zobacz.slask.pl   
ŚLĄSKI SERWIS INTERNETOWY   
2008 kwiecień przegląd wiadomości ze Śląska
zobacz ostatnie


Koalicja na rzecz języka śląskiego
Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.04.23, Powstała koalicja na rzecz mowy śląskiej
Po raz pierwszy w historii trzy śląskie organizacje upomniały się u posłów o wpisanie mowy śląskiej do ustawy o językach regionalnych. - Wcześniej śląskość była uznawana za coś podejrzanego, ale mamy prawo upominać się o to, co nam się należy - mówi Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska.
Apel do posłów o oficjalne uznanie mowy śląskiej za język regionalny przygotowały wspólnie Towarzystwo Kultywowania i Promowania Śląskiej Mowy Pro Loquela Silesiana, Ruch Autonomii Śląska i Związek Górnośląski. W piśmie, które wysłano do wszystkich parlamentarzystów z Górnego Śląska, przypominają, że w ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym śląską mowę pominięto. Twierdzą, że Ślązacy odebrali to jako arogancję wobec ich zwyczajów, mowy i tradycji. Dlatego teraz chcą zmiany prawa.
- Mowa śląska zasługuje na taki sam status, jaki ma język kaszubski - mówi Gorzelik.
Podczas spisu powszechnego sześć lat temu blisko 60 tys. osób stwierdziło, że mowa śląska jest ich językiem domowym. Śląski jest dostrzegany również za granicą. Biblioteka Kongresu USA wpisała go do swojego rejestru języków świata. (...)
Józef Buszman, prezes Związku Górnośląskiego, uważa, że podkreślenie wartości mowy śląskiej pomoże w pielęgnowaniu tożsamości regionu. - To najlepsze lekarstwo na globalizację, której przecież i tak nie da się uniknąć - mówi. Podkreśla jednocześnie, że nie można zapominać o skodyfikowaniu mowy śląskiej. Tym właśnie zajmuje się już Pro Loquela Silesiana.
Senator Andrzej Misiołek (PO), koordynator zespołu parlamentarzystów z województwa śląskiego, już teraz deklaruje poparcie dla tego pomysłu. - Będziemy o tym rozmawiać podczas obrad zespołu. Postaram się, by pozytywnie załatwić tę sprawę - obiecuje.


Ślązak szefem Parlamentu Europejskiego?
Dziennik Zachodni, Witold Pustułka 2008.04.23
Śląski eurodeputowany i były premier rządu RP - Jerzy Buzek, po przyszłorocznych wyborach ma szansę zostać przewodniczącym Parlamentu Europejskiego - poinformował wczoraj najpoważniejszy niemiecki dziennik gospodarczy - Handels-blatt.
Gazeta, powołując się na własne źródła informacji, napisała, że w sprawie wystawienia kandydatury Buzka porozumiały się już dwie największe frakcje w Parlamencie Europejskim: socjaliści i chadecy. Buzek cieszy się uznaniem polityków bez względu na przynależność partyjną, a ze względu na duże polityczne doświadczenie najlepiej nadaje się na urząd przewodniczącego Parlamentu Europejskiego - pisze Handelsblatt. Wczorajsza informacja nie jest jednak żadną sensacją; informacje o Jerzym Buzku, jako ewentualnym następcy Hansa Gerta Poeteringa, pojawiały się już wcześniej.
- Takie spekulacje nie są dla mnie zaskoczeniem, bo już wcześniej mówiło się o tym w kuluarach Parlamentu Europejskiego - mówi Jan Olbrycht, europoseł tej samej co Buzek Europejskiej Partii Obywatelskiej. - Nie znam jednak żadnych ustaleń międzypartyjnych dotyczących jego kandydatury. Szanse Buzka poważnie ocenia też europosłanka Genowefa Grabowska z obozu socjalistów. - O żadnych ustaleniach, jak donosi niemiecka prasa, nie słyszałam, ale mogły one zapaść poza mną - mówi Grabowska. - Gdyby ten scenariusz stał się faktem, byłby to wielki splendor dla Śląska i całej Polski.
Jak twierdzą polscy euro-deputowani scenariusz obsadzenia przez Jerzego Buzka fotela przewodniczącego Parlamentu Europejskiego jest tym bardziej prawdopodobny, że kraje nowej Unii, czyli te, które weszły do struktur zjednoczonej Europy po 2003 roku, już od dawna lobbują, aby nowym szefem PE został któryś z ich przedstawicieli. - W tej grupie naturalnym liderem jest Polska, a co za tym idzie Polak może mieć największe szanse na obsadzenie tego stanowiska - dodaje Grabowska.
Sam Jerzy Buzek z właściwą sobie skromnością komentował sprawę: - Żeby zostać przewodniczącym Parlamentu Europejskiego najpierw trzeba zostać europosłem, a wybory mamy dopiero za rok - powiedział.
Nagłośnienie sprawy kandydatury Buzka na rok przed wyborami może być jednak dla niego samego niedźwiedzią przysługą i tak naprawdę spalić jego szanse. Europoseł lewicy Marek Siwiec w swoim blogu napisał wczoraj, że ktoś puszcza szczury na temat Buzka po to, by nie został on przewodniczącym Parlamentu Europejskiego.
Zdaniem Siwca z socjalistami nikt nie rozmawiał na ten temat, a cała afera medialna może służyć tylko i wyłącznie zdyskredytowaniu szans byłego premiera Polski.
Przypomnijmy, że Jerzy Buzek w tym roku skończy 68 lat i w ciągu minionej dekady, z profesora belwederskiego chemii, szefa niewielkiego instytutu naukowego w Gliwicach, przerodził się w gwiazdę polskiej polityki. Był pierwszym premierem RP, który korzystał z rad specjalistów od public relations; nawet gdy AWS w 2001 roku przegrał wybory do Sejmu, on sam otrzymał kilkadziesiąt tysięcy głosów. Nigdy nie ciągnęły się za nim żadne afery czy niejasności. Cała Polska zna też jego córkę Agatę, która zaczyna odgrywać coraz większą rolę w polskim świecie aktorskim.
Buzek doskonale potrafi sprzedawać się w mediach. Unika tematów kontrowersyjnych, ale chętnie angażuje się w spektakularne przedsięwzięcia - na przykład w grudniu ub. roku, gdy w spektaklu dobroczynnym Królewna Śnieżka organizowanym przez Polskę Dziennik Zachodni wcielił się w rolę krasnala. Cały czas podkreśla też swoje związki ze Śląskiem - rodzinnym Chorzowem, gdzie kończył szkołę i Gliwicami, gdzie w tej chwili mieszka. (...)


