Zobacz Śląsk!
 Zobacz Śląsk! > Rybnik > w prasie > 04.2006
Archiwum prasowe
  • 2005 marzec
  • 2005 kwiecien
  • 2005 maj
  • 2005 czerwiec
  • 2005 lipiec
  • 2005 sierpień
  • 2005 wrzesień
  • 2005 październik
  • 2005 listopad
  • 2005 grudzień
  • 2006 styczeń
  • 2006 luty
  • 2006 marzec
  • 2006 kwiecień
  • 2006 maj
  • 2006 czerwiec
  • 2006 lipiec
  • 2006 sierpień


  • Aktualny miesiąc


  • Rybnik w ZŚ!
    Serwis rybnicki w Zobacz Śląsk! powstaje przy współpracy z:
  • Miejski Portal Rybnicki
  • Pracownia topPROJECT

  • Rybnik w prasie - kwiecień 2006

    Niespodzianka RKM-u Rybnik
    Gazeta Wyborcza, Leszek Błażyński 27.04.2006
    RKM Rybnik dostał się w tym roku do ekstraligi dzięki dobrej bazie. Wygląda na to, że nawet jeśli rybniczanie zajmą w niej ostatnie miejsce, to... nie zostaną zdegradowani.
    Jak to możliwe? Dobre zaplecze i infrastruktura będą decydować o kształcie dziesięciozespołowej ligi zawodowej także w 2007 roku.
    W zeszłym sezonie Rekiny zajęły trzecie miejsce w I lidze, ale otrzymały licencję na starty w ekstralidze w miejsce zadłużonego Lotosu Gdańsk. Było to spowodowane faktem, że stadion miejski w Rybniku spełnia wszelkie warunki licencyjne. Ma dobre oświetlenie, ponad dziesięć tysięcy miejsc siedzących oraz monitoring. W tym roku zainstalowano również dmuchane bandy.
    W tym sezonie ostatni zespół w ekstralidze powinien spaść do I ligi, a przedostatni rozegrać baraż z drugą drużyną z pierwszej ligi. Po trzech kolejkach RKM jest na ósmym miejscu z zerowym dorobkiem i wszystko wskazuje na to, że zajmie ostatnie miejsce. Mimo to rybniczanie nie spadną! - O tym, kto dostanie się do dziesięciozespołowej ligi, będą decydować wyniki sportowe oraz wymogi licencyjne. Naszym dużym atutem jest stadion - przekonuje szef klubu Aleksander Szołtysek. Dwa brakujące miejsce zajmą drużyny, które mają dobrą infrastrukturę sportową. W I lidze walka o awans toczy się pomiędzy ZKŻ Zielona Góra, Intarem Ostrów Wielkopolski i Sipmą Lublin. Żaden z tych klubów nie posiada na stadionie oświetlenia. ZKŻ i Intar mają wkrótce je zainstalować, a Sipmy na to nie stać. Nawet jeśli założymy, że Zielona Góra i Ostrów zmodernizują swoje stadiony i dostaną się do elity, w lidze zawodowej wciąż zostanie jedno miejsce, które zajmie właśnie rybnicki klub. - Na razie o tym nie myślimy. Będziemy chcieli na torze udowodnić, że zasługujemy na starty w ekstralidze. Jeśli faktycznie dostaniemy się do ligi zawodowej, najważniejsze będzie to, aby zespół zaczął lepiej jeździć. Faktycznie mamy piękny stadion, ale co z tego, skoro będziemy na nim ponosić same porażki? Na pewno w przyszłym sezonie przyda nam się mocny obcokrajowiec, który będzie liderem zespołu. Jazda w tym roku w ekstralidze również powinna zaprocentować - uważa żużlowiec Roman Chromik.

    Wieża będzie remontowana
    Dziennik Zachodni, 27.04.2006 Karina Sieradzka
    Ponad 782 tysiące złotych kosztować będzie adaptacja wieży ciśnień, znajdującej się na terenie zabytkowej kopalni Ignacy w Niewiadomiu, na wieżę widokową. Miasto otrzymało na ten cel dofinansowanie z budżetu państwa oraz z Unii Europejskiej. Unia dołoży najwięcej, bo prawie 600 tysięcy złotych, z budżetu państwa Rybnik otrzyma na wieżę nieco ponad 78 tysięcy złotych. Z budżetu miasta na ten cel pójdzie ponad 117 tysięcy złotych.
    - To drugi, bardzo konkretny krok, by uratować kopalnię Ignacy. Pierwszym było wpisanie obiektów do rejestru zabytków. Mamy nadzieję, że teraz kolejne kroki będą już łatwiejsze - mówi Ewa Mackiewicz ze Stowarzyszenia Zabytkowej Kopalni Ignacy, które od początku jest najbardziej zaangażowane w ratowanie zabytku.
    Wieża ciśnień składa się z trzonu oraz zbiornika na wodę. Murowany trzon wieży powstał około 1880 roku, wówczas był kominem. W 1952 r. na jego szczycie dobudowano stalowy zbiornik wodny o unikalnej konstrukcji.
    Wieża ma obecnie wysokość 46 metrów. Dodając do tego wysokość bezwzględną terenu otrzymujemy najwyższy w okolicy obiekt, z którego możliwa jest obserwacja panoramy Rybnika, a także sąsiednich miast.
    W ramach przewidzianych projektem technicznym prac zaplanowano m.in.: zdemontowanie rurociągów wewnątrz wieży, rozbiórkę przybudówki, rozebranie pokrycia dachu i ścian obudowy zbiornika, wykonanie schodów zewnętrznych, pomostu widokowego i posadzki. Wieża wyposażona zostanie też we wszelkie niezbędne instalacje, będzie też gruntownie odnowiona.
    Jednorazowo z wieży będzie mogła korzystać grupa do 15 osób.
    - Przy takich inwestycjach największe ryzyko polega na niemożliwych do przewidzenia niespodziankach, które mogą się pojawić już w trakcie prac remontowych i adaptacyjnych - podkreśla Adam Fudali, prezydent Rybnika. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, prace rozpoczną się już w maju, a zakończą w październiku przyszłego roku. A miasto już teraz przymierza się do zdobywania kolejnych dotacji na ratowanie kopalni Ignacy, ze środków na lata 2007-2013. - Trzeba zabezpieczyć 15 procent środków w budżecie i pisać wnioski o dotacje - mówi prezydent Fudali.

    Aktorskie sztuczki złodzieja
    Dziennik Zachodni, 27.04.2006 Mirosława Książek
    Para oszustów, podając się za pracowników spółdzielni mieszkaniowej, okradła starszą rybniczankę. 76-letnia kobieta straciła 100 złotych i wszystkie dokumenty!
    Do zdarzenia doszło w godzinach południowych, w jednym z mieszkań przy ulicy św. Józefa w Rybniku. Oszuści działali w bardzo sprytny sposób.
    Jeden z nich zadzwonił do mieszkania, w którym samotnie przebywała starsza pani. Przedstawił się jako pracownik spółdzielni, który musi sprawdzić antenę telewizyjną. Po skończeniu kontroli poprosił niczego nie podejrzewającą kobietę o przedstawienie jakiegoś dowodu tożsamości. W czasie, gdy rybniczanka pokazywała mu dokumenty, wyjęte z portfela, do drzwi mieszkania zapukał wspólnik oszusta. Gdy starsza pani otworzyła, zapytał, czy jest tam jego kolega, bo on już skończył pracę u sąsiadów i czeka na niego. Kolega odpowiedział, że także już skończył i obaj wyszli z mieszkania. Dopiero po pewnym czasie lokatorka zorientowała się, że rzekomy pracownik spółdzielni zniknął z jej portfelem i dokumentami.
    - Całe zdarzenie było bardzo realistyczne, oszuści zadbali o wiarygodność sytuacji - opowiada nadkom. Aleksandra Nowara, rzeczniczka policji w Rybniku.
    Największym problemem jest dla rybniczanki strata dokumentów, bo teraz będzie musiała na nowo je wyrabiać. Nie dosyć, że dla starszej osoby będzie to kłopotliwe, to także kosztowne.
    Policjanci przestrzegają przed wpuszczaniem do domu nieznanych osób.
    - Jeśli ktoś mówi, że jest ze spółdzielni, warto poprosić go o pokazanie jakiegoś identyfikatora. Można też samemu zadzwonić do administracji i upewnić się, czy wysyłano jakichś pracowników. W ostateczności, jeśli jest się samemu w domu, można poprosić o towarzystwo sąsiada lub bliską osobę - radzi nadkom. Nowara.

    Miasto objazdów
    Dziennik Zachodni, km 25.04.2006
    Kolejna droga została zamknięta w Rybniku. Tym razem jest to ulica Boguszowicka. Kierowcy już wczoraj musieli korzystać z objazdów. Nie byli szczęśliwi z tego powodu, tym bardziej że narażeni są na olbrzymie korki, zwłaszcza wyjeżdżając z ulicy Gotartowickiej na ruchliwą ulicę Żorską.
    - To jakiś koszmar, przez te korki spóźnię się do pracy. Czy nie można tu ustawić świateł? - denerwował się wczoraj Marcin Moskalik, który usiłował wyjechać z ulicy Gotartowickiej w Żorską i utknął w korku.
    - Zamknięcie drogi było konieczne z powodu budowy kanalizacji sanitarnej. Sytuacja jest przez cały czas monitorowana. Niewykluczone, że, jeżeli specjaliści uznają to za konieczne, na skrzyżowaniu Gotartowickiej i Żorskiej postawiona zostanie sygnalizacja świetlna - mówią w urzędzie miasta. Zamknięcie ulicy Boguszowickiej planowane jest aż do końca czerwca, mieszkańcy mogą dojechać do swoich posesji jedynie w godzinach od 16. do 7.30. Powodu do zadowolenia nie mają też niezmotoryzowani. Ci, którzy mieszkają w okolicach przystanków Raszowiec i Ligota Boguszowicka, muszą teraz korzystać z przystanków w Boguszowicach Starych i Ligota skrzyżowanie. Resztę drogi trzeba przejść na piechotę.
    To, niestety, nie koniec niepomyślnych wieści dla kierowców i mieszkańców. Już niedługo szykują się kolejne objazdy w związku z planowanym zamknięciem wiaduktu na ul. Wodzisławskiej. Nadal też niegotowe jest rondo przy ul. Dworek. Jedyną pociechą mogą być plany miasta dotyczące remontu ulicy Żorskiej. Adam Fudali, prezydent Rybnika zapowiedział, że będzie robił wszystko, by ulica Żorska, także na odcinku przy Tesco, została wyremontowana w trakcie długiego majowego weekendu. - Ruch jest wtedy mały, to dobry czas, by zająć się pracami drogowymi - mówi Adam Fudali.

