakt, że patrząc na śląskość z perspektywy typowego Polaka, wychowanego na stereotypach górniczego Śląska, śląskich wicach i haimat-disco, jawi się ona rzeczywiście zaściankowo. To nie jest jednak cała śląska kultura, ale jej potoczny wyrywek, o czym wykształcony człowiek powinien wiedzieć. Za stan taki nie odpowiadają przecież Ślązacy, ale dekady odgórnego traktowania śląskości jako niechcianego balastu. A teraz śląskość jest zagrożona jak nigdy. Z jednej strony jej znaczenie jest rozmywane, ponieważ śląskim czy Silesią chciano by nazywać wszystko, od Częstochowy po buty.
Z drugiej strony autentyczna śląskość, czyli zwyczaje, tradycje i język Ślązaków, jest systematycznie marginalizowana w kulturze masowej. Bo przecież ani serialowy Bercik, ani bohaterowie ambitniejszego Angelusa Lecha Majewskiego nie mówią po śląsku, a jedynie polsko-śląsko-niemieckim misz-maszem. Śląska godka, jeśli wkrótce nie zostanie wpisana do ustawy o językach regionalnych, zostanie zapomniana. Język Ślązaków jest już w zdecydowanym odwrocie - zginie, jeśli nie dostanie podobnego wsparcia w edukacji jak język kaszubski. Śląscy samorządowcy i parlamentarzyści stoją właśnie przed może najważniejszą decyzją dla kultury Śląska w historii. To od nich zależy czy jezyk, który pomimo niemieckiej presji przetrwał tutaj przez wieki usłyszymy jeszcze za dziesięć lat w wolnej Polsce. A tym samym okaże się czy i jak szybko ziszczą się niefortunne życzenia profesora Rykały.


Górnośląska Rospuda jest zagrożona
Gazeta Wyborcza, Iwona Sobczyk 2008.01.11, Katowiccy ekolodzy walczą o liczydło
Organizacje sprzeciwiające się planom wyznaczenia drogi przez rezerwat w Katowicach Ochojcu, spotkały się na debacie publicznej na Uniwersytecie Śląskim. Prezydent mimo zaproszenia nie przyszedł.
Drodze przez rezerwat sprzeciwiają się ekolodzy i naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego oraz Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska. Ich zdaniem zaburzy ona stosunki wodne w rezerwacie i doprowadzi do zniszczenia rosnącego tu od 10 tys. lat liczydła górskiego.
Miejscy urzędnicy mają swoje argumenty: trzeba odciążyć ulicę Kościuszki, łącząc centrum Katowic z dzielnicami południowymi nową drogą. Ekolodzy chcieli ich przekonać, organizując na Uniwersytecie Śląskim debatę o śląskiej Rospudzie. (...)
- Miasto odrzuca wszystkie argumenty przeciwników drogi, nie chce z nami rozmawiać - mówi Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot. - Decyzje nie zostały jeszcze podjęte. Na razie mamy propozycje i konieczność połączenia rozbudowujących się dzielnic południowych z centrum, której nikt nie zaprzeczy - odpowiada Waldemar Bojarun, rzecznik magistratu.
Jednak zdaniem dr. Jerzego Parusela, dyrektora Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska i założyciela rezerwatu Ochojec, droga nie rozwiąże komunikacyjnych problemów miasta. - Już prędzej stanie się szlakiem tranzytowym, bo jest blisko głównych tras. Chcemy poznać choć dwa warianty alternatywne i nie mówmy tylko o drogach, ale np. o lepszym funkcjonowaniu komunikacji miejskiej - mówi.


Sosnowiec ukradł nazwę Silesia
Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2008.01.10, Expo Silesia: wszystko już można wystawiać
Firma Kolporter otworzyła w czwartek na granicy Sosnowca i Dąbrowy Górniczej centrum Expo Silesia. Teraz będziemy mogli organizować w naszym regionie największe w Polsce imprezy targowe. Na początek wystawa gołębi.