Legenda o dzwonie wylansuje Wrocław?
Gazeta Wyborcza, Beata Maciejewska 2008.04.20, Czy legenda o dzwonie wylansuje Wrocław
Po Dzwonie Grzesznika został dźwięk bicia jego serca, stare pocztówki i atrakcyjna legenda, którą zamierza wskrzesić Tomasz Sielicki. Chciałby wylansować miejską baśń Wrocławia i ma szansę to zrobić.
Sielicki jest studentem filologii słowiańskiej, ale Wrocław jest jego pasją. Wieżę kościoła Marii Magdaleny, na której wisiał Dzwon Grzesznika, oglądał z okna swojej klasy w IX Liceum przy Piotra Skargi. Dowiedział się, że na terenie jego szkoły i sąsiedniego Liceum Plastycznego istniały ludwisarnie i według tradycji to tu odlano Dzwon Grzesznika.
Sielicki: - Stało się to w 1386 roku, w dramatycznych okolicznościach, bo metal do formy wlał czeladnik, za co mistrz go zabił. Mordercę na śmierć skazano, ale przed egzekucją usłyszał głos swojego dzwonu.
A był on niezwykły - potężny, odbijający się od kamienic, długo płynął nad miastem. Dzwon ważył 113 cetnarów (ponad 7 ton), a gdy uderzono w niego 50 razy, następne 50 wybijał z rozpędu! Wrocławianie słuchali go ponad 500 lat - ostatni raz 17 maja 1945 roku, gdy kościół został zniszczony, a dzwon spadł.
- Zafascynowała mnie ta historia. To może być nasza miejska legenda. Kraków lansuje szewca i smoka, Warszawa syrenkę, a u nas pustka. Gdy Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miejskiego, pokazał mi list od przedwojennego mieszkańca Wrocławia, który prosił o tablicę pamiątkową dla Dzwonu Grzesznika, postanowiłem się tym zająć - mówi Sielicki.
Zaczął zbierać stare ryciny i pocztówki z dzwonem, dostał od ks. Piotra Mikołajczaka z kościoła św. Marii Magdaleny przedwojenne nagranie bicia Dzwonu Grzesznika. Potem napisał broszurkę o jego historii, zamieścił opowieść o nim na swojej stronie internetowej (www.slaskiwroclaw.info) i przygotował prezentację na www.youtube.com, aby każdy mógł posłuchać melodii najsławniejszego dzwonu Śląska.
Pomógł mu wydział kultury, który postanowił umieścić tablicę przypominającą historię Dzwonu Grzesznika na kamienicy przy ul. Piotra Skargi 23. Choć na ścianie domu od podwórza są wmurowane domniemane portrety mistrza Wildego i jego żony, legenda jest nieznana.
A należała do najpopularniejszych w przedwojennym Wrocławiu. - Dzieci uczyły się o niej w szkołach, tekst XIX-wiecznej ballady Wilhelma Muellera oparty na legendzie trafił do podręczników - mówi Maciej Łagiewski.
W 1996 roku rada miejska - aby zwiększyć atrakcyjność turystyczną Wrocławia - podjęła uchwałę o odtworzeniu słynnych dzwonów, w tym Dzwonu Grzesznika. Pomysł pozostał na papierze. Ale za to w czerwcu będziemy mogli zobaczyć na własne oczy mistrza Wildego i jego czeladnika.
- Wrocławski Teatr Lalek przygotowuje bajkobus, który będzie jeździł po Wrocławiu i wystawiał w plenerze legendy o Wrocławiu - mówi Jarosław Broda, dyrektor wydziału kultury.
Wśród nich jest opowieść o Dzwonie Grzesznika według scenariusza Mariusza Urbanka, dziennikarza Gazety Wyborczej.
Sielicki: - Chciałbym, żeby legenda stała się znów popularna. I żebyśmy kiedyś znów usłyszeli głos Dzwonu Grzesznika. (...)