    Wirtualni oszuści z Rybnika
    Dziennik Zachodni, Jacek Bombor 21.04.2006
    Wśród poszkodowanych są ludzie z całej Polski, najczęściej ludzie biedni, bezrobotni. Omamieni wizją świetlanej przyszłości za granicą, porzucali dotychczasowe zajęcia.
    Śledztwo w sprawie szajki oszustów zakończyła wczoraj prokuratura rejonowa w Rybniku. - O zorganizowanie całego procederu oskarżyliśmy czterech mężczyzn i kobietę. Działali w sposób wyjątkowo cyniczny, bo ich ofiarami byli często najubożsi, którzy zapożyczali się, by wpłacić na podane konto pieniądze za rzekome pośrednictwo - wyjaśnia prowadzący śledztwo prokurator Mariusz Lampart z Prokuratury Rejonowej w Rybniku.
    Sprawa zaczęła się na początku ubiegłego roku, gdy w ogólnopolskiej telewizyjnej telegazecie i Internecie pojawiły się anonse od przedstawicieli rzekomo kilkunastu dużych, zachodnich firm m.in. z Belgii, Holandii, Irlandii. - Proponowano zatrudnienie, przeważnie w ogrodnictwie. Jedna z ofert mówiła nawet o pracy w fabryce przy pakowaniu margaryny. Dobre wynagrodzenie w wysokości od 6 do 7 euro za godzinę - przypomina prokurator Lampart.
    W ogłoszeniach podawano namiary do przedstawicieli firmy i numer konta, gdzie należało wpłacać od 260 do 410 złotych. Pieniądze miały być przeznaczone m.in. na ubezpieczenie i załatwienie formalności związanych z dojazdem. Sprawcy wysyłali zainteresowanym pisemne potwierdzenia. Wszystko wyglądało bardzo wiarygodnie, była kopia umowy, pieczęcie, podpisy.
    Konta w bankach zakładano na tzw. słupy, czyli podstawione osoby. Przestępcy płacili im kilkaset złotych. Na efekty ich pracy nie trzeba było długo czekać. Prokuratura ustaliła listę 384 pokrzywdzonych z całej Polski po szczegółowej analizie wyciągów bankowych. Po wpłaceniu pieniędzy bezrobotni mieli czekać na kontakt z firmy, by ustalić ostateczny termin wyjazdu. - W tym czasie kontakt się urywał, bo oszuści zmieniali numery telefonów - wyjaśnia Lampart.
    Grupa działała od stycznia 2005 do kwietnia. Na ich konto wpłynęło ponad 100 tysięcy złotych. Jak prokuratura wpadła na ich trop?
    - Ludzie z całej Polski wysyłali do nas doniesienia, że właśnie z Rybnika fikcyjne firmy nadsyłały do nich swoje oferty. Zdradziły ich stemple pocztowe. - wyjaśniają stróże prawa.
    Podejrzany Kazimierz P. wcześniej odsiadywał wyrok za takie samo przestępstwo. Dwóch innych, Tadeusz J. i Zbigniew B., było karanych za przestępstwa przeciwko mieniu. Jedną z organizatorek była także kobieta, Maria S. Podejrzanym grozi od sześciu miesięcy do 12 lat więzienia.
    Eksperci przypominają, że działalność nieuczciwych biur może się nasilić w okresie letnim, gdy proponowane są sezonowe wyjazdy za granicę. Monika Hepner-Pyziak, kierownik Biura Promocji Zatrudnienia Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach uważa, że można ustrzec się przed nieuczciwymi pośrednikami pracy. W jaki sposób?
    - Zanim podpiszemy umowę i cokolwiek zapłacimy, musimy sprawdzić, czy agencja ma dokument potwierdzający wpis do rejestru agencji zatrudnienia na prowadzenie pośrednictwa. Wpis do rejestru potwierdza certyfikat. Wydaje go WUP w imieniu marszałka województwa - przypomina pani kierownik.

    Konflikt, którego nie ma?
    Dziennik Zachodni, Tomasz Siemieniec 21.04.2006
    Dwójka z szóstką od zawsze się lały. Tak było i tak będzie, na wieki wieków - mówi Piotrek, nastolatek z Rybnika. Dlaczego dzieciaki z Gimnazjum nr 6 umawiają się na bójki z rówieśnikami z Gimnazjum nr 2? Na to pytanie brak sensownej odpowiedzi...
    Gdy pytamy nauczycieli, czy słyszeli o konflikcie pomiędzy uczniami szkół, odpowiadają: - Nie ma żadnego konfliktu, możecie to napisać dużymi literami.
    Więc o co w tym wszystkim chodzi? No właśnie, spróbujmy to wyjaśnić, bo takie problemy są pewnie w wielu polskich szkołach.
    Wokół walki klas
    Niedawno rybnicka policja zapobiegła wielkiej bitwie gimnazjalistów, którzy umówili się na tzw. ustawkę. Policja zatrzymała wtedy osiemnastu chłopców w wieku od 15 do 17 lat, byli uzbrojeni w drewniane pałki. - Chodziło o wyrównanie rachunków pomiędzy dwoma gimnazjami z jednego osiedla - mówi nadkom. Aleksandra Nowara z rybnickiej policji.
    Dyżurny komendy odebrał zgłoszenie o podejrzanej grupie młodych osób, które zgromadziły się na boisku w rejonie ul. Dworcowej. Już po kilku minutach na miejscu było pięć policyjnych patroli. - Na widok policjantów dzieciaki zaczęły uciekać w kierunku dworca PKP i ulicy Kościuszki. Funkcjonariusze zatrzymali kilkunastu uczniów dwóch rybnickich gimnazjów. Wszyscy zachowywali się bardzo agresywnie - mówi Nowara. Podczas przeszukania policjanci znaleźli pod kurtkami chłopców kilka drewnianych pałek, które miały być użyte podczas bójki.
    - Ustawki są znane z działalności pseudokibiców. Dwie grupy umawiają się w jakimś miejscu, żeby się bić - tłumaczy policjantka. Gimnazjaliści przyznali, że na bójkę umawiali się przez internet już od kilku tygodni.
    Według policji, uczniowie obu gimnazjów od dłuższego czasu wzajemnie się zaczepiali. - Żaden z zatrzymanych nie potrafił podać przyczyn konfliktu. Tłumaczyli jedynie, że już od dawna się nie lubią - mówi Nowara.
    Lejemy się od lat
    Piotrek, który jest uczniem jednego z gimnazjów, twierdzi, że od lat między dwiema szkołami istnieje konflikt.
    - Nikt nie wie dlaczego, ale wszyscy wiedzą, że dwójka z szóstką od zawsze się biją - mówi Piotr. - Dość często dochodzi do mniejszych lub większych bójek, ale nikt o nich głośno nie mówi. Wszystko jest załatwiane po cichu - dodaje gimnazjalista.
    Słowa Piotrka potwierdza jego starszy kolega Jacek, dziś uczeń liceum. - Za moich czasów było kilka bójek. Największa ustawka miała miejsce chyba trzy lata temu, na kortach tenisowych koło marketu Real - wspomina licealista. - Pobiliśmy się i poszliśmy do domów - dodaje Jacek. O co poszło? - O nic - odpowiada krótko. Dodaje, że nie były to jakieś szczególnie brutalne sytuacje. - Chłopaki w tym wieku zawsze lubiły się bić. Jak się komuś wleje, to człowiek zyskuje szacunek wśród kolegów - mówi inny rybnicki licealista. Jego zdaniem to pewien rodzaj nobilitacji w grupie. A rywalizacja między szkołami, to po prostu rywalizacja między dwiema grupami. Piłkarze walczą na boisku, bokserzy w ringu, a kibice tłuką się po meczach. Ludzie potrzebują gdzieś wyładować agresję.
    Sygnałów nie było
    Co ciekawe, nauczyciele niewiele wiedzą o tych niezwykłych pozalekcyjnych zainteresowaniach uczniów. Dyrektorzy obu gimnazjów zgodnie twierdzą, że nie ma żadnej wojny między ich szkołami.
    - Nie było jakichkolwiek sygnałów o nieporozumieniach między uczniami - mówi Kornelia Cincio, dyrektor Gimnazjum nr 6 w Rybniku. - Gdyby takie informacje do nas dotarły, zareagowalibyśmy natychmiast.
    Podobnego zdania jest Marek Stojko, dyrektor Gimnazjum nr 2. - Od lat z sąsiednim gimnazjum dobrze nam się współpracuje. Pytałem swoich uczniów, czy brali udział w tym zdarzeniu. Zapewnili, że nie - mówił miesiąc temu Stojko.
    Kilka dni po zdarzeniu wyszło jednak na jaw, że wśród zatrzymanych przez policję chłopców było siedmiu uczniów z Gimnazjum nr 2 i sześciu z Gimnazjum nr 6. - Policja nie mogła nam podać nazwisk chłopców, którzy zostali zatrzymani. Doszliśmy do tego swoimi sposobami - mówi tajemniczo Aleksandra Zorychta, zastępca dyrektora Gimnazjum nr 2.
    W podobny, tajemniczy sposób nauczyciele ustalili nazwiska uczniów z Gimnazjum nr 6. W obu szkołach odbyły się poważne rozmowy z uczniami i ich rodzicami. - Zaprosiliśmy na pogadankę policjanta, który uświadomił uczniom, jakie konsekwencje mogą ich czekać za takie zachowanie - mówi Aleksandra Zorychta. - Wydaje mi się, że dotarło to do uczniów - dodaje dyrektorka.
    Spotkali się przypadkiem
    Kuratorium Oświaty następnego dnia po niedoszłej bijatyce poleciło dyrektorom obu gimnazjów, zdiagnozowanie sytuacji i podjęcie ewentualnych działań. Co to dokładnie znaczy? Nie wiadomo.
    - Dyrektorzy stwierdzili, że nie ma żadnego konfliktu między szkołami. Teraz mają czas na wprowadzenie programów profilaktycznych - mówi Maria Lipińska, zastępca dyrektora rybnickiej delegatury śląskiego kuratorium oświaty.
    - Zapytaliśmy naszych uczniów w anonimowej ankiecie, czy taki konflikt istnieje. Wszyscy odpowiedzieli, że nie - dodaje Aleksandra Zorychta.
    Nauczyciele zapytali również swoich wychowanków, co było powodem niedoszłej bójki. Wszyscy tłumaczyli, że spotkali się na boisku Ryfamy zupełnie przez przypadek.
    - Jeden szedł do babci, drugi do kolegi po płyty, a inny do sklepu komputerowego - opowiada Aleksandra Zorychta. Nikomu nie udało się ustalić, co było przyczyną ustawki, nawet policji.
    Fałszywe zeznania
    - Ustawka to za mocne słowo - oponuje asp. Marek Budzik, szef zespołu ds. nieletnich i patologii KMP w Rybniku. - W czasie postępowania ustaliliśmy, że dwóch chłopaków miało z sobą na pieńku. Umówili się na pojedynek na gołe pięści. Każdy z nich zaprosił kolegów, którzy mieli wystąpić w roli ochrony. Mieli pilnować, żeby nikt się nie wtrącał do ich pojedynku - wyjaśnia policjant.
    O co poszło chłopcom? Wciąż nie wiadomo. Problem w tym, że chyba nigdy się nie dowiemy. Co prawda wszystkie materiały zebrane przez policjantów trafiły do Sądu Rodzinnego i Nieletnich. Jednak już teraz wiadomo, że chłopcy nie popełnili żadnego czynu zakazanego prawem.
    - Do bójki na szczęście nie doszło, zatem nic się nie stało - mówi asp. Budzik. Spośród osiemnastu uczniów zatrzymanych w połowie marca, tylko dwóch odpowie za składanie fałszywych zeznań. - Ci dwaj uczniowie mogą być pewni, że poniosą konsekwencje. Co do reszty, o tym zdecyduje sąd. Być może sąd uzna, że zachowanie młodych ludzi było przejawem demoralizacji - dodaje Marek Budzik.
    Stróże prawa twierdzą, że sensacje opowiadanie przez uczniów są dziełem ich bogatej wyobraźni.
    - Dobrze znamy to środowisko i nie mieliśmy od lat sygnałów o bójkach - twierdzi asp. Marek Budzik.
    - I bardzo dobrze, że o niczym nie wiedzą - mówi Piotrek i dodaje: - Przecież nie bijemy się po to, żeby nas policja zwijała.
    Czy rozmowa z pedagogiem pomogła? Piotrek tylko się uśmiecha...
    Brak porozumienia
    W całej tej sytuacji najbardziej niepokoi całkowity brak porozumienia między nauczycielami a uczniami. Pedagodzy mówiąc o sprawie bazują na wynikach badań przeprowadzonych wśród uczniów. Gimnazjaliści w ankietach stwierdzili oczywiście, że żadnych tarć między szkołami nie ma. Napisali po prostu to, co chcieli od nich usłyszeć nauczyciele...
    Ci sami uczniowie pytani o sprawę przez reportera DZ, twierdzą zupełnie co innego. Bez oporów mówią o bójkach i konfliktach. Okazuje się, że w tej sytuacji ankiety i szkolne pogadanki nie są żadnym rozwiązaniem...
    Co to jest ustawka
    To umówiona bijatyka ludzi deklarujących przynależność do zwaśnionych grup, najczęściej kibiców. Bywa, że w walce biorą udział osobnicy zainteresowani wyłącznie przemocą. Zjawisko pojawiło się w Polsce w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy policja wspólnie z organizatorami meczów piłkarskich ograniczyła możliwość kontaktu kibiców przeciwnych drużyn na stadionach. Przed bójką strony dokładnie ustalają liczbę uczestników, narzędzia dozwolone w trakcie walki, a nawet wiek uczestników. Typowa ustawka odbywa się bez broni i ochraniaczy, chociaż czasami stosowane są bandaże na ręce, rękawice oraz ochraniacze na zęby. Ma miejsce w ustronnym miejscu, a jedynymi świadkami starcia są obserwatorzy - również umówiona liczba osób z ekip biorących udział w bijatyce. W ustawce uczestniczą również obserwatorzy ekip postronnych, którzy sprawdzają, czy odbywa się ona zgodnie z zasadami. Członkowie poszczególnych band często filmują swoje wyczyny. W walkach obowiązuje zazwyczaj zasada leżących nie kopiemy, o ile ci nie przejawiają już ochoty do walki. Ustawka, w zależności od liczby osób w niej walczących, trwa do kilku minut. Ustawka kończy się poddaniem przez pokonaną ekipę. Z punktu widzenia prawa takie bójki są nielegalne, jednak ich uczestnicy nie są aktywnie ścigani przez policję, o ile w ich trakcie nie dojdzie do poważnych uszkodzeń ciała.