Kielecka spółka, która zaczynała od dystrybucji prasy, a dziś jest jednym z największych holdingów w kraju, nie ukrywała, że tworząc w naszym regionie nowe centrum targowe, chce wypełnić lukę, jaka powstała po tragedii na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich. I chyba nieprzypadkowo pierwszą imprezą w otwartym w czwartek pawilonie Expo Silesia będą trwające od 25 do 27 stycznia Międzynarodowe Targi Gołębi Pocztowych.
Wystawcom katastrofa raczej nie grozi. Na terenie upadłej fabryki Silma, gdzie kiedyś powstawały silniki do pralek Frania czy odkurzaczy Zelmer, holding wybudował nowoczesną klimatyzowaną halę o powierzchni 13,5 tys. metrów kwadratowych. Pozostawiono tylko starą metalową konstrukcję z lat 60., która zachowała się w doskonałym stanie. Wymieniono za to posadzkę, wybudowano nowy dach i ściany działowe. W środku zamontowano ponad 100 km instalacji elektrycznych i 36 central klimatyzacyjnych. Zużyto ponad 500 ton stali. Na klientów czeka parking na 1000 samochodów, który już dziś wydaje się za mały.
Hala Expo Silesia jest z pewnością przestronna i nowoczesna. Nie ma jednak co ukrywać, że nie jest to dzieło sztuki architektonicznej. Trzeba jednak przypomnieć, że to dopiero pierwszy etap inwestycji. Docelowo Expo Silesia będą dysponować halami o powierzchni 35 tys. metrów kwadratowych, w których będzie można dowolnie aranżować wnętrza. Powstaną restauracje i hotel. Wokół jest także sporo wolnego miejsce, które kiedyś będzie można wykorzystać na ewentualną rozbudowę powierzchni wystawienniczej. To atut, którego nie mają dziś ani targi w Poznaniu, ani w Kielcach.
Kolporter podkreśla też dobrą lokalizację Expo Silesia: w promieniu godziny jazdy samochodem mieszka 8 mln ludzi, blisko są też dwa lotniska: krakowskie Balice i katowickie Pyrzowice. Hala wystawiennicza leży przy dwupasmowej drodze nr 94 Kraków-Katowice, a dojazd do autostrady A4 zajmuje kilkanaście minut.
Kolporter zapowiada, że pomoże w rozbudowie dróg dojazdowych od strony Sosnowca i Dąbrowy Górniczej, co w przyszłości pozwoli uniknąć korków.
- Gdy przyjechaliśmy tu półtora roku temu, padło sporo deklaracji i obietnic. Dziś widzimy, że zostały spełnione. Zadecydowała nasza determinacja i dobry klimat dla inwestycji stworzony przez władze Sosnowca, Dąbrowy Górniczej i innych miast - chwalił Tomasz Raczyński, prezes Kolporter Expo. - Jestem przekonany, że za kilka lat Expo Silesia zmieni obraz całego Śląska. Będziemy organizować duże profesjonalne wystawy, rozwijać ofertę naszych targów, by stać się ośrodkiem liczącym się nie tylko w Polsce, ale i w Europie.
Kazimierz Górski, prezydent Sosnowca, zauważył, że inwestycja Kolportera pojawiła się w doskonałym momencie, gdy miasta naszego regionu zdecydowały się na stworzenie jednej aglomeracji. - Targi będą czymś, co będzie wyróżniać nasz region. Oby zawsze miały tak dużą frekwencję, jak na otwarciu - żartował prezydent Górski. (...).


Walczmy o nasze familoki!
Gazeta Wyborcza, Jerzy Gorzelik 2008.01.09, Czy takie oblicze ma mieć nowoczesność?