Górny Śląsk uzbrajał III Rzeszę
Dziennik Zachodni, Katarzyna Piotrowiak, 2008.04.17, Region Śląsk był jednym z najważniejszych regionów zbrojeniowych w III Rzeszy
Region Śląsk był jednym z najważniejszych, obok Zagłębia Ruhry i Saary, regionów zbrojeniowych w III Rzeszy - napisał Mirosław Sikora. W trakcie czterech lat pracy nad książką historyk przerzucił tysiące teczek zgromadzonych w archiwach.
- Zaskoczyła mnie mnogość dokumentacji, która zachowała się do dziś. Przerzuciłem sterty teczek opatrzonych napisem Panther, w których przechowuje się projekty słynnego czołgu, produkowanego w latach 1944-1945 m.in. na Górnym Śląsku. To niesamowite, jak wiele jest jeszcze do odkrycia - mówił Sikora podczas wczorajszej promocji książki zorganizowanej w IPN.
Fragmenty czołgu Panther powstawały w Holdingu Berghutte w Katowicach. Pracownicy śląskich hut zespawali 130 kadłubów. Silniki i elementy zawieszenia były montowane w Niemczech, m.in. w Daimler-Benz. Sikorze udało się też dotrzeć do wielu istotnych informacji oraz projektów wykorzystywanych przy produkcji bomb lotniczych, podzespołów do transporterów opancerzonych, samolotów, okrętów podwodnych, a także amunicji artyleryjskiej i popularnej armaty przeciwlotniczej 88 mm, której produkcja w ostatnich latach wojny sięgała 260 sztuk miesięcznie. Produkcja tych armat stanowiła 40 proc. całej produkcji niemieckiej. Na Śląsku produkowane były też części do jednego z pierwszych precyzyjnych pocisków rakietowych lufttorpedo (torpedy powietrzne). Śląskie huty i zakłady, np. Huta Bismarck w Chorzowie czy Zgoda w Świętochłowicach, zajmowały się głównie produkcją podzespołów i nadwozia. W każdej z nich Armia Krajowa miała swoją siatkę zwiadowczą. (...)
Książka Mirosława Sikory została wydana Kuźnia broni III Rzeszy. Niemiecki przemysł zbrojeniowy na Górnym Śląsku podczas drugiej wojny światowej.