    Ogródkowy biznes
    Dziennik Zachodni, Karina Sieradzka 21.04.2006
    Ile można zarobić na ogródku piwnym, ustawionym na rybnickim rynku? Tysiące. To intratny interes, wiedzą o tym właściciele lokali, wiedzą w urzędzie miasta. Dlatego co roku nie brakuje chętnych do wyścigu na wynajem płyty rynku. Jeden z takich wyścigów znalazł swój finał w sądzie.
    Koszty, w wysokości 140 tysięcy złotych, ponieśli mieszkańcy Rybnika! Bo odszkodowanie wraz z odsetkami tej wysokości wypłacił urząd prywatnemu przedsiębiorcy.
    Sprawa zaczęła się dosyć dawno, bo w 2000 roku, ale ciągnęła się latami. W marcu 2000 roku miasto zaprosiło kilka firm do wzięcia udziału w przetargu na dzierżawę ogródków letnich na płycie rynku. Wśród nich znalazła się spółka cywilna Anmar z Rybnika, której współwłaścicielem był Andrzej Korbasiewicz. - Przystąpiliśmy do przetargu zgodnie z zasadami. Złożyliśmy najbardziej korzystne dla miasta oferty na dzierżawę dwóch ogródków. Wygraliśmy - wyjaśnia Andrzej Korbasiewicz.
    Firma Anmar zaczęła się szykować do podpisania stosownych umów. Tymczasem po tygodniu właściciele zostali poinformowani, że przetarg... unieważniono. Miasto tłumaczyło to protestami innych uczestników przetargu. Właściciele firmy Anmar napisali więc odwołanie do urzędu, dając wyraz swojemu zdziwieniu całą sytuacją oraz swojemu niezadowoleniu. - Próbowaliśmy załatwić sprawę polubownie. Wiele razy proponowaliśmy to miastu. Ale bez skutku. Wreszcie nie pozostało nam nic innego, jak wystąpić na drogę sądową - mówi Andrzej Korbasiewicz. Dodaje, że wynik przetargu nie podobał się niektórym właścicielom lokali usytuowanych bezpośrednio przy rynku. Już podczas przetargu w urzędzie wybuchła wrzawa spowodowana niezadowoleniem niektórych właścicieli lokali z powodu dopuszczenia do przetargu zbyt dużej ilości przedsiębiorców. Właściciele lokali na rynku nie chcieli, by do przetargu dopuszczona została konkurencja spoza rynku. Firma Anmar miała lokale gastronomiczne przyrynku oraz poza nim. - Skargi uczestników przetargu dotyczyły dopuszczenia do przetargu oferentów, w tym pana Korbasiewicza, którzy nie spełniali warunków określonych w zasadach zagospodarowania płyty rynku, chodziło m. in. o lokale, które nie przylegają bezpośrednio do płyty rynku i nie mają dostępu do toalet - wyjaśnia Krzysztof Jaroch, rzecznik prasowy prezydenta Rybnika.
    Andrzej Korbasiewicz mówi na to, że to przecież miasto zaprosiło go do przetargu, a w dokumentacji przetargowej nie było mowy o dostępie do sanitariatów i położeniu lokalu przy płycie rynku. Poza tym, Korbasiewicz był wtedy współwłaścicielem Baru Centralnego, bezpośrednio przylegającego do rynku. Razem ze wspólnikiem przymierzali się do remontu lokalu, tak, by można było w nim urządzić powiększone sanitariaty. Po nieudanych negocjacjach z miastem firma Anmar wystąpiła na drogę sądową. Zażądała od miasta odszkodowania za utracony zysk, który zapewne osiągnęłaby, gdyby mogła prowadzić ogródek letni.
    Proces ciągnął się latami. Miasto przegrało we wszystkich instancjach. Ostatecznie musiało wypłacić nie tylko kwotę odszkodowania, ale także bardzo wysokie odsetki, w sumie 140 tysięcy złotych. - Sprawa odsetek to wynik długotrwałości procesu, a nie wina miasta, proces trwał prawie cztery lata - broni miasta Krzysztof Jaroch. Obecnie miasto nie organizuje przetargów na dzierżawę płyty rynku pod ogródki letnie. - Sprawy dzierżawy regulowane są co roku w drodze umów cywilnych zawieranych pomiędzy miastem i właścicielami lokali - wyjaśnia Krzysztof Jaroch.
    Na co można wydać 140 tysięcy złotych?
    - na budowę chodników, starczyłoby na 1400 metrów kwadratowych,
    - na pokrycie kosztów obiadów dla dzieci w stołówkach szkolnych, starczyłoby na 56 tysięcy posiłków.