W Katowicach, tuż przy granicy z Sosnowcem, stoją urokliwe familoki. Ich lokatorzy, przeważnie mieszkający tam z dziada pradziada, dowiedzieli się, że właściciel chce je wyburzyć. Są zdesperowani.
Georg Wilhelm Friedrich Hegel zauważył błyskotliwie, że z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego się z historii nie nauczyły. Teza ta szczególnie bolesne potwierdzenie znajduje na Górnym Śląsku. Ileż to razy kolejni administratorzy tej krainy ogłaszali, że jej historia rozpoczyna się wraz z nastaniem ich władzy i w imię kolejnych ideologii wymazywali ślady poprzedników.
Niestety, ta programowa amnezja z reguły przyjmowana była w milczeniu przez mieszkańców regionu, dla których przetrwanie, nieważne w jakiej kondycji, urastało do rangi naczelnej wartości. To milczenie stało się nieznośnym nawykiem. Nauczyliśmy się akceptować lekceważący stosunek władzy do naszej tożsamości, naszej kultury i dziejów. Kiedy wiatr historii zdmuchnął ekipę niszczycieli Świerklańca, bytomskich kamienic, Giszowca i willi Grundmanna, owa akceptacja utraciła uzasadnienie w samozachowawczym instynkcie. Mimo to nadal milczeliśmy, kiedy złomiarze (za cichym przyzwoleniem władz) i buldożery rozprawiali się z kolejnymi świadectwami naszej przeszłości: z szopienicką hutą, zabrskim familokiem Janoscha, bytomskim browarem. Tym razem dzieło zniszczenia dokonywane jest nie w imię walki klas czy narodów, ale pod sztandarem modernizacji.
Walec postępu dotarł do kolejnego symbolu industrialnego Górnego Śląska - kolonii wznoszonych dla robotników i urzędników pod koniec XIX i w pierwszych dekadach XX w. Ostatnie miesiące dostarczyły dwóch przykładów urzędniczej ingerencji w egzystencję zamieszkujących te osiedla, zżytych od pokoleń społeczności. Mieszkańcy kolonii Mościckiego na katowickim Załężu mają zostać pozbawieni pasa zieleni, stanowiącego naturalną osłonę ich osiedla od strony Drogowej Trasy Średnicowej. W tym miejscu projektowane są ponoć obiekty handlowe.
Inną kolonię, położone na przeciwległym krańcu miasta szopienickie Borki, Hutniczo-Górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa postanowiła całkowicie wymazać z górnośląskiego krajobrazu. Lokatorzy, których rodziny zajmują mieszkania w familokach często od ponad stulecia, mają zostać rozproszeni po różnych częściach Katowic - w większości przypadków wbrew swojej woli. Uwolniony od balastu przeszłości grunt, przeznaczony zostanie pod inwestycje. Nieodparcie nasuwa się skojarzenie z losami Giszowca, którego domki ustąpić musiały jednostkom mieszkaniowym z wielkiej płyty.
Czy takie oblicze ma mieć górnośląska nowoczesność? Czy owa nowa jakość ma wzrastać na wyjałowionym gruncie, pozbawionym zakorzenionych w tradycji wartości kulturowych? Szacunek dla tych ostatnich nie oznacza przecież zamknięcia w skansenie - ten, kto wie skąd przychodzi, łatwiej określi, dokąd zmierza. Jak zauważył Winston Churchill, uważniej wpatrując się w przeszłość, lepiej widzimy przyszłość. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na Górnym Śląsku błądzimy po omacku.


Płacą, by zobaczyć kopalnię
Dziennik Zachodni, Marlena Polok-Kin, 2008.01.09
Magnesem przyciągającym do Polski żądnych wrażeń obieżyświatów jest... turystyka postindustrialna. Tylko w ubiegłym roku przez muzea urządzone w starych, nieczynnych kopalniach, młynach czy browarach przewinęło się ponad 10 milionów gości - wynika z danych Instytutu Turystyki.