Tropiciele zaginionych dzieł sztuki
Dziennik Zachodni, Krzysztof P. Bąk 2008.04.04
Nikt dokładnie nie wie, ile dzieł sztuki zniknęło z naszego województwa. Najpierw wywozili je hitlerowcy i Sowieci, sporo wyparowało też w czasach PRL-u, a nawet w ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku.
- Chcemy je odnaleźć, zewidencjonować albo przynajmniej ustalić okoliczności ich zaginięcia - wyjaśnia historyk sztuki, a jednocześnie lider Ruchu Autonomii Śląska dr Jerzy Gorzelik.
- Pomysł jest dobry - ocenia Łucja Ginko, dyrektorka wydziału kultury śląskiego Urzędu Marszałkowskiego. - Najważniejsze by był przydatny i służył np. muzeom, konserwatorom zabytków, mieszkańcom...
W naszym regionie tego rodzaju pomysł to nowość, ale w kraju podobne prace były już prowadzone. We Wrocławiu kierował nimi prof. Jerzy Harasimowicz. - Dobra kulturalne ze Śląska znajdują się nie tylko za granicą, ale również w kraju. Wiedza zdobyta na ich temat jest nieoceniona - mówi.
Do największych spustoszeń wśród dóbr naszego dziedzictwa doszło w czasie II wojny światowej. - Najbardziej spektakularnym przykładem jest kustodia raciborska - mówi Gorzelik. - Wielka monstrancja, która wyszła spod ręki późnośredniowiecznego mistrza złotnictwa.
Gorzelik chce jednak przede wszystkim szukać dzieł sztuki, których nie ma w spisach rzeczy zaginionych konserwatorów zabytków. Choćby takich jak kamienna rzeźba Jana Nepomucena, która z mysłowickiego Rynku zniknęła najprawdopodobniej w czasach stalinowskich. Do dziś nie natrafiono na jej ślad.
Czy jest czego szukać? Historycy i znawcy sztuki przekonują, że tak. I podają przykłady: bytomskie lwy, które po latach odnalazły się w Warszawie, albo wystawione na aukcji w Londynie karty Graduału Raciborskiego. Ale o losie innych zaginionych zabytków i dzieł sztuki, jak choćby lwów ze Świerklańca, figur z przydrożnych kapliczek, wciąż niewiele wiadomo. - Zaginionych dzieł sztuki, pochodzących z naszego regionu jest mnóstwo, nawet trudno oszacować ile - uważa dr Jerzy Gorzelik, historyk sztuki z Uniwersytetu Śląskiego. - Wszelkie badania na ten temat są jak najbardziej sensowne. W Gdańsku ukaże się już trzeci tom, pokazujący utracone zasoby - ocenia prof. Jerzy Harasimowicz, historyk sztuki z Uniwersytetu Wrocławskiego. Pięć lat temu Harasimowicz realizował podobny projekt na Dolnym Śląsku.
Gorzelik chce rozpocząć ewidencję zaginionych dzieł sztuki na terenie województwa katowickiego i Opolszczyzny. Tworzeniem tej listy oprócz Gorzelika mają zająć się również absolwenci i studenci historii, działający w Ruchu Autonomii Śląska. Specjalną ankietę chcą rozesłać m.in. do proboszczów parafii, działaczy lokalnych towarzystw propagujących historię miast. O tym, że o zaginione rzeźby i obrazy warto pytać w kościołach przekonany jest Harasimowicz. - Wiele kościołów, zwłaszcza ewangelickich, było po prostu sprzedawanych. Cały szereg prospektów organowych i ołtarzy można znaleźć w świątyniach w innych częściach Polski - ocenia Harasimowicz.
Zdaniem Henryka Grzonki z Polskiego Radia Katowice, który prowadzi audycję o Śląsku, na tworzonej przez Gorzelika liście powinny się znaleźć dwa dzwony z drewnianego XVI-wiecznego kościółka w Łaziskach pod Rybnikiem. - To jedyna rzecz, której brakuje w tym, jednym z najstarszych na Śląsku drewnianych kościółków i jednym z nielicznych, które stoją w swoim pierwotnym miejscu - opowiada Henryk Grzonka. - Hitlerowcy wywieźli te dzwony do portu w Hamburgu, gdzie miały być przetopione. Najstarsze zostawiono na koniec, więc ocalały, bo skończyła się wojna. Jeden znalazł się pod Bremą, inny w Bawarii. Jeszcze ich nie odzyskano. (...)
Jerzy Gorzelik dodaje, że na liście powinny znaleźć się również muzealia, których aktualne miejsce pobytu jest znane. - Wiele pochodzących ze Śląska dzieł znajduje się w zbiorach innych muzeów, często leżą w magazynach - twierdzi Gorzelik. - Nasze badanie wykazały, że nie ma w Polsce muzeum, w którym nie byłoby eksponatów ze Śląska - dodaje Harasimowicz.

Ewald Gawlik / za: Izba Śląska  wiecej zdjęć
Archiwum artykułów:
  • 2010 luty
  • 2009 grudzień
  • 2009 listopad
  • 2009 październik
  • 2009 wrzesień
  • 2009 sierpień
  • 2009 luty
  • 2008 grudzień
  • 2008 listopad
  • 2008 październik
  • 2008 wrzesień
  • 2008 sierpień
  • 2008 lipiec
  • 2008 czerwiec
  • 2008 maj
  • 2008 kwiecień
  • 2008 marzec
  • 2008 luty
  • 2008 styczeń
  • 2007 grudzień
  • 2007 listopad
  • 2007 październik
  • 2007 wrzesień
  • 2007 sierpień
  • 2007 lipiec
  • 2007 czerwiec
  • 2007 maj
  • 2007 kwiecień
  • 2007 marzec
  • 2007 luty
  • 2007 styczeń
  • 2006 grudzień
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień

  •    Mówimy po śląsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-19, stosujemy Cookies         do góry