    Drzewka zamiast baterii
    Dziennik Zachodni, km 21.04.2006
    Warto zbierać zużyte baterie, bo można za nie dostać sadzonkę drzewka. Na taki pomysł wpadł urząd miasta. Okazją są zbliżające się obchody V Dni Ziemi, Wody i Powietrza. Odbędą się one w dniach od 15 do 17 maja i wtedy też będzie okazja wymienić zużyte baterie na sadzonki. - Zostało jeszcze trochę czasu, ale właśnie o to chodzi, żeby można było zgromadzić te zużyte baterie. To sposób na wyrobienie w ludziach pozytywnego odruchu składowania zużytych baterii. Zwykle bowiem tego typu odpady wyrzuca się gdzieś pokątnie - mówi Janusz Fidyk, nadleśniczy w Nadleśnictwie Rybnik. Dodaje, że nadleśnictwo bardzo chętnie włącza się w tego typu akcje. - Dajemy nasze sadzonki, które rosną w dwóch szkółkach: w Wielopolu oraz w naszej pięciohektarowej szkółce w lesie. Do tej pory nie braliśmy udziału w takiej akcji, więc trudno przewidzieć, jakie będzie zainteresowanie. Uważam jednak, że to bardzo dobry pomysł - dodaje nadleśniczy.
    Żeby dostać sadzonkę drzewa, trzeba zebrać co najmniej 10 zużytych baterii. Między 15 a 17 maja baterie będą odbierane w Laboratorium Nowoczesnych Technologii Przemysłowych Politechniki Śląskiej - Centrum Kształcenia Inżynierów, mieszczącym się przy ul. Rudzkiej 13 w Rybniku. Tam też wydawane będą karteczki-talony, uprawniające do odbioru sadzonek. Te z kolei będą wydawane w gospodarstwie szkółkarskim rybnickiego nadleśnictwa w Wielopolu.

    Znowu UM burzy nasz zabytek!!!
    Dziennik Zachodni, Adrian Czarnota 21.04.2006
    Budowa gmachu Sądu Okręgowego przy ul. Piłsudskiego w Rybniku nie rozpocznie się w tym roku. Dopiero jesienią miasto ogłosi przetarg na rozbiórkę budynku byłej szkoły muzycznej, który tam stoi.
    W miejscu gdzie kiedyś kształcili się młodzi muzycy ma stanąć budynek sądu. Teraz jego wydziały rozsiane są po całym regionie. Wydział karny mieści się aż w Wodzisławiu Śląskim.
    W ciasnej siedzibie Powiatowego Urzędu Pracy w Rybniku są wydziały pracy i ubezpieczeń społecznych. W budynku przy ulicy Piłsudskiego, który nie spełnia norm mieści się wydział cywilny. Nowa siedziba oznacza dla pracowników lepsze warunki pracy, a dla mieszkańców możliwość szybszego załatwienia spraw urzędowych, bo wszystko będzie wreszcie na miejscu. - Taki gmach, w którym będą mieściły się wszystkie wydziały ułatwi nam pracę. Blisko są też dworce PKP i PKS. Mieszkańcy również powinni być zadowoleni, bo dojazd będzie świetny - wyjaśnia sędzia Tomasz Pawlik, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gliwicach.
    W nowym budynku poza wydziałami okręgówki, znajdzie się miejsce dla Wydziału Ksiąg Wieczystych i Wydziału Gospodarczego Sągu Rejonowego, które już dawno przestały się mieścić w budynku rybnickiego zamku. Wszyscy więc czekają z na rozpoczęcie budowy. Niestety, będą musieli uzbroić się jeszcze w cierpliwość.
    Budowa nowego gmachu nie ruszy bez wyburzenia starego, a tego bez przetargu nie można zrobić. - Wykonawca rozbiórki budynku byłej szkoły wyłoniony zostanie w przetargu najprawdopodobniej dopiero jesienią bieżącego roku. Jest szansa, że rozbiórka ruszy jeszcze w tym roku - wyjaśnia Krzysztof Jaroch z rybnickiego magistratu.
    Fundusze na tę inwestycję będą pochodzić z budżetu miasta Rybnik oraz z budżetu państwa. Miasto do tej pory sfinansowało projekt, zapłaci też za wyburzenie starej szkoły, przebuduje drogi w tym rejonie, uzbroi teren w ciepło, energię elektryczną, wodę oraz kanalizacje sanitarną. Finansowaniem dalszych prac zajmie się Ministerstwo Sprawiedliwości. - Szacunkowy koszt budowy sądu.
    to około dwadzieścia milionów złotych. Planowana inwestycja zostanie zrealizowana, w zależności od zasobności budżetu państwa, w ciągu od trzech do pięciu lat - wyjaśnia sędzia Pawlik.
    Jednak to na razie tylko plany, podobno już bardzo bliskie i realne, ale nadal plany. Póki co, wokół starej szkoły nic się nie dzieje. Otoczenie budynku jest w opłakanym stanie. Wyrwana furtka, przewrócone ogrodzenie, przez które część pieszych skraca sobie drogę na dworzec. - Codziennie przechodzę koło tego gmachu, gdy idę na przystanek. Myślałem, że ten budynek to zabytek i dlatego miasto nic z nim nie robi. Przypomina upiorne zamczysko - mówi Maciej Łosoń, mieszkaniec ulicy Jankowickiej w Rybniku.
    Przeprowadzki Szafranków
    Rybnicka szkoła muzyczna, wielokrotnie zmieniała swoją siedzibę. Powstała 1 września 1939 roku. Założyli ją bracia Karol i Antoni Szafrankowie, gruntownie wykształceni muzycy. Pierwszą siedzibą szkoły muzycznej był nieistniejący już budynek u zbiegu ulic Chrobrego i 3 Maja. Szkoła mieściła się wtedy na terenie parku, z którego korzystali również uczniowie. Po wojnie szkoła działała w siedzibie liceum im. Powstańców Śląskich, potem przeprowadziła się do sześciu pokoików domu kultury przy ul. Młyńskiej, a następnie do obiektu przy ul. Piłsudskiego 33. W 2003 roku miasto oddało do użytku szkoły wyremontowany budynek po szpitalu, niedaleko bazyliki pw. św. Antoniego.

    Policjanci zatrzymali pseudokibiców
    Dziennik Zachodni, jack 19.04.2006
    Policjanci z Rybnika zatrzymali trzech mężczyzn z Radlina, którzy w sobotę na terenie Rybnika napadli na 20-latka wracającego z meczu piłkarskiego. Napastnicy obezwładnili rybniczanina w rejonie ul. Wodzisławskiej ok.godz.13.15. Skradli mu plecak, w którym miał klubowy szalik oraz flagę ROW Rybnik w kolorach klubowych.
    Z relacji zatrzymanych wynika, że kibica rybnickiej drużyny zauważyli tuż po sobotnim meczu pomiędzy ekipami Energetyka ROW Rybnik i Koszarawy Żywiec.
    - Bali się zaczepić go bezpośrednio po meczu, ponieważ ze stadionu wracał z kolegami. Kiedy grupa rybnickich kibiców rozdzieliła się i 20-latek szedł sam, dwóch mężczyzn wyskoczyło ze srebrnego forda i zaatakowało rybniczanina. Jak się później okazało byli to pseudokibice Odry Wodzisław, którzy szukali zaczepki na naszym terenie - wyjaśnia nadkomisarz Aleksandra Nowara, rzecznik rybnickiej policji.
    Wybrali poszkodowanego tylko dlatego, że niósł w ręku drewniany drążek z flagi, a zdobycie flagi antagonistycznej drużyny jest w oczach chuliganów nie lada wyczynem. Policjanci zatrzymali sprawców rozboju w dzielnicy Niedobczyce na podstawie rysopisu podanego przez pokrzywdzonego. Odzyskano również skradzione przedmioty. Sprawcom za rozbój grozi do 12 lat pozbawienia wolności.

    RKM Rybnik - porażka za porażką...
    Gazeta Wyborcza, Maciej Węgrzyn 17.04.2006
    W sobotę, w zaległym meczu, Rekiny na własnym torze nie sprostały Adrianie Toruń. Poniedziałkowy wyjazd do Częstochowy także zakończył się niepowodzeniem.
    Drużyna z Rybnika, jako jedyna, nie zdobyła jeszcze punktu. Zawodnicy jeżdżą ambitnie, ale pozostanie w ekstralidze będzie graniczyło z cudem.
    Sobota z Adrianą
    Dwa lata temu rybniczanie - skazywani na porażkę - sprawili nie lada sensację, pokonując torunian z indywidualnym mistrzem świata Jasonem Crumpem w składzie. Tym razem niespodzianki nie było.
    Goście z Torunia od drugiego biegu uzyskali prowadzenie i stopniowo je powiększali, kontrolując wynik spotkania. Sześć biegów zakończyło się zwycięstwem zawodników Adriany, Rekiny odgryzły się jedynie w dwóch wyścigach. W składzie Torunia błyszczeli przede wszystkim: uczestnik cyklu Grand Prix Duńczyk Bjarne Pedersen, Wiesław Jaguś oraz Adrian Miedziński. Ci zawodnicy zwyciężyli łącznie w 11 biegach. Z rybniczan na słowa uznania zasłużył natomiast debiutant w polskiej lidze - Martin Smolinski. 23-letni Niemiec po dwóch treningach na rybnickim torze, startując na klubowym motocyklu, udowodnił, że można z powodzeniem ścigać się z bardziej znanymi rywalami. - Martin potwierdził, iż jest zawodowcem w każdym calu - chwalił Aleksander Szołtysek, prezes RKM-u. Smolinski zademonstrował nie tylko efektywną jazdę (12 punktów, najwięcej wśród rybniczan), ale również efektowną, popisując się udanymi akcjami na dystansie.
    Kroku Niemcowi starał się dotrzymać Renat Gafurow. Rosjanin kilkakrotnie zademonstrował znane już z ubiegłego sezonu ułańskie szarże. Ulubieniec rybnickiej publiczności wychodził jednak bardzo słabo ze startu i nie mógł pokusić się o pokaźniejszą zdobycz punktową.
    Kiepskie wyjścia spod taśmy nie były tego dnia problemem jedynie Gafurowa. Niemal w każdym wyścigu na dojeździe do pierwszego wirażu na prowadzeniu znajdowali się zawodnicy z Torunia. - Zabrakło treningów oraz koncentracji - skomentował szkoleniowiec śląskiej ekipy Czesław Czernicki. - Najbardziej zawiedli mnie Łukasz Romanek i Zbigniew Czerwiński - dodał.
    Po spotkaniu zawodnicy narzekali nieco na dziurawy tor. Spotkanie rozpoczęło się zresztą z godzinnym opóźnieniem, gdyż sędzia zawodów Leszek Demski zarządził ubijanie toru. Mimo takich kłopotów obeszło się bez groźnych upadków. Bliskie spotkanie z nawierzchnią zaliczyli Roman Poważny, Simon Stead oraz Patryk Pawlaszczyk. Młody rybniczanin przez cztery okrążenia walczył jak równy z równym z Pedersenem, ale przeszarżował w ostatnim łuku i uderzył w nową, dmuchaną bandę. Wcześniej, by pokonać Pawlaszczyka, ostro musieli napracować się Miedziński i Jaguś.
    Swoich byłych kolegów klubowych starał się podtrzymać na duchu Niels K. Iversen. - Widać, że rybniczanie bardzo się starali, ale presja zrobiła swoje. Może być już tylko lepiej - mówił.
    Poniedziałek z Włókniarzem
    W porównaniu z plejadą gwiazd Włókniarza nazwiska rybnickich żużlowców niewiele znaczą w żużlowym świecie. Na torze jednak różnica między obu zespołami była wczoraj dużo mniejsza niż na papierze. Rybniczanie potwierdzili wszystkie cechy, z których słyną od lat, czyli waleczność i brak kompleksów. W biegu juniorów para Włókniarza nie miała nic do powiedzenia. Patryk Pawlaszczyk i Wojciech Druchniak byli za szybcy dla częstochowian. Nic zresztą dziwnego. 18-letni Pawlaszczyk jak równy z równym walczył z większością zawodników Włókniarza, a w X biegu pokonał nawet Ryana Sullivana.
    Remisowy rezultat utrzymywał się aż do piątego wyścigu. Sullivan i Lee Richardson pokonali wówczas parę Rosjan Renata Gafurowa i Romana Poważnego (bez walki się jednak nie obeszło) i Włókniarz wygrywał 17:13. Gdy przewaga gospodarzy urosła, rybniczanie sięgnęli po rezerwę taktyczną. W IX wyścigu trener Czernicki znów posłał w bój dwóch Rosjan, ale bez efektu. Greg Hancock pewnie wygrał, a Peter Ljung uciekł spod taśmy rywalom i przez cztery okrążenia odpierał ataki Poważnego. Przewaga częstochowian wynosiła 11 punktów (32:21), ale żużlowcy RKM-u jeszcze nie mieli zamiaru oddawać pola. Niespodziewanie wygrali X bieg 5:1. Gafurow był pierwszy po starcie, a Pawlaszczyk zdołał wyprzedzić Sullivana. W kolejnym wyścigu junior RKM-u znów szalał, ale poniosła go fantazja i zatrzymał się na dmuchanej bandzie. Częstochowscy kibice potrafili jednak docenić postawę młodego rybniczanina i nagrodzili go gromkimi brawami. W końcówce meczu Poważnyj dwukrotnie zabrał punkty Sebastianowi Ułamkowi. Najpierw w biegu XIII, a potem w ostatniej gonitwie.
    - Wszyscy spodziewali się łatwego zwycięstwa, a tu chłopaki z Rybnika postawili nam trudne warunki - mówił po meczu Ułamek. - Cieszę się bardzo z tego występu. Czuliśmy się tu jak u siebie w domu. Znakomicie przygotowany tor, świetna publiczność. Rywal był znakomity. Mam satysfakcję z jazdy młodych zawodników - chwalił trener RKM-u Czesław Czernicki.