- Chętnych, żeby założyć na siebie kopalniany uniform, kask z lampką na głowę i wybrać się w długą podróż nieczynnym chodnikiem, nie brakuje - przekonuje Eugeniusz Kentnowski, dyrektor zabrzańskiej Zabytkowej Kopalni Guido. Odwiedziło ją ponad 18 tys. osób, między innymi z Brazylii, Japonii, Niemiec i Rosji.
Obiekt został wyremontowany ze środków urzędu marszałkowskiego i miasta - łącznie za 1,47 mln zł. Teraz Guido startuje o fundusze unijne. - Od czerwca przychód z biletów do kopalni wyniósł ponad 320 tys. zł - mówi Kentnowski.
Dziś dzieci płacą za bilet 12 zł, a z lekcją edukacyjną wejściówka kosztuje 17 zł. Za normalny bilet trzeba zapłacić 22 zł. Za to czeka turystów niecodzienna, półtoragodzinna wyprawa pod ziemię oraz pół godziny zwiedzania urządzeń nadziemnych.
W skansenie, utworzonym w nieczynnych wyrobiskach, można zjechać 170 m pod ziemię. To jedyne takie miejsce w Europie.
Zabrze ma także drugi wyjątkowy podziemny skansen Królowa Luiza. Turyści mogą tu pokonać 1560-metrową trasę na głębokości 35 m, częściowo na kolanach.
Na Szlaku Zabytków Techniki na Śląsku jest ponad 31 obiektów związanych z tradycją górniczą i hutniczą, kolejnictwem, łącznością, produkcją wody oraz przemysłem spożywczym. Wkrótce w Zabrzu ruszy Centrum Badań i Dokumentacji Zabytków Poprzemysłowych dla Turystyki, gdzie powstanie ogólnoświatowa baza obiektów postindustrialnych. - Mamy wypracować formułę wpisywania kolejnych obiektów na tę listę i przystosowywania ich do celów turystycznych - mówi prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik.
Województwo śląskie odwiedza rocznie ok. 2,8 mln turystów, w tym 800 tys. zagranicznych. (...)


Spektakl nie tylko dla Ślązaków
Gazeta Wyborcza, Aleksandra Czapla-Oslislo 2008.01.07, Śląski spektakl nie tylko dla Ślązaków
W teatrach od Gliwic po Bielsko-Białą coraz więcej ostatnio sztuk o tożsamości i mikrohistorii. Także Teatr Śląski doczekał się wreszcie spektaklu na Dużej Scenie zagranego od pierwszego do ostatniego słowa gwarą - Polterabend. Nie tylko dla Ślązaków.
Świat przemijo, Ślonsk się traci, a w ślonskij mowie żyje dali duszo ślonsko - można przeczytać w programie teatralnym Polterabend. Ale to, co utracone na zawsze, w teatrze zyskać może drugie życie.
Cztery lata temu premiera Cholonka Janoscha w teatrze Korez rozbudziła apetyt publiczności na to, co śląskie. Powoli i z różnym skutkiem, ale na lokalnych scenach zaczyna dziać się coś ważnego - teatr staje się miejscem, w którym pyta się o tożsamość, o mikrohistorię regionu, odkrywa tajemnice wielokulturowych miast. (...) W sobotni wieczór Teatr Śląski doczekał się prapremiery na Dużej Scenie napisanej od pierwszego do ostatniego słowa gwarą.
Śląskość umiera. Więcej nawet - autor sztuki Stanisław Mutz przyznał przed premierą, że wraz z pewnym pokoleniem umarła na zawsze cząstka kultury regionu. Jego rodzinny, śląski dom pamiętany z dzieciństwa i młodości jest dziś zupełnie innym miejscem. Co pozostało? Gwara. Językowa pamięć, która ocala od zapomnienia. Mówię, więc jestem, bo to język decyduje o przynależności i tożsamości. Tragedia bohaterów Polterabend zaczyna się od wypowiadania słów i tego, co trzeba przemilczeć. Na przemian trzeba się zniemczać i spolszczać, aż w finale jeden z bohaterów - Jorg - pyta z trwogą: A skąd my się teraz nauczymy ruskiego?, bo kolejni obcy maszerują przed oknem.