    Żużlowców RKM-u czekają w święta mecze
    Gazeta Wyborcza, Leszek Błażyński 14.04.2006
    - Jeśli wygramy pierwszy mecz, inne zespoły będą się nas bać - przekonuje żużlowiec Roman Chromik.
    Spotkanie z Adrianą miało odbyć się w zeszłym tygodniu, ale z powodu problemów z rybnickim torem przeniesiono je na Wielką Sobotę. Nasi zawodnicy mają za sobą tylko jeden trening punktowany i to z zaledwie drugoligowym TŻ Opole (51:26). - Jeździliśmy w tym roku więcej i to będzie nasz duży atut - przekonuje Karol Ząbik, junior Adriany, która rozegrała pięć sparingów i wszystkie wygrała (trzy z Grudziądzem i dwa z Ostrowem). Ząbik i Adrian Miedziński to rzeczywiście najlepsi juniorzy w kraju. W zeszłym roku torunianie zdobyli drużynowe mistrzostwo Polski juniorów.
    - Nasi młodzi żużlowcy będą mieli trudne zadanie. Jednak liczę na dobry występ Patryka Pawlaszczyka, który nieźle się spisał w półfinale krajowych eliminacji indywidualnych mistrzostw świata juniorów. Zajął dziesiąte miejsce, ale w ostatnim biegu, będąc na prowadzeniu, miał defekt motoru - mówi jak zwykle z optymizmem prezes Aleksander Szołtysek. - Poza zasięgiem może być jedynie Duńczyk Bjarne Pedersen. On sam jednak nie wygra meczu. Z kolei z jego rodakiem Nielsem-Kristianem Iversenem [w zeszłym sezonie startował w RKM-ie - przyp. red.] powalczy na pewno Rosjanin Renat Gafurow - dodaje.
    W awizowanym na dzisiejszy mecz składzie brakuje Łukasza Romanka, który brał wczoraj udział w dwóch meczach ligowych w lidze angielskiej. Romanek zjawi się w Rybniku dopiero w sobotę rano. - Są duże szanse na to, że wystąpi. Jest młody, więc nie powinien być zbytnio zmęczony po meczach w Anglii - przekonuje Szołtysek. Rezerwowym ma być Niemiec Martin Smolinski, który bardzo dobrze spisał się w sparingu z Opolem. Przypomnijmy, że zawodnik rezerwowy startuje w zawodach z ósemką i może być wystawiany nawet do sześciu biegów. Jedyny warunek: nie może mieć więcej niż 23 lata.
    W poniedziałek RKM czeka mecz ze znacznie silniejszym rywalem - Włókniarzem Częstochowa. Drużyna spod Jasnej Góry na inaugurację przegrała na wyjeździe 43:47 ze Stalą Rzeszów. W spotkaniu tym najlepszym zawodnikiem był Amerykanin Greg Hancock, zdobywca 15 punktów. W Częstochowie jeżdżą również inne sławy - Australijczyk Ryan Sullivan i Anglik Lee Richardson. - Włókniarz ma bardzo mocny skład, ale na pewno nie pojedziemy do Częstochowy po to, aby przegrać jak najniżej - zapewnia Chromik. - Świąteczną sobotę i poniedziałek spędzę na torze, a niedzielę w garażu, gdzie będę grzebał w sprzęcie - dodaje zawodnik RKM-u.