Jaki jest teatralny portret Ślązaków wg Mutza? Historia jest tak samo tragikomiczna jak u Janoscha. Rodzina i przeciętny dom z początku XX wieku, w którym na ścianach, obok Świętej Rodziny, pojawiają się kolejno portrety Hitlera i Stalina, w którym zmieniają się języki nuconych piosenek, a synowie tej samej matki giną na różnych frontach. O ile Cholonek Neinerta i Talarczyka cechuje żywiołowość, reżyser Tadeusz Bradecki w swojej inscenizacji o Śląsku stawia na statyczność, potok słów i teatralnych metafor. Dom zredukowano do rozległej drewnianej podłogi - pomnożonych teatralnych desek, na których w jednej rodzinie rozgrywa się dramat wszystkich Ślązaków. Śląski wszechświat zamyka się wokół drewnianego stołu i kopalnianego szybu na horyzoncie.
Wszystko inne zawarte jest w dialogu, który Mutz buduje z tego, co m.in. zapamiętał z własnego domu - żartów, przesądów, mądrości i tragedii. Choć spektakl jest zdecydowanie za długi i druga część może nużyć, sam fakt zaistnienia gwary na scenie jest wyjątkowo cenny. Wartością są też aktorskie kreacje, które sprawiają, że rodzinny, śląski portret jest jak żywy.
Wiesław Sławik jako Jorg znalazł wiele subtelności między postacią surowego ojca, który jawnie karci synów, by w samotności boleć nad tym, że z kolejnych dzieci składa historii ofiarę. Fenomenalna okazała się Ewa Leśniak, która gościnnie zagrała rolę nestorki rodziny Tekli. Bezbłędnie łączy to, co duchowe i religijne, z prozą i wulgarnością codziennego życia. Partneruje im Alina Chechelska jako Berta - matka i żona, stawiająca ponad wszystko i ponad samą siebie rodzinę.
Ofiarowanie się innym staje się jednak śląskim przekleństwem. Bohaterowie Polterabend pozostają bierni wobec wielkiej historii. Zwyrtne, ale strachliwe - mówi Tekla o myszkach zamkniętych w pudełku, które raz czarne, raz białe wyłaniają się z ukrycia, w zależności od tego, kto trzęsie pudełkiem. Raz niemieccy, raz polscy, raz rosyjscy - Ślązacy są u siebie, a jednak wśród obcych.
Teatr Śląski doczekał się sztuki po śląsku, ale czy tylko dla Ślązaków? Nie, bo dla publiczności, która tu mieszka, śląskość może być czymś oswojonym lub nie, ale na pewno jest czymś bliskim.
Teatr Śląski w Katowicach, Duża Scena, Polterabend Stanisław Mutz. Reżyseria: Tadeusz Bradecki. Scenografia: Paweł Dobrzycki. Występują: Wiesław Sławik, Alina Chechelska, Ewa Leśniak, Krystyna Wiśniewska, Marcin Szaforz, Marek Rachoń, Maciej Wizner. Polska prapremiera 5 stycznia 2008.


Spór o godkę i krupnioka
Gazeta Wyborcza, Jacek Rykała 2008.01.04, Rozgorzał spór o śląską godkę i krupnioka
(...) Życzę, Ślązakom i Zagłębiakom (...) by pojawili się ludzie profesjonalni, którzy zajęliby się promocją naszego regionu. Przełamali schematy i w miejsce schematycznego, przaśnego obrazu Śląska wprowadzili do świadomości kraju dokonania kultury i sztuki wysokiej, którą region dysponuje. By krupniok i godka zeszły wreszcie na dalszy plan - napisał profesor Rykała.