    Elektrotechnik z Rybnika kręci filmy
    Dziennik Zachodni, Alina Kucharzewska 14.04.2006
    Kamera! Akcja! Dopiero wtedy zaczynają się prawdziwe emocje. Eugeniusz Kluczniok, elektrotechnik z Rybnika, dwa lata temu zaczął kręcić filmy o Śląsku. Dziś jego produkcje pokazuje TVP Kultura. Jaki tam ze mnie reżyser? Amator ze zwykłą kamerą i już! - protestuje z uśmiechem Eugeniusz Kluczniok. Kiedyś fedrował w kopalni Dębieńsko. Dziś, jako elektryk, pracuje w spółce zajmującej się produkcją energii w Czerwionce-Leszczynach.
    Kluczniok od lat dorabiał muzykowaniem na biesiadach. Dwa lata temu przyszedł do niego Mirosław Ropiak, rybniczanin zajmujący się filmem niezależnym. Poprosił go, by napisał muzykę do serialu, który kręcili w chwałowickim Klubie Filmu Niezależnego. Tytuł brzmiał: Natalia, ostatnie słowo.
    Pierdoły mnie nie interesują
    - Zgodziłem się, czemu nie? W kablówce widziałem już fragmenty tego filmu. Nie podobał mi się. Duchy, anioły, diabły i inne cuda wianki. Nie w moim guście. Ale muzykę można było szybko stworzyć - wspomina Kluczniok.
    Komponowanie zajęło mu raptem jedno popołudnie. Parę mocnych basów, jakieś stuki, brzęki, szumy i gotowe. Młodzi filmowcy byli zadowoleni. Kluczniok wybrał się nawet do Chwałowic na plan serialu. Zaproponowali mu epizod. Zgodził się i zagrał ojca Natalii, głównej bohaterki. Nie pamięta już, jak brzmiała jego kwestia. Nawet na planie nie ukrywał, że cały ten film to kicha.
    - Tyle tematów wokół nich, a oni jakieś pierdoły wymyślają - tak im powiedziałem - opowiada. A oni mu na to: - Jak masz lepszy pomysł, to sam nakręć film!
    Scenariusz z szychty
    Pan Genek tylko się uśmiechnął, ale w głowie zostały mu słowa Ropiaka - Nakręć sam!. Pewnego dnia, w czasie szychty, siedział w aucie i nudził się. Obserwował złomiarzy, którzy ciągnęli wózki po brzegi załadowane żelazem. Zastanawiał się, o czym mogą rozmawiać? Wziął kartkę i zaczął pisać pierwsze słowa scenariusza. Po robocie, w domu, dodał jeszcze kilka dialogów. I tak przez miesiąc zapisywał kolejne kartki. Aż powstał szkic filmu. O czym? - O bezrobotnych górnikach. O nędzy, w jakiej muszą żyć. Bo ktoś dla własnych korzyści zamknął żywicielkę ich rodzin! - denerwuje się Kluczniok. Do dzisiaj boli go, że zamknięta została kopalnia Dębieńsko, w której pracował. Stąd dedykacja pierwszego filmu: Poświęcony zamordowanej kopalni.
    Długo głowił się nad tytułem. Przypadkowo pomogła... teściowa. - Jak zobaczyła tych moich filmowych złomiarzy z wózkami, to zawołała: - Jak przed wojną! - Ona dobrze pamięta te czasy. I taki tytuł został - śmieje się rybniczanin.
    Aktorzy za dziękuję
    Zaczął szukać aktorów. Oczywiście takich, którzy zagrają za darmo. Zadzwonił do Grzegorza Stasiaka, który znany jest m.in. z programu TVN Nauka jazdy, a dziś zajmuje się kabaretem. Mailem posłał mu scenariusz i z niepokojem czekał na odpowiedź. Już po godzinie zadzwonił telefon.
    - Podoba mi się. To jest to! Kiedy kręcimy? - zapytał Stasiak.
    Jeden aktor już był. - Piotr Mitko ma filmową twarz. On też bez problemu zgodził się wystąpić - mówi Kluczniok, który sam zagrał trzeciego bezrobotnego. Do pełnej obsady brakowało mu jedynie dwóch ochroniarzy. Przypadkowo wpadł na jednego łysego byka w kopalni w Knurowie.
    - Byłem zachwycony. Ochroniarz był taki, jakiego sobie wyobrażałem. Kazałem mu się odwrócić. Myślał, że ma coś na plecach. Kręcił się w koło. Pytam więc, czy zagra w moim filmie. Zgodził się od razu - mówi Kluczniok. To on przyprowadził swojego kolegę, też wygolonego osiłka i mogli przystąpić do pracy.
    Rower od teścia
    Pierwszą scenę nakręcili na złomowisku w Rybniku-Niewiadomiu. Potrzebowali starego poloneza, więc właściciel złomowiska dał im zdezelowane auto. Postawili wóz pod płotem, przykręcili dwie opony z tej strony, z której miał być filmowany i pomalowali.
    W dali widniała hałda, taka jak w Czerwionce-Leszczynach. Ten szczegół był ważny, bo nie było ich stać na transport wraka. Podpalili go, przyjechała straż pożarna, z którą się wcześniej dogadali.
    Kluczniok sam załatwiał rekwizyty. U teścia znalazł stary rower, popularną ukrainę. Od kolegów dostał dwa inne rowery. Jeden, według scenariusza, miał być przejechany przez poloneza.
    - To był zdezelowany rower górski. Nie dało się na nim jeździć. Ale jaki wytrzymały! Trzeba było trzy razy przejechać po nim traktorem, by się pokrzywił - opowiada reżyser. Ze styropianu zrobił policyjne pałki i kamienie.
    Jak przed wojną
    Film Jak przed wojną miał premierę w październiku 2004 roku na zakończenie Rybnickich Prezentacji Filmu Niezależnego.
    - Baliśmy się reakcji ludzi. Nie wiedzieliśmy, czy nas nie wyśmieją - wspomina Lidia, żona Klucznioka. A tu wielka niespodzianka. Znany reżyser Kazimierz Kutz, który był na rybnickim konkursie, pogratulował wspaniałego filmu. Przegrali film na kilkaset płyt CD i rozdawali je, gdzie się dało. Ludzie zaczęli przysyłać listy i maile z gratulacjami. Pytali o drugą część.
    - Najpierw myślałem, że robią to z grzeczności. Żeby nie było mi przykro - tłumaczy śląski reżyser. Jeszcze w 2004 roku Eugeniusz Kluczniok zaczął pisać kolejny scenariusz.
    W maju pojechał z realizatorem Mirkiem Ropiakiem do Warszawy. Kutz zaprosił ich do programu w TVP Kultura. Na antenie przez godzinę rozmawiali o Śląsku.
    Przy piwie o kopalni
    Właśnie w stolicy nakręcili pierwszą scenę do kolejnego filmu pt. Msza. Różnił się od pierwszego. Kluczniok pokazał w nim swoje wspomnienia z młodości. Film opowiada o górnikach, którzy zamiast do kościoła idą na piwo do pobliskiego baru i wspominają lata spędzone w kopalni.
    Przez cztery niedziele ekipa musiała powtarzać scenę sprzed kościoła w Dębieńsku. Inne sceny kręcili w kopalni Chwałowice i Dębieńsko. Ostatni fragment miał wymiar symboliczny - młodzi rybniczanie codziennie jeżdżą do pracy w czeskiej Karwinie.
    - To dawało do myślenia. Pod nosem zamykają nam kopalnie. Dlatego nie zostało Ślązakom nic innego, jak praca w Czechach - tłumaczy pan Genek.
    W kolejce po węgiel
    Teraz Kluczniok kończy scenariusz kolejnego filmu. Akcja będzie rozgrywać się w kolejce ciężarówek czekających na węgiel. - Kierowcy z różnych stron Polski opowiadają o sobie. Jak który odjedzie już z węglem, to reszta obgaduje go, jak stare baby - zdradza reżyser.
    Kręcić będą na drodze do kopalni Chwałowice, bo tam zawsze jest długa kolejka. Reżyser chce pokazać ludziom wydobycie węgla z szybu, przez zakład przeróbczy, aż do załadunku na ciężarówki. Prócz Stasiaka, Mitki i Klucznioka zagrają też profesjonaliści: Jerzy Cnota, słynny Gąsior z serialu Janosik i Andrzej Toluś Skupiński. Jak udało się zwerbować obu do filmu?
    - Sami zaoferowali się, że zagrają - podkreśla reżyser z dumą. - Zaskoczyło mnie to, że prostymi środkami, zwykłą kamerą, można nakręcić tak fenomenalny film - powiedział Cnota, który zaprzyjaźnił się z Kluczniokiem i zaczął promować jego dzieła w Chorzowie i Katowicach.
    Sam Kluczniok nie czuje się gwiazdą. Codziennie rano idzie do roboty. Zaczyna o 7, a kończy o 15. Jako elektryk będzie pracował jeszcze przez najbliższe 10 lat, aż do emerytury. Czasami ludzie rozpoznają go na ulicy. Piszą maile, listy, które dostaje z nie tylko z kraju. Ba, nawet z Australii. Jego filmy emituje TVP Kultura.
    - Wciąż jednak nie dociera do mnie to, że udało mi się coś osiągnąć. Przynajmniej moje życie nie jest już takie nudne. Ciągle coś się w nim dzieje - śmieje się Eugeniusz Kluczniok.

    Ulica wraca do życia
    Dziennik Zachodni, Adrian Czarnota, 13.04.2006
    Choć od wybuchu gazu, w pawilonie handlowym przy ulicy 3 Maja minęło już kilka tygodni, nie wszyscy właściciele sklepów zdążyli usunąć szkody.
    - Nasz bank był nieczynny z uwagi na to, że czekaliśmy na wewnętrzną komisję bankową. Wybuch uszkodził nam okna i drzwi wejściowe. Z uwagi na nietypowy kształt okien mieliśmy problem z zamówieniem nowych. Wykonanie takich okien zajmuje trzy do czterech tygodni. Na szczęście, właściciel budynku znalazł firmę, która zobowiązała się do naprawienia szkód w ciągu dwóch tygodni i dziś z ulgą wymieniamy ostatnie szyby - mówi Adam Marek, pracownik placówki bankowej przy ul. 3 Maja. Wymiana okien i szyb była najpilniejszą sprawą dla sprzedawców. Trzeba przecież zabezpieczyć towar przed złodziejami. Później można już na spokojnie, systematycznie remontować detale w środku.
    - Dopiero po dwóch tygodniach, udało nam się zlikwidować większość szkód i wstawić szyby. Została nam jeszcze wymiana reklamy i kilku kafelek w środku, ale to już drobnostki. - zapewnia Aleksandra Fros z solarium. Podmuch z wybuchu poza wyrwanymi witrynami, niosąc odłamki szkła, nie oszczędził też zaparkowanych w pobliżu samochodów. Tylko w nielicznych pozostały szyby. Na wielu do tej pory widać mocne zarysowania. Auta jednak poczekają. Właściciele skupiają się teraz na powrocie do pracy.
    W salonie meblowym Grzegorza Drząszcza, trwa właśnie wycena remontu. - Wybuch przesunął całą zabudowę kuchenną. Jeszcze przez długi czas nie będziemy mogli powiedzieć, że jest tak, jak przed wybuchem. Zniszczone gonty meblowe trzeba dopiero wykonać, następnie przywieźć i wymienić. Procesu produkcyjnego nie możemy przyśpieszyć - wyjaśnia Drząszcz.
    Należy pamiętać, że straty to nie tylko zniszczone okna lub towar,
    to także utrata klientów. Remontowany, zamknięty sklep nie przynosi dochodów. A czynsz płacić trzeba. - Nasz salon był zamknięty przez ponad tydzień. Do tej pory musimy czasem wciągać klientów do środka, gdy zawracają widząc taśmy i prace remontowe - mówi pan Grzegorz.
    Spore straty poniósł salon telefonii komórkowej. Ogromne, efektowne okna znalazły się dokładnie naprzeciw pawilonu, w którym doszło do wybuchu.

    Tajemniczego zgon 55-latka
    Dziennik Zachodni, jack 12.06.2006
    Prokuratura wstępnie ustaliła, że mężczyzna, którego zmasakrowane zwłoki znaleziono na drodze gruntowej w pobliżu torów kolejowych w dzielnicy Chwałowice, mógł targnąć się na swoje życie.
    Z początku sprawa wyglądała na bestialskie zabójstwo. Zwłoki mężczyzny znaleziono w pobliżu ul. Zwycięstwa o godz. 13.55, dokładnie 4 kwietnia. Miał obrażenia ciała, w prawej nodze brakowało kilku palców. Jednak przyczyną śmierci było wykrwawienie. Mężczyzna miał głęboką ranę na szyi i leżał w kałuży krwi. Po wstępnych ustaleniach śledczy wykryli, że mężczyzna feralnego dnia najpierw próbował wskoczyć pod nadjeżdżający pociąg.
    - Był widziany na torach przez maszynistów jednej z lokomotyw. Pojazd jechał wolno, zdążył wyhamować. Gdy maszyniści wyszli zobaczyć, co się stało, mężczyzna o własnych siłach oddalał się w stronę drogi - wyjaśnia Bernadetta Breisa, szefowa Prokuratury Rejonowej w Rybniku.
    Biegły uznał, że obrażenia widoczne na ciele mogły wskazywać na potrącenie przez pojazd szynowy. Zwłaszcza, że później w okolicy torów znaleziono m.in. kapcie należące do 55 latka i obcięte palce u nogi. Następnie 55-latek miał przejść ok. 800 metrów dalej i zadać sobie cios w szyję ostrym narzędziem. Prokuratorzy ustalili, że mógł mieć powód do targnięcia się na własne życie.
    - Miał kłopoty związane z finansami. Musiał się z pewnych pieniędzy tłumaczyć przed sądem - wyjaśnia prokurator Breisa. Jednak stróże prawa zastrzegają, że to wstępna wersja zdarzeń, jednak najbardziej prawdopodobna.
    - Dochodzenie trwa, więc nie można wykluczyć, że w zdarzeniu mogły brać udział osoby trzecie - zastrzega prokurator Breisa.

    Tragiczny wypadek na Rudzkiej
    policja.katowice.pl, NaszeMiasto.pl 12.06.2006
    Wczoraj około 21.00 na ulicy Rudzkiej doszło do tragicznego wypadku drogowego. Ze wstępnych ustaleń wynika, że 31-letni kierujący samochodem marki Volvo najprawdopodobniej najechał na leżącą na jezdni 37-letnią kobietę, która zmarła w drodze do szpitala. Okoliczności zdarzenia wyjaśniają rybniccy policjanci.

    Ocalił dziecko
    Dziennik Zachodni, Jacek Bombor 11.04.2006
    W bloku przy ulicy Górniczej w Rybniku płonęło wczoraj mieszkanie. Pięć osób z objawami podczadzenia trafiło do szpitala. Wśród nich jest policjant, który wyniósł z zadymionego bloku dziecko.
    Pożar w bloku zauważono o godz. 13. Na miejsce pierwsi dojechali sierżanci sztabowi: Mariusz Paszenda i Wojciech Piecowski, którzy patrolowali pobliski rejon.
    Dużo dymu...
    - W środku panowało olbrzymie zadymienie. Otworzyliśmy okna między trzecim, a czwartym piętrem,
    bo kompletnie nic nie było widać - opowiadał nam wczoraj Mariusz Paszenda, który po akcji trafił na oddział wewnętrzny szpitala w Rybniku. Podano mu tlen, podłączono kroplówki.
    - Nawdychałem się dymu, ale nic mi nie jest - uśmiechał się.
    Beata Oberaj mieszka na czwartym piętrze. Dokładnie nad mieszkaniem, w którym pojawił się ogień. Akurat drzemała ze swoim czteroletnim synem Arkiem, gdy usłyszała krzyki sąsiadów.
    - Nie wiedziałam co się stało. Otworzyłam drzwi, było ciemno, potężny smród. Nie miałam pojęcia, co robić - przyznaje kobieta.
    Pomógł policjant
    Na szczęście nagle z dymu wyłonił się sierżant Paszenda. Nie zastanawiając się wiele, chwycił małego na ręce i pobiegł schodami w dół. - Pobiegłam za nimi. Chciałam mu bardzo podziękować. Nie wiem, czy odważyłabym się sama zejść na dół - mówiła wczoraj kobieta.
    Drugi z policjantów w tym czasie uspokajał pijanych właścicieli płonącego mieszkania.
    - Mężczyzna był w takim szoku, że chciał tam z powrotem wchodzić. Wojtek go powstrzymywał - przypomina Paszenda.
    - Taki mamy zawód, zawsze się coś dzieje - powiedział nam Wojciech Piecowski, który już godzinę po pożarze ruszał na kolejną interwencję.
    Gdy policjanci wyprowadzili sąsiadów, na miejscu pojawiły się cztery jednostki straży pożarnej.
    - Łącznie 14 strażaków. W mieszkaniu płonęło wyposażenie jednego z pokoi. Ugasiliśmy ogień, zanim przedostał się na inne kondygnacje i szybko zażegnaliśmy niebezpieczeństwo - wyjaśnia Bogusław Łabędzki, rzecznik Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Rybniku.
    Ustalają przyczyny
    Akcja zakończyła się o godz. 14.25. Straty wstępnie oszacowano na kilka tysięcy złotych. Na razie nie wiadomo, co było przyczyną pożaru.
    - Prowadzimy w tej sprawie dochodzenie - wyjaśnia nadkomisarz Aleksandra Nowara, rzecznik rybnickiej policji.
    Do szpitala z objawami podczadzenia trafiło łącznie pięć osób. Oprócz policjanta i Beaty Oberaj z synem, także małżeństwo z mieszkania, w którym doszło do pożaru. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
    Paszenda na obserwacji pozostanie najwyżej kilka dni. - Dzisiaj mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku - mówił nam policjant, który w policji pracuje od 12 lat. Ma żonę Katarzynę i 9-letnią córkę Martynę.
    - Już do nich dzwoniłem, że ze mną wszystko w porządku - zapewnia.


    Częstowali wegetariańskimi potrawami
    Dziennik Zachodni, acz 11.04.06
    Kilkunastu młodych ludzi protestowało na rybnickim Rynku przeciw nieludzkiemu traktowaniu zwierząt w rzeźniach. Marsz na rzeźnie - pod takim szyldem odbyła się pikieta. Była częścią ogólnopolskiej akcji informacyjnej koordynowanej przez ruch Green Angels.
    - Marsz na rzeźnie organizujemy w Rybniku po raz pierwszy. Zobaczyłam w internecie, że w wielu miastach w Polsce jest organizowana taka akcja, wiec postanowiłam ją przeprowadzić także u nas. Sama jestem wegetarianką od dwóch lat. Brałam też udział w organizacji tygodnia wegetariańskiego w naszym mieście. Dziś też częstujemy ludzi takimi potrawami. Zrobiłam kotlety z chleba i ryż z warzywami, natomiast moi znajomi przygotowali bezmięsny gulasz - mówi Ewelina Hądz - jedna z organizatorek akcji.
    Stoisko z potrawami cieszyło się sporym zainteresowaniem. Było tez całkowicie darmowe. - Jak się pracuje fizycznie to trzeba się solidnie odżywiać, więc wegetarianinem nie zostanę. Uważam jednak, że zwierzętom należy się szacunek - mówił Feliks Dołędzki z Rybnika. - Lubię bezmięsne potrawy. Nie mogłem sobie odmówić tych przysmaków. Dodałbym tu więcej pieprzu, ale to kwestia gustu - stwierdził natomiast Włodzimierz Żak. Podpisał się także pod akcją klubu ekologicznego Gaja dotyczącą niehumanitarnych transportów żywych koni. - Skoro się tak nie traktuje psów, kotów czy innych zwierząt, dlaczego mamy pozwalać na takie traktowanie koni. To piękne i inteligentne zwierzęta. - wyjaśnia Włodzimierz Żak.

    Najlepsi harcerze są z Rybnika
    Gazeta Wyborcza, Magdalena Górna 09.04.2006
    Dziesięć drużyn harcerskich ze Śląska przez całą sobotę biegało po Tychach w poszukiwaniu rannych w wypadkach. Pytali przechodniów, jak dotrzeć do parku, gdzie para nastolatków została napadnięta przez bandytów. Chłopca ugodzono nożem w brzuch, a dziewczyna doznała szoku. Trzeba było udzielić im pierwszej pomocy. Niedaleko lodowiska mężczyzna został potrącony przez samochód, którego kierowca stłukł sobie klatkę piersiową. Chłopcu, który topił się w stawie, trzeba było zrobić sztuczne oddychanie i masaż serca.
    Poczynaniom harcerzy przyglądali się sędziowie II Chorągwianych Zawodów z Pierwszej Pomocy o Puchar Komendanta Śląskiej Chorągwi ZHP. W tym roku uczestniczyło w nich prawie 100 harcerzy. Młodzi ludzie traktowali je jak trening przed sytuacjami, które mogą im się przytrafić w prawdziwym życiu.
    - W ten sposób można się nauczyć czegoś pożytecznego, zdobyć nowe doświadczenia. Niestety, musimy na to poświęcać soboty, bo w szkole nie uczą nas profesjonalnego udzielania pierwszej pomocy - mówi 19-letni Michał Łaskawiec, reprezentujący drużynę z Piekar Śląskich, która w zeszłym roku zwyciężyła zawody.
    - Musimy uczyć się, jak udzielać pierwszej pomocy, bo może kiedyś sami będziemy jej potrzebowali - wyjaśnia Robert Latacz z Inspektoratu Ratowniczego śląskiego ZHP.
    W tym roku najlepszy był zastęp z Rybnika, który w nagrodę oprócz pucharu otrzymał profesjonalne maski do sztucznego oddychania.

    Prezydent Fudali spowodował stłuczkę
    Dziennik Zachodni, mir 07.04.2006
    Prezydent Rybnika Adam Fudali spowodował przedwczoraj pod wieczór niegroźną stłuczkę. Jadąc służbowym renaultem laguną na spotkanie z mieszkańcami dzielnicy Popielów, na ulicy Reymonta uderzył w tył innego auta. Nikomu nic się nie stało.
    - Kierowca nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze - mówi kom. Aleksandra Nowara, rzeczniczka rybnickiej policji. - Prezydent dostał mandat w wysokości 50 złotych.
    Oprócz mandatu Fudali zarobił też sześć punktów karnych. Na miejscu wypadku prezydent sam poprosił o przebadanie alkomatem. Urządzenie pokazało wynik 0,0.
    Uszkodzenia obydwu samochodów pokryje ubezpieczenie AC prezydenckiego wozu. Fudali, po spisaniu przez policję, pojechał na zaplanowane spotkanie z mieszkańcami.

    RKM Rybnik przed sezonem
    Dziennik Zachodni, Leszek Błażyński 07.04.2006
    Nie wiadomo, w jakiej formie jest zespół z Rybnik. Sparingi nie doszły do skutku, a zaplanowany na niedzielę mecz z Adrianą tez został odwołany z powodu złego stanu toru w Rybniku.
    RKM nie wywalczył awansu do elity na torze. Przypomnijmy: Rekiny zajęły w zeszłym roku trzecie miejsce w I lidze, ale otrzymały licencję na starty w ekstralidze w miejsce zadłużonego Lotosu Gdańsk. Zadecydowała o tym dobra infrastruktura sportowa naszego klubu. RKM ma nowoczesny stadion, ale mizerny skład w porównaniu do innych drużyn.
    Po raz pierwszy w tym sezonie kluby mogły zatrudniać nieograniczoną liczbę żużlowców z zagranicy. Do Rybnika trafili jednak nieopierzeni zawodnicy. Największym sukcesem Anglika Chrisa Harrisa był srebrny medal indywidualnych mistrzostw świata juniorów, a Rosjanina Denisa Gizatulina - 14. miejsce w tej samej imprezie. Jest w zespole również młody i niedoświadczony Niemiec Martin Smoliński. Cała trójka zadebiutuje w polskiej ekstralidze.
    - W ciągu ostatnich sześciu lat nie było w Rybniku tak słabego zespołu - przekonuje Dominik Kolorz, były szef klubu. - Ten zespół ma duży potencjał - twierdzi z kolei obecny prezes Aleksander Szołtysek. On jednak określa tak drużynę co roku, a przecież w ostatnich dwóch sezonach rybniczanie zawiedli (w 2004 roku spadli z ekstraligi, a w zeszłym roku zajęli trzecie miejsce w I lidze), a mieli w zespole zdecydowanie lepszych obcokrajowców: mistrza świata Marka Lorama i Duńczyka Nielsa-Kristiana Iversena.
    Z powodu długiej zimy i deszczowego kwietnia rybniczanie nie rozegrali jeszcze ani jednego sparingu! Trener Czesław Czernicki jest załamany, bo nie wie nawet, w jakiej formie są jego podopieczni. Nic dziwnego, że Rybnik jest głównym pretendentem do zajęcia ostatniego miejsca w ekstralidze, co jednak na razie wcale nie oznacza spadku. System rozgrywek wciąż nie jest bowiem znany. Polski Związek Motorowy w sobotę wybierze nowe władze Głównej Komisji Sportu Żużlowego, które zdecydują o kształcie ligi. Wiele wskazuje na to, że ostatni zespół ekstraligi powalczy w barażach o utrzymanie z trzecim zespołem I ligi. To dlatego, że w 2007 roku powstanie dziesięciozespołowa zawodowa liga. - Proszę nie przekreślać od razu naszej drużyny. RKM ma szanse na zajęcie szóstego miejsca. Rywale, którzy są w naszym zasięgu, to Adriana Toruń, Unia Leszno i Włókniarz Częstochowa. Na własnym torze możemy powalczyć z każdym zespołem, nawet z Unią Tarnów, która broni tytułu mistrza Polski. Mamy młodych, ale bardzo ambitnych zawodników. Denis Gizatulin jest talentem na miarę Renata Gafurowa. Rafał Szombierski czy Roman Chromik pokazali już w przeszłości, że potrafią wygrywać z najlepszymi, a Roman Poważny w tym sezonie będzie jeździł jedynie w lidze polskiej i szwedzkiej. Poza tym każdy z zawodników ma przygotowany dobry sprzęt - mówi optymista Szołtysek. - Wszyscy skazują nas na pożarcie. Mamy szansę na wygranie kilku spotkań, bo przecież będziemy rywalizować z ludźmi, a nie z robotami - podkreśla Chromik. Rybniczanie nadal nie mają sponsora strategicznego i są wspierani przez kilka mniejszych firm. Jak zapewniają działacze, budżet klubu jest jednak stabilny.

    Czy hipermarkety zniszczą handel w Rybniku?
    Dziennik Zachodni, Karina Sieradzka 07.04.2006
    Nie udało się kilka lat temu. Może teraz, tuż przed otwarciem nowych centrów handlowych, właściciele sklepów będą bardziej zdeterminowani i handel w Rybniku będzie trwał dłużej niż do godziny 17.?
    Kilku z nich zaczyna głośno o tym mówić i wraca do idei handlowych czwartków w Rybniku.
    - Owszem, byłem jednym z pomysłodawców i zwolenników handlowych czwartków, i nadal chętnie do akcji się przyłączę. Ale to nie może wyglądać tak, że do godz. 20. pracuje tylko kilka sklepów w mieście. Trzeba by dużej determinacji, żeby handlowcy się zorganizowali - mówi Adam Ryszka z Empiku. Wielu właścicieli zaczęło się wycofywać, bo twierdziło, że te dwie godziny dłużej raz w tygodniu im się nie zwracają. I tak powoli handlowe czwartki odeszły w niepamięć. Adam Ryszka podkreśla, że rolą właściciela jest przekonanie pracowników, że dłuższe godziny pracy to nie jest dla nich żadna kara, ale możliwość pozyskania nowych klientów. Ale czego się spodziewać po pracownikach, gdy większość właścicieli nie jest przekonana do dłuższych godzin pracy. A tymczasem już niedługo, gdy uruchomione zostaną w mieście Focus Park i Plaza, handlowcy będą musieli zmierzyć się z nowym wyzwaniem.
    Adam Ryszka uważa, że handlowcy z centrum miasta zmarnowali co najmniej dwa lata, podczas których można było rozwinąć ideę handlowych czwartków, zrealizować nowe, ciekawe pomysły, które przyciągnęłyby klientów. Jego sklep jest i tak jednym z najdłużej pracujących w centrum Rybnika, codziennie czynny jest bowiem do 17.30, a w czwartki do 18. Podobnie jak sklep Dom Mody przy ul. Sobieskiego. - Wtedy dziewczyny siedziały do 20., potem już do 19., w pustym sklepie. Jaki ma to sens, gdy czynnych jest tylko kilka sklepów w centrum? Jednak mimo, że wtedy pomysł upadł, jestem otwarta na propozycje. Może już niech ten sklep nie będzie czynny do 20., ale przynajmniej do 19. - mówi Teresa Wiktor, właścicielka sklepu Dom Mody.
    Do pomysłu przekonanych jest coraz więcej właścicieli sklepów w centrum miasta. - Nie próbowaliśmy do tej pory wydłużać godzin otwarcia. Miałoby to sens jedynie w momencie, gdyby wszystkie sklepy zrobiły to równocześnie. Inaczej ludzie są zdezorientowani, gdyż nie zawsze pamiętają, który sklep jest czynny i do której godziny - mówi Jolanta Połomska ze sklepu odzieżowego przy ulicy Rynkowej.
    Jednak wśród handlowców jest też wielu takich, którzy uważają, że walka z handlowymi olbrzymami nie ma sensu, bo z góry skazana jest na przegraną. Jeszcze inni przekonani są, że Focus czy Plaza im nie zaszkodzą. Dłuższych godzin otwarcia sklepów chciałoby też wielu mieszkańców Rybnika. - Uważam, że latem sklepy mogą być otwarte do np. 19. Zimą wystarczyłoby do 17. Jestem przeciwny jednak pracy w niedziele. Sprzedawcy i ekspedienci to ogromna rzesza ludzi, niech mają tę niedzielę wolną. Jednak w okresie letnim, kiedy nawet popołudniami dużo osób spaceruje po mieście, sklepy otwarte do 19. ułatwiłyby znacznie życie. Jeśli dla kogoś to za długo, można wprowadzić pracę na dwie zmiany. Ja osobiście jestem emerytem i robię zakupy do południa, ale są osoby pracujące np. do 15., które z chęcią skorzystają z wydłużonych godzin otwarcia - mówi Roman Stachowski, emeryt z Rybnika.
    Sonda DZ:
    Jadwiga Galane ze sklepu przemysłowego przy ulicy Rynkowej
    Uważam, że nie ma sensu wracać do pomysłu z czwartkami. Wydłużenie czasu pracy nic nie da. Osobiście nie obawiam się konkurencji Focus Parku, mimo, iż mój sklep znajduje się naprzeciw budowy. Uważam, że każdy ze sprzedawców ma inne towary, inne ceny i warunki. To nas będzie odróżniać od sklepów w budowanym centrum.
    Grażyna Jekiełek ze sklepu Impuls przy ulicy 3 Maja
    Gdy otworzą Focus Park, nie będzie sensu wydłużać godzin otwarcia nawet do 20. Po prostu znikniemy. To silna konkurencja. Póki co, większość sklepów w naszej okolicy otwarta jest do godziny 17. i po tej godzinie życie na ulicach zamiera.
    Sebastian Synowiec ze sklepu Defekt przy Placu Wolności
    Uważam, że dłużej otwarte sklepy nie służą ani sprzedawcom, ani klientom. Nasz sklep nie musi się obawiać konkurencji ze strony Plazy i Focus Parku, gdyż mamy specyficzny towar i stałych klientów, którzy raczej od nas nie odejdą. Będziemy się na pewno odróżniać od sklepów w centrach handlowych.
    Justyna Marklowska, mieszkanka Rybnika
    Dłużej otwarte sklepy ułatwiłyby życie ludziom. Większość kończy pracę najwcześniej o 15. i niewiele czasu zostaje na zrobienie zakupów. Sama też bym z tego korzystała. Sprzedawcy na pewno to zrobią, bo jak inaczej mają walczyć z takimi gigantami? Jednak w momencie otwarcia Focus Parku i Plazy, choćby z ciekawości, ludzie będą robić tam zakupy.

    Ze śmigłowca szukano ciała Mateusza
    Dziennik Zachodni, piet 04.04.2006
    We wtorek nad lasem, w którym zamordowano ośmioletniego Mateusza Domaradzkiego, latał helikopter z kamerą termowizyjną. Na miejsce z aresztu ściągnięto też dwóch mężczyzn, którzy przyznali się do zabójstwa chłopca. Niestety jego ciała nie odnaleziono.
    Ośmioletni Mateusz Domaradzki z Rybnika zaginął 6 lutego. Wyszedł z domu na sanki i już nigdy nie wrócił. Chłopca szukało kilkuset policjantów, strażaków, strażników miejskich i mieszkańców miasta. Szef rybnickiej policji wyznaczył 2 tys. zł nagrody za informację o zaginionym chłopcu. Na próżno.
    Przełom nastąpił w marcu. Policja zatrzymała wtedy dwóch mężczyzn podejrzanych o gwałt na 12-letniej dziewczynce. W trakcie przesłuchania przyznali się oni także do gwałtu i zabójstwa Mateusza. Zamordowali go, bo zagroził, że opowie o wszystkim mamie. W chwili zabójstwa sprawcy byli jednak tak pijani, że nie pamiętają, gdzie zostawili ciało.
    Wczoraj mordercy wrócili na miejsce zbrodni. W asyście policji przeszukiwali las, w którym zostawili Mateusza. Nad ich głowami latał ściągnięty z Krakowa policyjny śmigłowiec z kamerą termowizyjną. Na razie bez efektu. Jak zapewnia policja, poszukiwania będą trwały do skutku.

    Pamiątka ze Śląska!

    Śląski asortyment Polecamy
  • Rybnik Portal
  • Giełda ROW
  • Mysłowicki Portal
  • Katowice
  • Śląski Wrocław
  • Autostrada A4
  • Opolski portal
  • Tramwaje Śląskie
  • Nowiny Rybnickie
  • Trafiamy Celniej
  • Metropolia GZM
  • Ślusarz 24 h
  • Taxi Katowice
  • Ślusarz na telefon
  • Polskie miasta
  • Sklep rowerowy w Katowicach


  • Informator regionalny województwa śląskiego
       Rzóndzymy po ślónsku! :)
    O serwisie  |  Regulamin  |  Reklama  |  Kontakt  |  © Copyright by ZŚ 05-21, stosujemy Cookies         do góry