Takie życzenia oburzyły Marcina Melona, członka Ruchu Autonomii Śląska. Nie wiem, czym nieszczęsny krupniok naraził się Panu Profesorowi, ale pal go sześć, krupniok to nie Nicea, umierać za niego nie warto, ostatecznie Pan Profesor ma prawo preferować żymloki. Natomiast wzmianka o śląskiej godce (...) wywołała w moim środowisku spory odzew.(...) W przeciwieństwie do Pana Profesora mnie marzy się, by każde dziecko na Śląsku miało możliwość uczenia się mowy swoich ojców w szkołach (...) - kilka dni później pisał Melon na łamach Gazety. Publikujemy list profesora Rykały:
Śląsk to pogranicze kultur
Szanowny Panie Redaktorze Marcinie Melonie, odnoszę wrażenie, że jednak najlepiej bym zrobił, życząc Ślązakom i Zagłębiakom szczęścia, zdrowia, pomyślności
Swojego szacunku dla Śląska i Ślązaków nie muszę udowadniać, myślę, że istnieje on w moich obrazach, w końcu 30 lat maluję tę ziemię. Zapraszam pana do BWA na Korfantego. Przykro mi, że manipuluje pan moimi słowami, budując znaczenie zupełnie odległe od moich interpretacji, a tym samym problemy, na które chciałem zwrócić uwagę, przesuwa pan na plan dalszy.
Czy pana redaktora, przecież Ślązaka z krwi i kości, nie irytuje medialny obraz Śląska, który budują Święta wojna, marsz górników ulicami Warszawy i śląskie pierniczki w TVP3? Czyżby naprawdę drugorzędne znaczenie miały wrażenia studenta z Europy, jednego z kilkuset, którzy co roku przybywają do Katowic w ramach wymiany międzyuczelnianej.
Przyjeżdżają pociągiem na katowicki dworzec - to pierwsze zetknięcie ze Śląskiem (potem pewnie jest rynek).
Mnie drażni, panie redaktorze, strach, nie rozumiem go, elit intelektualnych Śląska (także elit rządzących, choć one się zmieniają) przed rzeczywistym obrazem tego regionu. Nadal szereg wybitnych jednostek o rodowodzie niemieckim to jedynie mglisty margines historii Śląska. Janosch czekał 30 lat, by Śląsk sobie o nim przypomniał. Czy pan, panie redaktorze, zgłosiłby pomysł nadania mojej ukochanej Akademii imienia Hansa Bellmera? A czemu nie? To bez wątpienia najwybitniejszy plastyk, stąd można go znaleźć w każdej encyklopedii sztuki na świecie. Urodził się w Katowicach i przeżył w nich 21 lat, jedną trzecią swojego życia.
Dla mnie, artysty, Śląsk i Zagłębie to przede wszystkim tereny pogranicza kultur. Cudowny tygiel, w którym Ślązacy i Niemcy, Polacy i Żydzi, Czesi i Romowie tworzyli wspólnie niepowtarzalny świat. Te wartości istnieją, tylko trzeba je dostrzec i ujawnić. Pisząc życzenia, życzyłem Ślązakom i Zagłębiakom, by pojawili się ludzie, którzy potrafią to zrobić, bo dopiero wtedy Śląsk przestanie być prowincjonalny, a w ów czas będzie interesujący dla Europejczyka, Amerykanina czy Polaka z Warszawy. Spojrzy na Śląsk bez schematów.
To niezwykła ziemia, krajobrazowo i kulturowo. Inne miasta (Gdańsk, Wrocław) radzą sobie z podobnymi problemami całkiem dobrze. A godka? Jest cudowna, z Joasią Bartel przez trzy lata byliśmy na jednym roku w ASP, miałem więc dobrego lektora.
Pozdrawiam i życzę dobrego roku 2008.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Współpraca  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry